Pisałam o tym już w piętek na Instagramie, ale tam liczą się głównie obrazki, a ja chciałabym jednak się wypowiedzieć. Więc napiszę to jeszcze raz.Jestem #prochoiceBezwarunkowo. Uważam, że o tym co się dzieje z ciałem danej osoby może decydować tylko właściciel/ka (o ile jest intelektualnie zdolny/a do takich decyzji) i lekarz (w sytuacjach zagrożenia życia).
Nie podoba mi się wartościowanie powodów: dana decyzja w takiej sytuacji jest ok, ale już w innej już nie. Prawo do decydowania o swoim ciele – i o tym komu lub czemu (nie wdając się w dyskusje naukowo-filozoficzne o tym, kiedy zaczyna się człowiek) jest ono użyczane – powinno być nadrzędne i niezależne od motywacji.Serio, gdyby debata dotyczyła oddania nerki, albo szpiku do przeszczepu, też byśmy się zastanawiali nad tym, czy jedna odmowa jest bardziej uprawniona od innej?Ci, którzy czytają mnie dłużej, wiedzą, że w ogóle nie jestem wielką fanką kompromisów. A tzw. kompromisu aborcyjnego to już w ogóle. Rozumiem jednak skąd się wziął i widzę że zmiana, która w czwartek została przypieczętowana, jest logiczną i naturalną konsekwencją ideologii, która w ogóle do niego doprowadziła.Z jednej strony jestem wkurzona tym, że ta decyzja jednak zapadła, a Sejm, miłościwie nam panujący prezes i banda kolesi w sukienkach (czyli de facto niemal sami faceci) może jeszcze bardziej deptać prawa połowy społeczeństwa.Z drugiej strony… one i tak już były podeptane: nie tylko tym pseudokompromisem, ale dodatkowo także swobodą w zakresie domowy jego realizacji. Każdy chyba czytał o sławetnej klauzuli sumienia, odmowach wykonania aborcji w sytuacjach (dotychczas) dozwolonych przez prawo, o przypadkach opóźniania procesu diagnostycznego, żeby minąć magiczną granicę „możliwości przeżycia poza organizmem kobiety”.Jednocześnie kliniki w Czechach i na Słowacji już od jakiegoś czasu prowadzą strony internetowe po polsku. Działają Women on Web. Myślę, że gdybym zdecydowała się usunąć ciążę ze względu na którykolwiek z tych „kompromisowych” powodów i tak nie robiłabym tego w publicznej placówce, a może w ogóle kraju. Sądzę, że wiele z nas myśli podobnie.
Dlatego de facto wczoraj zmieniło się niewiele.A jednak tak DUŻO, prawda?
Czwartkową decyzję TK odbieram bardziej jako demonstrację siły ideologii niż cokolwiek innego. I to naprawdę mnie przeraża, na równi z okolicznościami, w jakich ona nastąpiła. Nie bez powodu wyrok nastąpił właśnie teraz, gdy panuje pandemia, a związane z nią ograniczenia, które sprawiają, że społeczeństwo nie ma możliwości wyrazić swojego zdania i zaprotestować bez ryzykowania zdrowia i łamania prawa.
Jak dotąd nie powstrzymuje to ludzi przed wychodzeniem na ulicę. Ale czy to cokolwiek zmieni? Szczerze mówiąc, bardzo wątpię…
Autor: Jedno Oko Na Maroko
Na Kozetce z Oszustem – The Four Star General
Dzisiejszy odcinek Kozetki będzie rozrywkowy. Poznacie w nim pewnego amerykańskiego generała na misji w Jemenie. Część z Was już może pamięta początek tej fascynującej znajomości z mojego Instagrama. Niezależnie od tego, czy już go kojarzycie, czy jeszcze nie: zapraszam do zabawy.
Nie wiem jak mnie znalazł, podejrzewam, że oni obserwują jakieś hashtagi, w każdym razie zaczął od polubienia kilku zdjęć, a potem – jak na GENERAŁA przystało – natychmiast przystąpił do ofensywy.


Zwróćcie uwagę na to skąd mówi, że jest. Jeszcze do tego wrócimy. 

„Widow”. Ahm.
Świetny angielski jak na Amerykanina, prawda?
Szybko załatwiliśmy wstępną gadkę-szmatkę i przeszliśmy do pierwszego punktu z Checklisty Scamu Na Amerykańskiego Żołnierza, czyli do przeniesienia na inną platformę komunikacji. Najwyraźniej słusznie przewidywał, że zablokują mu konto: dwa ostatnie screeny dorobiłam dla Was niedawno, jak widać konto już nie istnieje. Zastanawiam się, czemu amerykańskim żołnierzom tak blokują te konta, podczas, gdy cała masa innych oszustów ma swoje całymi miesiącami. Może dlatego, że kradną cudze zdjęcia? Jak myślicie?


Widzicie? Nadal utrzymuje, że jest z Kalifornii. Wrócimy do tego jeszcze 
Jak dobrze, że mam maila powiązanego z blogiem!
Po zabezpieczeniu się na wypadek usunięcia konta, Pan Amerykański Żołnierz, kontynuował zaprzyjaźnianie. Rozmowa była raczej rozciągnięta w czasie, bo ja na swojego blogowego Hangouta zaglądam raczej rzadko, więc nie będę Wam tu wrzucała całości, poprzestanę na bardziej interesujących fragmentach w kolejności chronologicznej.
To jedziemy:

FOUR STAR GENERAL 
Nie pytałam jak się ma, ale „fine thanks”. Nie ma to jak czytanie ze zrozumieniem. Albo w ogóle czytanie 
No więc pochodzi z Kalifornii, jest generałam amerykańskiej armii i mieszka w Berlinie? A to ciekawostka. 
I do tego nie wie jaka jest strefa czasowa w sąsiednim kraju. Robi się coraz ciekawiej! 
A teraz przenieśliśmy się z Niemiec do Jemenu. Teleportacja. 
Nie tylko teleportacja ale i zmiana narodowości w pakiecie. Cuda 🙂
Tak się składa, że mam kolegę, który interesuje się wojskowością. Mam też googla. Kwestią minut było dowiedzenie się, że:
a. Cudzoziemiec raczej nie może obejmować stopni oficerskich w Armii Amerykańskiej
b. 4 Star general to jest de facto najwyższy stopień wojskowy jaki istnieje w tej armii, a lista wszystkich osób, które go posiadają jest dostępna w internecie. Razem z datami uzyskania. Postanowiłam więc trochę podrążyć. Musiałam pytać wielokrotnie, bo bardzo, ale to bardzo unikał odpowiedzi, ale w końcu się udało
Jakby ktoś się zastanawiał, nie istnieje coś takiego jak 6 stars general. Co do Pięciu gwiazdek: formalnie owszem, ale nie zostały one nadane gdzieś tak od czasów Drugiej Wojny Światowej.
Rozmowa rozwijała się niezwykle ciekawie, jednak spotkał ją niespodziewany i gwałtowny koniec.
Jedną z rzeczy, których nie ogarniam, jeśli chodzi o tych ludzi, jest ciągłe wypytywanie o to, która jest godzina. Rozumiem, że gadają z tyloma kobietami na raz, że nie sposób zapamiętać, która jest skąd i sprawdzać godzinę w Internecie. Ale po co w ogóle pytać? W każdym razie jakoś odechciało mi się ciągnąć tę rozmowę, najwyraźniej byłam na to za głupia!
Powrót Generała
Myślałam, że to już koniec i faktycznie przez miesiąc panowała cisza. Ale chyba skończyły mu się ofiary, albo przynajmniej zapanował jakiś przestój, bo kilka dni temu Generał powrócił.


Jakby ktoś nie wiedział, to jest generał Schwartzkopf (tak, jak szampon). 
No oczywiście, że go zna. Osobiście. Ciekawe czy zna też Tyriona Lannistera? 
Chyba nie, ale warto było spróbować!
W tym momencie zaczęliśmy się zbliżać do punktu kulminacyjnego. Pan Generał jednak jeszcze o tym nie wie i decyduje się uderzyć w słodkie słówka. To nowa strategia, czyżby nastąpiła zmiana personalna po drugiej stronie klawiatury?



Umiejętność czytania ze zrozumieniem: ZERO 


Wielki Finał
Jak widzicie, zaczęłam od sprawdzenia, czy nadal pamięta gdzie niby jest i skąd pochodzi. O dziwo tak było, a skoro tak, postanowiłam więc go trochę podpuścić…
To co z tego wynikło, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Wybrałam akurat Lagos, bo obstawiałam, że pan tak naprawdę nadaje z Nigerii 
REPARATION. Autokorekta spłatała mi psikusa! 
THE END
Podzielcie się wrażeniami 🙂
Oszustka

Disclaimer: ten post będzie zawierał pewną dozę generalizacji. Zjawisko o którym chciałabym napisać nie dotyczy WSZYSTKICH kobiet lub mężczyzn, ale części (większości?). Dla wygody będę pisała „kobiety” i „mężczyźni – pamiętajcie, proszę, że nie mam tu na myśli dosłownie wszystkich.
Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym mężczyźni mają być silni, przebojowi i pewni siebie, a kobiety: skromne, ciche i pokorne.
Wychowywałam się w społeczeństwie w którym mówienie o sobie dobrze na jakikolwiek temat (zwłaszcza przez kobiety) jest odbierane jako przechwałki i w ogóle coś negatywnego (w końcu wiodącą kobiecą cnotą jest skromność, prawda?). A mówienie lub – nie daj boże – wydawanie poleceń (tylko przez kobiety) z pewnością siebie i przekonaniem jest odbierane jako arogancja, przemądrzałość lub rządzenie się.
Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym ambicja może być jednocześnie czymś dobrym i świadczącym o zaangażowaniu i profesjonalizmie (u mężczyzny) i złym, czyniącym z kobiety (a jakże) zimną i pozbawioną uczuć… sami sobie dopowiedzcie. Z resztą akurat jeśli o to chodzi, możemy obserwować to zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, na przykładzie potencjalnej pani wiceprezydent Kamali Devi Harris.
Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym na cześć, co u ciebie? nie odpowiada się dobrze, a u ciebie?, bo mówienie dobrze to prawie przechwalanie się. Zamiast tego pojawia się litania i licytacja narzekania. No wiecie:
Co u ciebie?
Kochana, okropnie! W pracy mnie nie doceniają, dziecko znowu przeziębione, a mąż złamał nogę i teraz cały dom na mojej głowie na najbliższy miesiąc. A co u ciebie?
Oj kochana jeszcze gorzej! Z pracy mnie wylali, dziecko ma zapalenie płuc i różyczkę na raz, a mąż mnie zostawił dla młodszej!
Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym kobiety przyjmują komplementy w taki sposób:
Ładnie dziś wyglądasz!
Daj spokój z tym sianem na głowie/z tymi pryszczami/z tymi workami pod oczami?
Albo:
O jaka ładna sukienka!
Ta stara szmata? Powinnam przestać ją nosić pogrubia mnie.
Bo przecież przyjęcie ich inaczej to w sumie ZGODZENIE SIĘ z pozytywnym zdaniem na swój temat a to nie wypada.
Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym wiele kobiet nie jest w stanie zaakceptować braku perfekcji. W kraju, w którym nastolatki (dziewczynki) zajmują pierwsze spośród czterdziestu trzech miejsce pod względem negatywnej oceny swojego ciała1, a 84% dorosłych kobiet poddałoby się operacji plastycznej gdyby tylko było je na to stać2. Badania przeprowadzone co prawda w nieco innych społeczeństwach, ale nadal w szeroko pojętym kręgu kultury „zachodniej” wskazują, że kobiety wykazują także perfekcjonizm w życiu zawodowym3,4. Mowa jest także o związku między kobiecym perfekcjonizmem a wysokim poziomem samokrytyki3.
Trochę o mnie, czyli życie w cieniu Syndromu Oszusta (Impostor Syndrome)
Wiecie co to jest Impostor Sydrome czyli Syndrom Oszusta? To jest takie zjawisko, kiedy człowiek, pomimo swoich kompetencji, a wręcz dowodów na ich istnienie, jest przekonany, że nie zasługuje na swoją pozycję zawodową/ocenę na egzaminie/sukces, że tak naprawdę zawdzięcza to fartowi lub sprzyjającym okolicznościom, a lada chwila wszystko się wyda. Jakoś mnie nie zaszokowało, gdy wyczytałam, że są badania wskazujące na częstsze występowanie tego syndromu u kobiet5 (chociaż, żeby być całkowicie szczerą: są też takie, które nie wskazują na różnice między płciami w tym zakresie).
Tyle jeśli chodzi o badania i statystyki, przejdźmy do studium przypadku
Mam trzy dyplomy (jeden magisterski i dwa ze studiów podyplomowych), a podczas całej swojej przygody akademickiej oblałam jeden egzamin. JEDEN. Przez całe studia miałam stypendium naukowe. A mimo to przed większością egzaminów byłam przekonana, że nie zdam, a po otrzymaniu większości wyników: że po prostu miałam szczęście z pytaniami.
Dwa razy całkowicie się przebranżowiłam, między innymi dlatego, że byłam przekonana, że kompletnie nie nadaję się do tego, co akurat robiłam. Gdy weszłam na ścieżkę kariery, na której jestem obecnie, ciągle miałam wrażenie, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki komuś: najpierw dzięki koleżance, która podesłała moje CV do HRu (co nie sprawiło, że ominął mnie którykolwiek z etapów rekrutacji, ale ja i tak uważałam, że nawet by mnie na nią nie zaproszono, gdyby nie ona), potem dzięki fartowi. Przy kolejnych awansach myślałam, że udały się tylko dlatego, że ktoś mnie polecił na nowe stanowisko. Całe lata zajęło mi zrozumienie, że jeśli ktoś, z kim pracowałam mnie poleca, to robi to dlatego, że jest zadowolony z poziomu mojej pracy, z mojej wiedzy, moich kompetencji, sposobu w jaki sposób wykonuję swoje zadania, a nie dlatego, że chce być miły.
Przez wiele lat wątpiłam w swoją ocenę na tyle, że nie byłam w stanie określić, jaka właściwie jest moja opinia na różne tematy, bo przecież na pewno nie wzięłam czegoś pod uwagę, nie uwzględniłam jakichś ważnych czynników i co ja w ogóle na ten temat wiem? Każdy, kto mówił z pewnością siebie był w stanie przekonać mnie do swoich racji, bo tak bardzo nie wierzyłam w swoje własne. Co oczywiście nie skończyło się dla mnie zbyt dobrze, kiedy weszłam w związek z mężczyzną tak pewnym siebie, jak toksycznym, który świetnie umiał wykorzystać całą tę moją niepewność na swoją korzyść.
Dobrych parę lat zajęło mi zbudowanie pewnych zrębów pewności siebie (przynajmniej na gruncie intelektualnym) i rozwinięcie wiary w swoje opinie i przemyślenia. W swój umysł. W pewnym sensie ten blog jest trochę narzędziem, które mi w tym pomaga. Ciągle się uczę wyrażania swoich poglądów z pewnością siebie i nie popadania w samozwątpienie za każdym razem, gdy ktoś się ze mną nie zgodzi. Większość tekstów, które tu piszę poprzedzonych jest godzinami przemyśleń, rozmów z innymi ludźmi, zbierania opinii, doświadczeń, a czasem nawet i lekturami. Na początku wyzwaniem dla mnie było pisanie z przekonaniem. Teraz, po prawie dwóch latach przychodzi mi to dużo łatwiej.
Cień zwątpienia zawsze czai się w głębi mojego umysłu i tak chyba już zostanie, ale nauczyłam się go lubić, bo dzięki niemu jestem otwarta na krytykę (moich poglądów i opinii, z innymi rzeczami to inna historia) i dyskusję. A to dobrze, bo to cecha, którą wysoko cenię u innych. Chociaż czasem przyjmuje ona u mnie formę nieco zbyt ekstremalną, kiedy jedno zdanie innej osoby potrafi wpędzić mnie w godzinę przemyśleń i analiz.
Biorąc pod uwagę pierwszą część tego tekstu podejrzewam, że nie ja jedna tak mam.
Dlatego następnym razem, kiedy powiesz (o) kobiecie, że jest arogancka, przemądrzała, nadmiernie ambitna lub coś w tym rodzaju, zastanów się, czy aby na pewno taka jest (może faktycznie), czy może tylko ci się tak wydaje, bo też wychowałeś/łaś się w społeczeństwie, które nauczyło cię, że kobiety powinny być ciche, skromne i spolegliwe. Zadaj sobie pytanie czy powiedziałbyś/łabyś to samo (o) mężczyźnie? I pomyśl, że może za tą pewnością siebie, która cię tak razi, kryją się lata pracy nad sobą.
1za: https://imid.med.pl/en/news/jakie-sa-polskie-nastolatki-raport-hbsc-2020
2za: 3https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1703878,1,polki-mysla-ze-sa-najbrzydsze-w-europie-dlaczego.read
4https://www.smh.com.au/lifestyle/health-and-wellness/women-more-likely-to-be-perfectionistic-anxious-at-work-20180412-p4z971.html
5https://en.wikipedia.org/wiki/Impostor_syndrome#:~:text=Impostor%20syndrome%20(also%20known%20as,exposed%20as%20a%20%22fraud%22.
Na Kozetce z Oszustem – odcinek 2. Wielki powrót Davida.

Pamiętacie Davida z posta jakiś czas temu? Jeśli nie, to szybko nadróbcie zanim będziecie czytać dalej.
A teraz usiądźcie wygodnie i bawcie się dobrze!
Niedługo po wydarzeniach opisanych wcześniej, odezwał się do mnie znowu:


Tu nastąpiła dość długa i szalenie nudna dyskusja, na temat tego jak to biedakowi ciągle włamują się na konto i w związku z tym koniecznie muszę mu podać adres mailowy żebyśmy mogli dalej prowadzić rozmowy na hangoucie. Zrobimy fast-forward do momentu, kiedy przeszedł do konkretów:
Co za nudziarz, prawda? Postanowiłam więc troszkę ubarwić naszą konwersację.
Jak Wam się podoba mój pomysł?
David chyba się zirytował, więc postanowiłam iść za ciosem.
Brzmi na wkurzonego, nie? Ale pożycz od męża?? Oj kolega David chyba w nerwach przestał być ostrożny! Jestem przekonana, że w Podręczniku Internetowych Oszustów jest specjalny rozdział poświęcony zapobieganiu angażowaniu rodziny ofiary w te rozmowy. Wyobrażacie sobie faceta, który daje żonie kasę, żeby mogła wysłać ją jakiemuś gościowi poznanemu przez sieć?
No ale idźmy dalej:
Chyba trochę zaczął żałować, że się do mnie odezwał, nie sądzicie? Ale trzeba mu przyznać, że się nie poddaje tak łatwo. Bezzębna kobieta, która wdaje się w bójki uliczne i zarabia w kartkach na wódkę, a on dalej drąży temat. Zrobił się chyba nawet trochę podejrzliwy…
Naprawdę wczułam się w rolę!
Nie odpisał już tego dnia, więc sądziłam, że temat jest zamknięty, ale gdzie tam… Wrócił już dzień czy dwa później z nową strategią. Postanowił mnie tym razem brać na litość.
(Tak, jedną wiadomość tam skasował, pojęcia nie mam czemu).
Końcówkę chyba Wam daruję, bo jest to jakieś 8 screenów powtarzającego się na przemian please my friend, without you I’m nothing, ubarwionych smutnymi wspominkami o zmarłej żonie, upadającym biznesie i kuszącymi obietnicami odwiedzenia mnie w Polsce. W końcu stwierdziłam, że materiału na ten wpis mam aż nadto, więc zablokowałam.
Jak Wam się podobało?
Jeśli macie podobne przygody – wesołe lub smutne – odezwijcie się do mnie, chętnie je opiszę ku rozrywce albo ku przestrodze.
Rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Bieszczady
Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razów niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: takich pierwszych razów, kiedy przeżywamy razem coś nowego dla obojga – gdzie samo przeżycie jest nowością, a nie „tylko” towarzystwo. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem trochę mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę. A mówię o tym dlatego, że z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam mężowi Urodzinową Wycieczkę-Niespodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie wspólny pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczurka, który spędził ostatnie pół roku na Home Office.
Wyruszyliśmy w czwartek rano i po 15 byliśmy już na miejscu. Na bazę noclegową wybrałam dom gościnny położony nad jeziorem Myczkowskim, kilka kilometrów od Soliny. Dom posiadał piękny, duży ogród i zejście bezpośrednio do jeziora, a jego lokalizacja w oddaleniu od jakiejkolwiek innej zabudowy, gwarantowała na absolutną ciemność w nocy. Do tematu ciemności i tego co z niej wynika jeszcze wrócę.

Ogród 
Zejście do jeziora 
Był nawet mały pomost
Po szybkim rozpakowaniu się (nie wiem jak Wy, ale ja zawsze natychmiast po przyjeździe rozpakowuję walizkę, nawet jeśli mam być w danym miejscu tylko dwa dni) wybraliśmy się obejrzeć zaporę na Solinie. Mój mąż uwielbia tamy więc to była taka dodatkowa mini atrakcja. Zapora faktycznie jest imponująca, ale sama miejscowość Solina nieco nas rozczarowała, głównie ze względu na to, że gdy już do niej dotarliśmy w okolicach 17.30 prawie wszystko było pozamykane (od straganów z pamiątkami po budki z lodami, goframi, smażoną rybą itp), a całość sprawiała lekko opuszczone wrażenie. Dopiero dwa dni później mieliśmy okazję zobaczyć ją w pełnej turystycznej krasie, ale w tamtym momencie wieczorem, nawet się martwiłam, że nie znajdziemy miejsca na obiad. Na szczęście znaleźliśmy. Z racji tego, gdzie zaparkowaliśmy odbyliśmy tego dnia dwa spacery po zaporze: za dnia i w nocy.

Zapora na Solinie ma ponad 600m długości 
A takie są z niej widoki 

Gorąca czekolada na rozgrzewkę zanim ruszymy w drogę powrotną 
W nocy zapora jest ładnie oświetlona
W piątek wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszliśmy na Połoninę Wetlińską. Planując ten wyjazd zakładałam, że udamy się na jakieś piesze wycieczki, ale ta Połonina przyszła mi do głowy dopiero na miejscu, trochę dzięki inspiracji naszej Pani Gospodyni (szkoda, gdybym wiedziała, że czekają nas takie wyprawy, zdecydowanie wziełabym inne buty). Całość zajęła nam jakieś 4 godziny, w sumie pokonaliśmy chyba z 500m w górę, a niektóre podejścia naprawdę boleśnie przypominały mi o tym, że pandemiczny tryb życia nie pozostaje bez wpływu na kondycję. No, ale było warto wypluć płuca, bo widoki na górze były niesamowite. Do tego pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jednocześnie chłodno (jakieś 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie warunki idealne do wdrapywania się pod górę.

Wchodzimy na szlak 
Widoki po drodze 
Robienie zdjęć pozwala złapać oddech! 

Szałas przerobiony na mini sklepik (kultowe schronisko Chatka Puchatka w tej chwili nie istnieje, a turyści mają potrzeby) 



Droga na Osadzki wierch 
Kiedy w końcu dotarliśmy do samochodu, byliśmy raczej zmęczeni, postanowiliśmy jednak dokończyć naszą pętlę bieszczadzką. Na koniec dnia zaserwowaliśmy sobie zasłużone posiłki i padliśmy.

żurek w chlebie, kluski w sosie grzybowym 
i golonka
W sobotę postanowiliśmy wysilać się nieco mniej, zwłaszcza, że mieliśmy też plany na noc, dlatego szukaliśmy jakiegoś krótszego szlaku. Średnio nam to wyszło, bo skończyło się trzema godzinami szybkiego marszu na szczyt Chryszczata. O ile ja zakochałam się w Połoninie, o tyle Kolega Małżonek zachwycił się ścieżką przez las, w okolicach Chryszczatej. Faktycznie szlak był przepiękny, mało uczęszczany, lekko dziki. Całą frajdę lekko psuły tylko czarne wizje związane ze znakiem, który napotkaliśmy po drodze…
Stargazing in Bieszczady, czyli czemu ciemność jest fajna

Jednym z powodów, dla których na Urodzinową Wyprawę-Niespodziankę, wybrałam właśnie Bieszczady jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu absolutnie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia oglądać gwiazdy (i inne ciała niebieskie). Jak wspominałam na początku, nasze zakwaterowanie było położone na uboczu, z dala od jakichkolwiek miasteczek i osad, które generują światło, a także miało ogród. Te wszystkie okoliczności przyrody tworzyły doskonałe tło do prezentu urodzinowego:

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!) jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Poza sobotą, o której za moment, robiliśmy to właśnie w ogrodzie naszych gospodarzy. Niebo było widać genialnie nawet gołym okiem, a do tego dodatkowych wrażeń dostarczyły nam bardzo głośne ryki niosące się z drugiej strony jeziora… Najpierw pomyśleliśmy, że to niedźwiedzie! Mimo bezpiecznej odległości i dzielącej ans wody, ciarki przeszły mi po plecach. Na szczęście okazało się, że to żadne niedźwiedzie, a jelenie na rykowisku. Ach to bycie mieszczuchem…
Jak wspomniałam, na sobotę mieliśmy konkretne nocne plany: wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!
Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Wyprawa w Bieszczady nie należy do wyjątków. Opuściliśmy to miejsce z silnym niedosytem i jeszcze silniejszym postanowieniem, że będziemy wracać regularnie.
Na Kozetce z Oszustem – Po drugiej stronie. Historia Asi.

Witajcie w kolejnym odcinku Kozetki! Dziś chciałabym przedstawić Wam Asię (imię zmienione), która napisała do mnie i zaproponowała, że podzieli się swoją historią. W przeciwieństwie do mojej poprzedniej rozmówczyni, która – można powiedzieć – uciekła oszustowi sprzed ołtarza, Asia nie tylko wyszła za Mahmouda, ale także pomogła mu sprowadzić się do Polski.
Tego, że Mahmoud okazał się oszustem i kanalią, zapewne już się domyśliliście (inaczej nie byłby bohaterem rozmowy w ramach tego cyklu), ale jeśli chcecie się dowiedzieć, jak cała historia się potoczyła, kiedy wyszło szydło z worka i czym to wszystko się skończyło: zapraszam do lektury. Uprzedzam, że historia, którą przeczytacie, może wywołać w Was różne emocje – we mnie na pewno poruszyła wiele strun, kiedy ją pisałam. Mam nadzieję, że podzielicie się swoimi przemyśleniami, ale proszę, róbcie to z szacunkiem dla Asi, która na pewno będzie czytać Wasze komentarze.
Asiu, przede wszystkim dziękuję ci, że się do mnie odezwałaś i że jesteś gotowa podzielić się swoimi doświadczeniami. Może na początek opowiesz nam, jak to się wszystko zaczęło?
Zapoznałam go na Badoo przez profil pracownicy mojej w pracy… sama go nie miałam. Podczas jednej z rutynowych kontroli w pracy, zauważyłam ze pisze z telefonu służbowego, jak się okazało na aplikacji Badoo. Nie skasowała jej, zostawiła w telefonie, następnego dnia miała wolne, a on zaczął pisać. Odpisałam i tak się zaczęło. Nawet nie skojarzył z kim pisze, wyjaśniłam mu, ale jemu wcale to nie przeszkadzało. A ja to traktowałam jako zabawę. Potem przenieśliśmy się na Viber i Messengera. Świetnie mi się z nim rozmawiało… na każdy temat. Spędzał ze mną dużo czasu… był zabawny, zawsze wesoły, bez problemów z mega wielkim poczuciem humoru, zawsze myślący pozytywnie. Nawet mu nie przeszkadzało, że mój angielski był wtedy średni. Pochodził z dobrej rodziny…uporządkowanej, z wartościami. Tata oficer armii, siostra miała firmę kosmetyczną. On był managerem IT. Tak mówił.
Myślisz, ze kłamał?
Oczywiście. Ale nie do końca. Rzeczywiście pracował w IT, jego tata gdzieś tam kiedyś pracował w jakimś wywiadzie ale może z 15 lat temu. A siostra bawi się w sprzedaż na stronie internetowej, a nie „ma firmę” – coś jak Avon u nas.
Czyli podkoloryzował tu i tam…
Dokładnie. Dowiedział się, że ja jestem managerem, wiec nie mógł być gorszy. Tak go odebrałam. Trenował boks w Egipcie. Nagle pojawiłam się ja: manager z dobrą koleżanką, której były mąż ma znajomości w Europie w MMA. Był bardzo zainteresowany karierą w Polsce, więc byłam idealnym celem. Zadawałam mu różne pytania….mieszał się w odpowiedziach.
Nie wydawało Ci się to podejrzane?
Oczywiście, ale nie wierzyłam. Dawałam szansę i patrzyłam co dalej.
Mówisz, że był zainteresowany karierą w Polsce: narzekał na pracę w Egipcie i na Egipt?
Niezupełnie. Miał pracę, mówił dobrze o swoim kraju i życiu. Zmyliło mnie to. Zaproponowałam, że w takim razie ja będę w stanie zrezygnować z pracy i zostać w Egipcie.
Faktycznie brałaś pod uwagę przeprowadzkę do Egiptu, czy tylko go sprawdzałaś?
Sprawdzałam. A on nagle dostał propozycję pracy, rzekomo w Kuwejcie, wiec stwierdził, że musi wyjechać gdyż będziemy lepiej żyć. Myślę, że zrobił to dlatego, że ja od początku twierdziłam, że chcę żyć w Polsce. Dużo rozmawialiśmy, wybadał mnie a potem działał. Niby chciał jechać ze mną do tego Kuwejtu – wiedział że się nie zgodzę, bo to rygorystyczny kraj.
Opowiedz nam, jak rozwijała się ta znajomość. Poznaliście się przez Internet latem 2016 i co było dalej?
Zanim spotkałam go w realu minęło ok pół roku. W styczniu 2017 zobaczyliśmy się w Egipcie.
I potem często się widywaliście?
Co miesiąc leciałam na parę dni, nawet raz bez zapowiedzi – w celu sprawdzenia reakcji i zachowania.
Udało Ci się go na czymś przyłapać?
Nie, nie udało, był sam. Ale natychmiast wyszedł z psem, a jego telefon był ma Viberze zajęty. Później wszystko skasował.
Jak wyglądały te wasze spotkania?
Na pierwszym spotkaniu w styczniu, kiedy zabierał mnie z lotniska jakaś panienka na Viber wysłała mu buziaka. Stwierdził, że to stara znajomość, a dziewczyna zakochana i nie chce dać mu spokoju. Za pierwszym razem płacił za wszystko, ale tylko dwa dni. Potem spytał, czy kolejne dwa możemy zostać w domu, bo mu na życie nie starczy. Nie zapłaciłam za nic – zostaliśmy w domu.
W domu? Gdzie się zatrzymywaliście, u jego rodziny?
Rodzinę poznałam w dniu, kiedy braliśmy ślub, wcześniej tylko rozmawiałam na Messengerze z mamą i siostrą, bo ojciec znal tylko arabski. Zatrzymywaliśmy się w wynajmowanym przez niego mieszkaniu, w którym mieszkał. Przy pierwszym spotkaniu ja chciałam się zatrzymać w hotelu, ale on nalegał żebyśmy zostali w jego mieszkaniu. Również chciał seksu, ale nie dałam <śmiech>.
Jak przyjął odmowę?
Poszedł spać do drugiego pokoju obrażony. Ale rano przyszedł ze śniadaniem w normalnym nastroju, jakby nic się nie stało, nawet nie chciał o tym gadać – mówił ze jest nowy dzień. Właściwie z każdą rozmową tak było. Jak można nie rozmawiać o problemie? Nie można… a jego założenie było, że „było minęło”, nie wracamy dziś jest nowy dzień. Spływało po nim jak po kaczce.
Kolejne spotkania były w lutym i w marcu?
Tak. Drugie spotkanie: luty. Krytyczna sytuacja… ciągle brak gotówki po jednej wizycie na plaży. Był smutny, przygnębiony, rozczarowany. Zostawiłam mu 200$, szkoda mi się go zrobiło. W marcu zaczął strategię mówienia o pracy: że „shit szef”, że ekipa nie za bardzo, że chyba musi poszukać innej. I skupienie się na treningach, bo w międzyczasie zapisał się na trening MMA. Ja przyjeżdżam, a on mnie ciągnie na treningi. Poza tym był wiecznie zamyślony, w innym świecie. Jak wracałam do Polski, całe noce spędzał online na fb. Mówił ze spać nie może Innym razem, że to niemożliwe albo, że ktoś mu pisze wiadomość dlatego robi się online. Kłamał oczywiście jak się okazało później.
A wtedy w to uwierzyłaś?
Nie. Nie do końca. Były różne dziwne sytuacje. Prosiłam żeby zadzwonił, jak wychodzi z treningu. Nie zrobił tego. Zapytany, dlaczego, odpowiedział, że przecież gadaliśmy. Mówię, że na pewno nie ze mną, a on na to …. „aaaaa może z mama gadałem”. W międzyczasie jakaś kobieta była u niego w domu… pijana… kolejna „zakochana”. Pokazywał mi video.
I mimo tego wszystkiego poleciałaś znowu w kolejnym miesiącu?
Tak. W kwietniu byłam z przyjaciółką, która miała męża Egipcjanina. Znali się, odebrali nas wspólnie z lotniska. Oświadczył się na tym lotnisku w o obecności znajomej z którą byłam. Byłam szczęśliwa… uwierzyłam że mnie kocha i chce dzielić życie.
Ten mąż przyjaciółki też się okazał oszustem?
Tak. Na lotnisku jego znajomy wziął mnie na bok i powiedział że Mahmoud rozmawiał z inną kobietą. Zapytałam o to – powiedział ze z siostrą.
Powiedział ci to ten sam znajomy, który oszukiwał Twoja koleżankę?
Tak.
Dziwne, ciekawe czemu to zrobił?
Oni się potem pokłócili, Mahmoud i jego kolega. Nie odzywali się do siebie, nie spędzaliśmy czasu razem. Jeden gadał na drugiego, a sam udawał porządnego.
I co było dalej?
Podczas mojej wizyty w kwietniu: nic specjalnego. Prosił żebym zostawiła mu pieniądze na wynajęcie mieszkania. Zostawiłam. A po moim powrocie do Polski stracił pracę. A raczej sam się zwolnił, bo miał problemy z szefem. Nie lubili się. Co ciekawe, szef po jego przylocie jego do Polski komentował mu zdjęcia na Facebooku – bardzo życzliwie, jakby się przyjaźnili.
A potem w maju wzięliście ślub i przy tej okazji poznałaś jego rodzinę, tak? Jak cię przyjęli?
Ślub w maju, tak. Rodzina mnie zaakceptowała, byli mili, nawet bardzo, troskliwi i opiekuńczy, czułam się jak księżniczka. Wcześniej miałam już kontakt miałam z mamą i siostrą. Po ślubie wróciłam do domu i zaczęłam starać się o sprowadzenie go do Polski. Nalegałam też na wesele. Nie sprzeciwiał się… rodzinie musiał pokazać że to ślub z miłości a nie dla wizy.
Czyli myślisz, że ich tez oszukał?
Tak. Oszukał rodzinę również i to rodzina zapłaciła za wesele, nie on. On starał się wyłudzić pieniądze mówiąc że mama chora. Ale rodzina mówiła nie i że zapłacą.
A jak wam się układało po ślubie? Jak wyglądało wesele i podróż poślubna?
Wesele w Kairze, w wolnej przestrzeni: pięknie, romantycznie. Wesele w Egipcie przebiega podobnie do naszego, lecz bez alkoholu i panie bawią się razem, a panowie oddzielnie. Później miesiąc miodowy w Marsa Matruh, a tam znowu: jak wzięłam jego telefon do ręki… znowu pisanie z laskami… wszystko widziałam. Wyparł się, powiedział, że to kolega pisał z jego telefonu, nie on.
Potem sprawy urzędowe: załatwiałam ja w Polsce, on w Egipcie. Zostawiałam mu pieniądze. Nigdy nie miał. Od maja do sierpnia bez pracy. W tym okresie bawił się z kobietami: pisanie, zapraszanie do domu na wakacje pań z Europy. Moi znajomi spotkali go w barze z panią za rękę i z jakimiś dokumentami.
A skąd wiesz o tym pisaniu i zapraszaniu? Kiedy to odkryłaś?
Przejrzałam jego telefon. To było już po ślubie, ale jeszcze był w Egipcie.
Skonfrontowałaś go na temat tego, co znalazłaś?
Tak. Wyparł się: „to nie tak jak myślisz”.
Uwierzyłaś?
Pół na pół. Zawsze robił tak, abym wierzyła, ale rozum mówił, co innego. Później, na naszym miesiącu miodowym dowiedziałam się że zapraszał dziewczynę z Polski na seks trzy dni przed weselem. Ona mnie znalazła na Facebooku, opowiedziała wszystko, wysłała screeny rozmów. On się wyparł. Powiedział, że specjalnie to zrobił z zemsty, bo ona go kiedyś zostawiła i zaczęła spotykać się z innym. Mówił, że to wszystko było przed weselem, że teraz już będzie inny. Byłam już w ciąży więc… Uznałam, że jak to ściągnę do Polski to się zmieni: będzie dom, rodzina… Pomyślałam, że będzie ok.
Co jeszcze się działo przed jego przyjazdem do Polski?
Nic szczególnego. Zwykle narzekanie. Po weselu do lutego był w rodzinnym domu, bez pracy, chodził na treningi. Do lutego byłam u niego co miesiąc: kamuflował się świetnie. Kasował aplikacje, a kiedy wracałam do Polski pobierał na nowo: Badoo, Vk, Datezone i inne.
Skąd wiesz ze na nowo je pobierał i ich używał?
Zamontowałam mu aplikację. Wirusa, którego wysyła się za pośrednictwem wiadomości lub obrazka i dzięki niemu mamy podgląd w czyjś telefon. Więc widziałam wszystko. Poza tym kasował rozmowy, ale nie kasował polaczeń i historii.
Kiedy mu to zainstalowałaś?
Raz w Egipcie i drugi raz w Polsce.
A w Egipcie kiedy?
Na drugim spotkaniu.
I co odkryłaś?
Miał wiele aplikacji rożnego rodzaju, pisał z pannami, zapraszał je na sex, wyłudzał kasę, a jak nie chciały dać to straszył.
I robił to wszystko przed ślubem?
Tak. Kamuflował się wymyślając bajki w miarę wiarygodne. Na przykład: była znajoma, koleżanka z pracy, ktoś poprosił go o pomoc. Mówił, że to stare historie albo, że żartował, bo mu się nudzi, jak ja jestem w pracy. I o co ja w ogóle pytam? To nic, zwykle gadki, a ja mam problem. A skoro mam problem powinnam się leczyć. Zawsze, jak pytałam o coś, to mówił, że ja za dużo mówię. I jeszcze mówił, że to nie tak jak myślę, że muszę mu wierzyć i zaufać. Nie zagłębiał się w temat, zbywał mnie odpowiedziami.
A co Ty o tym myślałaś?
Ze kłamie… na bank… ale historie były w miarę dobre, uwierzyłam, bo pracował jako IT informatyk w hotelach, więc mówił, że ma kontakt z wieloma turystami.
I mimo to załatwiałaś papiery żeby go ściągnąć?
Tak. Miał dobrą rodzinę, uważałam że go zmienię, że nie możliwe, żeby taki był. Wierzyłam, że to jego praca i kontakty z turystami po prostu go zepsuły, że zgubił go ten świat, czułam że mogę go zmienić, jak się od tego wszystkiego odetnie.
I co było dalej? Ciężko go było go tu sprowadzić?
Nie, łatwo poszło, bezproblemowo. Przyleciał w lutym 2018. Jak załatwiałam dokumenty nie mógł się doczekać, popędzał, niecierpliwy był, nalegał. Mówił, że musimy być jak najszybciej razem. Trenował MMA w Egipcie, myślę, że dowiedział się że mam znajomości i mogę pomóc. Wykorzystał swoją szansę.
Myślisz, że traktował poważnie to MMA? Pomogłaś mu z tym?
Traktował to poważnie. Chciał zarobić kasę w Polsce, wiedział, że mam kontakty więc uważał, że mu pomogę. Nie pomogłam, bo to po przylocie do Polski stało się jego priorytetem. Czułam się, jak sponsor jego, a nie żona ani partnerka. Poza tym laski wokół niego dookoła – uznałam że nie warto. A z resztą jakby zrobił karierę MMA ściągnąłby do Polski rodzinę albo zgarnął kasę i wyjechał.
Rozumiem. Wróćmy jeszcze do lutego. Przyjechał i jak wyglądały początki waszego wspólnego życia?
Po przyjedzie do Polski od razu był obrażony, jeszcze na lotnisku. Spadł śnieg, byłam w ciąży: spóźniłam się 40 minut. Dla niego to wszystko nie było ważne, powinnam być o czasie. Kolejna rzecz: oczekiwał, że on będzie prowadzić auto, nie ja. W śnieg i mróz, bez doświadczenia w takich warunkach atmosferycznych. Nie ustąpiłam. Ja prowadziłam, a on był obrażony pół drogi. Poczuł się jak nie-mężczyzna – jakże kobieta może prowadzić auto, a facet obok. To było dla niego niewyobrażalne.
Trzy dni po przylocie nie był nawet zainteresowany miastem, niczym. 24h na dobę telefon i telewizja. Cztery dni później szukał miejsca na trening MMA. W ciąży w siódmym miesiącu musiałam z nim jeździć po klubach. Jak mówiłam, że się źle czuję, to był obrażony i mówił, że mu nie pomagam, nie wspieram itp. Interesował się tylko treningami i swoją karierą. Wymuszał na mnie różne rzeczy: ubrania nie ma, plecaka, butów na trening i tak dalej. Ale nie pomyślał, że za trzy miesiące będzie dziecko, które też nic nie ma, nawet łóżeczka. Ogarniałam wszystko sama – dosłownie wszystko.
Przyjechał bez żadnych oszczędności?
Nie. Miał 500 dolarów, które mi oddal, ale zaraz sobie odebrał.
Jak to?
Dał mi pieniądze, a za kilka dni trzeba było płacić za trening, suplementy, jego ubrania, mieszkanie, rachunki. Wiec, co z tego ze dał? Wydalam na niego dwa razy więcej. Zawsze używał tej metody (skutecznie), było to widać jak na tacy.
A powiedz, były problemy z kartą pobytu?
Nie, w sierpniu dostał.
Dopóki nie miał karty nie mógł pracować, a potem?
Kolega z Niemiec załatwił mu pracę w polskiej firmie. Pracował pól roku jako informatyk. Nie potrafił porozumieć się z zespołem, szef miał z nim problemy, takie same, jak ja w domu. Czyli że jest mądrzejszy, lepiej wie, lepiej rozumie. I chciał zarządzać jak manager. Nie potrafił wykonywać poleceń przełożonego, bo twierdził że tamten nie ma racji. Wszystko miało być tak jak on chce, a przełożony był głupi.
A jak wam się układało, jak już zaczął pracę?
Po dwóch miesiącach pracy wysłał 2000 zł do Egiptu, twierdził, że musi oddać za dokumenty, jakie szykował do Polski. Powiedziałam: „nie! Dziecko i dom są ważniejsze”. Obraził się, nazwał mnie materialistką i i tak wysłał. Mówił, że pieniądze są dla mnie najważniejsze. Wcześniej, zanim zaczął pracę, w lipcu zmarła jego mama. Zapłaciłam za całą podróż. Umówiliśmy się że będzie mi oddawał. A on wysłał 2000 zł do Egiptu. Ręce opadają
Zawsze słyszałam, że go nie wspieram. Ale jak? Finansowo. Zapewniłam mu start w Europie, stworzyłam dom za swoje pieniądze, zapewniłam mu normalne, godne życie, a on stwierdził, że go nie wspieram, bo mu rękawiczek ma trening za 200 zł nie kupiłam. Intercyzy też nie chciał podpisać. Mówił, że ma mieszkanie w Egipcie, jak przyjechał do Polski, prosiłam żebyśmy sprzedali. Nie zgodził się, bo rzekomo był problem z gruntem.
A powiedz, jak było z dzieckiem? Urodziło się w maju, prawda?
Tak w maju. Pomagał do sierpnia, dopóki nie zaczął pracy. W domu z dzieckiem był jak idealny mąż. Wszystko się zmieniło, jak zaczął pracę. Miał wszystko gdzieś, mówił że on pracuje i koniec. Po pracy jeździł na treningi, wracał o 23 albo później do domu. Pomagała mi moja rodzina w obowiązkach domowych. Dziecko musiało być cicho bo hrabia śpi. Mówił, że to jego dom, bo za niego płaci, więc mamy się podporządkować. Dziecko, które miało cztery czy sześć miesięcy, ma być cicho; może powinnam buzię jej zatkać, by pana nie obudzić, bo on ma pracę. Jak rano mama zakupy przyniosła to wyszedł z pokoju i kazał jej wyjść bo za głośno rozmawiamy, a on przecież śpi, bo on ma pracę.
Mówił że to jego dom, bo za niego płaci – i faktycznie póki pracował, utrzymywał dom?
Tak, oddawał całą wypłatę, ale za moment miał swoje potrzeby: suplementy za 1000 zł, trening za 150, dietetyk, ubrania, bo co chwilę niszczył. Miesięcznie kosztował ok 2,5 tysiąca, a zarabiał 4000, wiec w sumie oddawał mało. Drugie tyle dokładałam ja.
I co było dalej?
W listopadzie, pół roku po jego przyjeździe do Polski… policja u drzwi. Mąż oskarżony o gwałt. Spadlam z krzesła. Tak jeździł po pracy na treningi, że wylądował z dziwką w lesie. Nie zapłacił jej za usługi, wiec zemściła się na nim.
Jak on to tłumaczył?
„Pomyłka”… on nie chciał, to ja go do tego popchnęłam, stracił kontrolę itp. Chodził potem, jak w zegarku, skakał koło mnie jakbym była królową Polski, pomagał prawie we wszystkim. Ale nie trwało to długo: tylko dopóki nie wybaczyłam zdrady i nie zaczęłam normalnie z nim rozmawiać. A wybaczyłam tylko ze względu na dziecko.
Mówiłaś, że po pół roku stracił tę pracę: co było potem?
W lutym byłam w szpitalu. W tym samym czasie szef mu nie przedłużył umowy. Stracił tę pracę, bo nie potrafił się dogadać z zespołem i z szefem, był mądrzejszy nawet od prezesa. Jego szef kontaktował się ze mną wielokrotnie, prosił o wyjaśnienia sytuacji i jego zachowań, opowiadał mi wszystko, prosił żebym z nim porozmawiała. Irytował go strasznie [szefa – przyp. Oczko], nie dało rady z nim pracować, był bardzo trudny. Ale Mahmoud rozpowiedział swojej i mojej rodzinie, że szef zwolnił go, gdyż żona była w szpitalu, a on musiał zająć się nią i dzieckiem w domu. Zawsze wszystko przedstawiał tak, aby wszyscy mu wierzyli. Ale sorry nie ja – i to był jego problem. Nie lubił, jak o coś pytam, nie lubił się tłumaczyć. Twierdził, że nie będę go kontrolować.
Potem rok czasu spędził w domu, bez pracy, bez szukania – życie na lajcie. Żadna praca mu nie pasowała, nie była dobra dla niego. Telewizor, telefon i sofa. Kiedy nie miał pracy, owszem pomagał w domu, ale to było zawsze w zamian za coś. Czyli jeśli dałam na trening albo mu coś kupiłam, to odwdzięczył się np. zniesieniem wózka córki ma dół. Albo 3 dni pomagał, a później: „my love suplementy will finish”. Jedna wielka masakra. Ja szukałam mu pracy, on wchodził na aplikacje, pokazywał, że rzekomo szuka, ale to trwało może 5 min, a potem odpalał Facebooka i gale MMA. Ja wysyłałam CV, on zabawiał się z panienkami. Znajdowałam w plecaku ukryte numery telefonu.
I co wtedy robiłaś?
Rozmawiałam, ale zbywał mnie. Zwykle wymówką „To nie tak jak myślisz kochanie”.
Zajmował się dzieckiem?
Tak. Na swój sposób: wiedział wszystko lepiej niż lekarz i położna. Wszystko konsultował z rodziną w Egipcie, a oni zawsze mieli rację i on zawsze wiedział lepiej wszystko.
Kłóciliście się o to?
Tak. Bardzo. W ogóle były ciągłe kłótnie o wszystko, każdego dnia o coś: posiłki, czas, dziecko, spędzanie czasu itd.
Zdawałaś sobie z tych wszystkich różnic sprawę zanim za niego wyszłaś?
Tak. Znałam Egipt, wiedziałam co może mnie czekać. Obserwowałam. I nie myliłam się: te same sytuacje powtarzające się u wielu innych.
Zrobiłabyś to drugi raz?
Nie.
A co z tym oskarżeniem o gwałt? Była sprawa w sądzie?
Umorzyli, bo to był seks za pieniądze. Dziewczyna się zemściła bo nie chciał jej zapłacić.
Czyli zapłacił i wycofała oskarżenie?
Chyba tak. Miałam tylko protokół z policji, wiec raczej prawdy od niego się nie dowiem. On powie prawdę, jak się pomyli.
Czy miał jeszcze potem jakąkolwiek pracę?
Rok nie pracował. Nie chciał iść do pracy dorywczej, bo on jest informatykiem. Utrzymywałam nas oboje. W styczniu tego roku rozpoczął pracę. Dałam mu na wszystko… na bilet, został ubrany itp. Dostał wypłatę i oddał tylko na opłaty bo stwierdził ze nie jest moim niewolnikiem. Wysyłał pieniądze do swojego kraju twierdząc ze musi oddać za dokumenty i za opłaty za wizę 8000 zł. Oszukiwał na pieniądze, wymyślał przeróżne rzeczy. Więc zobaczyłam tak naprawdę, jaki jest, jak pracę ma i jaki jest, jak jej nie ma.
Mieliśmy wiele… bardzo wiele sytuacji, które wskazywały, że jest tu tylko dla wizy… interesował się tylko swoimi sprawami i na sobie skupiał całą uwagę. Było to widać jak na talerzu.
I jak to się wszystko skończyło?
W lutym poprosiłam żeby opuścił dom. Podjęłam decyzję, miałam go dość. Zaczęłam też szukać przyczyn takiego zachowania: zapisałam się do różnych grup o związkach mieszanych, dla obcokrajowców i znalazłam odpowiedzi: zwykły toksyczny człowiek, manipulant zakłamany. Byłam jego wizą do Polski, a dziecko przepustką na zostanie w naszym kraju. Powiedziałam mu o tym i prosiłam żeby się wprowadził i żył sam, skoro nie żyje z nami. Odmówił. Powiedział, że nie wprowadzi się sam, bo będzie na niego, że to on zostawił rodzinny dom. Powiedział, że jak pokażę mu pozew rozwodowy, to się wyniesie.
Niestety padłam ofiara dobrego a nawet bardzo dobrego manipulanta. Lecz pomylił się. Miałam na studiach 2 lata psychologii, widać było, że jest toksyczny i włada wieloma technikami manipulacji. Oczekiwał, a nie dawał niczego w zamian. Zawsze, w każdej sprawie.
W lutym zaczęłam przygotowywać się do rozwodu, zgłosiłam sprawę do Urzędu Wojewódzkiego. Przerwał mi COVID-19
A złożyłaś pozew?
Tak.
On nadal z Toba mieszka?
Nie. Wyszedł w obecności policji w lipcu i uznał, że jak wyjdzie to nie wróci. I tak zrobił.
Dlaczego policji?
Codzienne kłótnie i awantury, któregoś dnia mnie popchnął. Wezwałam policję, więc kazali mu wyjść i się przewietrzyć. Uznał, że jak wyjdzie to nie wróci. Jego decyzja i słuszna, jak się okazało. Teraz jest spokój i cisza bez niego. Mózg mi odpoczął.
On teraz prowadzi życie jak w Egipcie. Zwykły pies na baby: jedna wychodzi z domu druga wchodzi. Ciągle dziwki dookoła, a przede mną zgrywa wielkiego muzułmanina. Wstyd. Jestem w trakcie rozwodu, pewnie zostanie jeszcze walka o dziecko, bo ja nie jestem muzułmanką, wiec według niego nie mogę dziecka mieć. Czyli pewnie to jeszcze nie koniec.
Kilka dni temu zadzwonił do mnie i pyta mnie, czy nie pożyczę mu auta, bo on ma trening w innym mieście i czy wezmę na siebie dla niego telefon. I oczywiście jak nie dostał tego, czego chciał, mówi do mnie „f.ck yourself see you on court”. Mówi, że pochodzi z „hight level family”, wysoko postawionej rodziny, a jest dupkiem zwykłym, rodzina powinna wstydzić się za niego.
Myślisz ze będzie chciał odebrać Ci dziecko?
Dziecko, jak powtarzał, należy do rodziny, nie do mnie. Myślę że nie będzie próbował, ale zobaczymy. Czas pokaże.
Wow. Bardzo ciężka historia. Chciałbym żebyś mi jeszcze na koniec powiedziała, patrząc z dzisiejszej perspektywy na wszystko, co się wydarzyło: jakie były pierwsze sygnały alarmowe, co cię powinno było zaniepokoić?
Chwali się, że ma wszystko, że jest z bogatej i porządnej rodziny, mówi, że woli zostać w swoim kraju, ale dopiero po tym, jak cię doskonale pozna i będzie wiedział, że ty nie chcesz. Wyłudzenie od ciebie jak najwięcej informacji; brak pieniędzy – na początku ma, a później już nie; myślenie o sobie; brak rozwiązywania wspólnie problemów i brak powrotu do tematu, czyli drugi dzień koniec rozmowy – nowy dzień, problem znikł sam. Szybkość rozwoju związku; gniew obrażanie się, agresja jeśli nie chcesz czegoś dla niego zrobić; zmienność nastroju.
Aaaaa i jeszcze najważniejsza rzecz: brak reakcji na twoje problemy albo mówienie „Inshaallah” czyli „Bóg da”
A powiedz jeszcze. Jakbyś miała poradzić cos kobietom, które poznały kogoś przez Internet, to co byś powiedziała?
Patrzeć na czyny, nie słowa; real najlepszy… nigdy nie wiemy, kto jest po drugiej stronie; nigdy za wiele o sobie nie opowiadać; więcej słuchać i analizować; nie pokazywać całej ja; po prostu być czujnym. Oni zawsze czegoś chcą od ciebie, prędzej, czy później, wpędzają w poczucie winy, grają biednych i pokrzywdzonych. A my kobiety się litujemy – nie warto. Powinniśmy znać swoją wartość. A poza tym według Islamu żaden muzułmanin nie weźmie od kobiety nawet 1 zł, nie poprosi o pomoc. Trzeba poznać kulturę i oczy się otworzą – szczególnie jeśli chodzi o muzułmanów.
Jak to ujęłaś w naszej rozmowie, w moim przypadku to była jedna wielka kopalnia manipulacji w którą NIE udało mu się mnie wkręcić
No chyba trochę się udało skoro za niego wyszłaś i tyle czasu go utrzymywałaś/wspierałaś finansowo…
Noooooo niestety. Ważne ze zobaczyłam kim jest naprawdę. Lepiej późno niż wcale. Zostałam z nim tylko ze względu na dziecko, myślałam ze będzie inny. Ale niestety nie.
Na Kozetce z Oszustem – Po drugiej stronie

Po opublikowaniu dwóch poprzednich postów (KLIK i KLIK) na temat internetowych oszustów, otrzymałam trochę komentarzy wyrażających wątpliwości, czy ktokolwiek się w ogóle łapie na takie przekręty. Dlatego dziś w ramach Kozetki chciałabym Wam przedstawić drugą stronę medalu, czyli historię kobiety, która padła ofiarą wizowca-naciągacza. Moja imienniczka Basia odezwała się do mnie po ostatnim Kozetkowym wspisie i zgodziła się opowiedzieć swoją historię ku przestrodze.
Bardzo ci dziękuję, że zgodziłaś się podzielić swoją historią! Jestem przekonana, że w ten sposób mamy szansę uchronić kogoś przed poważnym życiowym zakrętem. Zacznijmy może od samego początku, czyli jak to się wszystko zaczęło?
Zaczęło się od tego że nigdy nie byłam kochana i doceniana. Czym jest rodzicielska duma i miłość dowiedziałam się dopiero gdy sama zostałam mamą. Czym jest miłość partnera? Wciąż nie wiem. Byłam niedowartościowaną kobietą, niekochaną, smutną… A kiedy go poznałam, dodatkowo nie byłam w najlepszej kondycji psychicznej: świeżo po rozwodzie z mężem, dla którego byłam nikim.
Więc gdy pojawił się ktoś, kto mówił, jaka jestem cudowna i wspaniała, to popłynęłam. Czy byłam głupia i naiwna? Na pewno nieszczęśliwa.
On pochodził z Indii – muzułmanin, mieszkający na Cyprze. Rozwiedziony z mieszkanką tego kraju, z kończącą się wizą [o tym jednak Basia przekonała się znacznie później]. Zaczepił mnie na Facebooku. To były zwykłe rozmowy typu: „hej, jak ci minął dzień?”
Czyli taki standard, mnóstwo kobiet (a przynajmniej moich czytelniczek) dostaje takie wiadomości.
Tylko, że to trwało długo, nie jak to bywa typowo: kilka dni czy tygodni i wyznania miłości. Dopiero po kilku miesiącach zaczęły się komplementy – nikt nigdy mnie nie komplementował, to była nowość. Lubiłam te rozmowy, cieszyłam się że używam języka angielskiego, poza tym on był kucharzem, więc coraz dłużej i więcej rozmawialiśmy o mojej pasji do gotowania i uwielbieniu dla kuchni indyjskiej. Nie wiem, kiedy nagle stał się kimś ważnym… Budował zaufanie pomalutku. Wydaje mi się, że wybadał, o czym marzę i moje marzenia wykorzystał do swoich celów. Był w tym cholernie dobry.
Basia i Hasan [imię zmienione] rozmawiali ze sobą jakieś półtora roku, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Stopniowo zaczęli snuć plany na przyszłość: myśleli o założeniu wspólnego biznesu – indyjskiej restauracji w Polsce. Basia miała oszczędności, które była gotowa zainwestować:
Byłam po rozwodzie i bez pracy, więc w którymś momencie padł taki pomysł. To było bardzo naturalne i wtedy nie wzbudzało moich podejrzeń. I był to w sumie dobry pomysł. On szukał pracy, pracował w hotelu w restauracji, ja miałam oszczędności, powiedział, że mi pomoże, że razem będzie łatwiej.
Mówisz, że wtedy to nie wzbudziło twoich podejrzeń, ale teraz widzisz wszystko z innej perspektywy. Czy na tym etapie pojawiło się coś, co dziś określiłabyś jako sygnały alarmowe?
Pierwszy sygnał ostrzegawczy: ty robisz wszystko on nic, oprócz użalania się nad sobą. Mówi dużo o tym, że kocha i zrobiłby wszystko dla ciebie, no ale nie może. Ale jak już ty zrobisz swoją robotę to on ci wtedy gwiazdkę z nieba da.
Czyli oczekiwał, że to ty będziesz wykładać kasę?
Że wyłożę kasę, otworzę restaurację, załatwię mu pozwolenie na pracę. I weszłam w to. Machina ruszyła. Miejsce, wyposażenie – wszystko co było związane z restauracją robiłam ja sama, nikt mi nie pomagał. Był wynajęty lokal, wydzierżawiony sprzęt, papierkowa robota, etc…. ale termin wizy się kończył. Gdy nie dostałam pozwolenia na zatrudnienie go, a co za tym idzie: nie było mowy o wizie pracowniczej, zaczął nalegać na ślub. Naciskał, że jeśli go kocham, to powinnam za niego wyjść za mąż i wtedy on będzie mógł przylecieć do Polski, być ze mną i razem będziemy prowadzić restaurację. Nie byłam skora do małżeństwa, ale jeśli chciałam uchronić jego i zalążki restauracji musiałam zdecydować się na ślub.
Jednak do niego nie doszło. Dlaczego?
Nie dopełniłam wszystkich formalności. Nie jestem pewna czy całkiem świadomie i celowo, ale nie postarałam się na 100% załatwiając dokumenty. Myślę, że ostrzegła mnie wtedy intuicja. W każdym razie poleciałam, na miejscu udałam głupią blondynkę i wróciłam bez zmienionego stanu cywilnego. A on musiał wrócić do Indii.
Proponował ci żebyś z nim pojechała?
Tak, chciał żebym tam przyjechała, bo tylko tam mogliśmy wziąć ślub. Nie miał wizy więc nie mógł się stamtąd wydostać. I wtedy też pokazał swoją prawdziwą twarz.
I jak ona się objawiła?
Miał pretensje że nic nie robię, nalegał żebym przyjechała do Indii. Ja nie chciałam tam lecieć: taki wyjazd to kilka tygodni, a ja nie chciałam zostawiać dziecka, choć on na to naciskał. Poza tym nie ufałam mu aż tak i bałam się że nie wrócę. Poprosił mnie też wtedy o 3000 dolarów żeby opłacić kogoś kto pomógłby mu stamtąd wyjechać – ja nie zgodziłam się na wyjazd do Indii i ślub, więc próbował innych sposobów żeby wrócić do Europy.
Wysłałaś?
Tak. Wmanipulował mnie w poczucie winy. Wysyłał mi zdjęcia pokazujące w jakich warunkach żyje – czyli biedy. No i wysłałam. Wiem: głupio. Było minęło.
I faktycznie wykorzystał je żeby wrócić do Europy?
Nie. Jeszcze ze dwa lata temu gdzieś mnie odnalazł – nie wiem, jak bo Facebooka nie mam, a na Instagramie nie ma mojego imienia i nazwiska – i pisał że go oszukałam. Wnioskuję z tego, że utknął w Indiach. Czy znalazł kogoś innego i udało mu się wyjechać z Indii? Szczerze? Mam nadzieję, że nie.
Wracając jeszcze do twojego dziecka: jak on w ogóle przyjął informację o nim?
Bardzo dobrze, nie miał nic przeciwko. Deklarował, że będzie je kochał, wielbił i w ogóle. Oczywiście na końcu wyszło na to, że lepiej, żeby go jednak nie było, bo przez nie nie mogę przyjechać. Nalegał, żebym jednak je zostawiła i przyjechała. A ja jestem lwica, moje dziecko to moje życie, więc tu był już koniec dla mnie wszystkiego.
A jak to wyglądało z drugiej strony? Jak na wiadomość o twoich planach (kiedy jeszcze istniały) zareagowała twoja rodzina i przyjaciele?
Moja rodzina mówiła że zwariowałam, ale mieszkam na tyle daleko od nich, że się tym nie przejmowałam. A przyjaciele byli przy mnie. To tacy przyjaciele z rodzaju na dobre i złe. Teraz czasem się z tego śmiejemy.
I nie mieli żadnych obiekcji, czy po prostu nic nie mówili?
Martwili się, czy nie będę cierpieć i czy nie zostanę oszukana, mówili bym się zastanowiła, przemyślała. Ale dla nich to było takie egzotyczne. A ja się na Cyprze uczyłam się gotować, uczył mnie kucharz jednego z lepszych hoteli. To naprawdę wtedy nie wyglądało na typowe naciąganie.
Wspomniałaś wcześniej o pierwszym sygnale ostrzegawczym. Powtórzmy go dla przypomnienia:
ty robisz wszystko on nic, oprócz użalania się nad sobą. Mówi dużo o tym,że kocha i zrobiłby wszystko dla ciebie, no ale nie może.
Jakie jeszcze sygnały zauważyłaś?
Najważniejszy to chyba cała ” procedura ślubu”. Wtedy nic o tym nie wiedziałam, nie miałam pojęcia jakie są obowiązki muzułmanina względem przyszłej żony, jakie kobieta ma prawa – a są one inne niż w kulturze europejskiej. Gdybym wiedziała to wszystko co wiem teraz nie wydałabym ani złotówki. Teraz to bym się nawet upierała na ślub w meczecie i zadbała porządnie o siebie w kontrakcie. Nie brzmi to zbyt romantycznie… no ale trudno, lepiej żeby było pragmatycznie niż romantycznie i dramatycznie
Czyli niezależnie od ślubu cywilnego naciskałabyś na nikah i porządny kontrakt, jako coś co dowodziłoby jego intencji?
Tak. Jak kocha szczerze to się zgodzi. Jak nie… to coś kombinuje
Czy wtedy w ogóle wiedziałaś, że jest coś takiego jak nikah i kontrakt?
Nie miałam pojęcia, jak to wszystko działa.
A on był wierzący?
Tak. Chodziłam z nim nawet do meczetu
Na tyle, na ile znałaś jego i jego religijność, z dzisiejszej perspektywy, sądzisz, że to było dziwne, że nie wspomniał nic na temat ślubu religijnego?
Teraz tak. Wtedy myślałam, że jako chrześcijanka nie mogę. Opierałam się na tym, co on mówił, powiedział, że moglibyśmy, ale to jest skomplikowane, bo nie jestem muzułmanką. A ja nie mogłam znaleźć zbyt wielu informacji, nie mogłam znaleźć w Internecie jakichś konkretnych wskazówek. Nie było tylu blogów co teraz, nie mówiło się o tym tyle co teraz.
To prawda. Pamiętam, że jak ja się męczyłam ze swoim byłym, to w ogóle nic nie było na te tematy. I dlatego teraz robimy to co robimy. Żeby było.
No właśnie.
Masz jakieś rady dla kobiet, które zawierają takie potencjalnie romantyczne znajomości w sieci?
Przede wszystkim warto podkreślić że zawieranie znajomości przez Internet z obcokrajowcem jest obciążone możliwością bycia oszukaną. I że mimo wszystko trzeba mieć dystans. Wszystkiego nie da się przewidzieć i zaplanować, ale trzeba maksymalnie myśleć o sobie i swojej przyszłości. Nie zawsze też wszystko dzieje się szybko, na moim przykładzie widać że może trwać dwa lata, a pewnie są przypadki że i dłużej.
Po drugie: poznać rodzinę – chociaż to też niczego nie gwarantuje bo rodzina może pomagać w oszustwie. Dobrze jest też znać swoje prawa jako żona, poznać kulturę kraju z jakiej wywodzi się przyszły mąż.
Wiem! Wiem, o czym jeszcze trzeba koniecznie napisać! O szantażowaniu!
O szantażowaniu?
Jesteśmy dorośli, więc możemy o tym napisać. Wiadomo, że te internetowe znajomości przybierają różną formę. Sex online, fotki… Goście po jakimś czasie proszą o zdjęcia, coraz śmielsze, często nagie. A potem mogą szantażować, że kobieta ma zrobić to i to, bo inaczej on opublikują jej zdjęcie, wyśle do rodziny, przyjaciół… itd. Mnie to nie spotkało, dlatego nie bałam się skończyć tego wszystkiego – on nic na mnie nie miał. Ale coś podobnego zdarzyło się mojej koleżance. Facet wstawiał jej zdjęcia na portale.
Więc, jeśli już wysyłać to zdjęcia bez twarzy i znaków dzięki którym można by być rozpoznanym
Świetna i bardzo cenna rada, która zapewne przydałaby się też połowie nastolatek na świecie… Czy jest coś jeszcze na co uczuliłabyś inne kobiety?
Myślę że kobiety samotne, po rozstaniu są łatwiejsze do ” upolowania”. No wiesz: te niewierzące w siebie, swoje możliwości, z ciężką przeszłością. Wizja uratowania kogoś i miłości do grobowej deski jest kusząca. Poza tym jesteś tą jedną jedyną, wyjątkową, piękną, mądrą, tylko ty możesz mu pomóc – nikt inny… I tak wpadasz po uszy. I najczęściej wtedy nie słuchasz głosu rozsądku. Ani przyjaciół – bo co oni wiedzą, a ty przecież masz misję
Bardzo ciekawe! Ten aspekt ratowania nie przyszedł mi wcześniej do głowy.
A ja myślę że to ma duże znaczenie. Pomyśl: kobieta nagle jest potrzebna, niezbędna, czuje się doceniona i realnie może komuś pomóc, uratować. Szara myszka ratuje świat.
…a przynajmniej: mężczyznę który uratował ją od samotności
Oooo właśnie. I żyli razem długo i szczęśliwie
A propos „żyli długo i szczęśliwie”. Od tamtych wydarzeń minęło 8 lat. Ułożyłaś sobie życie?
Teraz znam swoją wartość. Jestem szczęśliwa i spełniam się w życiu. Moja historia to też historia, która pokazuje, że szczęście mamy w sobie a nie w innych: nasza siła jest w nas a nie w innych. Jesteśmy wyjątkowe, silne i cudowne nie dlatego że ktoś się nami interesuje, ale dlatego że jesteśmy wartością samą w sobie. Jesteśmy życiem, ostoją, pełnią. To nie mężczyzna nas definiuje, bo my jesteśmy definicją początku i końca. Mamy ogromną siłę która przez wieki była tłumiona.
Bardzo ładny wniosek na koniec. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią!
Zanim skomentujesz, bardzo proszę: weź pod uwagę, że moja rozmówczyni dużo z siebie dała żeby podzielić się swoją historią i spróbować ustrzec inne kobiety przed sytuacją, której doświadczyła. Pamiętaj, że to ona jest tu ofiarą.
Jeśli też chciałabyś się podzielić swoją historią, możesz się ze mną skontaktować na Instagramie lub Facebooku, a w poprzednim poście, pod tekstem, jest też skrzynka kontaktowa, jeśli wolisz drogę mailową.
Idzie nowe

Nigdy nie lubiłam zmian, a już zwłaszcza takich dużych. Na przykład przeprowadziłam się tylko raz w życiu. To było prawie 8 lat temu, kiedy skończyłam studia, szkolenia, staże i wreszcie dostałam pracę, za której wykonywanie ktoś chciał mi zapłacić. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po podpisaniu umowy po okresie próbnym, było spakowanie się i wyniesienie od rodziców. Od tego czasu mieszkam tu gdzie mieszkam. Nie miałam wtedy za wiele pieniędzy więc też: pola manewru jeśli chodzi o wyposażenie – z resztą nie miałam nawet takiej potrzeby. Jako osoba dość pragmatyczna, dopóki coś nie było zepsute lub bardzo zniszczone i pełniło swoją funkcję, nie widziałam powodu żeby to wymieniać. Dlatego nie miałam najmniejszego problemu z zabraniem do nowego lokum swoich starych rzeczy jak np. biurka, które miałam od gimnazjum.
Fun fact: przez pierwszy okres od wyprowadzki byłam tak bardzo przyzwyczajona do koncepcji swojego pokoju, że de facto korzystałam tylko z jednego pomieszczenia (no i kuchni + łazienki). Dopiero po dobrych paru miesiącach zdecydowałam się wynieść telewizor z
mojego pokojusypialni do salonu i zaczęłam korzystać z obu.
I tak sobie żyłam najpierw sama, potem z kotem. Po trochę ponad roku w moim życiu pojawił się Szalony Naukowiec i – jak już może wiecie – dość szybko zaczęliśmy razem pomieszkiwać. Oficjalnie zamieszkaliśmy razem 6 lat temu. I od tego czasu zaczęły się „problemy”, bo on – w przeciwieństwie do mnie – zmiany lubi, a w kwestii aranżacji wnętrz przywiązuje znacznie większą wagę do estetyki niż ja (wtedy). I ciągle mu coś nie pasowało. Zwłaszcza stara (antyczna wręcz) kanapa, która była w mojej rodzinie od ponad 100 lat i do której jestem bardzo przywiązana. Niewygodnie mu niby na niej (phi).
Przeprowadziliśmy przez te lata naprawdę wiele burzliwych dyskusji na ten temat. Zrobiliśmy kilka przemeblowań (muszę przyznać, że po każdym z nich mieszkanie wyglądało lepiej). Na którąś rocznicę wybraliśmy się do sklepu meblowego i kupiliśmy nowy stolik do kawy (oboje nienawidziliśmy starego) i dywan (o którym marzył mój jeszcze-wtedy-nie-mąż). Potem wyremontowaliśmy kuchnię, która zapewne lepiej znała poprzednich lokatorów niż nas. Ogólnie jednak stanowczo opierałam się zdecydowanej większości z jego feerii pomysłów wnętrzarskich. A potem, niecałe dwa lata temu, sprawa pokomplikowała się jeszcze bardziej, bo
pozwoliwszy włożyć sobie na palec obrączkę, trochę jakby straciłam swój ulubiony argument czyli „jak ci się tu nie podoba, to tam są drzwi”.
Innymi słowy, uznałam, że skoro teraz wszystko jest NASZE, a nie moje i jego, należy jednak nieco bardziej wziąć pod rozwagę jego potrzeby/oczekiwania.
Co było o tyle trudne, że żadne z nas tak naprawdę nie wiedziało już czego chce. Ja troszkę odeszłam od swojego skrajnego pragmatyzmu i zaczęłam przyznawać, że faktycznie parę rzeczy można by było zmienić. Szalony w myślach przestawiał ściany i zrywał podłogi. Jednocześnie coraz częściej zastanawialiśmy się, czy w ogóle chcemy tu zostać?
Tu mała dygresja: z oczywistych względów nie będę się wdawała w szczegóły, ale nasze mieszkanie jest położone w bardzo specyficznej lokalizacji, która ma kilka niezaprzeczalnych i bardzo dużych plusów oraz dwa czy trzy raczej upierdliwe minusy. A na dodatek niesamowicie uciążliwe towarzystwo pod podłogą, z którymi nie da się nic zrobić (wiem, próbowałam).
W związku z tym spędziliśmy całe MIESIĄCE wałkując te wszystkie tematy do oporu (i kłócąc się przy okazji wielokrotnie). Szukaliśmy deweloperów, oglądaliśmy plany mieszkań, przeczesywaliśmy rynek wtórny, zbieraliśmy informacje o kredytach, przeglądaliśmy oferty architektów wnętrz, obmierzaliśmy milion razy każdą ścianę naszego mieszkania, przeszukiwaliśmy strony sklepów z meblami, rysowaliśmy kolejne koncepcje rozmieszczenia mebli i tak dalej… Mówię Wam, trwało to wszystko razem dużo ponad rok.
I w końcu udało się! Podjęliśmy decyzję. Postanowiliśmy przeprowadzić Wielki Generalny Remont. I właśnie w od września nasz plan zaczyna wchodzić w życie! Zdecydowaliśmy się skorzystać ze wsparcia architekta wnętrz i już za kilka dni zaczynamy prace nad projektem koncepcyjnym. Przez najbliższe miesiące będziemy się nurzać w kafelkach, tapetach, kanapach, półkach itp.: najpierw w sklepach i na wizualizacjach, a potem dosłownie. Więc jesień i zima będą ciekawe, ekscytujące, intensywne, a także zapewne mocno stresujące… Trzymajcie kciuki.
Język w związkach mieszanych
Jeśli zapytać ludzi, co według nich jest najważniejsze dla dobrego funkcjonowania związku, pada wiele różnych odpowiedzi, ale jedną z najczęstszych jest komunikacja. I to jest prawda – skuteczna, konstruktywna komunikacja, która nie tylko pozwala nam poznać drugą osobę, ale także budować więź i rozwiązywać konflikty, to absolutna podstawa – nie tylko w związku, ale w ogóle w relacjach międzyludzkich.
Jest wiele błędów, które ludzie popełniają w procesie komunikacji i które powodują między nimi problemy. Żeby wymienić tylko kilka: brak skupienia na rozmówcy, nadmierne uogólnienia (zawsze, nigdy), komunikaty typu ty a nie typu ja (ty nigdy niczego nie proponujesz zamiast chciałabym żebyś coś zaproponował), komunikacja ad personam zamiast skupiania się na zachowaniach, przerzucanie się winą, brak szacunku, niesłuchanie partnera, brak dbałości o precyzję wypowiedzi, oczekiwanie, że druga osoba sama się domyśli o co nam chodzi – lista jest długa.
To na czym ja chciałabym się dziś skupić to zupełnie inna sprawa. Komunikację można ćwiczyć i rozwijać, ale podstawowym warunkiem żeby w ogóle miała ona szansę zaistnieć na poziomie werbalnym jest wspólny język. Sprawa oczywista i naturalna dla większości, ale nie dla par mieszanych.
Jeśli by mnie ktoś spytał o zdanie (nikt nie pyta, ale to mój blog więc i tak się wypowiem), komunikacja jest jedną z największych pułapek jeśli chodzi o związki mieszane, w których przypadku zazwyczaj przynajmniej jedna strona nie korzysta z języka ojczystego. A często i obie. Nie musi to oczywiście z definicji oznaczać problemów, ale powiedzmy to wprost:
pewien poziom znajomości wspólnego języka jest po prostu niezbędny aby móc nawiązać relację na głębszym, intelektualnym poziomie.
My z Szalonym Naukowcem od samego początku porozumiewamy się po angielsku. Stopniowo dochodzi coraz więcej polskiego, zbudowaliśmy też przez lata taki nasz własny język, ale jednak bazą jest angielski. Oboje także pracujemy w tym języku i znamy go na poziomie C1+, czyli można powiedzieć: płynnie. A jednak zdarzają się momenty, w których odczuwam dyskomfort wynikający z braku stuprocentowej swobody w oddawaniu pewnych subtelności i niuansów, które mogłabym bez kłopotu wyrazić po polsku. Oczywiście potrafię bez problemu przekazać to co chcę, ale czasem muszę zrobić to w inny (dłuższy, bardziej opisowy sposób) niż bym chciała. A to też wpływa na dynamikę interakcji – zwłaszcza kłótnia może stracić trochę na impecie. A kto by tego chciał, prawda?
I to mnie uwiera jak kamyk w bucie.
Czasem natykam się w internecie na fragmenty komunikacji po angielsku różnych par i szokuje mnie to co widzę. Nie będę tu przytaczała przykładów, ale
szczerze wątpię, że można dobrze i głęboko poznać drugą osobę razem z jej światopoglądem, opiniami i przemyśleniami posługując się językiem na poziomie średnio-zaawansowanym i mieszając podstawowe czasy, tryby i słówka.
Wiem, że niektórzy by się ze mną nie zgodzili. Wiem, że są osoby, które uważają, że gramatyka nie ma aż takiego znaczenia (nieważne czy powiem I love you very much czy I very love you – i tak wiadomo o co chodzi), że świetnie się dogadują pomimo mielizny językowej bo najważniejsza jest miłość albo on mnie rozumie bez słów. Ewentualnie przecież jest google translator. (Serio, próbowaliście kiedyś gadać z kimś, kto używa google translatora? Ja próbowałam i mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o rozumienie, co autor miał na myśli to jest to w sporym stopniu zgadywanka).
No ale nie. Dopóki gadamy o pierdołach, o tym kto lubi jakie danie albo jakie lody – spoko. Jeśli jednak rozważamy bycie z kimś i wspólną przyszłość, rozmowa w której czas przyszły miesza się z przeszłym a tryb przypuszczający z oznajmującym po prostu nie jest wystarczająca. Już nawet nie wspominając o tym jak zasób słownictwa na poziomie czterech czy pięciu tysięcy ma się do bogactwa i złożoności ludzkich myśli. Nie da się rozmawiać o wartościach i ideach mówiąc Kali jeść, Kali pić, a samo habibi ajlowju to jednak słaby fundament relacji na całe życie.
A gramatyka i słownictwo to przecież dopiero podstawa, język niesie ze sobą całą masę tonów, subtonów, kontekstów kulturowych, podtekstów i tak dalej. To samo zdanie (nawet poprawnie zrozumiane), może mieć całkiem inny wydźwięk w dwóch różnych językach. Takie subtelności są wystarczająco trudne i same w sobie wymagają pewnej ostrożności, szacunku, otwartości na drugą osobę i brania pod uwagę dość sporego marginesu błędu. Trzeba ciągle mieć na uwadze (jeszcze bardziej niż w języku ojczystym), że rozmówca może mieć na myśli co innego niż my, że jego interpretacja może być całkiem odmienna od naszej. Na przykład mój mąż uważa za niezwykle urocze nazywanie mnie My Little Pumpkin. A dla mnie Moja Mała Dyńko nie brzmi ani trochę uroczo…
W każdym razie, to jest dość trudne samo w sobie, bez biegłości w narzędziach jakimi są słownictwo i gramatyka naprawdę za daleko się nie dojdzie.
Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze tego wszystkiego nie wiedziałam, miałam chłopaka z innego kraju. Już parę razy na pewno czytaliście o tym toksycznym związku, chociażby tu. Poza wszystkim innym szwankował on dość mocno (związek, nie były, chociaż on też) na poziomie językowym. Podam Wam przykład do jakich absurdalnych sytuacji dochodziło z tego powodu:
On oczekiwał, że czegoś tam się domyślę. Ja się naturalnie nie domyśliłam i chciałam mu powiedzieć że przecież nie jestem wróżką żeby się domyślać. Nie znałam jednak/nie pamiętałam jak jest „wróżka” więc w ferworze sporu zastąpiłam to słowo pierwszym jakie mi przyszło do głowy czyli prophet. Dla mnie miało to sens, natomiast mój (muzułmański) chłopak potwornie się oburzył. Kłóciliśmy się dość długo zanim w ogóle zrozumiałam, że jemu chodzi o to, że powiedziałam coś negatywnego o Proroku…
Tak, to jest dobre miejsce na facepalm.
Podsumowując. Język jest superważny! Jasne, to rzecz nabyta, zawsze można się go nauczyć, douczyć, podszkolić i ogólnie rozwinąć (to świetnie, że nowa znajomość motywuje do rozwoju!). Ale podejmowanie decyzji o wymiarze życiowym (jak ślub) zanim to nastąpi naprawdę nie jest dobrym pomysłem.
Na Kozetce z Oszustem – odcinek 1.
Nie wiem, czy wiecie, ale mam nowe hobby, które zaczęłam rozwijać w czasie pandemii. Nie, nie chodzi o pisanie bloga 😉 Otóż zajmuję się rozmowami z wizowcami, naciągaczami, oszustami i różnymi innymi szemranymi typami.
A skoro blog właśnie przeszedł metamorfozę, postanowiłam z tej okazji uruchomić nową sekcję: Na Kozetce z Oszustem.
O co tu w ogóle chodzi?
Jak pewnie do wielu z Was, czasami odzywają się do mnie panowie z różnych stron świata. A ja im odpisuję/ Czemu to robię? Nazwijmy to prowadzeniem badań.
Niektórzy chcą tylko pogadać, ale mam nieodparte wrażenie, że większości z nich przyświeca konkretny cel. Czy to będzie „zabawienie się” (choćby i wirtualne) z Europejką, nadzieja na wizę, typowy przekręt na kasę, a może jeszcze coś innego? To okazuje się zazwyczaj dość szybko w trakcie rozmowy. Dla mnie po tylu latach w tej tematyce, są to rzeczy oczywiste, natomiast zauważyłam, że wiele kobiet łatwo wpada w sidła zastawiane przez takich mężczyzn*. Dlatego postanowiłam zebrać w jednym miejscu listę sygnałów alarmowych, opisy różnych technik i strategii przez nich stosowanych i studia przypadków. Mam nadzieję, że części Czytelników dostarczy to po prostu rozrywki, ale może niektórym da też do myślenia. Może nawet uda mi się uchronić jakąś kobietę przez zmarnowaniem czasu (lub gorzej)? Byłoby super.
*nie tylko faceci uskuteczniają takie działania, jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą właśnie z ich strony – z tego powodu, dla wygody, będę się trzymała rodzaju męskiego
Mam nadzieję, że że zapisy moich przygód dostarczą wam rozrywki, a może niektórym dadzą do myślenia. Z myślą o tych osobach, zaznaczyłam na kolorowo pewne typowe sygnały, które w mojej subiektywnej ocenie stanowią sygnały alarmowe. Oczywiście jeśli się nie zgadzacie, albo widzicie ich więcej: dawajcie znać.
No to zaczynamy
Bohater pierwszego odcinka, nazwijmy go David, pojawił się w moim życiu zanim wpadłam na pomysł na stworzenie tego cyklu, więc na początku nie przyszło mi do głowy robienie screenshotów. Nie spodziewałam się też, że będą mu blokowali konto i w efekcie czat zniknie (na facebooku nie znika, skąd mogłam wiedzieć,że na IG owszem?), a ja nie będę mogła do niego wrócić żeby uwiecznić co ciekawsze fragmenty. Na szczęście chociaż punkt kulminacyjny już się zachował.
No ale nie uprzedzajmy faktów.
Etap 1. Zapoznanie
Faza pierwsza czyli nawiązanie kontaktu. Czasami zaczyna się to wiadomością typu Hej, czasami dłuższym wstępem nawiązującym do czegoś w twoim profilu, a czasami zaproszeniem na facebooku.
Odezwał się do mnie na Instagramie. W profilu miał 6 zdjęć typu rodzinne: z dziećmi i z kobietą, która mogłaby być pewnie żoną. Do tego żadnych obserwowanych i obserwujących. Na samym początku napisał dość długą wiadomość przedstawiającą: powiedział, że jest z pochodzenia Turkiem, ale mieszka na Forydzie oraz że jest wdowcem z dziećmi, rozpisał się o tym, że jest samozatrudniony i dał do zrozumienia, że finansowo stoi tak dobrze, że może pozwolić sobie na realizowanie tylko wybranych zleceń. Nie podał przy tym żadnych szczegółów swojego zajęcia. Dodał za to, że jest wierzącym chrześcijanem.
Zaczął od zwykłej gadki-szmatki. Pytał jak mi minął dzień, skąd jestem, jak mam na imię, jakie mam hobby i – kilkakrotnie – która u mnie jest godzina. Na tym etapie nie działo się nic ciekawego poza tym, że jak na mieszkańca Florydy miał zdecydowanie dziwne godziny aktywności w internecie.
Wyjaśnijmy sobie teraz szybko czemu zaznaczyłam na fioletowo akurat te fragmenty:
- Brak obserwujących i obserwowanych sugeruje fejkowe konto;
- Z jakiegoś powodu wdowieństwo to stan cywilny niezwykle popularny wśród oszustów – myślę, że wzbudza większe zaufanie i instynkty opiekuńcze albo usypia czujność;
- Jeśli ktoś funkcjonuje kompletnie poza strefą czasową w której teoretycznie mieszka, warto się zastanowić, czy aby na pewno mieszka tam gdzie mówi.
Etap 2. Grooming
Faza groomingu to działania mające na celu (szybkie) zbudowanie więzi i przywiązanie ofiary. Ma to naturalnie służyć zwiększeniu jej podatności na wpływy i zmniejszeniu ewentualnych oporów w przyszłości. Najczęściej ten etap obejmuje takie rzeczy jak zwierzanie się ze smutnych historii i sekretów, komplementy, wyznania uczuć, okazywanie troski. Mogą się też pojawić pierwsze, bardzo drobne prośby, które łatwo bez problemu można zrealizować . Jest to metoda w psychologii społecznej zwana „stopą w drzwi”.
Zanim przeszliśmy do tej fazy, David zniknął. Po kilku dniach odezwał się znowu – z innego konta. Na nowym koncie miał te same zdjęcia, podobny nick i znowu zero obserwowanych i obserwujących. Powiedział, że na tamto ktoś mu się włamał. Potem przeszedł do rzeczy i ni z tego ni z owego zaczął pisać mi jak bardzo mnie kocha, jak myśl o mnie osładza mu całą egzystencję, jak czekał na mnie całe życie i jak nie wiedział co to miłość dopóki mnie nie poznał (sic). Na tym etapie nazywał mnie swoją królową, swoją miłością i paroma innymi tego typu zwrotami. Potwornie nie lubię taniego sentymentalizmu i egzaltacji, ale już przeczuwałam, że temat rozwinie się w interesującym kierunku, dlatego znosiłam to cierpliwie ograniczając się do powtarzania co jakiś czas, że jednak nie życzę sobie być tak nazywana, nie jestem żadną królową ani również jego przyjaciółką (jak grochem o ścianę). Ten etap znowu trwał 2-3 dni (na szczęście ze zmienną intensywnością, bo mogłabym nerwowo nie wytrzymać takiego natężenia wyznań).
Swoją drogą jak na osobę mieszkającą w USA od 15 lat robił bardzo interesujące błędy językowe.
- Rzekome włamywanie się na konto jest raczej po prostu blokowaniem go lub usuwaniem przez portal;
- Miłość to nie jest coś co przychodzi po kilku dniach pogawędek czy to online. Zwłaszcza takich raczej płytkich. Zauroczenie – może. Zakochanie – ewentualnie. Zasypywanie praktycznie obcej kobiety powtarzanymi do znudzenia (mimo jej niechęci) słodkich do zemdlenia wyznań uczuć świadczy w najlepszym razie o poważnych zaburzeniach emocjonalnych;
- Może jestem przesadzam, ale błędy językowe (zwłaszcza nie na wysokim poziomie gramatyki czy słownictwa) w przypadku osoby, która twierdzi, że mieszka w danym kraju kilkanaście lat i prowadzi w nim biznes – budzą moją nieufność.
Etap 3. Inna strategia groomigu
W końcu nastąpiła zmiana frontu (uff), temat wiecznej miłości kompletnie zanikł, zastąpiony przez pogawędki o niczym. Pojawiły się (nie pierwszy raz z resztą) prośby abym podała mu numer telefonu lub maila abyśmy mogli przejść na WhatsApp lub Hangout. Domyślam się, że ciągłe hackowanie (zgłaszanie i blokowanie) konta musi być bardzo upierdliwe.
W jakimś momencie zapytał, jak spędzam weekend. Strasznie żałuję, że nie przyszło mi do głowy zrobić screenów. Na szczęście zapamiętałam jeden dialog, brzmiał mniej więcej tak:
– What are you doing today?
– I’m travelling
– Where?
– To the countryside
– Is that the name of the place you went to?
W kolejnych wiadomościach okazało się, że to pytanie nie było takie całkiem przypadkowe/kurtuazyjne – dowiedziałam się, że David marzy o tym aby spędzić kolejny weekend ze mną. No tak bardzo tego pragnie, że proponuje żebym do niego przyjechała już w najbliższą sobotę! W końcu to tylko 9 godzin lotu! Nie pytajcie mnie skąd wziął pomysł, że tyle trwa przelot z Polski na Florydę. Widząc mój brak entuzjazmu zapowiedział, że jak ja nie przyjadę, to on to zrobi – czy tylko aby na pewno się nim zaopiekuję?? W końcu przyjedzie specjalnie dla mnie.
Tak strasznie chciał spędzać ze mną czas, że aż z tego wszystkiego zamilkł na kilka dni. Już myślałam, że cały czas, który zainwestowałam w tę rozmowę okaże się zmarnowany. Ale jednak….
Akt 4. Punkt kulminacyjny
Czyli moment, w którym mniej lub bardziej bezpośrednio wychodzą na jaw prawdziwe intencje lub prawdziwa natura naszego bohatera.
W końcu David napisał do mnie znowu. Z kolejnego konta (znowu te same zdjęcia i podobny nick) mówiąc, że tamto ostatnie też padło ofiarą hackera. Pech prawda? Być tak ciągle atakowanym przez hackerów.
Tym razem przeszedł od razu do rzeczy. Mianowicie zwierzył mi się z obaw o swoje inwestycje. Opowiedział, że właśnie miał zainkasować całe 980 000 USD, za które to pieniądze miał zamiar wynająć jeta żeby do mnie przylecieć (sic!), ale – wyobraźcie sobie! – przez ten COVIDowy lockdown coś poszło nie tak i teraz potrzebuje pilnie 35 000 USD na opłaty zanim będzie mógł odebrać swoje pieniądze (i przylecieć do mnie tym jetem, oczywiście). No a biedny ma tylko 11 500 dolarów. I czy ja nie mogłabym mu pomóc, bo przecież wiem, że mogę mu ufać. I jego dobremu sercu.
Z resztą zobaczcie sami
Mimo mojej odmowy (niestety nie zachowała się moja cała odpowiedź. Wybaczcie! Obiecuję, że w przyszłości będę bardziej przygotowana!) David się nie zniechęcił – strzelił co prawda lekkiego focha, ale już dzień czy dwa później mu przeszło.

Co ciekawe ilość śmiesznych błędów językowych w tym momencie zauważalnie wzrosła.Wróciliśmy znowu do wyznań miłosnych, ja ponownie awansowałam na królową, a rozmowa ciągnęła się w tym stylu jeszcze jakiś czas. W końcu dowiedziałam się, że biedak nie będzie mógł spać dopóki nie dam mu poprawnej odpowiedzi (correct answer – sic). Na stwierdzenie, że jeśli moje odpowiedzi mu się nie podobają, to jego problem, obraził się już poważniej.

Może tego nie widać na screenach, ale pomiędzy moim Good bye, a jego kolejnymi wyzwaniami minęło dobrych kilka godzin. Nie odpisałam. Wyciszyłam czat. Zgłosiłam konto.
Nastała cisza.
Kilka dni później zajrzałam do historii konwersacji chcąc się upewnić, że porobiłam wszystkie potrzebne screeny, ale czata już nie było…
Czy spotkamy się jeszcze z Davidem? Być może.
Wypatrujcie kolejnych odcinków serii Na Kozetce z Oszustem
Jeśli masz za sobą doświadczenia z wizowcem lub innego rodzaju oszustem i chciałabyś się nimi podzielić, koniecznie się do mnie odezwij przez formularz poniżej.
Jeśli natomiast chcesz po prostu skomentować posta: okienko do komentarzy jest jeszcze trochę niżej































