Strategie reprodukcyjne a Maryja dziewica

Oglądaliście Jane The Virgin? Pamiętacie scenę z pogniecionym kwiatkiem?

Maja z Miłość w Czasach strefowych w swoim ostatnim poście wezwała mnie do podzielenia się ze światem moją (no dobra, nie jest ona tylko moja, ale dowiedziałam się o tym dopiero później) teorią na temat pochodzenia męskich zapędów do kontrolowania kobiecej seksualności.

tl;dr
Robią to, bo każe im biologia 😉

Zacznijmy od podstaw: człowiek to zwierzę.

Zwierzęta mają różne strategie reprodukcyjne. Strategia reprodukcyjna to taki system cech i zachowań, które umożliwiają przetrwanie gatunkowi. Czyli w uproszczeniu: wszystko co odpowiada na pytanie co zrobić żeby skutecznie przekazać geny dalej? I to skutecznie jest tu ważne, bo nie chodzi tylko o to, żeby narobić potomstwa, ale o to, żeby to potomstwo przeżyło i mogło rozmnażać się dalej.

W pewnym uproszczeniu, w naturze występują ich dwa rodzaje: oparte na ilości i oparte na jakości (powiedzmy). Strategie oparte na ilości polegają na tym, że produkuje się jak najwięcej młodych z nadzieją, że jak będzie ich wystarczająco dużo, to ileś przeżyje. Ma to sens w przypadku potomstwa, które przychodzi na świat względnie gotowe do samodzielnego życia, dlatego ten typ strategii obserwujemy np. u ryb czy płazów1. Kojarzycie pewnie z lekcji biologii rybie tarło, czyli samice składające niezapłodnione jeszcze jajeczka i odpływające w siną dal, a samce polewające je potem mleczem (czyli rybim nasieniem) i także odpływające w sobie tylko znanym kierunku. W przypadku tego typu rozrodu większość młodych osobników nie przeżywa, ale jest ich na tyle dużo, że nikt się tym nie przejmuje.

Jeśli chodzi o ten drugi typ, który roboczo nazwałam opartym na jakości, występuje on w przypadku gatunków, których młode wymagają opieki zanim osiągną stopień rozwoju pozwalający na samodzielne przeżycie. W tym przypadku bardziej opłaca się sprowadzić na świat mniejszą ilość potomstwa i zainwestować w lepszą opiekę, co znacząco podnosi jego szanse na przeżycie1. Z tą strategią mamy do czynienia w przypadku ssaków czy ptaków, chociaż szczegóły też będą się tu różniły w zależności od gatunku.

Inwestycje rodzicielskie czyli kogo ile kosztuje przedłużanie genów

Wspomniana opieka i zapewnianie przetrwania, nazywana jest inwestycją rodzicielskią2 i oznacza wszystko, co robi rodzic/rodzice żeby zwiększyć szanse przetrwania młodych – wchodzi w to zarówno czas i zasoby poświęcone na utrzymanie potomstwa przy życiu i uczenie go różnych życiowych umiejętności jak polowanie czy latanie, ale także: stratega doboru partnera. O ile w większości przypadków – zwłaszcza wśród ssaków – to samica ponosi inwestycję w sensie poświęcania czasu i zasobów (tzw. exclusive paternal care czyli opieka nad młodymi w wykonaniu samego samca jest dość rzadka w świecie zwierząt; zapłodnienie, ciąża, poród dzieją się kosztem organizmu samicy), o tyle samiec: niekoniecznie. Sądzę, że wynika to z faktu, ze samice zazwyczaj dysponują znacznie mniejszą ilością gamet niż samce3, w związku z czym w ich interesie leży optymalizacja ich wykorzystania. Dlatego o ile samica nie za bardzo ma tu różne możliwości, o tyle dla samca – w uproszczeniu – możliwe są znowu dwie opcje: na ilość i na jakość. Czyli albo może próbować zapłodnić tyle samic ile się da, albo raczej skupić się na jednej i na wspólnej opiece nad potomstwem (co w naturze zdarza się rzadziej).
To wszystko nie jest aż takie proste i zerojedynkowe, ale na potrzeby tego wpisu nie będę się bardziej zagłębiała w szczegóły.

Nawiasem mówiąc, czyli czy to prawda, że faceci wolą młodsze, a kobiety bogatych?

Swoją drogą, skoro już mowa o doborze partnera, są badania, które pokazują, że mężczyzn pociąga w potencjalnym partnerkach seksualnych płodność (czyli kobiety młode, zdrowe, z wyraźnie zaznaczonymi cechami płciowymi – takie które wyglądają na zdolne do łatwego zajścia w ciążę i urodzenia dziecka), a kobiety pociąga capacity to provide czyli zasoby i możliwości ich zapewnienia (czyli mężczyźni, który będą w stanie więcej zainwestować w wychowywanie ludzkiego młodego)4.

No ale wracając do tematu.

Odnosząc to wszystko do człowieka: nasz gatunek wymaga jednych z największych inwestycji rodzicielskich w naturze. Ludzie młode potrzebuje absurdalnie dużo czasu i zasobów aby osiągnąć niezależność, a samodzielne doprowadzenie go do tego stanu jest niezbyt łatwe (czyli: mało opłacalne). Ogólnie rzecz biorąc: jest to inwestycja długoterminowa i absorbująca dużą ilość zasobów. I tak właśnie przechodzimy clu programu i pointy tego wpisu: o ile samica ma pewność, że inwestuje w swoje geny, o tyle samiec jej nie ma. Z punktu widzenia biologii i strategii reporodukcyjnej (której celem – w uproszczeniu – jest przedłużenie własnych a nie cudzych genów) jest to poważny problem. I stąd w psychologii ewolucyjnej pojawia się pojęcie sexual jalousy4,5. Co ciekawe, ale wcale nie zaskakujące biorąc pod uwagę, wszystko co napisałam, badania sugerują, że mężczyźni są bardziej zazdrośni o seks, a kobiety o relację – zapewne dlatego, że największym ryzykiem dla samca jest inwestycja w wychowywanie cudzego potomstwa, a dla kobiety: zostanie z potomstwem bez zasobów dostarczanych przez samca5,6.

Dylemat ojcostwa

W różnych gatunkach samce różnie sobie radzą z potencjalną niepewnością w zakresie ojcostwa. Czasem tworzą grupy poligamiczne jak lwy (jeden, maksymalni dwa samce plus grupa samic), czasem walczą o prawo do reprodukcji, a samiec, który pokona innych zyskuje dostęp do wszystkich samic (różne antylopy, żyrafy), czasem tworzą hierarchię, która pozwala tylko jednemu samcowi prokreować (goryle, wilki). Oczywiście w świecie zwierząt to wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym i instynktownym.

W przypadku człowieka to wszystko robi się znacznie bardziej skomplikowane, bo na biologię i instynkty nakłada się w naszym gatunku świadomość, wiedza, kultura, normy społeczne, wychowania i to wszystko co znacznie mniej determinuje życie zwierząt. I dlatego samiec człowieka opracował całe mnóstwo norm kulturowych i religijnych, których celem jest kontrola kobiecej seksualności i – tym samym – zapewnienie sobie pewności co do ojcostwa. Skupiają się one przede wszystkim dookoła kultu dziewictwa, czystości, niewinności, nieskalania, ale obejmują także zakrywania kobiecych ciał (żeby nie zainteresowały konkurenta), przekonanie że popęd i przyjemność seksualna są domeną wyłącznie mężczyzny, podczas gdy kobieta powinna realizować obowiązek małżeński, zamknąć oczy i myśleć o Anglii. No i wychowywać dzieci. Wiadomo, że jak kobieta nie ma dzieci to coś z nią nie tak. Seksualność (a raczej jej brak) została w świadomości społecznej połączona z oceną moralną kobiety jako osoby i stała się jej głównym wyznacznikiem, co pozwoliło przez wieki kontrolować kobiece zachowania8 poprzez stygmatyzację, piętnowanie, ostracyzm społeczny, i innego typu kary łącznie z zabójstwami honorowymi.
Na tym gruncie narodził się też kult Maryi: matki i dziewicy w jednym, czy obsesja na temat dziewictwa Królowej Elżbiety I (wiecie, że stan Wirginia podobno zawdzięcza swoją nazwę Queen Virgin – Królowej Dziewicy?).

A propos: to przekonanie, że kobieta nie powinna czerpać przyjemności z seksu wraz z kultem dziewictwa w niektórych rejonach świata doprowadziło aż do tradycji do okaleczania kobiecych narządów płciowych (tzw. obrzezanie dziewczynek).

No to w końcu to wszystko wina Maryi czy nie?

Jeśli przeczytaliście tekst Mai, o którym wspominałam na samym początku, wiecie, że jej Książę rzucił w pewnym momencie żartem Virgin Mary fucked it all up. Ale czy tak naprawdę to jej wina?
Chyba wszyscy wiemy, że trzy wielkie religie monoteistyczne jak najbardziej wpisują się w nurt kultu dziewictwa. Żeby być całkiem fair dodam, że w teorii zachowanie czystości do ślubu obowiązuje obie płcie, jakoś jednak nikt nie traktuje męskiego seksu przedmałżeńskiego jako hańby dla rodziny, a w klinikach medycyny estetycznej nie oferuje się zabiegów przywracania prawictwa… Zanim w tym momencie zaprotestujecie, że przecież mężczyźni nie mają błony dziewiczej uprzedzam, że do tematu tego mitu jeszcze wrócimy.

Wracając do wielkich religii monoteistycznych: wiemy, że wszystkie są zgodne co do tego, że cudzołóstwo czyli seks pozamałżeński (przedmałżeński także) jest grzechem, a kobieca czystość: wielką wartością, cnotą. Ale tak naprawdę nie ma tu nic oryginalnego.

Trochę wybiórczego przeglądu historii wierzeń

Na przykład: w starożytnej Mezopotamii funkcjonowało pojęcie tłumaczone jako undeflowered girl (powiedzmy: nierozdziewiczona dziewczyna), a nawet istnieją starobabilońskie teksty sugerujące istnienie testów na dziewictwo. Babilończycy, to jednak byli ludzie tolerancyjni, za seks przedmałżeński (w przeciwieństwie do zdrady) nie groziła kara śmierci!9.

W Starożytnej Grecji z kolei możemy zaobserwować poprzedniczkę Maryi czyli Artemidę, która była boginią Księżyca, młodych dziewcząt, czystości (a także porodu…)10, i która ślubowała wieczne panieństwo, a podobno nawet prosiła ojca (czyli Zeusa) o dar wiecznego dziewictwa11. Artemidę w Starożytnym Rzymie nazywano Dianą i tam nadal pozostała boginią-dziewicą i patronką narodzin dziecka12. Także ten: nihil novi sub sole, nie? A skoro już mowa o Starożytnym Rzymie, to oprócz Diany, mamy tam jeszcze kult Westalek: niewinnych kapłanek bogini Westy, które składały trzydziestoletnie śluby czystości13 – swoją drogą Westalki wypracowały sobie całkiem silną pozycję w społeczeństwie. Przypadek?

Żeby puścić trochę basen Morza Śródziemnego i najbliższe okolice:
Sikhizm zakazuje seksu pozamałżeńskiego14, 15
Hinduizm oczekuje od panny młodej dziewictwa15, 16, jest tam nawet specjalna ceremonia Kanyadan czyli: przekazanie dziewicy (chociaż co ciekawe, pochodzi ona dopiero z XV wieku)17.

… może starczy. Chyba już łapiecie o co chodzi.

Defloracja i mit błony dziewiczej

To co jest w tym wszystkim najbardziej fascynujące, to fakt, że tak naprawdę nie istnieje żadna jednoznaczna (nie wspominając o naukowej) definicja dziewictwa. Jest ich wiele i tak naprawdę, każdy może sobie wymyślić własną8.
A mimo to, w którymś momencie powstała koncepcja błony dziewiczej, którą zaczęto przedstawiać jako coś w rodzaju pieczęci czystości zabezpieczającej kobiecą pochwę, która pęka i krwawi podczas pierwszego stosunku.
Jestem przekonana, że większość z Was to doskonale wie, ale na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości: błona dziewicza, jako coś co pęka i krwawi przy pierwszym stosunku seksualnym i w ten sposób dowodzi, czy kobieta już uprawiała seks, czy nie to pic na wodę, fotomontaż. Czyli mit, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością18.
Mit ten był (i nadal jest!) tak poważnie traktowany i głęboko zakorzeniony, że w wielu kulturach zbudowano całe rytuały skupiające się na sprawdzaniu bielizny/prześcieradła pary młodej po ślubie, a nawet przeszukiwania panny młodej na okoliczność przemytu szpilek do alkowy (na wypadek gdyby chciała oszukiwać). Po dziś dzień dziewictwo „sprawdza się” m.in. przy pomocy tzw. metody dwóch palców w ok 20 krajach na świecie. Zarówno WHO jak i Organizacja Narodów Zjednoczonych określają te praktyki jako łamanie praw człowieka i przemoc względem kobiet18,19.
Oczywiście nie muszę wspominać, że zabiegi medycyny estetycznej polegające na „przywracaniu dziewictwa” są w niektórych rejonach świata całkiem popularne.

Naturalnie w męskiej anatomii żadnej mitycznej błony prawiczej nie ma.


Na koniec chciałabym wyjaśnić dwie rzeczy.

Po pierwsze, wszystkie te biologiczne teorie traktuję jako wyjaśnienia źródeł pewnych zjawisk, co bynajmniej nie znaczy, że stanowią one też usprawiedliwienie jakichś zachowań. Człowiek tym się różni od lwa czy wilka, że jest w stanie dowolnie decydować o swoich zachowaniach i nie musi się poddawać nakazom biologii. I o ile czasami trudniej ją (tę biologię) pokonać – np. nie do końca jesteśmy w stanie zapanować nad tym, kto nas pociąga seksualnie – o tyle jesteśmy w stanie (i mamy obowiązek!) kontrolować to co robimy. (I w domyśle: robić rzeczy, bo uważamy je za słuszne, a nie z innych powodów).
Co prowadzi mnie do drugiej kwestii: to wszystko co tu napisałam nie oznacza, że w jakikolwiek sposób krytykuję osoby, dla których czekanie z seksem do ślubu jest ważne. Nie. W pewnym sensie, podziwiam tych, którzy się na to decydują i traktuję to jako dowód na to, o czym pisałam przed chwilą: triumf umysłu nad biologią.
Omawiam (i krytykuję) konstrukty społeczne, które wtłaczają ludzi (w tym wypadku: kobiety) w pewne schematy i wymuszają pewne zachowania, stygmatyzując coś całkowicie normalnego, co powinno być źródłem przyjemności i sposobem na budowanie więzi i nadając temu absurdalny wymiar moralny, służący tylko i włącznie do kontroli. Nie wypowiadam się o indywidualnych decyzjach osób, które miały wolny wybór (pozbawiony presji społecznej, lęku przed ostracyzmem, karą, wizją przyniesienia hańby, a nawet zabójstwem honorowym).


Przypisy

1 https://pl.wikipedia.org/wiki/Strategia_%C5%BCyciowa
2 https://en.wikipedia.org/wiki/Parental_investment
3 https://www.nature.com/scitable/knowledge/library/mating-systems-in-sexual-animals-83033427/
4https://pdfs.semanticscholar.org/621c/1402a8b6e64793703bddd349a115e5ae5961.pdf
5 https://en.wikipedia.org/wiki/Sexual_jealousy#Explanations
6https://www.researchgate.net/publication/285913868_Sexual_Jealousy
7 https://medium.com/the-establishment/a-quick-and-dirty-history-of-virginity-9ceb24b7e08a
8 https://rampages.us/univ200sp2015boaz/wp-content/uploads/sites/4763/2015/01/Valenti-The-Cult-of-Virginity.pdf
9 https://krieger2.jhu.edu/neareast/pdf/jcooper/jc%20Virginity.pdf
10 https://en.wikipedia.org/wiki/Artemis
11 https://www.ephesus.us/ephesus/mythology_of_artemis.htm#:~:text=Being%20associated%20with%20chastity%2C%20Artemis,dishonor%20her%20in%20any%20form.
12 https://en.wikipedia.org/wiki/Diana_(mythology)
13 https://en.wikipedia.org/wiki/Vestal_Virgin#:~:text=In%20ancient%20Rome%2C%20the%20Vestals,not%20allowed%20to%20go%20out.
14 https://en.wikipedia.org/wiki/Chastity
15 https://en.wikipedia.org/wiki/Virginity#Social_norms_and_legal_implications
16 https://www.bbc.co.uk/bitesize/guides/zmct92p/revision/4
17 https://en.wikipedia.org/wiki/Kanyadan
18https://www.who.int/reproductivehealth/publications/eliminating-virginity-testing-interagency-statement/en/
19https://www.who.int/news/item/17-10-2018-united-nations-agencies-call-for-ban-on-virginity-testing



Czy on się zmieni?

Pewnie większość dziewczyn w związkach mieszanych usłyszało kiedyś jedną z takich przepowiedni: poczekaj, on się zmieni po ślubie; zmieni się jak pojawi się dziecko; zmieni się jak pojedziecie do jego kraju. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych, które można odnieść do w zasadzie każdego, to trzecie stwierdzenie dotyczy tylko Facetów z Importu i na nim dziś chciałabym się skupić: Czy egzotyczny absztyfikant zmieni się czy się nie zmieni, kiedy pojedziecie do jego kraju?

Poznali się w Europie. On co prawda pochodził z muzułmańskiego kraju, ale wydawał się bardzo zachodni: nie modlił się, nie chodził do meczetu, nie przestrzegał ramadanu, pił alkohol, chodził na imprezy, z seksem bez ślubu też nie miał problemu. A do tego był czuły, troskliwy, obsypywał komplementami, kwiatami i prezentami, mówił pięknie o uczuciach i w ogóle sprawiał, że ona czuła się wyjątkowo – jak nigdy wcześniej z nikim. Zakochali się w sobie i zaczęli być parą. Wszystko układało się świetnie, związek kwitł. W końcu postanowili pojechać do jego kraju i odwiedzić jego rodzinę. I tu zaczęły się schody: najpierw poprosił ją żeby zmieniła trochę styl ubierania i zakryła więcej ciała, „z szacunku do rodziców”, potem dał do zrozumienia, że powinna spędzać więcej czasu w kuchni z jego mamą, oraz zmywać po posiłkach (w czym sam nie brał udziału), potem zniknął na kilka wieczorów w kawiarni z kolegami nie zabierając jej ze sobą. Kiedy już wyszli gdzieś razem, nie zamawiał alkoholu i krzywo patrzył, gdy ona to robiła. Znowu prosił aby bardziej się zakryła, tym razem też w miejscach publicznych „żeby ludzie się nie gapili na jego kobietę”. Kontaktował się ze „starymi koleżankami”, ale coraz mniej mu się podobało, że ona pisze z kolegami. No po prostu zmienił się.

Brzmi znajomo? Jest całkiem sporo takich historii. 

Czy to znaczy, że każdy cudzoziemiec poznany w Europie zmienia się drastycznie, jak tylko jego stopa dotknie rodzimej ziemi? Oczywiście, że nie.  Jest równie wiele (a może i więcej?) historii, w których ukochany z importu wcale się nie zmienia. Czemu więc z niektórymi tak jest i czy da się przewidzieć, czy akurat Twojemu ukochanemu się przydarzy?

Żeby wyjaśnić mechanizm, który (moim zdaniem) stoi za tym zjawiskiem, przywołamy niejakiego Heliodora Muszyńskiego, który oprócz opracowania całkiem popularnego systemu edukacyjnego w szkołach socjalistycznych, stworzył także ciekawą koncepcję rozwoju moralnego człowieka. Opisuje ona konkretne etapy przyswajania norm moralnych przez człowieka. Z grubsza przebiega to tak: na początku  (czyli w wieku dziecięcym), głównym mechanizmem i powodem przestrzegania norm moralnych jest dążenie do uniknięcia kary i otrzymania nagrody. Z czasem czynnikiem motywującym staje się podziw, akceptacja i uznanie innych, a dziecko (właściwie to wczesny nastolatek) zaczyna przyjmować obowiązujące w grupie normy – bez traktowania ich jeszcze jako własnych. Dopiero później normy moralne zostają stopniowo zinternalizowane*, a następnie poddane krytyce aby ostatecznie dorosły już człowiek mógł osiągnąć stan świadomej, wewnętrznie spójnej, refleksyjnej moralności, która pozwala samodzielnie rozstrzygać konflikty moralne.

*Internalizacja, czyli uwewnętrznianie to proces przyjmowania za własne norm, zasad, wartości pochodzących z zewnątrz.

Tyle wstępu teoretycznego. Co z tego wynika?

Często mam wrażenie, że wiele osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych zatrzymuje się gdzieś na etapie  dostosowywania się do panujących norm (tak już jest/powinno być i już; bo co ludzie powiedzą), bez porządnego uwewnętrznienia danych zasad, a już na pewno bez etapu ich krytycznej analizy i wypracowania sobie własnej, dojrzałej moralności. Być może wynika to z tego, że konserwatywne otoczenie i wychowanie nie za bardzo zostawia miejsce na krytykę i wypracowywanie własnych zasad.

W każdym razie, w praktyce znaczy to tyle, że człowiek przyjmuje normy  normy narzucane przez środowisko i funkcjonuje w zgodzie z nimi po prostu bo tak jest i już, bez jakiegoś głębszego zastanowienia się nad ich słusznością. I spoko. Ale co się stanie, gdy taki facet zmieni otoczenie na znacznie bardziej liberalne – np. wyjedzie do Europy – a widmo dezaprobaty społecznej lekko się rozwieje otwierając przed nim całkiem nowe możliwości? Według mnie sytuacja może się rozwinąć czworako:
1. Delikwent może zacząć dowoli próbować wszelkich zakazanych owoców nie poświęcając temu jednak za wielu refleksji. Oczywista zmiana w jego zachowaniach, nie będzie się wiązała z żadną głębszą ewolucją na poziomie wartości. Będzie to raczej coś jak wyjadanie cukierków, kiedy matka nie widzi.

Może się też zdarzyć, że konfrontacja z nowymi ideami, wartościami, stylem życia pobudzi człowieka do refleksji, a liberalne środowisko stworzy mu miejsce, do podjęcia niemożliwej wcześniej, krytycznej analizy norm i wartości, wpojonych przez środowisko pochodzenia. I tutaj sprawa może (w uproszczeniu) przyjąć trzy formy:
Stare” normy mogą zostać odrzucone i zastąpione nowymi zasadami, które człowiek sam sobie wypracuje – w tym przypadku można powiedzieć, że zmiany w zachowaniu będą towarzyszyły przemianom na poziomie światopoglądowym i w efekcie powstanie z tego spójna całość. To – można by powiedzieć – jest przypadek Szalonego Naukowca. Nadamy mu numer 2.

Może też stać się tak, że „stare” normy zostaną zrewidowane i uznane za słuszne. W optymistycznym wariancie (nr 3) osobnik pozostanie wierny zasadom, które mu wpojono (teraz już uwewnętrznionym) niezależnie od tego na co pozwala nowe środowisko. To będzie ten facet, który chodzi na spotkania ze znajomymi, ale na nich nie pije, przestrzega ramadanu, nawet jeśli wszyscy dookoła niego jedzą w pracy lunch itd. Tego typu nie będziemy tu dalej rozważać, ponieważ nie pasuje do tematu tego posta. W pesymistycznym (ale nierzadkim) wariancie (4) pojawi się rozdźwięk między przekonaniami (konserwatywnymi) a zachowaniami. Wiecie: taki koleś, który potępia dane zjawisko, ale zawsze znajdzie jakąś wymówkę (bo człowiek jest słaby; bo każdemu zdarzy się błądzić;  bo pokusa była taka silna, ale bardzo żałuje; bo moja sytuacja jest inna).

I co dalej?

No dobrze. Wiemy już z grubsza, jak może przebiec ewolucja zachowań i/lub poglądów przy okazji migracji do bardziej liberalnego otoczenia. A co będzie po powrocie do ojczyzny?
Łatwo się chyba domyślić, że przeniesieni znowu w konserwatywne środowisko typ 1 i 4 porzucą swoją „zachodniość” i wrócą do dawnych norm, które nawet – w przypadku typu 4 – mogą ulec zaostrzeniu w ramach mniej czy bardziej uświadomionej pokuty za grzechy. Jeśli chodzi o typ 2, można oczekiwać, że jego sposób funkcjonowania i zachowanie pozostanie raczej niezmienione.
Czemu raczej a nie całkiem?
Bo jest różnica pomiędzy wyznawaniem swojego świadomego, wewnętrznie spójnego systemu wartości, a szacunkiem do zasad panujących w danym miejscu. Czyli na przykład czym innym jest unikanie nadmiernego kontaktu fizycznego w miejscach publicznych, ze względu na lokalne normy obyczajowe, a czym innym jest unikanie kontaktu fizycznego czy seksu, bo przed ślubem nie wolno. Albo czym innym jest niepicie alkoholu podczas rodzinnego obiadu (w kraju w którym alkohol nie jest społecznie akceptowany, nie w Polsce), a czym innym: całkowite unikanie alkoholu bo jest haram i oczekiwanie, że partnerka nie zamówi drinka w restauracji, która je serwuje.

Ok, ale jak ocenić, z który typem się spotykasz?

Cóż. To będzie truizm, ale przede wszystkim: rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Poznać dobrze człowieka z którym jesteśmy.
I nie mówię tu o rozmowach na tematy z życia codziennego i wymianie komplementów. Mówię o poważnych, głębokich dyskusjach na tematy światopoglądowe. Bo tak naprawdę zachowania opisane w przykładzie na początku tego tekstu to coś niezwykle powierzchownego. Fajnie wiedzieć, że facet z którym się spotykasz pije alkohol i chętnie uprawia seks, ale ta wiedza nie wystarczy żeby poznać z jakim typem (ani w ogóle: z jakim człowiekiem) masz do czynienia. W tym celu trzeba zejść znacznie głębiej, poznać jego system wartości, jego przekonania, poglądy, opinie
I nie tylko to. Trzeba się liczyć z tym, że każdy człowiek deklaruje jakieś wartości i przekonania, ale niekoniecznie dokładnie te, które tak naprawdę wyznaje. Ludzie zaskakująco często kłamią na temat swoich poglądów: robią to nawet w anonimowych badaniach psychologicznych i sondażach – ogólnie w każdej sytuacji, w której chcą dobrze wypaść: a do takich zdecydowanie należy tak zwany okres zalotów. Bywa też, że po prostu za bardzo się nad różnymi rzeczami nie zastanawiają (bo to dla nich oczywiste tak jest i koniec) dopóki ktoś ich o to nie zapyta i nie zacznie drążyć tematu.

Dlatego jedna rozmowa nie wystarczy. Tych rozmów musi być wiele, muszą być różne, muszą podchodzić do danego tematu z różnych stron, przy różnych okazjach. I trzeba w nich zachować pewien krytycyzm, pamiętać, co on mówił wcześniej, patrzeć jak to się ma do tego, co mówi teraz w innym kontekście. Zwracać uwagę na rozjazdy i sprzeczności. Dopytywać, wyjaśniać, drążyć. No i konfrontować to wszystko z obserwacjami z życia.
Przykład: konserwatywny system wartości zazwyczaj wiąże się z pewnym konkretnym podejściem do modelu związku i podziału ról na męskie i kobiece. Wyobraź sobie więc, że rozmawiasz ze swoim egzotycznym ukochanym, tym który sprawia takie „zachodnie” wrażenie: pije, nie pości, chodzi na imprezy itd. Do tego deklaruje, że jak najbardziej popiera robienie przez Ciebie kariery. Jaki wspierający prawda? Tylko, że w innej rozmowie wychwala i stawia Ci za wzorzec żonę brata, która nigdy nie pracowała zawodowo, a wyłącznie zajmuje się domem i dziećmi. Albo wspomina o tym, że gotowanie, pranie i sprzątanie to są czynności typowo kobiece, i facetowi nie przystoi się nimi zajmować. Albo absolutnie nie daje się przekonać do skorzystania z odkurzacza bo to babskie zajęcie.

Próbując poznać faktyczny, a nie deklaratywny, system wartości drugiego człowieka dobrym pomysłem jest zwracać uwagę jak on komentuje zachowania innych ludzi. Często w stosunku do samych siebie/bliskich osób jesteśmy bardziej pobłażliwi, podczas gdy innych oceniamy surowiej. 
Przykład: Twój egzotyczny ukochany chętnie chodzi z Tobą na imprezy i zupełnie mu nie przeszkadza, że nosisz mini i głębokie dekolty. Super, prawda? Taki zachodni, taki otwarty! A tymczasem słyszysz, że tamta dziewczyna, która rozmawia z jego kolegą, ubrana niemal tak jak Ty, wygląda slutty.

Im więcej nieścisłości i niezgodności między jedną wersją, a drugą albo między słowami i czynami zaobserwujesz, tym większe szanse, że masz do czynienia z typem pierwszym lub czwartym, czyli człowiekiem, którego system wartości albo nie jest zbyt dobrze ukształtowany, albo po prostu nie idzie w parze z zachowaniem. I w tym wypadku niestety musisz się liczyć z tym, że przy okazji wizyty w jego kraju ojczystym, będziesz miała okazję poznać nie tylko rodzinę ale także inną twarz ukochanego. A ta może Ci się nie spodobać.

Historia pewnego plakatu, czyli o agresji w trakcie protestów

Tego posta kierują w szczególności do tych, którzy mają problem z „agresywnym tłumem” protestujących.

Oto ja i mój plakat. Nie jest wulgarny ani agresywny, prawda? Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć jak wygląda z tyłu.

Z tym plakatem pod pachą, mężem i grupą znajomych udałam się dziś na protest. Szliśmy w gigantycznym tłumie ludzi, niedaleko platformy grającej muzykę. Od czasu do czasu tłum skandował dwa znane wszystkim hasła z użyciem wyrazów powszechnie uznanych za nieparlamentarne. Inne hasła też były, podobnie jak kilkukrotne „Dziękujemy” pod adresem mijanych ratowników medycznych.
Wandalizm, agresja? Nie.

W pewnym momencie uznałam, że pora wracać do domu. Oddzieliliśmy się więc we dwoje od marszu i ruszyliśmy przez jedne z głównych ulic Warszawy omijając rejony, o których już wiedzieliśmy, że chwilowo nie są zbyt bezpieczne. Byliśmy właśnie na rondzie ONZ, kiedy z przeciwka nadeszła grupka Rycerzy Ojczyzny. Było ich kilku, ale szli jacyś tacy rozproszeni, że nawet nie wiedzieliśmy, że są razem. W ogóle nie zwróciliśmy na nich uwagi dopóki pierwszy nie szarpnął za mój plakat – na tyle mocno, że aż się odwróciłam. Gdy tak patrzyliśmy za jego oddalającymi się plecami, nadszedł następny i on już wyrwał mi baner z ręki i rzucił nim o ziemię. Mój Mąż z Importu zareagował błyskawicznie: doskoczył do kolesia i z okrzykiem „Ej! Co kurwa?” zaszarżował na niego (nadal nie nauczył się, że mówi się „co jest k..wa”). Wywiązała się przepychanka, kolesi nagle zrobiło się trzech i ogólnie sytuacja mogła się zrobić naprawdę nieprzyjemna. Na szczęście w pobliżu była policja. Nie żeby cos zrobili, chyba nawet niczego nie zauważyli, ale ich obecność ostudziła zapały dzielnych rycerzy.

Agresywne tłum protestujących mówicie? Nie ma to jak prawdziwi mężczyźni, obrońcy Jedynych Słusznych Wartości, napadający na kobiety. No ale może mnie można, zdrajczynię ojczyzny, która poszła z Arabem.

Aha, jak to było? “Będziemy bronić polskich kobiet przed imigrantami”?

Ps. Plakat przetrwał zawieruchę w stanie nienaruszonym, jestem niesamowicie dumna!

#prochoice

Pisałam o tym już w piętek na Instagramie, ale tam liczą się głównie obrazki, a ja chciałabym jednak się wypowiedzieć. Więc napiszę to jeszcze raz.Jestem #prochoiceBezwarunkowo. Uważam, że o tym co się dzieje z ciałem danej osoby może decydować tylko właściciel/ka (o ile jest intelektualnie zdolny/a do takich decyzji) i lekarz (w sytuacjach zagrożenia życia).
Nie podoba mi się wartościowanie powodów: dana decyzja w takiej sytuacji jest ok, ale już w innej już nie. Prawo do decydowania o swoim ciele – i o tym komu lub czemu (nie wdając się w dyskusje naukowo-filozoficzne o tym, kiedy zaczyna się człowiek) jest ono użyczane – powinno być nadrzędne i niezależne od motywacji.Serio, gdyby debata dotyczyła oddania nerki, albo szpiku do przeszczepu, też byśmy się zastanawiali nad tym, czy jedna odmowa jest bardziej uprawniona od innej?Ci, którzy czytają mnie dłużej, wiedzą, że w ogóle nie jestem wielką fanką kompromisów. A tzw. kompromisu aborcyjnego to już w ogóle. Rozumiem jednak skąd się wziął i widzę że zmiana, która w czwartek została przypieczętowana, jest logiczną i naturalną konsekwencją ideologii, która w ogóle do niego doprowadziła.Z jednej strony jestem wkurzona tym, że ta decyzja jednak zapadła, a Sejm, miłościwie nam panujący prezes i banda kolesi w sukienkach (czyli de facto niemal sami faceci) może jeszcze bardziej deptać prawa połowy społeczeństwa.Z drugiej strony… one i tak już były podeptane: nie tylko tym pseudokompromisem, ale dodatkowo także swobodą w zakresie domowy jego realizacji. Każdy chyba czytał o sławetnej klauzuli sumienia, odmowach wykonania aborcji w sytuacjach (dotychczas) dozwolonych przez prawo, o przypadkach opóźniania procesu diagnostycznego, żeby minąć magiczną granicę „możliwości przeżycia poza organizmem kobiety”.Jednocześnie kliniki w Czechach i na Słowacji już od jakiegoś czasu prowadzą strony internetowe po polsku. Działają Women on Web. Myślę, że gdybym zdecydowała się usunąć ciążę ze względu na którykolwiek z tych „kompromisowych” powodów i tak nie robiłabym tego w publicznej placówce, a może w ogóle kraju. Sądzę, że wiele z nas myśli podobnie.
Dlatego de facto wczoraj zmieniło się niewiele.A jednak tak DUŻO, prawda?
Czwartkową decyzję TK odbieram bardziej jako demonstrację siły ideologii niż cokolwiek innego. I to naprawdę mnie przeraża, na równi z okolicznościami, w jakich ona nastąpiła. Nie bez powodu wyrok nastąpił właśnie teraz, gdy panuje pandemia, a związane z nią ograniczenia, które sprawiają, że społeczeństwo nie ma możliwości wyrazić swojego zdania i zaprotestować bez ryzykowania zdrowia i łamania prawa.
Jak dotąd nie powstrzymuje to ludzi przed wychodzeniem na ulicę. Ale czy to cokolwiek zmieni? Szczerze mówiąc, bardzo wątpię…

Oszustka

Disclaimer: ten post będzie zawierał pewną dozę generalizacji. Zjawisko o którym chciałabym napisać nie dotyczy WSZYSTKICH kobiet lub mężczyzn, ale części (większości?). Dla wygody będę pisała „kobiety” i „mężczyźni – pamiętajcie, proszę, że nie mam tu na myśli dosłownie wszystkich.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym mężczyźni mają być silni, przebojowi i pewni siebie, a kobiety: skromne, ciche i pokorne.

Wychowywałam się w społeczeństwie w którym mówienie o sobie dobrze na jakikolwiek temat (zwłaszcza przez kobiety) jest odbierane jako przechwałki i w ogóle coś negatywnego (w końcu wiodącą kobiecą cnotą jest skromność, prawda?). A mówienie lub – nie daj boże – wydawanie poleceń (tylko przez kobiety) z pewnością siebie i przekonaniem jest odbierane jako arogancja, przemądrzałość lub rządzenie się.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym ambicja może być jednocześnie czymś dobrym i świadczącym o zaangażowaniu i profesjonalizmie (u mężczyzny) i złym, czyniącym z kobiety (a jakże) zimną i pozbawioną uczuć… sami sobie dopowiedzcie. Z resztą akurat jeśli o to chodzi, możemy obserwować to zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, na przykładzie potencjalnej pani wiceprezydent Kamali Devi Harris.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym na cześć, co u ciebie? nie odpowiada się dobrze, a u ciebie?, bo mówienie dobrze to prawie przechwalanie się. Zamiast tego pojawia się litania i licytacja narzekania. No wiecie:
Co u ciebie?
Kochana, okropnie! W pracy mnie nie doceniają, dziecko znowu przeziębione, a mąż złamał nogę i teraz cały dom na mojej głowie na najbliższy miesiąc. A co u ciebie?
Oj kochana jeszcze gorzej! Z pracy mnie wylali, dziecko ma zapalenie płuc i różyczkę na raz, a mąż mnie zostawił dla młodszej!

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym kobiety przyjmują komplementy w taki sposób:
Ładnie dziś wyglądasz!
Daj spokój z tym sianem na głowie/z tymi pryszczami/z tymi workami pod oczami?
Albo:
O jaka ładna sukienka!
Ta stara szmata? Powinnam przestać ją nosić pogrubia mnie.
Bo przecież przyjęcie ich inaczej to w sumie ZGODZENIE SIĘ z pozytywnym zdaniem na swój temat a to nie wypada.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym wiele kobiet nie jest w stanie zaakceptować braku perfekcji. W kraju, w którym nastolatki (dziewczynki) zajmują pierwsze spośród czterdziestu trzech miejsce pod względem negatywnej oceny swojego ciała1, a 84% dorosłych kobiet poddałoby się operacji plastycznej gdyby tylko było je na to stać2. Badania przeprowadzone co prawda w nieco innych społeczeństwach, ale nadal w szeroko pojętym kręgu kultury „zachodniej” wskazują, że kobiety wykazują także perfekcjonizm w życiu zawodowym3,4. Mowa jest także o związku między kobiecym perfekcjonizmem a wysokim poziomem samokrytyki3.

Trochę o mnie, czyli życie w cieniu Syndromu Oszusta (Impostor Syndrome)

Wiecie co to jest Impostor Sydrome czyli Syndrom Oszusta? To jest takie zjawisko, kiedy człowiek, pomimo swoich kompetencji, a wręcz dowodów na ich istnienie, jest przekonany, że nie zasługuje na swoją pozycję zawodową/ocenę na egzaminie/sukces, że tak naprawdę zawdzięcza to fartowi lub sprzyjającym okolicznościom, a lada chwila wszystko się wyda. Jakoś mnie nie zaszokowało, gdy wyczytałam, że są badania wskazujące na częstsze występowanie tego syndromu u kobiet5 (chociaż, żeby być całkowicie szczerą: są też takie, które nie wskazują na różnice między płciami w tym zakresie).

Tyle jeśli chodzi o badania i statystyki, przejdźmy do studium przypadku

Mam trzy dyplomy (jeden magisterski i dwa ze studiów podyplomowych), a podczas całej swojej przygody akademickiej oblałam jeden egzamin. JEDEN. Przez całe studia miałam stypendium naukowe. A mimo to przed większością egzaminów byłam przekonana, że nie zdam, a po otrzymaniu większości wyników: że po prostu miałam szczęście z pytaniami.

Dwa razy całkowicie się przebranżowiłam, między innymi dlatego, że byłam przekonana, że kompletnie nie nadaję się do tego, co akurat robiłam. Gdy weszłam na ścieżkę kariery, na której jestem obecnie, ciągle miałam wrażenie, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki komuś: najpierw dzięki koleżance, która podesłała moje CV do HRu (co nie sprawiło, że ominął mnie którykolwiek z etapów rekrutacji, ale ja i tak uważałam, że nawet by mnie na nią nie zaproszono, gdyby nie ona), potem dzięki fartowi. Przy kolejnych awansach myślałam, że udały się tylko dlatego, że ktoś mnie polecił na nowe stanowisko. Całe lata zajęło mi zrozumienie, że jeśli ktoś, z kim pracowałam mnie poleca, to robi to dlatego, że jest zadowolony z poziomu mojej pracy, z mojej wiedzy, moich kompetencji, sposobu w jaki sposób wykonuję swoje zadania, a nie dlatego, że chce być miły.

Przez wiele lat wątpiłam w swoją ocenę na tyle, że nie byłam w stanie określić, jaka właściwie jest moja opinia na różne tematy, bo przecież na pewno nie wzięłam czegoś pod uwagę, nie uwzględniłam jakichś ważnych czynników i co ja w ogóle na ten temat wiem? Każdy, kto mówił z pewnością siebie był w stanie przekonać mnie do swoich racji, bo tak bardzo nie wierzyłam w swoje własne. Co oczywiście nie skończyło się dla mnie zbyt dobrze, kiedy weszłam w związek z mężczyzną tak pewnym siebie, jak toksycznym, który świetnie umiał wykorzystać całą tę moją niepewność na swoją korzyść.

Dobrych parę lat zajęło mi zbudowanie pewnych zrębów pewności siebie (przynajmniej na gruncie intelektualnym) i rozwinięcie wiary w swoje opinie i przemyślenia. W swój umysł. W pewnym sensie ten blog jest trochę narzędziem, które mi w tym pomaga. Ciągle się uczę wyrażania swoich poglądów z pewnością siebie i nie popadania w samozwątpienie za każdym razem, gdy ktoś się ze mną nie zgodzi. Większość tekstów, które tu piszę poprzedzonych jest godzinami przemyśleń, rozmów z innymi ludźmi, zbierania opinii, doświadczeń, a czasem nawet i lekturami. Na początku wyzwaniem dla mnie było pisanie z przekonaniem. Teraz, po prawie dwóch latach przychodzi mi to dużo łatwiej.
Cień zwątpienia zawsze czai się w głębi mojego umysłu i tak chyba już zostanie, ale nauczyłam się go lubić, bo dzięki niemu jestem otwarta na krytykę (moich poglądów i opinii, z innymi rzeczami to inna historia) i dyskusję. A to dobrze, bo to cecha, którą wysoko cenię u innych. Chociaż czasem przyjmuje ona u mnie formę nieco zbyt ekstremalną, kiedy jedno zdanie innej osoby potrafi wpędzić mnie w godzinę przemyśleń i analiz.

Biorąc pod uwagę pierwszą część tego tekstu podejrzewam, że nie ja jedna tak mam.
Dlatego następnym razem, kiedy powiesz (o) kobiecie, że jest arogancka, przemądrzała, nadmiernie ambitna lub coś w tym rodzaju, zastanów się, czy aby na pewno taka jest (może faktycznie), czy może tylko ci się tak wydaje, bo też wychowałeś/łaś się w społeczeństwie, które nauczyło cię, że kobiety powinny być ciche, skromne i spolegliwe. Zadaj sobie pytanie czy powiedziałbyś/łabyś to samo (o) mężczyźnie? I pomyśl, że może za tą pewnością siebie, która cię tak razi, kryją się lata pracy nad sobą.


1za: https://imid.med.pl/en/news/jakie-sa-polskie-nastolatki-raport-hbsc-2020
2za: 3https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1703878,1,polki-mysla-ze-sa-najbrzydsze-w-europie-dlaczego.read
4https://www.smh.com.au/lifestyle/health-and-wellness/women-more-likely-to-be-perfectionistic-anxious-at-work-20180412-p4z971.html
5https://en.wikipedia.org/wiki/Impostor_syndrome#:~:text=Impostor%20syndrome%20(also%20known%20as,exposed%20as%20a%20%22fraud%22.

Chwytanie chwil

Kiedy założyłam tego bloga prawie dwa lata temu, jeszcze tylko na Facebooku, służył mi on w znacznym stopniu jako pamiętnik. Chwytałam i uwieczniałam fragmenty naszego życia, a od czasu do czasu rozpisywałam się o jakichś swoich przemyśleniach. Z czasem, zwłaszcza od kiedy przeniosłam się na platformę blogerską i zaczęłam używać instagrama, zgubiłam trochę swój oryginalny zamysł. Okruchy życia trafiają teraz na IG i czasem na facebooka, a na blogu rządzą dłuższe artykuły. Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy mi się to podoba. W ogóle ciężko mi odnaleźć równowagę pomiędzy wszystkimi platformami, na jakich teraz funkcjonuję. Czy wrzucanie tej samej treści na trzy jednocześnie, to dobry pomysł czy uciążliwy spam? A przecież od początku celem tego bloga miało być pokazywanie fragmentów naszego życia. Cel nieco się rozwinął, ale to nie znaczy, że chcę całkiem odejść od korzeni. I dlatego wymyśliłam, że na razie – póki nie wpadnę na lepsze rozwiązanie – będę te wszystkie okruchy zbierała w tym jednym, dedykowanym do tego poście.


W tym tygodniu stuknęło nam 7 lat razem. 7 lat wygłupów, śmiechu, goracych dyskusji, przygód, poznawania świata, siebie nawzajem i samych siebie w całkiem nowy sposób.
7 lat odkrywania nowych miejsc, robienia nowych rzeczy i próbowania nowego jedzenia. 7 lat nieprzerwanej rozmowy, zasypiania w swoich objęciach, budzenia się razem, wspólnych śniadań, kolacji i przekąsek o północy. Setki godzin obejrzanych filmów, dziesiatki godzin spędzonych w samolocie razem lub do siebie. Trochę mniejszych i większych sporów i zarwanych nocy. Tańczenie na środku salonu do naszej piosenki, kibicowanie jego ulubionej drużynie, ocieranie mi łez kiedy po raz kolejny oglądam The Notebook albo Star is Born, ściskanie się za ręce na rollercoasterach i wymienianie spojrzeń z dwoch stron parkietu w nocnym klubie. 11 odwiedzonych razem krajów, 3 śluby, 7 sukienek.

Są takie osoby, z którymi bycie jest proste jak oddychanie (bez koronawirusa), a nawet trudności i problemy dzielą się przez dwa. Są takie osoby, z którymi dobrze się jest nawet kłócić, bo po prostu wiesz, ze za chwilę i tak się bedziecie z tego śmiać. Są takie osoby, z którymi można być w 100% sobą w swojej najprawdziwszej, surowej, totalnie szczerej wersji bez lęku przed krytyką i osądzaniem.

Podobno w siódmym roku przychodzi kryzys, ale ja żadnego nie zauważyłam. #happyasever 💙

03.10.2020


CISZA.
Tematem dzisiejszego wyzwania #instawtorek_kfs z @kobiecafotoszkola jest cisza.
Zdjęcie, które widzicie zrobiłam na szczycie lodowca Hintertux w Austrii, na wysokości ok 3300m. O ile akurat nie wieje wiatr i nie krzyczą narciarze (a oni raczej krzyczą na niżyszch poziomach), panuje tam cisza niemal doskonała.

Ci z Was, którzy czytają mnie nieco dłużej, wiedzą, że okolice Hintertux są jednym z moich ulubionych miejsc na świecie i że wiążę z nimi duży sentyment ponieważ były świadkiem naszych zaręczyn💙 Być może wiecie też, że od kiedy się znamy (a właściwie o rok dłużej) Szalony Naukowiec przyjeżdżał tu co roku w związku z pracą – a ja czasami z nim na doczepkę. W tym roku też pojechaliśmy i była to nasza ostatnia podróż w świecie przed pandemią, a także – dla mnie – ostatnia dłuższa niż przedłużony weekend 🥺
W tej sytuacji możecie sobie wyobrazić, że bardzo liczyłam na to, że już za kilka miesięcy pojedziemy tam znowu… Niedawno dowiedzieliśmy się jednak, że przyszłoroczna edycja Warsztatów Szalonych Naukowców się nie odbędzie, więc pewnie będziemy musieli poczekać kolejny rok.

Ale wiecie co? Nie ma tego złego! Niewiele później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy chyba jedynymi ludźmi w Polsce, których ekipa budowlana jest dostępna WCZEŚNIEJ niż to było oryginalnie planowane 💪🏻💪🏻 w związku z czym teraz przynajmniej remont i wyjazd nie będą wchodziły w kolizję.
Także Rozczarowanie Mode: off i Pannic Mode: on 🤯😱


29.09.2020


Dziś będzie o pierscionkowej ironii losu. Takiej malutkiej.

Wiecie że białe złoto wcale nie jest białe, ale słomkowo żółte? Srebrny kolor, który widzimy (i który ja uwielbiam) zawdzięczamy warstwie rodu. A ta sie czasami wyciera, ukazując żółtawą rzeczywistość. Miesiąc temu oddałam swój ukochany zaręczynowy pierscionek do ponownego rodowania (i czyszczenia przy okazji). Wreszcie wczoraj do mnie wrócił 😍 wyznam Wam na marginesie, że bardzo się cieszę, że Szalony Naukowiec wybrał tanzanit a nie diament, jakoś wolę niebieskie kamienie💙
A Wy wolicie „typowe” pierścionki zaręczynowe z brylantem, czy może jakies inne?

No ale gdzie ta obiecana ronia? Otóż tego samego dnia, kiedy odebralam lsniacy nowością pierscionek zareczynowy, podczas video rozmowy z rodziną męża, chłopak mojej starszej szwagierki zapowiedział, że niedługo możemy się spodziewać imprezy zaręczynowej w Maroku 😲😲😲 i zaraz potem wlasciwie poprosił teściów o jej rękę 😲 Zaskoczył tym chyba wszystkich, zwłaszcza, że (jeszcze) się wcale nie oświadczył. No ale teraz to już kwestia czasu. Więc wygląda na to, że całkiem niedługo będę miała nowego całkiem francuskiego szwagra i przestanę być jedyną bladą twarzą w najbliższej rodzinie🎉🎉
Bardzo jestem ciekawa jaki on wybierze 💍?

24.09.2020


To zdjęcie może nie jest jakieś superimponujące, ale weźcie pod uwagę, że zostało zrobione w środku nocy komórką!
Jednym z powodów, dla których wybrałam wlasnie Bieszczady na Urodzinową Wyprawę jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu calkowicie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia obserwować gwiazdy, więc takie okoliczności przyrody stanowiły doskonałe tło dla jego urodzinowego prezentu. Jak myślicie? Co dostał?

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!)jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Wczoraj wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!

20.09.2020


Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razow niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: że przeżywamy razem cos nowego dla obojga. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę.

A mówię o tym dlatego, że właśnie, z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam wycieczkę-nieslodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczukra, który spędził ostatnie pół roku na Home Office. Dziś wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszlismy na Połoninę Witlińską. 4 godziny łażenia po górach, a w bezpośrednich wysokosciach pokonaliśmy chyba ok 500m! Może to niedużo, ale ja jestem z nas dumna! Pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jedniczesnie chłodno (jakies 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie idealna pogoda do wdrapywania się pod górę.

18.09.2020


Wczoraj pojechaliśmy oglądać wrzosowisko Mostówka. Najpierw trochę się błąkaliśmy po lesie, który pachniał zupełnie jak podczas moich wakacji w dzieciństwie, a kiedy w końcu dotarliśmy do celu (idźcie wzdłuż torów jeśli nie interesują was spacery polesie), widoki były naprawdę świetne, mimo, że chyba załapaliśmy się na samą końcówkę kwitnienia. Z resztą sami widzicie.
___
No ale ja nie o tym chciałam. Chciałam napisać o tym, że w pewnym momencie soboty, dużo nie brakowało, żeby wycieczka nie doszła do skutku, bo mocno się z Szalonym Naukowcem pokłóciliśmy o kompletną głupotę. Zaczęło się od nieporozumienia, ale dyskusja na jego temat rozrosła się do dość absurdalnych rozmiarów. Dziś rano z kolei przeczytałam na facebooku posta, w którym autorka wspomniała, że zazwyczaj nieporozumienia z mężem zamiata pod dywan, bo one nie szkodzą dopóki – no właśnie – się nie rozrosną. Zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Ale wiecie co? Jednak to nie jest podejście dla mnie. Dla mnie każde nieporozumienie jest jak mikroskopijna igiełka wbita w palec (miałam kiedyś takiego kaktusa, którego najmniejsze igiełki były cieniutkie jak włos, a jednak wbijały się w skórę bez problemu): sama w sobie nieszkodliwa, ale jak się jej nie usunie, a pojawią się kolejne, to w końcu boli przy najmniejszym dotyku. Dlatego każde nieporozumienie wyjaśniamy do dna, niezależnie od tego ile czasu to zajmuje (a czasami potrafi zajmować bardzo dużo).

14.09.2020


Odświeżyłam post na temat finansów w związku mieszanym (i nie tylko), a wiąże się z nim taka oto anegdotka:
Żeby zrobić zdjęcie, które widzicie niżej użyłam swojego portfela i – oczywiście – zapomniałam potem odłożyć go do torebki. Zdałam sobie sprawę z tego faktu – oczywiście – w sklepie.
Wyobraźcie to sobie:
W sklepie kolejka na 5 osób, działa akurat tylko jedna kasa. Moje zakupy już skasowane, w torbie mam między innymi lody. Sięgam po portfel… Nie ma. Na szczęście mogę zapłacić telefonem. Kiedyś można było zrobić to po prostu uruchamiając NFC i otwierając aplikację bankową, ale od tego czasu sporo się zmieniło: teraz najpierw trzeba skonfigurować Google Pay, czego wcześniej celowo nie zrobiłam. Teraz jednak nie mam wyboru, piszę więc do męża żeby mi podesłał numer mojej karty ASAP. On oczywiście nie może jej znaleźć, o co nawet ciężko go winić, bo zostawiłam portfel na toaletce (no co, potrzebowałam białego tła). W końcu znalazł. Niestety nie zrozumiał, że pisząc „my card” miałam na myśli kartę do mojego rachunku indywidualnego („no przecież obie są twoje”), a że poszłam po normalne zakupy spożywcze, wysłał mi numer karty do wspólnego konta. W innym banku (to będzie ważne za moment). Wpisuję. Jeszcze trzeba cvc i datę ważności… Czekam. Pani za kasą się niecierpliwi, lody się rozmrażają. W końcu dosłał, wpisuję. Gotowe!
Próbuję zapłacić.
Ups.
“Ta karta nie obsługuje tego typu płatności”
Nie bez powodu chciałam użyć innej. Piszę znowu, żeby dosłał mi dane drugie karty jeszcze bardziej ASAP. Babka za kasą się coraz bardziej niecierpliwi, ludzie w kolejce jakby też. Dobra, wysłał. Wpisuję.
Już przykładam telefon… a tu jeszcze jedna autoryzacja.
W tym momencie kasjerka traci cierpliwość i anuluje moje zakupy.
5 sek. później: konfiguracja zakończona. Mogę wrócić na koniec kolejki.
___
No więc mam nadzieję, że post który mnie kosztował tyle nerwów się Wam podoba.

11.09.2020


W weekend pojechaliśmy ze znajomymi korzystać z ostatnich dni lata. Pewnie widzieliście już na stories, ale skoro Instagram robi teraz za taki mój quasi pamiętnik, to wrzucam pamiątkę i tutaj. Było bardzo fajnie, pomimo tłumów ludzi ochoczo zbijających się w stad(k)a na ulicach Kazimierza, jakby wirusa nie było. Pogoda była świetna (chwilami aż nawet zbyt gorąca), towarzystwo też niczego sobie😎 Zwiedziliśmy Park Zdrojowy w Nałęczowie, Zajrzelismy do Parku Czartoryskich w Puławach, przespacerowaliśmy się bulwarami w Kazimierzu i Wąwozem Korzennym, wdrapaliśmy się też do ruin zamku i na Górę Trzech Krzyży. Przy tej okazji o mało nie wyzionęłam ducha – najwyraźniej codzienne chodzenie na stepperze nie utrzymuje mojej kondycji na takim poziomie na jaki liczyłam. No i naprawdę słabo znoszę upały.

Tak czy inaczej naprawdę fajnie było się tak na chwilę wyrwać z miasta!
___
Z innej beczki: Ostatnio cierpię na lekki niedobór weny blogowej. Mam kilka pomysłów, miedzy innymi kolejną rozmowę w ramach Kozetki albo post o tym czy to prawda, że faceci z importu zmieniają się, kiedy wrócą do kraju ojczystego (i dlaczego) i kilka innych, ale chętnie bym przygarnęła jakieś sugestie/pomysły. Więc jeśli jest coś o czym chcecie poczytać: to jest dobry moment, żeby się tym podzielić.

To miłego poniedziałku moi drodzy! Mam nadzieję, że Wasz będzie lepszy niż mój, bo ja (jak zwykle ostatnio) poszłam za późno spać, gdyż się zaczytałam🤦🏼‍♀️

07.09.2020


Idzie nowe.
Zapowiadałam Wam wczoraj, we wrześniu zaczyna się dla nas nowy etap. Zanim powiem Wam jaki, wspomnę tylko, że nigdy nie lubiłam zmian, a już zwłaszcza takich dużych. Na przykład przeprowadziłam się tylko raz w życiu. To było prawie 8 lat temu, kiedy skończyłam studia, szkolenia, staże i wreszcie dostałam pracę, za której wykonywanie ktoś chciał mi zapłacić. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po podpisaniu umowy po okresie próbnym, było spakowanie się i wyniesienie od rodziców. Od tego czasu mieszkam tu gdzie mieszkam.
Po trochę ponad roku w moim życiu pojawił się Szalony Naukowiec i – jak już może wiecie – dość szybko zaczęliśmy razem pomieszkiwać. Oficjalnie zamieszkaliśmy razem 6 lat temu. I od tego czasu zaczęły się „problemy”, bo on – w przeciwieństwie do mnie – zmiany lubi, a w kwestii aranżacji wnętrz przywiązuje znacznie większą wagę do estetyki niż ja (wtedy). I ciągle mu coś nie pasowało.
Jeśli interesuje Was więcej szczegółów na temat mojej wyprowadzki, początków mieszkania samej i tego co wynikło z tego, że Szalonemu ciągle coś nie pasowało: zapraszam na bloga #linkwbio. Spokojnie, tam też doczytacie co to za nowe idzie. Ale jeśli wolicie doczytać tu to proszę bardzo: po MIESIĄCACH dyskusji, sporów i kłótni podjęliśmy w końcu decyzję: zabieramy się do Wielkiego Generalnego Remontu. Zdecydowaliśmy się skorzystać z profesjonalnego wsparcia architekta wnętrz i właśnie już za kilka dni zaczynamy prace nad projektem koncepcyjnym!

1.09.2020


Jak szybko i łatwo ugotować mężowi jego ulubione danie (czyli penne w sosie brokułowo-śmietanowo-serowym – jeśli to ma jakieś znaczenie)?

1. Wstaw osoloną wodę w dwóch garnkach;
2. Powiedz mężowi, że idziesz pod prysznic i żeby wstawił brokuły i makaron jak woda się zagotuje;
3. A w ogóle to będzie potrzebny zlew i czy mógłby go opróżnić (czytaj: włożyć naczynia do zmywarki);
4. Przyjdź wykąpana, podgrzej śmietanę (12 lub 18% im mniej tłuszczu tym będzie bardziej kwaśne, a jak wiadomo, od kwaśnego mniej rośnie tyłek) w rondelku, dorzuć 3 trójkąciki serka topionego i pomieszaj. Muszą się roztopić, to chwilę potrwa;
5. Idź zanotować pomysł na post na bloga, po drodze wspomnij mężowi (który kończy ładować zmywarkę) że będzie potrzebny starty ser;
6. Wróć do kuchni, kiedy usłyszysz, że mąż właśnie odlewa makaron;
7. Pomieszaj w rondelku, dodaj starty ser. Powiedz mężowi że źle go starł;
8. Odlej brokuły, rozgnieć widelcem, dodaj do sosu, pomieszaj, wylej na makaron, ktory już czeka na talerzach;
9. Voila, ulubione danie męża gotowe
___
Czy u Was w domu też najpierw każdy ustala, ile gramów makaronu chce na obiad, a potem ktoś go odważa przed i po ugotowaniu i przelicza właściwe proporcje porcji, które trafiają na talerz? Czy to tylko Szaleni Naukowcy tak mają, a normalni ludzie gotują – niedajborze – na oko??

27.08.2020


Zaczął się ostatni tydzień sierpnia, a to oznacza, ze wakacje są oficjalnie prawie za nami. Ja w tym roku (no, od lutego) nie miałam okazji nigdzie wyjechać na dłużej niż przedłużony weekend. Kocham podróżować i dopiero od niedawna zaczynałam bardziej rozwijać skrzydła w tym zakresie, a i tak wiecznie coś stało na drodze: a to finanse, a to oczekiwanie na kolejną kartę pobytu Szalonego Naukowca, któryś kolejny ślub albo jeszcze coś innego. Mimo to co roku udawało nam się wyjechać przynajmniej na ten jeden około-dwutygodniowy urlop, a najczęściej jeszcza na jakieś pomniejsze wycieczki. Ten rok miał być pierwszym bez żadnych przeszkód, ba! ironicznie: zaczął się na wyjeździe. I co? Wyszło jak wyszło. Więc jeśli ktoś wierzy w powiedzonko „Nowy Rok jaki, cały tok taki” to uprzejmie informuję, że ono nie działa.
Siedzę więc w domu, tęsknię za wakacjami i rozmyślam o kierunku w jakim zmierza moje życie. Może za jakiś czas będzie z tego jakiś post. Ale na razie nie ma. Na razie jest jedno z ostatnich zdjęć jakie zrobiłam podczas ostatniego wyjazdu weekendowego na Mazury: pomiędzy Ostródę, a Elbląg (konkretnie: okolice wsi Pozorty). To tak w ramach pocieszania się, że wyjechałam GDZIEKOLWIEK, a przy okazji w ramach tematu na dzisiejszy #instawtorek z @kobiecafotoszkola jakim jest „Polska jest piękna”. Na zdjęciu chwia przed deszczem, który miał być ale jednak nie mógł się zdecydować. Droga która (jak mogłoby się wydawać) prowadzi donikąd.
Wszelkie odniesienia do rozmyślań egzystencjalnych jakie dziś uprawiam są niezamierzone i totalnie przypadkowe.

25.08.2020


Jak to jest, że kiedy za oknem przejeżdża kolumna pojazdów na bardzo głośnym sygnale, kotu nawet ucho nie drgnie podczas drzemki, ale dźwięk telefonu podnoszonego rano z szafki przy łóżku, wyrywa ją z najgłębszego snu i momentalnie aktywizuje? Nawet juz nie budzik: ledwo wezmę rano do ręki telefon żeby sprawdzić, która godzina, Kota natychmiast materializuje się koło łóżka i w bardzo głośny sposób domaga śniadania. #kotytakiesą 🐱
Poza tym zawsze, ale to zawsze psuje mi zdjęcie 📸 Albo w ostatniej chwili się ruszy, albo w ogóle zmieni pozycję (nawet pogrążona w najgłębszym śnie), kiedy się tylko zbliżę z aparatem, albo zignoruje wszystkie dźwięki, które z siebie wydaję żeby tylko spojrzała w obiektyw. Albo rzuca mi takie właśnie spojrzenia z góry. Nie wiem, czy to pasuje do #wyzwaniezkłaczkiem bo mina raczej nie jest śmieszna, ale co ja poradzę, że ta modelka NIGDY nie współpracuje?
Wasze czworonogi też tak mają?

24.08.2020

Temat na dzisiejszy #instawtorek u @kobiecafotoszkola jest moje najlepsze/ulubione zdjęcie.
Wyznam Wam szczerze, że marna ze mnie fotografka. Dla mnie zdjęcia to głównie pamiątki. Uwielbiam selfies, często cykam fotki pysznemu jedzeniu, prezentom, które daję lub dostaję, różnym miłym chwilom no i niemal nie wypuszczam telefonu z rąk, kiedy podróżujemy. Staram się uchwycić jak najwięcej pięknych chwil żeby móc do nich później wracać. Czasem ciężko mi nawet utrzymać równowagę między chwytaniem momentów, a przeżywaniem ich. Średnio w tym wszystkim zwracam uwagę na takie rzeczy jak kadrowanie, kompozycja a nawet obiektywna ciekawość tematu.

Kiedy poznałam dzisiejszy temat, najpierw przyszły mi do głowy zdjęcia z Zanzibaru – są takie piękne! Ale potem pomyślałam, że to przecież w 100% zasługa tych widoków, które same z siebie robią całą robotę. I wtedy przypomniałam sobie tą fotę, którą widzicie wyżej, zrobioną NA PUSTYNI (tak, dobrze czytacie). Byłam z siebie strasznie dumna, że uchwyciłam takie ciekawe ujęcie. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam, że zrobiłam naprawdę ciekawe, dobre (nie tylko ze względu na swoją pamiątkową wartość) zdjęcie.

Do dziś nie wiem, jaka historia kryje się za tymi łódkami leżącymi na środku marokańskiej pustyni Agafay, czyli jakieś 150km w linii prostej od oceanu. Może są tam od potopu?

18.08.2020

Rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Bieszczady

Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razów niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: takich pierwszych razów, kiedy przeżywamy razem coś nowego dla obojga – gdzie samo przeżycie jest nowością, a nie „tylko” towarzystwo. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem trochę mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę. A mówię o tym dlatego, że z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam mężowi Urodzinową Wycieczkę-Niespodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie wspólny pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczurka, który spędził ostatnie pół roku na Home Office.

Wyruszyliśmy w czwartek rano i po 15 byliśmy już na miejscu. Na bazę noclegową wybrałam dom gościnny położony nad jeziorem Myczkowskim, kilka kilometrów od Soliny. Dom posiadał piękny, duży ogród i zejście bezpośrednio do jeziora, a jego lokalizacja w oddaleniu od jakiejkolwiek innej zabudowy, gwarantowała na absolutną ciemność w nocy. Do tematu ciemności i tego co z niej wynika jeszcze wrócę.

Po szybkim rozpakowaniu się (nie wiem jak Wy, ale ja zawsze natychmiast po przyjeździe rozpakowuję walizkę, nawet jeśli mam być w danym miejscu tylko dwa dni) wybraliśmy się obejrzeć zaporę na Solinie. Mój mąż uwielbia tamy więc to była taka dodatkowa mini atrakcja. Zapora faktycznie jest imponująca, ale sama miejscowość Solina nieco nas rozczarowała, głównie ze względu na to, że gdy już do niej dotarliśmy w okolicach 17.30 prawie wszystko było pozamykane (od straganów z pamiątkami po budki z lodami, goframi, smażoną rybą itp), a całość sprawiała lekko opuszczone wrażenie. Dopiero dwa dni później mieliśmy okazję zobaczyć ją w pełnej turystycznej krasie, ale w tamtym momencie wieczorem, nawet się martwiłam, że nie znajdziemy miejsca na obiad. Na szczęście znaleźliśmy. Z racji tego, gdzie zaparkowaliśmy odbyliśmy tego dnia dwa spacery po zaporze: za dnia i w nocy.

W piątek wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszliśmy na Połoninę Wetlińską. Planując ten wyjazd zakładałam, że udamy się na jakieś piesze wycieczki, ale ta Połonina przyszła mi do głowy dopiero na miejscu, trochę dzięki inspiracji naszej Pani Gospodyni (szkoda, gdybym wiedziała, że czekają nas takie wyprawy, zdecydowanie wziełabym inne buty). Całość zajęła nam jakieś 4 godziny, w sumie pokonaliśmy chyba z 500m w górę, a niektóre podejścia naprawdę boleśnie przypominały mi o tym, że pandemiczny tryb życia nie pozostaje bez wpływu na kondycję. No, ale było warto wypluć płuca, bo widoki na górze były niesamowite. Do tego pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jednocześnie chłodno (jakieś 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie warunki idealne do wdrapywania się pod górę.

Kiedy w końcu dotarliśmy do samochodu, byliśmy raczej zmęczeni, postanowiliśmy jednak dokończyć naszą pętlę bieszczadzką. Na koniec dnia zaserwowaliśmy sobie zasłużone posiłki i padliśmy.


W sobotę postanowiliśmy wysilać się nieco mniej, zwłaszcza, że mieliśmy też plany na noc, dlatego szukaliśmy jakiegoś krótszego szlaku. Średnio nam to wyszło, bo skończyło się trzema godzinami szybkiego marszu na szczyt Chryszczata. O ile ja zakochałam się w Połoninie, o tyle Kolega Małżonek zachwycił się ścieżką przez las, w okolicach Chryszczatej. Faktycznie szlak był przepiękny, mało uczęszczany, lekko dziki. Całą frajdę lekko psuły tylko czarne wizje związane ze znakiem, który napotkaliśmy po drodze…

Stargazing in Bieszczady, czyli czemu ciemność jest fajna

To zdjęcie może nie jest jakieś superimponujące, ale weźcie pod uwagę, że zostało zrobione w środku nocy komórką!


Jednym z powodów, dla których na Urodzinową Wyprawę-Niespodziankę, wybrałam właśnie Bieszczady jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu absolutnie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia oglądać gwiazdy (i inne ciała niebieskie). Jak wspominałam na początku, nasze zakwaterowanie było położone na uboczu, z dala od jakichkolwiek miasteczek i osad, które generują światło, a także miało ogród. Te wszystkie okoliczności przyrody tworzyły doskonałe tło do prezentu urodzinowego:

tadaaam!

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!) jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Poza sobotą, o której za moment, robiliśmy to właśnie w ogrodzie naszych gospodarzy. Niebo było widać genialnie nawet gołym okiem, a do tego dodatkowych wrażeń dostarczyły nam bardzo głośne ryki niosące się z drugiej strony jeziora… Najpierw pomyśleliśmy, że to niedźwiedzie! Mimo bezpiecznej odległości i dzielącej ans wody, ciarki przeszły mi po plecach. Na szczęście okazało się, że to żadne niedźwiedzie, a jelenie na rykowisku. Ach to bycie mieszczuchem…
Jak wspomniałam, na sobotę mieliśmy konkretne nocne plany: wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Wyprawa w Bieszczady nie należy do wyjątków. Opuściliśmy to miejsce z silnym niedosytem i jeszcze silniejszym postanowieniem, że będziemy wracać regularnie.

Zarządzanie pieniędzmi (a związek mieszany)

Pieniądze stanowią na tyle częsty powód konfliktów w parze, że kłótnie o nie są wręcz przysłowiowe. Wynika to z faktu, że ludzie wchodząc w związek, wnoszą do niego swoje – często sprzeczne – oczekiwania, wyobrażenia, preferencje i sposoby funkcjonowania dotyczące wszystkiego: od zarządzania finansami, po sposób wieszania prania – a to pierwsze jest dla większości ludzi po prostu ważniejsze. I z tego powodu naprawdę warto przedyskutować dogłębnie temat przyszłego zarządzania pieniędzmi zanim podejmiemy Ważne Życiowe Decyzje.

Z racji swojej specyfiki, związki mieszane są narażone na konflikty na tle finansowym być może bardziej niż inne. Poglądy na temat zarabiania i wydawania pieniędzy (jak i na wiele innych rzeczy) zaczynają się bowiem kształtować już młodości w domu rodzinnym, a jak łatwo się domyślić: w różnych kulturach podejście do tego aspektu życia bardzo się różni.

Zawsze powtarzam, że człowiek po to ma rozum, żeby przeanalizować różne rzeczy, które mu wpojono i świadomie je przyjąć lub odrzucić, ale prawda jest taka, że nie każdy to robi. Dlatego wiążąc się z osobą wychowaną w innym kręgu kulturowym, warto być świadomym problemów z którymi możemy się zetknąć.

Jest wiele kultur, w których od dzieci (zwłaszcza mężczyzn) oczekuje się wspierania finansowo rodziców lub/i rodzeństwa – szczególnie młodszego i płci żeńskiej. W kulturze muzułmańskiej, z kolei, bardzo często mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie domu, podczas gdy kobieta swoje ewentualne zarobki zachowuje dla siebie (co dla mnie byłoby nie do przyjęcia, ale akurat chyba wielu Polkom się podoba, na zasadzie kontrastu do popularnego u nas modelu, w którym kobieta zarówno zarabia na dom jak i się nim zajmuje). Dodatkowo członek rodziny żyjący w Europie jest często postrzegany jako bogaty (nawet jeśli wcale tak nie jest, do czego nie każdy jest chętny się przyznać). Rodziny emigranta miewają rozbuchane oczekiwania materialne, a sam emigrant: poczucie, że powinien je zaspokajać. Czasem potrafi to przybierać dość skrajne formy: pieniądze wysyłane są w sekrecie przed żoną, listy życzeń obejmują nowe smartfony, telewizory i markowe ubrania, a wszystko to odbywa się kosztem nowej rodziny. Sprawa robi się jeszcze bardziej zagmatwana, gdy dodamy do tego, typowe ostatnio w Polsce, wielomiesięczne oczekiwanie na kartę pobytu umożliwiającą legalne podjęcie pracy, w którym to okresie facet raczej nie zarabia, co niekoniecznie jednak przeszkadza mu chcieć wysyłać pieniądze do domu. Nie mówiąc już nawet o sytuacjach, kiedy cała rodzina bierze udział w oszustwie wspierając wizowca, który łowi Europejkę, mającą stanowić źródło papierów i gotówki.

Te wszystkie rzeczy nie muszą być naturalne i oczywiste dla przeciętnej Polki. Kulturowo wpojona konieczność utrzymywania młodszych niepracujących sióstr, wspierania rodziców, czy obdarowywanie krewnych i znajomych królika masą prezentów przy każdej wizycie, niekoniecznie jest czymś domyślnym w naszym kręgu kulturowym. Nie zrozumcie mnie źle: nie mówię, że Polacy nie pomagają rodzinom, bo na pewno wiele osób pomaga, jednak presja oczekiwań może być nieco innego kalibru. 

I dlatego w związku multi-kulti tak ważne jest omówienie wizji zarządzania budżetem i nakreślenie jasnych, akceptowalnych dla obu stron zasad.

Wspominałam kiedyś, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem decydując się na wspólne zamieszkanie, było ogarnięcie równego i sprawiedliwego podziału obowiązków domowych. Drugą z takich rzeczy było opracowanie zasad i funkcjonowania domowego budżetu. Od tamtego czasu minęło z 6 lat i sporo się pozmieniało, przetestowaliśmy po drodze kilka różnych opcji w zależności od stopnia zaawansowania naszego związku i w efekcie udało nam się wypracować system, który według mnie jest optymalny dla wspólnego budżetu dwóch pracujących osób. Pozwala razem kontrolować wydatki, zapewnia przejrzystość i jasność, ale też pewien zakres niezależności. 

Oto przepis:

  1. Spis wspólnych wydatków. W tym kroku należy sporządzić listę wszystkich wydatków, które mamy zamiar ponosić razem: od czynszu, przez rachunki za media i internet, jedzenie, chemię domową, rozrywkę, oszczędności itd. To jest ten moment, kiedy trzeba przedyskutować do jakiego stopnia w ogóle chcemy połączyć nasze finanse.
    Od kiedy się pobraliśmy, a mój mąż przestał dzielić swój czas i inne zasoby między dwa kraje, zdecydowaliśmy się włączyć tu prawie wszystko (w końcu de facto uważamy wszystkie zarabiane pieniądze za wspólne) poza wydatkami na swoje hobby, wyjścia ze znajomymi, ciuchy i prezenty.
    Do tego wszystkiego, co planujemy wydawać, trzeba doliczyć kwotę, jaką chcielibyśmy miesięcznie razem odkładać.
  2. Podział. Gotową listę należy podzielić. My zdecydowaliśmy się na podział proporcjonalnie do zarobków: wydaje mi się on bardziej sprawiedliwy, ale oczywiście można skorzystać z opcji pół na pół czy jeszcze innej.
    Kwotę, która tu wyszła, każde z nas przelewa na wspólne konto na początku miesiąca.
  3. Część własna. Wszystko poza wartością uzyskaną w punkcie drugim stanowi budżet „własny”, którym każde dysponuje wedle uznania i z którego nie ma obowiązku się tłumaczyć. Umożliwia to nieskrępowane zakupy dowolnej natury bez stresu (ze strony) partnera, czy ewentualną pomoc rodzicom czy rodzeństwu, nieodbywającą się kosztem własnej rodziny. 
    W naszym przypadku najczęstszymi wydatkami w tej kategorii są prezenty dla siebie nawzajem, ciuchy i wyjścia ze znajomymi.
  4. Komunikacja i feedback. Wszystkie większe wydatki przegadujemy – szczególnie te, które wymagają odkładania pieniędzy przez jakiś czas. Razem planujemy też oszczędności celowe (czyli takie, których przeznaczeniem jest coś konkretnego: podróż, remont, większy zakup do domu itp.). Zazwyczaj konsultujemy się ze sobą także w zakresie większych wydatków „własnych”.
    Na koniec miesiąca robimy podsumowanie wszystkich rozchodów w stosunku do planu i na tej podstawie ewentualnie aktualizujemy na bieżąco budżet na kolejne miesiące. Do ogarniania tego wszystkiego służy nam koszmarnie skomplikowany arkusz Excel, który powstał w ścisłym umyśle Szalonego Naukowca.

To co z tym wysyłaniem?

Zapowiadałam, że jeszcze do tego wrócimy, więc proszę: temat wysyłania rodzinie pieniędzy przez Faceta z Importu, zawsze wzbudza sporo emocji i gorących dyskusji. Zdania zawsze są bardzo podzielone, usłyszymy na przykład: Żona i dziecko powinny być pierwsze; jak można matce nie pomóc; dawanie hajsu pazernym pasożytom jest nieakceptowalne; dla nich rodzina [pochodzenia] zawsze będzie najważniejsza; nie pozwalam na wysyłanie pieniędzy; gdyby mój facet oczekiwał, że przestanę pomagać mamie, musielibyśmy się rozstać.

Kto ma rację?
Wiążąc się z cudzoziemcem trzeba pamiętać, że jego ewentualna chęć wspierania finansowo rodziny jest zupełnie normalna. W wielu krajach system emerytalny jest bardzo słaby albo nie ma go wcale, podobnie z publiczną opieką zdrowotną. Dostęp do edukacji też bywa kosztowny, a udział kobiet w rynku pracy: kulturowo utrudniony. Twój chłopak czy mąż ma prawo chcieć pomagać rodzinie, zwłaszcza, że – jak wspomniałam wyżej – być może w kulturze, z której pochodzi jest to standard i jest to od niego oczekiwane. Ma prawo nawet chcieć mieszkać w klitce i jeść byle co, po to żeby wysyłać kilkaset euro miesięcznie do domu. Ma prawo chcieć wozić drogie prezenty, nawet tylko po to, żeby się pokazać.
Ale związek tworzą dwie osoby i obie muszą się w nim czuć dobrze. Inaczej to po prostu nie ma sensu.

Nie musisz się godzić na nic, co ci nie pasuje, w imię różnic kulturowych i tego, że „oni tak mają”.

Masz prawo mieć swoje potrzeby i masz prawo oczekiwać, że rodzina którą wy (s)tworzycie będzie na pierwszym miejscu. Masz prawo chcieć mieszkać wygodnie, jeść smacznie, a nawet chodzić an randki i wyjeżdżać na wakacje. Nazwijmy takie oczekiwania naszą kulturą.

Jest wiele rodzin, które nie mają żadnych oczekiwań materialnych, a wręcz pomagają dzieciom na emigracji. Są takie, które mają problemy finansowe, zdrowotne itd, a są i takie, które po prostu chcą kasy i przedmiotów, na które mogłyby zarobić same. Są faceci (lub kobiety) z importu, którzy nic nie dają, są tacy, którzy robią to czasami i tacy, którzy robią to często i szczodrze. Analogicznie: są partnerki (partnerzy), które chętnie się angażują się w takie wsparcie i osoby kompletnie temu przeciwne.
Widzicie już do czego zmierzam? Czasem te dążenia po prostu są nie do pogodzenia. Można dyskutować, kto ma rację, porównywać kupowanie mamie leków lub siostrze smartfona z zabieraniem żony na randkę i przerzucać się rożnego rodzaju argumentami. Problem w tym, że nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyne co można zrobić to poznać potrzeby i plany drugiej osoby i próbować wypracować rozwiązania, które zadowolą oboje.

Ewentualnie znaleźć kogoś bardziej kompatybilnego.

Idzie nowe

Nigdy nie lubiłam zmian, a już zwłaszcza takich dużych. Na przykład przeprowadziłam się tylko raz w życiu. To było prawie 8 lat temu, kiedy skończyłam studia, szkolenia, staże i wreszcie dostałam pracę, za której wykonywanie ktoś chciał mi zapłacić. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po podpisaniu umowy po okresie próbnym, było spakowanie się i wyniesienie od rodziców. Od tego czasu mieszkam tu gdzie mieszkam. Nie miałam wtedy za wiele pieniędzy więc też: pola manewru jeśli chodzi o wyposażenie – z resztą nie miałam nawet takiej potrzeby. Jako osoba dość pragmatyczna, dopóki coś nie było zepsute lub bardzo zniszczone i pełniło swoją funkcję, nie widziałam powodu żeby to wymieniać. Dlatego nie miałam najmniejszego problemu z zabraniem do nowego lokum swoich starych rzeczy jak np. biurka, które miałam od gimnazjum.

Fun fact: przez pierwszy okres od wyprowadzki byłam tak bardzo przyzwyczajona do koncepcji swojego pokoju, że de facto korzystałam tylko z jednego pomieszczenia (no i kuchni + łazienki). Dopiero po dobrych paru miesiącach zdecydowałam się wynieść telewizor z mojego pokoju sypialni do salonu i zaczęłam korzystać z obu.

I tak sobie żyłam najpierw sama, potem z kotem. Po trochę ponad roku w moim życiu pojawił się Szalony Naukowiec i – jak już może wiecie – dość szybko zaczęliśmy razem  pomieszkiwać. Oficjalnie zamieszkaliśmy razem 6 lat temu. I od tego czasu zaczęły się „problemy”, bo on – w przeciwieństwie do mnie – zmiany lubi, a w kwestii aranżacji wnętrz przywiązuje znacznie większą wagę do estetyki niż ja (wtedy). I ciągle mu coś nie pasowało. Zwłaszcza stara (antyczna wręcz) kanapa, która była w mojej rodzinie od ponad 100 lat i do której jestem bardzo przywiązana. Niewygodnie mu niby na niej (phi).
Przeprowadziliśmy przez te lata naprawdę wiele burzliwych dyskusji na ten temat. Zrobiliśmy kilka przemeblowań (muszę przyznać, że po każdym z nich mieszkanie wyglądało lepiej). Na którąś rocznicę wybraliśmy się do sklepu meblowego i kupiliśmy nowy stolik do kawy (oboje nienawidziliśmy starego) i dywan (o którym marzył mój jeszcze-wtedy-nie-mąż). Potem wyremontowaliśmy kuchnię, która zapewne lepiej znała poprzednich lokatorów niż nas. Ogólnie jednak stanowczo opierałam się zdecydowanej większości z jego feerii pomysłów wnętrzarskich. A potem, niecałe dwa lata temu, sprawa pokomplikowała się jeszcze bardziej, bo

pozwoliwszy włożyć sobie na palec obrączkę, trochę jakby straciłam swój ulubiony argument czyli „jak ci się tu nie podoba, to tam są drzwi”.

Innymi słowy, uznałam, że skoro teraz wszystko jest NASZE, a nie moje i jego, należy jednak nieco bardziej wziąć pod rozwagę jego potrzeby/oczekiwania.
Co było o tyle trudne, że żadne z nas tak naprawdę nie wiedziało już czego chce. Ja troszkę odeszłam od swojego skrajnego pragmatyzmu i zaczęłam przyznawać, że faktycznie parę rzeczy można by było zmienić. Szalony w myślach przestawiał ściany i zrywał podłogi. Jednocześnie coraz częściej zastanawialiśmy się, czy w ogóle chcemy tu zostać?

Tu mała dygresja: z oczywistych względów nie będę się wdawała w szczegóły, ale nasze mieszkanie jest położone w bardzo specyficznej lokalizacji, która ma kilka niezaprzeczalnych i bardzo dużych plusów oraz dwa czy trzy raczej upierdliwe minusy. A na dodatek niesamowicie uciążliwe towarzystwo pod podłogą, z którymi nie da się nic zrobić (wiem, próbowałam).

W związku z tym spędziliśmy całe MIESIĄCE wałkując te wszystkie tematy do oporu (i kłócąc się przy okazji wielokrotnie). Szukaliśmy deweloperów, oglądaliśmy plany mieszkań, przeczesywaliśmy rynek wtórny, zbieraliśmy informacje o kredytach, przeglądaliśmy oferty architektów wnętrz, obmierzaliśmy milion razy każdą ścianę naszego mieszkania, przeszukiwaliśmy strony sklepów z meblami, rysowaliśmy kolejne koncepcje rozmieszczenia mebli i tak dalej… Mówię Wam, trwało to wszystko razem dużo ponad rok.

I w końcu udało się! Podjęliśmy decyzję. Postanowiliśmy przeprowadzić Wielki Generalny Remont.  I właśnie w od września nasz plan zaczyna wchodzić w życie! Zdecydowaliśmy się skorzystać ze wsparcia architekta wnętrz i już za kilka dni zaczynamy prace nad projektem koncepcyjnym. Przez najbliższe miesiące będziemy się nurzać w kafelkach, tapetach, kanapach, półkach itp.: najpierw w sklepach i na wizualizacjach, a potem dosłownie. Więc jesień i zima będą ciekawe, ekscytujące, intensywne, a także zapewne mocno stresujące… Trzymajcie kciuki.

Język w związkach mieszanych

Jeśli zapytać ludzi, co według nich jest najważniejsze dla dobrego funkcjonowania związku, pada wiele różnych odpowiedzi, ale jedną z najczęstszych jest komunikacja. I to jest prawda – skuteczna, konstruktywna komunikacja, która nie tylko pozwala nam poznać drugą osobę, ale także budować więź i rozwiązywać konflikty, to absolutna podstawa – nie tylko w związku, ale w ogóle w relacjach międzyludzkich.

Jest wiele błędów, które ludzie popełniają w procesie komunikacji i które powodują między nimi problemy. Żeby wymienić tylko kilka: brak skupienia na rozmówcy, nadmierne uogólnienia (zawsze, nigdy), komunikaty typu ty a nie typu ja (ty nigdy niczego nie proponujesz  zamiast chciałabym żebyś coś zaproponował), komunikacja ad personam zamiast skupiania się na zachowaniach, przerzucanie się winą, brak szacunku, niesłuchanie partnera, brak dbałości o precyzję wypowiedzi, oczekiwanie, że druga osoba sama się domyśli o co nam chodzi – lista jest długa.

To na czym ja chciałabym się dziś skupić to zupełnie inna sprawa. Komunikację można ćwiczyć i rozwijać, ale podstawowym warunkiem żeby w ogóle miała ona szansę zaistnieć na poziomie werbalnym jest wspólny język. Sprawa oczywista i naturalna dla większości, ale nie dla par mieszanych.

Jeśli by mnie ktoś spytał o zdanie (nikt nie pyta, ale to mój blog więc i tak się wypowiem), komunikacja jest jedną z największych pułapek jeśli chodzi o związki mieszane, w których przypadku zazwyczaj przynajmniej jedna strona nie korzysta z języka ojczystego. A często i obie. Nie musi to oczywiście z definicji oznaczać problemów, ale powiedzmy to wprost:

pewien  poziom znajomości wspólnego języka jest po prostu niezbędny aby móc nawiązać relację na głębszym, intelektualnym poziomie.

My z Szalonym Naukowcem od samego początku porozumiewamy się po angielsku. Stopniowo dochodzi coraz więcej polskiego, zbudowaliśmy też przez lata taki nasz własny język, ale jednak bazą jest angielski. Oboje także pracujemy w tym języku i znamy go na poziomie C1+, czyli można powiedzieć: płynnie. A jednak zdarzają się momenty, w których odczuwam dyskomfort wynikający z braku stuprocentowej swobody w oddawaniu pewnych subtelności i niuansów, które mogłabym bez kłopotu wyrazić po polsku. Oczywiście potrafię bez problemu przekazać to co chcę, ale czasem muszę zrobić to w inny (dłuższy, bardziej opisowy sposób) niż bym chciała. A to też wpływa na dynamikę interakcji – zwłaszcza kłótnia może stracić trochę na impecie. A kto by tego chciał, prawda?
I to mnie uwiera jak kamyk w bucie.

Czasem natykam się w internecie na fragmenty komunikacji po angielsku różnych par i szokuje mnie to co widzę. Nie będę tu przytaczała przykładów, ale

szczerze wątpię, że można dobrze i głęboko poznać drugą osobę razem z jej światopoglądem, opiniami i przemyśleniami posługując się językiem na poziomie średnio-zaawansowanym i mieszając podstawowe czasy, tryby i słówka.

Wiem, że niektórzy by się ze mną nie zgodzili. Wiem, że są osoby, które uważają, że gramatyka nie ma aż takiego znaczenia (nieważne czy powiem I love you very much czy I very love you – i tak wiadomo o co chodzi), że świetnie się dogadują pomimo mielizny językowej bo najważniejsza jest miłość albo on mnie rozumie bez słów. Ewentualnie przecież jest google translator. (Serio, próbowaliście kiedyś gadać z kimś, kto używa google translatora? Ja próbowałam i mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o rozumienie, co autor miał na myśli to jest to w sporym stopniu zgadywanka).

No ale nie. Dopóki gadamy o pierdołach, o tym kto lubi jakie danie albo jakie lody – spoko. Jeśli jednak rozważamy bycie z kimś i wspólną przyszłość, rozmowa w której czas przyszły miesza się z przeszłym a tryb przypuszczający z oznajmującym po prostu nie jest wystarczająca. Już nawet nie wspominając o tym jak zasób słownictwa na poziomie czterech czy pięciu tysięcy ma się do bogactwa i złożoności ludzkich myśli. Nie da się rozmawiać o wartościach i ideach mówiąc Kali jeść, Kali pić, a samo habibi ajlowju to jednak słaby fundament relacji na całe życie.

A gramatyka i słownictwo to przecież dopiero podstawa, język niesie ze sobą całą masę tonów, subtonów, kontekstów kulturowych, podtekstów i tak dalej. To samo zdanie (nawet poprawnie zrozumiane), może mieć całkiem inny wydźwięk w dwóch różnych językach. Takie subtelności są wystarczająco trudne i same w sobie wymagają pewnej ostrożności, szacunku, otwartości na drugą osobę i brania pod uwagę dość sporego marginesu błędu. Trzeba ciągle mieć na uwadze (jeszcze bardziej niż w języku ojczystym), że rozmówca może mieć na myśli co innego niż my, że jego interpretacja może być całkiem odmienna od naszej. Na przykład mój mąż uważa za niezwykle urocze nazywanie mnie My Little Pumpkin. A dla mnie Moja Mała Dyńko  nie brzmi ani trochę uroczo…
W każdym razie, to jest dość trudne samo w sobie, bez biegłości w narzędziach jakimi są słownictwo i gramatyka naprawdę za daleko się nie dojdzie.

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze tego wszystkiego nie wiedziałam, miałam chłopaka z innego kraju. Już parę razy na pewno czytaliście o tym toksycznym związku, chociażby tu. Poza wszystkim innym szwankował on dość mocno (związek, nie były, chociaż on też) na poziomie językowym. Podam Wam przykład do jakich absurdalnych sytuacji dochodziło z tego powodu:

On oczekiwał, że czegoś tam się domyślę. Ja się naturalnie nie domyśliłam i chciałam mu powiedzieć że przecież nie jestem wróżką żeby się domyślać. Nie znałam jednak/nie pamiętałam jak jest „wróżka” więc w ferworze sporu zastąpiłam to słowo pierwszym jakie mi przyszło do głowy czyli prophet. Dla mnie miało to sens, natomiast mój (muzułmański) chłopak potwornie się oburzył. Kłóciliśmy się dość długo zanim w ogóle zrozumiałam, że jemu chodzi o to, że powiedziałam coś negatywnego o Proroku…
Tak, to jest dobre miejsce na facepalm.

Podsumowując. Język jest superważny! Jasne, to rzecz nabyta, zawsze można się go nauczyć, douczyć, podszkolić i ogólnie rozwinąć (to świetnie, że nowa znajomość motywuje do rozwoju!). Ale podejmowanie decyzji o wymiarze życiowym (jak ślub) zanim to nastąpi naprawdę nie jest dobrym pomysłem.