Paryż i ja

Kiedy miałam jakieś 10 lat, moi rodzice przystąpili do realizacji wieloletnich marzeń o podróżach – zaczęliśmy zwiedzać Europę. Samochodem.
To były czasy, kiedy internet mieszkał tylko w komputerach stacjonarnych i to nie u każdego w domu (u nas na przykład nie), więc podróże planowało się z mapami, przewodnikami i książkami typu Hotele we Francji. Rezerwacji dokonywaliśmy faksem (!). Zjeździliśmy w ten sposób pół Francji, większość Włoch, kawałek Hiszpanii, spory fragment Niemiec i dużą część Austrii.

Ten okres zaszczepił we mnie miłość do podróży, uwielbienie dla map i planów miast oraz dogłębną niechęć do muzeów. Moi rodzice podeszli bowiem do programu turystycznego w sposób bardzo poważny i postanowili maksymalnie wyedukować i ukulturalnić swoją progeniturę. Zaliczaliśmy więc wszystkie ważniejsze muzea, zamki, katedry i inne monumenty historyczne.
Zazwyczaj jeździliśmy w długie, trzytygodniowe podróże podczas wakacji, ale kilka razy zdarzyły się też krótsze wyjazdy w okolicach długich weekendów – z racji tego, że wszystko odbywaliśmy samochodem, te ostatnie głównie do stosunkowo nieodległych stolic. W ten sposob pokochałam Wiedeń (który już zawsze będzie mi się kojarzył z ponczem i moim pierwszym płaszczykiem, który kupiłam właśnie tam). I tak właśnie poznałam Paryż.
Byliśmy tam 2 lub 3 razy. Rodzice przeciągnęli mnie po całym Luwrze (meh), muzeum d’Orsay (impresjonim przynajmniej mi się spodobał), Wersalu, i paru innych muzeach, których nie pamiętam nawet z nazwy. Byliśmy też w Givenry, które było fantastycznie piękne! W Disneylandzie z kolei NIE byliśmy – to przeciez infantylizm, dziecinada i strata czasu.
Właśnie w Paryżu po raz pierwszy poznałam świat multi-kulti. Te wszystkie inne odcienie skóry, faktury włosów i ubrania wszędzie dookoła! Byłam zafascynowana i uwielbiałam jeździć paryskim metrem.
I tak na podróżach i zwiedzaniu z rodzicami upłynęły mi kolejne wakacje podstawówki, gimnazjum (z jedną przerwą z powodów medycznych) i liceum. Potem poszłam na studia, poznałam chłopaka i stwierdziłam, że dość tego. Kiedy jesienią rodzice zaczęli planować wypad do Paryża na kwiecień, odmówiłam udziału. Przecież byłam tam już dość razy, więc bez przesady, nie ma się czym ekscytować. Wolę zostać sama w domu i spędzać czas z moim facetem.


I wtedy właśnie los postanowił mi zagrać na nosie i pokazać, że Paryża nie należy lekceważyć: mój ówczesny chłopak, postanowił się tam przeprowadzić! I tak właśnie, moi rodzice spedzili tydzień w tym samym mieście co on, a ja: sama w domu.
Od tego czasu Paryż na stałe zawitał w centrum mojej uwagi. W następne wakacje, dostałam od rodziców kilkudniową wycieczkę właśnie do niego (w trakcie kolejnych wspólnych wakacji, tym razem w dolinę Loary) w prezencie za dobre wyniki na studiach. W międzyczasie zaczęłam się intensywnie uczyć francuskiego (który co prawda miałam przez 3 lata w liceum, ale zdążyłam całkiem zapomnieć) i planować przeprowadzkę po studiach. Przez kolejne dwa lata odkładałam całe kieszonkowe i stypendium naukowe, żeby potem w wakacje (oczywiście dofinansowana przez niezastąpionych rodziców) udać się na miesięczny kurs językowy w paryskim Instytucie Francuskiego.
W ten sposób miałam okazję pomieszkać w Paryżu – i to dwa razy. Tylko po miesiącu, ale i tak się liczy.

Doswiadczenie, które zamiast mnie zachwycić, jak Emily, zdecydowanie popsuło moją relację z tym miastem. Wszystko z racji toksycznego jeszcze-wtedy-nie-ex z którym naturalnie wiązały się te wyjazdy.
Pominę dzisiaj szczegóły, powiem tylko, że każdy kolejny pobyt był gorszy, a moje złe samopoczucie w tamtej rekacji przeniosło się na niechęć do Paryża.
Kiedy 11 lat temu się rozstaliśmy (o czym mogliście przeczytać we wpisie https://jednookonamaroko.com/2021/06/25/a-jedenascie-lat-temu/), myślałam, że już nigdy nie będę musiała mieć nic wspólnego z tym miastem, krajem i językiem.

Ironia losu, bo 3 lata później, poznałam swojego marokańskiego Księcia z Bajki (sorry Maja, obiecuję, że nie będę używała nazywała go tak za często) i w ten sposób francuski zagościł w moim życiu ponownie. A kilka lat później, gdy moja najmłodsza szwagierka rozpoczęła tu studia – dołączył i Paryż.

Gdy po ponad 5 latach przerwy zaczęliśmy odbudowywać naszą znajomość, podeszłam do niego dość niechętnie. Źle mi się kojarzył, stwierdziłam, że jest przereklamowany i w ogóle, przecież ja tu mieszkałam, więc bez przesady. Z resztą nie było anibpotrzeby ani okazji żeby cos tu zmieniać. Wpadliśmy z Szalonym Naukowcem z krótką wizytą raz czy dwa, ale sami wiecie: to bardzo drogie miasto, zakwaterowanie kosztuje krocie. Akademik młodszej siostry nie nadawał się do przyjmowania gości, a ile razy można się zwalać na głowę parze znajomych?

Teraz jednak moja młodziutka Szwagierka jest już pełnowymiarową, poważną Panią Inżynier, mieszka tu na stałe, jest o krok od naturalizacji i nie zamierza się stąd ruszać. W związku z czym my mamy wygodną, sympatyczną i łatwo dostępną bazę blisko lotniska i 30min od centrum. Wygląda na to, że Paryż i ja, będziemy się często widywać.

A po ostatniej wizycie i 100 tysiącach kroków zrobionych po jego ulicach w ciagu 4 dni (być może wiecej niż w ciagu jednego z tamtych pamiętnych miesięcy) dziś muszę stwierdzić, że po 11 latach przerwy, znowu naprawdę zaczęłam lubić to miasto.

Katedra Notre Dame, chwilowo w renowacji po pożarze
Tour Saint-Jacques
Lody Amorino zawsze w formie kwiatka
Pride w dzielnicy Marais
Plac des Vosges
Bercy
Budynek Instytutu Archeologicznego niedaleko ogrodów Luksemburskich
Montmartre
Montmartre
Pola Elizejskie
Pola Elizejskie

Idź się leczyć! W Maroku

Sezon wakacyjny w pełni, COVID chwilowo w lekkim odwrocie, a turystyka trochę powstaje z kolan. Coraz więcej ludzi wybiera się znowu do Maroka, niektórzy po raz pierwszy. W związku z tym zaprosiłam do współpracy moją Szwagierkę, która jest Panią Doktor i przygotowałam dla Was kilka podstawowych informacji dotyczących chorowania i leczenia się w Maroku.

Lecz się sam

Pierwsza odpowiedź, jaką uzyskałam na moje pytania dotyczące leczenia się w Maroku od S. (to od „szwagierka”) brzmiała „najlepiej przywieźć własne leki”. Jako, że Polska plasuje się w czołówce Europy jeśli chodzi o leczenie się na własną rękę, nie sądzę żeby dla kogokolwiek stanowiło to problem 🙂


Co do zasady nie ma problemu z wwożeniem leków do Maroka. Wszystko co nie zawiera substancji nielegalnych (jak np. konopie), można mieć – oczywiście na użytek własny. W teorii, jeśli wieziecie ze sobą leki wymagające recepty, lepiej tę receptę mieć ze sobą, ale o ile wiem, raczej nikt tego nie sprawdza. No chyba, że korzystacie z bardzo specyficznych leków zawierających opiaty czy inne substancje bliskie narkotykom, wtedy jednak lepiej się zabezpieczyć.

Tyle tytułem wstępu, teraz pomyślmy co – poza lekami, które bierzecie regularnie – warto wrzucić do wakacyjnej apteczki.

Faraon atakuje w Maroku

Jednym z najczęstszych pytań dotyczących potencjalnych problemów zdrowotnych w krajach Afryki Północnej (i nie tylko) jest słynna zemsta faraona, czyli po prostu reakcja przewodu pokarmowego na nieznane bakterie obecne m.in. w wodzie. Są ludzie, którzy nie wierzą w jej istnienie. Są też tacy, jak moja osobista Mama, na której faraon (albo jakiś inny monarcha) mści się nawet w innych krajach Europy.

Moja S. twierdzi, że najpopularniejszymi problemami zdrowotnymi dotykającymi turystów w Maroku są te związane z układem pokarmowym.

Jeśli wiecie, że was to nie dotyczy, spokojnie możecie pominąć ten akapit.

Ci z nas, którzy są podatni na podstępne knowania egipskiego władcy, mogą się spróbować zabezpieczyć. Już dwa tygodnie przed wyjazdem można zacząć brać probiotyk* – i kontynuować zażywanie go aż do końca wakacji. Na wyjazd warto spakować leki takie jak Nifuroksazyd* i Smecta*. Podczas pobytu dobrze jest unikać picia wody z kranu, napojów z lodem (kostki lodu = woda z kranu). Najostrożniejsi mogą też nie jeść świeżych warzyw i owoców – przynajmniej tych, których nie obiera się ze skórki. Warto też ostrożnie podchodzić do street foodów. Wiem, że wiele osób z nich korzysta i żyje. Wiem też, że inni korzystają i nadal żyją, tylko przez jakiś mniej komfortowo i w bliskiej relacji z toaletą 🙂

…wilk też

Pamiętacie powiedzonko Nie siadaj na zimnym bo dostaniesz wilka? Nie do końca wiadomo, czym jest ten wilk, ale jedną z interpretacji jest zapalenie pęcherza lub inne infekcje układu moczowego czyli UTI. Z tego co mówi S. – bardzo częste w Maroku. Toalety publiczne w tym kraju bywają różne. Jedne nie odbiegają standardem od znanych nam w Polsce dworców czy centr handlowych, inne… cóż, inne odbiegają. Możecie się na przykład spotkać z wiaderkiem zamiast spłuczki i… papieru toaletowego. Bo w krajach muzułmańskich popularne jest podmywanie się zamiast podcierania. Czasami wiaderka napełnia się z kraników zainstalowanych nad podłogą kabiny, a czasami z beczek… naturalnie zarówno beczki jak i wiaderka nie są bynajmniej jednorazowego użytku. Nikt ich też regularnie nie dezynfekuje. Ja z nich nie korzystam (chusteczki przy sobie to must), moja S także – ona w ogóle unika toalet publicznych w Maroku właśnie ze względu na stan ich higieny.
No więc ze złapaniem takiej infekcji trzeba się w Maroku liczyć, a – co ważne – jedyne leki, którymi najczęściej leczy się tę przypadłości i które znajdziecie w aptece to antybiotyki. Dlatego dobrze jest mieć ze sobą jeden z dostępnych w Polsce bez recepty preparatów takich jak Furaginum*.

Co już w Maroku?

No a co jeśli rozchorujecie się w Maroku i nie macie żadnych leków?
Na tę okoliczność przygotowałyśmy dla was nazwy kilku najbardziej podstawowych preparatów, które możecie kupić bez recepty w marokańskich aptekach*:

  • Smecta+intetrix for diarrhea (na biegunkę)
  • Spasfon for cramps (na skurcze)
  • Omiz: omeprazole for stomach ache (na ból brzucha)
  • Eucarbon for constipation (na zaparcia)
  • Doliprane=paracetamol
  • Mucol sirup for cough (syrop na kaszel)
  • Quinolones – UTI (infekcje układu moczowego)/antybiotyk

Na dzień dzisiejszy w teorii antybiotyki są w Maroku dostępne bez recepty (chociaż nie w nieograniczonych ilościach), natomiast farmaceuta może odmówić ich sprzedania jeśli jej nie posiadacie – to jednak raczej dotyczy tych rzadziej stosowanych. Naturalnie z farmaceutą właśnie, zawsze możecie (i powinniście!) skonsultować swoje objawy i poprosić w o pomoc w dobraniu leku.

Swoją drogą wiecie co jeszcze jest dostępne w Maroku bez recepty? Pigułki dzień po – na przykład Norlevo albo Ellaone. Ciekawe, prawda?

A gdy apteka nie pomaga?

Jeśli leki dostępne w aptece nie pomagają, zawsze można wybrać się do lekarza. Najlepiej będzie skorzystać z wizyty w prywatnym gabinecie. Jak taki gabinet znaleźć? Są dwie opcje: możecie zapytać w recepcji hotelu/Riadu w którym się zatrzymaliście. W Maroku wszystko działa przy pomocy poczty pantoflowej i znajomości. Niezależnie od tego, czy szukacie lekarza, kobiety, która wykonuje hennę, sprzedawcy ceramiki, przewodnika po mieście, czy czego jeszcze, na pewno osoba, którą zapytacie albo będzie znała kogo trzeba, albo kogoś kto zna kogoś… wiecie o co chodzi.

Jeśli nie chcecie albo nie macie kogo zapytać, możecie poszukać na google maps. Mówię poważnie. To samo rozwiązanie rekomenduje zarówno S. jak i mój Kolega Małżonek. No więc ustawiacie na mapie swoją lokalizację i przeszukujecie okolice pod hasłem „doctor”. Gabinety prywatne rozpoznacie po tym, że mają w nazwie imię i nazwisko lekarza.

Przypadkowe poszukiwania gabinetu lekarskiego w Marakeszu

Do takiego prywatnego gabinetu zazwyczaj nie musicie się zapisywać, możecie wejść z ulicy, ale liczcie się z tym, że trzeba będzie poczekać w kolejce. Za wizytę (w mieście) zapłacicie ok 100-150 dirhamów, czyli jakieś 40-60zł.

Uwaga: Język angielski nie jest w tej chwili obowiązkowy na studiach medycznych w Maroku, więc nie ma gwarancji, że traficie na angielskojęzycznego lekarza.

A co potem?

Jeśli już dostaliście od lokalnego lekarza jakieś leki, zachowajcie receptę (w Maroku się jej nie oddaje farmaceucie), gdyż możecie zostać o nią zapytani podczas opuszczania kraju.

Mam nadzieję, że nasz poradnik okaże się użyteczny, ale że wcale Wam się nie przyda, bo wszyscy będziecie zdrowi. Na wypadek gdybyście jednak nie byli i mieli doświadczenia z leczeniem w Maroku, które uzupełnią to co tutaj napisałąm – koniecznie opiszcie je w komentarzach!


*Nie jestem lekarzem. Moja szwagierka co prawda jest, ale ani nie przyjmuje w Polsce ani nie widziała żadnego z was na oczy. Leki które tutaj podaję są tylko przykładami (te polskie: wziętymi z mojego własnego doświadczenia). Nie traktujcie tego wpisu jako porady lekarskiej, czytajcie ulotki, a najlepiej skonsultujcie się z lekarzem lub farmaceutą.

A jedenaście lat temu…

Dokładnie 11 lat temu był jeden z najważniejszych dni mojego życia. Obroniłam swój dyplom magisterski.

Zanim zaczniecie się śmiać, że po tylu latach, całkiem udanej karierze totalnie niezwiązanej z kierunkiem studiów, trzech ślubach i niezliczonych wspaniałych podróżach, nadal tak odbieram ten dzień, pozwólcie, że zarysuję Wam pewne tło: Większość studiów spędziłam w depresji. Co prawda nikt jej nigdy nie zdiagnozował (bo nie poszłam do żadnego specjalisty), ale wiem na jej temat dość dużo, żeby mieć 90% pewności.

Zapewne nie było to bez związku z faktem, że prawie całe studia spędziłam również w związku, który był bardzo, ale to bardzo toksyczny. Przemoc psychiczna, gaslighting, szantaże emocjonalne, zaborczość, kontrola, kłamstwa, prawdopodobnie zdrada. A to wszystko ten człowiek był w stanie zrobić w zasadzie ignorując mnie przez zdecydowaną większość czasu (bo zawsze miał coś ważniejszego na głowie). Ale przecież TAK mnie kochał, a ja tylko musiałam być ciut bardziej wyrozumiała. Bo wiecie, on przecież właśnie budował od zera swoje życie w nowym kraju (zdecydowaną większość czasu byliśmy parą na odległość), a ja sobie wygodnie mieszałam z rodzicami i studiowałam.

Łykałam wszystkie jego bzdury, szantaże, i cały syf jak młody pelikan i czułam się coraz gorzej.
Czas studiów, który w teorii powinien być czasem zabawy, zbierania doświadczeń i zawierania przyjaźni na całe życie, ja spędzałam prawie wyłącznie czekając na telefon i rozważając z przyjaciółką czemu on się tak zachowuje. Czułam się szara, moja samoocena była w totalnej ruinie, pewność siebie właściwie nie istniała – co tłumaczy czemu to wszystko przyjmowałam – w końcu i tak „nikogo lepszego nie znajdę” (tak, to cytat). Na szczęście nie zawaliłam studiów.

No i te 11 lat temu, w pierwszym możliwym terminie obroniłam swoją pracę mgr na 5.

Ten dzień zmienił moje życie.

Dał mi taki boost pewności siebie, że w ciągu pięciu dni (dosłownie) odwołałam całe plany na wakacje (wyjazd do ex, do Francji) i zakończyłam ponad 4-letni koszmarny związek. Kilka tygodni później zaczęłam żyć, wychodzić do ludzi, chodzić na imprezy, robić różne fajne rzeczy i wreszcie obcięłam włosy (on zawsze naciskał żebym zapuściła, co oczywiście zrobiłam).

Ps. Zdjęcie zrobione na Festiwalu Nauki na który wybrałam się sama (to był niemalże sukces, przecież przez ostatnie lata ja właściwie nigdzie nie chodziłam, a już na pewno nie sama) niedługo później.

Moda na brzydotę

Wracałam wczoraj z Bieszczad i pisałam posta na temat wycieczki. Potem zabrałam się do wyboru zdjęć i przez dobrych kilka minut szukałam takiego na jakim wyglądam „akceptowalnie” – tak, po kilku godzinach marszu po górach. A potem, kiedy odzyskałam zasięg, wrzuciłam posta i zaczęłam przeglądać IG. I naturalnie, jak chyba wszyscy, dowiedziałam się o panującej rzekomo „modzie na brzydotę”.
Od kiedy pamiętam miałam kompleksy na punkcie swojego wyglądu. Jako nastolatka nie chowałam się na zdjęciach za włosami – chowałam się przed zdjęciami. A oglądanie tych, przed którymi nie udało mi się schować, było dramatem. Z reszta nie byłam w tym bardzo odosobniona. Wtedy nie było instagrama. Nie było influencerek i profili, które pokazywały normalne, nieidealne ciała ani #bodypositivity – a chowanie się i kompleksy i tak były. Niespodzianka, nie? Czyżby to jednak NIE DLATEGO?
To co zostało nazwane modą na brzydotę tak naprawdę jest próbą normalizacji normalnego, nieidealnego, nie zawsze pasującego do kanonu ciała. Swoją drogą czy to nie absurd, że normalność wymaga normalizacji? To próba budowy świata, w którym kobiety i dziewczynki mogą być takie jakie są i skupiać się na innych rzeczach niż dążenie do idealnego wyglądu.
Bo hej, nie wiem czy wiecie, ale jest wiele ścieżek rozwoju i wzrostu. Dążenie do pewnego, arbitralnie narzuconego i mocno wyśrubowanego, wzorca piękna zapewne jest jedną z nich, ale nie jedyną. Ani bynajmniej nie najlepszą (jakby mnie kto pytał). Dla wielu osób wzrost będzie leżał w rozwijaniu pasji, budowaniu kariery, doskonaleniu różnych umiejętności, osiąganiu nowych kompetencji, walce z wewnętrznymi demonami czy właśnie w wyzwalaniu się spod obowiązku pogoni za jakimś wyglądem.
I wiecie co jeszcze? Mniejsze parcie na dopasowanie się do jakiegoś tam wzorca wyglądu pozostawia więcej miejsca na wszystkie te inne rzeczy i po prostu na bycie szczęśliwym.
A konta pokazujące normalność pomagają w tym dużo bardziej niż wpisy zachęcające do bycia „wyjątkową i niepowtarzalną” opatrzone zdjęciem buzi jakich pełno na okładkach magazynów i do tego tak przerobionej mejkapem i fotoszopem, ze ciezko mi było ją rozpoznać.

Nic marokańskiego

(poza ciastkami od Teściowej)

Ostatnio ktoś mi powiedział, że schowałam się cała w krzakach, a na blogu nie ma nic marokańskiego.

I wiecie co? Taka jest prawda. Odnalazłam na nowo dawną pasję, która mnie (w tym momencie) uszczęśliwia. Krzątanie się dookoła roślin, doglądanie ich, obserwowanie jak rosną, czytanie o nich – no i kupowanie nowych oczywiście – sprawia mi radość i zajmuje ostatnio sporo mojego czasu. Co przekłada się naturalnie na moją aktywność na IG (a dla tych, którzy nie śledzą mnie na IG i właśnie poczuli się nie w temacie: wrzucę parę zdjęć na końcu tego posta).

Wracając do komentarza wyżej: pomyślałam sobie wtedy, że my po prostu nie robimy niczego marokańskiego, wiec czemu miałabym pisać na siłę? Przecież nie o to w tym chodzi.
Celem tego bloga od początku było pokazywanie okruchów naszego życia takim jakie jest. A tak się składa, że narodowość mojego męża po prostu nie gra w nim kluczowej roli. Tak, oczywiście, fakt, że tworzymy związek mieszany, ja pochodzę z Polski, a on z Maroka jest jakąś tam częścią naszego życia. Czasami wywołuje we mnie przemyślenia i refleksje, czasami mnie czegoś uczy czy wystawia na nowe doświadczenia. To jest fajne, ciekawe, pouczające i rozwijające. Ale w żaden sposób nas ani naszego życia nie definiuje ani nie wyznacza.

Przede wszystkim jesteśmy Basią i Szalonym Naukowcem, a nie Polką i Marokańczykiem. Żyjemy po swojemu i to nasze życie jest tak naprawdę zupełnie normalne.

A w pandemii także trochę nudne.
Pracujemy, oglądamy filmy i seriale (głównie amerykańskie), czytamy, gramy w gry wideo (no dobra, on gra), Marzymy o podróżach, tęsknimy za życiem towarzyskim (a w normalnych czasach podróżujemy i spotykamy się ze znajomymi), czasem się kłócimy, czasem dyskutujemy do 4 rano (tak było wczoraj). Nie obchodzimy Ramadanu ani Wielkanocy, za to ubieramy choinkę, mamy cale pudło dekoracji na Halloween. W ważne dla nas daty chodzimy na sushi i otwieramy dwie butelki wina, bo każde z nas lubi inne. Nie gotujemy ani za często ani po polsku, ani po marokańsku (chociaż czasem trafi się kiełbasa z grilla, czy danie z soczewicy), chętnie próbujemy jedzenia z różnych zakątków świata. Nie pijamy codziennie marokańskiej herbaty. Ani wódki.
Wyznajemy podobne wartości, mamy zbliżony światopogląd i przekonania. Zupełnie niezależnie od tego, że pochodzimy z różnych krajów. Nikt nie jest o nikogo zazdrosny, nikt nikogo nie kontroluje, nikt nikomu nie dyktuje jak ma się zachowywać czy ubierać. Nikt nie ma problemu, kiedy druga osobą wychodzi sama czy ze znajomymi – także jeśli ci znajomi są przeciwnej płci (bo serio, jakie to ma znaczenie).

I nie zrozumcie mnie źle, nie próbuję nas tutaj kreować na parę, która nie ma żadnych problemów. Mamy problemy, jak każdy. Czasem się kłócimy, czasem się do siebie nie odzywamy, czasem zmagamy się z trudnymi decyzjami i wyborami, a czasami (może nawet często) z małymi upierdliwościami. Tylko że to wszystko są normalne rzeczy jak w każdym związku. Talerz wstawiony do zlewu po raz milionowy bez zalania; kocie kłaki na kołdrze, które kogoś wkurzają, (podczas gdy ktoś inny wpuszcza kota do łóżka); ktoś kogoś akurat nie słuchał; ktoś nie rozwiesił prania; koszty remontu wykraczają poza wcześniej planowane ramy; ktoś musi podjąć ważną i trudną decyzję zawodową.
Normalne, zwykłe życie.
Także nawet gdybym chciała pisać wam tutaj o egzotyczności, marokańskości czy nawet wyzwaniach związku mieszanego – po prostu często nie mam o czym. Naprawdę.

I w pewnym sensie o to w moim blogu właśnie chodzi, wiecie? O to, że związek to przede wszystkim dwie osoby i to co każda z nich ma w głowie.

Więc moi drodzy: sorry, not sorry. Nic na siłę.


Ale jeśli tęsknicie za marokańskością, mam dla was wiadomość:

Niedługo moja szwagierka wychodzi za mąż, więc szykuje się kolejne Wielkie Marokańskie Wesele. Jeśli tylko uda mi się tam dotrzeć i nie umrę z gorąca (trzymajcie kciuki za obie te rzeczy, bo to ma być koniec czerwca…), na pewno z chęcią pokażę wam jak to wygląda z perspektywy gościa (co będzie dla mnie bardzo miłą odmianą). Będzie marokańska muzyka, marokańskie jedzenie, Panna Młoda w księżniczkowych takchitach (nie wiem jeszcze ilu) migocząca od biżuterii, lektyki. A no i bonus: tym razem Pan Młody jest z importu. Więc będzie ciekawie.


No dobra, a na koniec, dla tych, którzy mnie nie śledzą na IG albo sledzą ale po prostu lubią oglądać roślinki:

Jak to jest być w związku mieszanym?

Jako szczęśliwa (zazwyczaj) posiadaczka Męża z Importu, często spotykam się z pytaniami o to jak to jest być w związku mieszanym i czy doświadczam(y) wielu problemów związanych z różnicami kulturowymi.
Odpowiedź brzmi: tak naprawdę to nie wiem. Nie wiem jak to jest ogólnie być w związku mieszanym, bo nie wiem jak jest innych związkach, gdyż każdy z nich ma przecież swoją specyfikę.
Mogę mówić tylko o swoim, a kiedy już o nim mówię, mam wrażenie, że część osób jest zaskoczona, albo przepełniona niedowierzaniem, gdy stwierdzam, że dla mnie mój związek mieszany jest taki sam jak każdy inny związek. Różnice między nami owszem, występują, jak w każdej parze, ale nie nazwałabym ich różnicami kulturowymi.


Kącik psychologiczny

W psychologii od dawna trwa debata zwana „Nature vs Nurture”, która dotyczy próby ustalenia, co bardziej kształtuje człowieka: geny czy środowisko? Czytałam kiedyś książkę poświęconą badaniom na ten temat i wynikało z nich, że wpływ ten rozkłada się mniej więcej pół na pół. Warto jednak zaznaczyć, że określenie środowisko w tej debacie jest bardzo szerokie i obejmuje wszystko, co nie jest genami: od oddziaływań hormonalnych w okresie prenatalnym, przez składniki odżywcze w diecie, klimat, status socjo-ekonomiczny, ilość i kolejność rodzeństwa, wychowanie, socjalizację, wpływy rówieśników, mediów itd itd. Dlaczego o tym mówię? Żeby pokazać, że o ile kultura niewątpliwie jest ważna i wpływa na człowieka, to jest zaledwie jednym z wielu elementów. Czynników, które nas kształtują jest dużo i wpływają one nie tylko na nas ale też na siebie nawzajem. I to do tego stopnia, że wpływ środowiska może regulować ekspresję genów albo uaktywniać genetyczne skłonności. Na przykład wykluczenie pewnego składnika diety, może całkowicie wyciszyć objawy fenyloketonurii, która jest chorobą o podłożu genetycznym.


No ale wracając do rzeczy.
Skoro już wiemy, że kultura jest zaledwie jednym z czynników, które nas kształtują i że te czynniki oddziałują na siebie nawzajem, łatwo dojść do wniosku, że nie na każdego będzie ona miała taki sam wpływ. I na nas chyba po prostu ma niezbyt duży – stąd brak odczuwalnych różnic.

Ale jak to? Pytacie?

Już Wam to opisuję bardziej szczegółowo. Zacznę od takich bardziej „powierzchniowych” elementów:
Ja nie lubię za bardzo polskiej muzyki i mam odruch wymiotny na dźwięk disco-polo (w ogóle jestem raczej amuzykalna, ale to inna sprawa). Szalony Naukowiec nie lubi muzyki marokańskiej poza paroma wyjątkami. Ja nie przepadam za polskimi filmami i rzadko je oglądam. O kinie marokańskim nawet od niego nie słyszałam. Słuchamy muzyki amerykańskiej (ja) amerykańskiej, irlandzkiej i ścieżek dźwiękowych (on), oglądamy filmy i seriale amerykańskie, czasem wpadnie kino europejskie albo jakiś hiszpańskojęzyczny horror (to ja) oraz anime (on). Każde z nas raczej lubi kuchnię swojego kraju, lubimy też kuchnię tajską, włoską, meksykańską, portugalską, sushi, steki (to on), burgery i tak dalej. Ubieramy się oboje w klimacie dżinsy + tshirt i bluza.

Na kulturę składa się dużo więcej niż jedzenie, stroje, muzyka i filmy. Przejdźmy więc na głębszy poziom:
Mamy z Kolegą Małżonkiem podobny sposób myślenia, oboje jesteśmy mocno racjonalni, logiczni i krytyczni, nie mamy skłonności do myślenia magicznego, przyjmowania rzeczy na wiarę. Mamy podobny stosunek do planowania oraz do czasu i punktualności – na przykład wolimy umawiać się z wyprzedzeniem i na konkretną godzinę niż działać na spontanie. Oboje nie znosimy się spóźniać. Wyznajemy podobne wartości: mamy podobne podejście do pieniędzy, takie same przekonania dotyczące ról płci w społeczeństwie i w rodzinie (oboje jesteśmy zwolennikami partnerskiego modelu związku i uważamy, że obie strony w parze powinny być w stanie być finansowo niezależne i samodzielne. Dzielimy się po równo obowiązkami domowymi i nie funkcjonuje u nas pojęcie „faceta pomagającego kobiecie w domu”). Łączą nas też przekonania na wiele różnych tematów od aborcji, przez eutanazję, stosunek do szczepionek, LGBT, adopcji LGBT, praw kobiet, po religię (oboje jesteśmy ateitami) itd. Mimo, że nie mamy dzieci, jesteśmy raczej zgodni, co do tego jak miałyby być one wychowywane. Tak, zamiłowanie do dyskusji o charakterze teoretycznym i abstrakcyjnym też mamy wspólne 😉

Oczywiście czasem się zdarza, że jedno z nas nie łapie odniesienia do jakiejś książki, czy filmu, czy wydarzenia historycznego, ale w takich sytuacjach widzę to raczej w kategoriach odmiennych doświadczeń indywidulanych niż różnic kulturowych.

Czy tak jest w każdym związku mieszanym? Nie sądzę. Każdy związek jest inny, ba, każdy człowiek jest inny. Na jednych kultura i tradycja oddziałuje silniej, na innych słabiej. I to jest ok. Doświadczanie różnic kulturowych też jest ok. Nie ma przecież żadnej recepty na udany związek, która by głosiła, że takich różnic być nie powinno. Wiele par ich doświadcza i doskonale sobie z nimi radzi. Jedyne co jest ważne to włąśnie to jak do tego wszystkiego podejdziemy. Dlatego warto w taką relację wchodzić z otwartą głową. Liczyć się z tym, że różnice kulturowe mogą się pojawić, ale nie bać się ich i nie doszukiwać ich na siłę (bo kto szuka ten znajdzie, nie?).

Chwytanie chwil

Kiedy założyłam tego bloga prawie dwa lata temu, jeszcze tylko na Facebooku, służył mi on w znacznym stopniu jako pamiętnik. Chwytałam i uwieczniałam fragmenty naszego życia, a od czasu do czasu rozpisywałam się o jakichś swoich przemyśleniach. Z czasem, zwłaszcza od kiedy przeniosłam się na platformę blogerską i zaczęłam używać instagrama, zgubiłam trochę swój oryginalny zamysł. Okruchy życia trafiają teraz na IG i czasem na facebooka, a na blogu rządzą dłuższe artykuły. Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy mi się to podoba. W ogóle ciężko mi odnaleźć równowagę pomiędzy wszystkimi platformami, na jakich teraz funkcjonuję. Czy wrzucanie tej samej treści na trzy jednocześnie, to dobry pomysł czy uciążliwy spam? A przecież od początku celem tego bloga miało być pokazywanie fragmentów naszego życia. Cel nieco się rozwinął, ale to nie znaczy, że chcę całkiem odejść od korzeni. I dlatego wymyśliłam, że na razie – póki nie wpadnę na lepsze rozwiązanie – będę te wszystkie okruchy zbierała w tym jednym, dedykowanym do tego poście.


Jak Może wiecie ze stories, po ślubie szwagierki wybraliśmy się na wycieczkę w #Bieszczady@tycia83.11 powiedziała mi, ze tu przyjeżdża się tylko raz, a potem już tylko wraca – i chyba coś w tym jest! W mało miejsc wracamy z Szalonym Naukowcem, bo ciągle jest tyle nowych do zobaczenia (a czasu tak mało!), ale tu dotarliśmy już drugi raz i mam przeczucie, że na tym się nie skończy 😁

Tym razem zaopatrzeni w buty do trekkingu, a nie miejskie trampki, postawiliśmy sobie za cel przejść całą Połoninę Wetlińską. Możecie się śmiać, ale wcale nie byłam pewna, czy nam to wyjdzie – w końcu dla takiego mieszczucha jak ja, to całkiem spora wyprawa. Jednak się udało i było fantastycznie! Po drodze, co prawda, prawie umarłam tak ze dwa do trzech razy, ale kto by się tym przejmował?
Na 4 pierwszych zdjęciach widać naszą trasę – jak się dobrze przyjrzycie, zobaczycie scieżkę, którą wędrowaliśmy
Widoki były absolutnie niesamowite 💙

W ogóle cały wyjazd był super, odwiedziliśmy też „nasz” ulubiony leśny szlak, który jest chyba zawsze pusty (czego zdecydowanie nie da się powiedzieć o Poloninie w długi weekend…) – jak stwierdził nasz gospodarz: dlatego, że nie ma tam widoków. Nie wiem jak wy, ale ja kocham spacery w lesie 🌲🌲 i brak widoków wcale mi aż tak nie przeszkadzał.

A na koniec mieliśmy okazję rozpalić #ognisko. Wierzcie lub nie, nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, więc kolejny pierwszy raz zaliczony #firsttime

06.06.2021


W zeszłym tygodniu spakowaliśmy walizki i wyruszyliśmy z Kolegą Małżonkiem na Wyprawę. Cel: wydanie siostry za mąż. Młoda Para nie miała łatwo z organizacją ślubu podczas naprawdę ostrych restrykcji we Francji, więc trzy dni przed Dniem Ś spędziliśmy na kupowaniu butów, wybieraniu obrączek, poprawkach krawieckimi (garnitur Pana Młodego jakoś tak niespodziewanie się skurczył 🤔🤔), odbieraniu sukienki, okraszonych typowymi przedślubnymi aktywnościami zapoznawczymi z rodziną Nowego Szwagra. Jestem absolutnie zachwycona faktem, że właśnie dorobiłam się francuskiej rodziny. Pyszne alzackie wino zapewnione🍷🍷😎 a w bonusie brat Nowego Szwagra studiował w szkole kucharskiej. We Francji. Sami rozumiecie. Na szczęście udało nam się wszystko załatwić i w sobotę zakochani powiedzieli sobie tak w ślicznym ratuszu w Miluzie. A potem wszyscy mogliśmy świętować ich szczęście – co jak widać robiłam z wielkim poświeceniem i zaangażowaniem 🙃A wiecie co jest najlepsze? Liczba naszych ślubów wreszcie się zrównała z liczbą ślubów na których byliśmy gośćmi 🤣

31.05.2021



Jak zostać strollowanym przez kota? 🐈

1. Namierz posłanko, z którego kocica od dawna nie korzystała;
2. Skoro nie korzysta, to nie zauważy chwilowego braku, prawda?
3. Wrzuć je do prania;
4. Odłóż 💧 mokre 💧posłanko do wyschniecia;
5. Znajdź kota w środku.

09.12.2020


Jako szczęśliwa posiadaczka Męża z Importu, czesto spotykam sie z pytaniami o to jak mu się podoba Polska, jak mu (i nam razem) sie tu żyje, czy lubi polskie jedzenie itd.
O moim mężu i polskim jedzeniu jeszcze kiedys napiszę, podobnie jak o tym, jak nam się tu żyje. Dziś będzie o tym, co podoba mu się najbardziej.

W kategorii „miasta”, w prywatnym rankingu Szalonego N. prowadzą Wrocław i Gdańsk.
Natomiast w kategorii ogólnej, absolutnym faworytem są #bieszczady
Ja także się w nich zakochalam, ale o ile na mnie największe wrażenie zrobiły Połoniny, o tyle mój mąż kocha lasy. Więc z okazji #instaftorek_kfs z @kobiecafotoszkola proszę bardzo: konkretny #las który jak dotad najbardziej go zauroczył.
Do tego stopnia, że zdążyliśmy juz omówić pomysł działki, a nawet pracy zdalnej (w koncu w czasach zarazy czemu nie?) z bieszczadzkiej głuszy.

Czyli innymi slowy, mąż mój najwyrazniej jest hipsterem który mógłby #rzucićwszystkoiwyjechaćwbieszczady

A co Waszym Facetom z Importu (i lokalnym, nie dyskryminujmy) najbardziej podoba się w Polsce?

08.12.2020


Wczoraj była Barbórka – imieniny Barbary. Czyli moje, chociaż zazwyczaj robię co mogę, zeby trzymać się od pelnej wersji mojego imienia z daleka. Swoją drogą praca w amerykanskim korpo jest super, w Polsce raczej by nie przeszło podpisywanie sluzbowych maili „Basia”, prawda?

No ale wracając do rzeczy. Nie wiem jak Wy, ale ja wychodzę z założenia, że im więcej okazji do świętowania (i prezentow!) tym lepiej. 🎁🎉🎈
Proponowałam nawet Szalonemu Naukowcowi, żeby przyjął sobie jakieś polskie imię tylko po to żeby też mieć imieniny, ale nie chciał.
Nie rozumiem czemu🤔

W tym roku jesteśmy na progu remontu i generalnie staramy się zminimalizować nasz stan posiadania i pomieścić cały dobytek w ograniczonej liczbie kartonów, wiec zarówno Barbórce jak i Gwiazdce przyświecać ma motto „mniej znaczy wiecej”.
Mniej nie oznacza jednak zero, prawda?

I tak sobie myślę, że to trochę znak naszych czasów, że człowiek sie cieszy z akcesoriów do home office, ktore dostał w prezencie 😅🤣

05.12.2020


W tym tygodniu stuknęło nam 7 lat razem. 7 lat wygłupów, śmiechu, goracych dyskusji, przygód, poznawania świata, siebie nawzajem i samych siebie w całkiem nowy sposób.
7 lat odkrywania nowych miejsc, robienia nowych rzeczy i próbowania nowego jedzenia. 7 lat nieprzerwanej rozmowy, zasypiania w swoich objęciach, budzenia się razem, wspólnych śniadań, kolacji i przekąsek o północy. Setki godzin obejrzanych filmów, dziesiatki godzin spędzonych w samolocie razem lub do siebie. Trochę mniejszych i większych sporów i zarwanych nocy. Tańczenie na środku salonu do naszej piosenki, kibicowanie jego ulubionej drużynie, ocieranie mi łez kiedy po raz kolejny oglądam The Notebook albo Star is Born, ściskanie się za ręce na rollercoasterach i wymienianie spojrzeń z dwoch stron parkietu w nocnym klubie. 11 odwiedzonych razem krajów, 3 śluby, 7 sukienek.

Są takie osoby, z którymi bycie jest proste jak oddychanie (bez koronawirusa), a nawet trudności i problemy dzielą się przez dwa. Są takie osoby, z którymi dobrze się jest nawet kłócić, bo po prostu wiesz, ze za chwilę i tak się bedziecie z tego śmiać. Są takie osoby, z którymi można być w 100% sobą w swojej najprawdziwszej, surowej, totalnie szczerej wersji bez lęku przed krytyką i osądzaniem.

Podobno w siódmym roku przychodzi kryzys, ale ja żadnego nie zauważyłam. #happyasever 💙

03.10.2020


CISZA.
Tematem dzisiejszego wyzwania #instawtorek_kfs z @kobiecafotoszkola jest cisza.
Zdjęcie, które widzicie zrobiłam na szczycie lodowca Hintertux w Austrii, na wysokości ok 3300m. O ile akurat nie wieje wiatr i nie krzyczą narciarze (a oni raczej krzyczą na niżyszch poziomach), panuje tam cisza niemal doskonała.

Ci z Was, którzy czytają mnie nieco dłużej, wiedzą, że okolice Hintertux są jednym z moich ulubionych miejsc na świecie i że wiążę z nimi duży sentyment ponieważ były świadkiem naszych zaręczyn💙 Być może wiecie też, że od kiedy się znamy (a właściwie o rok dłużej) Szalony Naukowiec przyjeżdżał tu co roku w związku z pracą – a ja czasami z nim na doczepkę. W tym roku też pojechaliśmy i była to nasza ostatnia podróż w świecie przed pandemią, a także – dla mnie – ostatnia dłuższa niż przedłużony weekend 🥺
W tej sytuacji możecie sobie wyobrazić, że bardzo liczyłam na to, że już za kilka miesięcy pojedziemy tam znowu… Niedawno dowiedzieliśmy się jednak, że przyszłoroczna edycja Warsztatów Szalonych Naukowców się nie odbędzie, więc pewnie będziemy musieli poczekać kolejny rok.

Ale wiecie co? Nie ma tego złego! Niewiele później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy chyba jedynymi ludźmi w Polsce, których ekipa budowlana jest dostępna WCZEŚNIEJ niż to było oryginalnie planowane 💪🏻💪🏻 w związku z czym teraz przynajmniej remont i wyjazd nie będą wchodziły w kolizję.
Także Rozczarowanie Mode: off i Pannic Mode: on 🤯😱


29.09.2020


Dziś będzie o pierscionkowej ironii losu. Takiej malutkiej.

Wiecie że białe złoto wcale nie jest białe, ale słomkowo żółte? Srebrny kolor, który widzimy (i który ja uwielbiam) zawdzięczamy warstwie rodu. A ta sie czasami wyciera, ukazując żółtawą rzeczywistość. Miesiąc temu oddałam swój ukochany zaręczynowy pierscionek do ponownego rodowania (i czyszczenia przy okazji). Wreszcie wczoraj do mnie wrócił 😍 wyznam Wam na marginesie, że bardzo się cieszę, że Szalony Naukowiec wybrał tanzanit a nie diament, jakoś wolę niebieskie kamienie💙
A Wy wolicie „typowe” pierścionki zaręczynowe z brylantem, czy może jakies inne?

No ale gdzie ta obiecana ronia? Otóż tego samego dnia, kiedy odebralam lsniacy nowością pierscionek zareczynowy, podczas video rozmowy z rodziną męża, chłopak mojej starszej szwagierki zapowiedział, że niedługo możemy się spodziewać imprezy zaręczynowej w Maroku 😲😲😲 i zaraz potem wlasciwie poprosił teściów o jej rękę 😲 Zaskoczył tym chyba wszystkich, zwłaszcza, że (jeszcze) się wcale nie oświadczył. No ale teraz to już kwestia czasu. Więc wygląda na to, że całkiem niedługo będę miała nowego całkiem francuskiego szwagra i przestanę być jedyną bladą twarzą w najbliższej rodzinie🎉🎉
Bardzo jestem ciekawa jaki on wybierze 💍?

24.09.2020


To zdjęcie może nie jest jakieś superimponujące, ale weźcie pod uwagę, że zostało zrobione w środku nocy komórką!
Jednym z powodów, dla których wybrałam wlasnie Bieszczady na Urodzinową Wyprawę jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu calkowicie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia obserwować gwiazdy, więc takie okoliczności przyrody stanowiły doskonałe tło dla jego urodzinowego prezentu. Jak myślicie? Co dostał?

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!)jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Wczoraj wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!

20.09.2020


Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razow niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: że przeżywamy razem cos nowego dla obojga. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę.

A mówię o tym dlatego, że właśnie, z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam wycieczkę-nieslodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczukra, który spędził ostatnie pół roku na Home Office. Dziś wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszlismy na Połoninę Witlińską. 4 godziny łażenia po górach, a w bezpośrednich wysokosciach pokonaliśmy chyba ok 500m! Może to niedużo, ale ja jestem z nas dumna! Pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jedniczesnie chłodno (jakies 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie idealna pogoda do wdrapywania się pod górę.

18.09.2020


Wczoraj pojechaliśmy oglądać wrzosowisko Mostówka. Najpierw trochę się błąkaliśmy po lesie, który pachniał zupełnie jak podczas moich wakacji w dzieciństwie, a kiedy w końcu dotarliśmy do celu (idźcie wzdłuż torów jeśli nie interesują was spacery polesie), widoki były naprawdę świetne, mimo, że chyba załapaliśmy się na samą końcówkę kwitnienia. Z resztą sami widzicie.
___
No ale ja nie o tym chciałam. Chciałam napisać o tym, że w pewnym momencie soboty, dużo nie brakowało, żeby wycieczka nie doszła do skutku, bo mocno się z Szalonym Naukowcem pokłóciliśmy o kompletną głupotę. Zaczęło się od nieporozumienia, ale dyskusja na jego temat rozrosła się do dość absurdalnych rozmiarów. Dziś rano z kolei przeczytałam na facebooku posta, w którym autorka wspomniała, że zazwyczaj nieporozumienia z mężem zamiata pod dywan, bo one nie szkodzą dopóki – no właśnie – się nie rozrosną. Zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Ale wiecie co? Jednak to nie jest podejście dla mnie. Dla mnie każde nieporozumienie jest jak mikroskopijna igiełka wbita w palec (miałam kiedyś takiego kaktusa, którego najmniejsze igiełki były cieniutkie jak włos, a jednak wbijały się w skórę bez problemu): sama w sobie nieszkodliwa, ale jak się jej nie usunie, a pojawią się kolejne, to w końcu boli przy najmniejszym dotyku. Dlatego każde nieporozumienie wyjaśniamy do dna, niezależnie od tego ile czasu to zajmuje (a czasami potrafi zajmować bardzo dużo).

14.09.2020


Odświeżyłam post na temat finansów w związku mieszanym (i nie tylko), a wiąże się z nim taka oto anegdotka:
Żeby zrobić zdjęcie, które widzicie niżej użyłam swojego portfela i – oczywiście – zapomniałam potem odłożyć go do torebki. Zdałam sobie sprawę z tego faktu – oczywiście – w sklepie.
Wyobraźcie to sobie:
W sklepie kolejka na 5 osób, działa akurat tylko jedna kasa. Moje zakupy już skasowane, w torbie mam między innymi lody. Sięgam po portfel… Nie ma. Na szczęście mogę zapłacić telefonem. Kiedyś można było zrobić to po prostu uruchamiając NFC i otwierając aplikację bankową, ale od tego czasu sporo się zmieniło: teraz najpierw trzeba skonfigurować Google Pay, czego wcześniej celowo nie zrobiłam. Teraz jednak nie mam wyboru, piszę więc do męża żeby mi podesłał numer mojej karty ASAP. On oczywiście nie może jej znaleźć, o co nawet ciężko go winić, bo zostawiłam portfel na toaletce (no co, potrzebowałam białego tła). W końcu znalazł. Niestety nie zrozumiał, że pisząc „my card” miałam na myśli kartę do mojego rachunku indywidualnego („no przecież obie są twoje”), a że poszłam po normalne zakupy spożywcze, wysłał mi numer karty do wspólnego konta. W innym banku (to będzie ważne za moment). Wpisuję. Jeszcze trzeba cvc i datę ważności… Czekam. Pani za kasą się niecierpliwi, lody się rozmrażają. W końcu dosłał, wpisuję. Gotowe!
Próbuję zapłacić.
Ups.
“Ta karta nie obsługuje tego typu płatności”
Nie bez powodu chciałam użyć innej. Piszę znowu, żeby dosłał mi dane drugie karty jeszcze bardziej ASAP. Babka za kasą się coraz bardziej niecierpliwi, ludzie w kolejce jakby też. Dobra, wysłał. Wpisuję.
Już przykładam telefon… a tu jeszcze jedna autoryzacja.
W tym momencie kasjerka traci cierpliwość i anuluje moje zakupy.
5 sek. później: konfiguracja zakończona. Mogę wrócić na koniec kolejki.
___
No więc mam nadzieję, że post który mnie kosztował tyle nerwów się Wam podoba.

11.09.2020


W weekend pojechaliśmy ze znajomymi korzystać z ostatnich dni lata. Pewnie widzieliście już na stories, ale skoro Instagram robi teraz za taki mój quasi pamiętnik, to wrzucam pamiątkę i tutaj. Było bardzo fajnie, pomimo tłumów ludzi ochoczo zbijających się w stad(k)a na ulicach Kazimierza, jakby wirusa nie było. Pogoda była świetna (chwilami aż nawet zbyt gorąca), towarzystwo też niczego sobie😎 Zwiedziliśmy Park Zdrojowy w Nałęczowie, Zajrzelismy do Parku Czartoryskich w Puławach, przespacerowaliśmy się bulwarami w Kazimierzu i Wąwozem Korzennym, wdrapaliśmy się też do ruin zamku i na Górę Trzech Krzyży. Przy tej okazji o mało nie wyzionęłam ducha – najwyraźniej codzienne chodzenie na stepperze nie utrzymuje mojej kondycji na takim poziomie na jaki liczyłam. No i naprawdę słabo znoszę upały.

Tak czy inaczej naprawdę fajnie było się tak na chwilę wyrwać z miasta!
___
Z innej beczki: Ostatnio cierpię na lekki niedobór weny blogowej. Mam kilka pomysłów, miedzy innymi kolejną rozmowę w ramach Kozetki albo post o tym czy to prawda, że faceci z importu zmieniają się, kiedy wrócą do kraju ojczystego (i dlaczego) i kilka innych, ale chętnie bym przygarnęła jakieś sugestie/pomysły. Więc jeśli jest coś o czym chcecie poczytać: to jest dobry moment, żeby się tym podzielić.

To miłego poniedziałku moi drodzy! Mam nadzieję, że Wasz będzie lepszy niż mój, bo ja (jak zwykle ostatnio) poszłam za późno spać, gdyż się zaczytałam🤦🏼‍♀️

07.09.2020


Idzie nowe.
Zapowiadałam Wam wczoraj, we wrześniu zaczyna się dla nas nowy etap. Zanim powiem Wam jaki, wspomnę tylko, że nigdy nie lubiłam zmian, a już zwłaszcza takich dużych. Na przykład przeprowadziłam się tylko raz w życiu. To było prawie 8 lat temu, kiedy skończyłam studia, szkolenia, staże i wreszcie dostałam pracę, za której wykonywanie ktoś chciał mi zapłacić. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po podpisaniu umowy po okresie próbnym, było spakowanie się i wyniesienie od rodziców. Od tego czasu mieszkam tu gdzie mieszkam.
Po trochę ponad roku w moim życiu pojawił się Szalony Naukowiec i – jak już może wiecie – dość szybko zaczęliśmy razem pomieszkiwać. Oficjalnie zamieszkaliśmy razem 6 lat temu. I od tego czasu zaczęły się „problemy”, bo on – w przeciwieństwie do mnie – zmiany lubi, a w kwestii aranżacji wnętrz przywiązuje znacznie większą wagę do estetyki niż ja (wtedy). I ciągle mu coś nie pasowało.
Jeśli interesuje Was więcej szczegółów na temat mojej wyprowadzki, początków mieszkania samej i tego co wynikło z tego, że Szalonemu ciągle coś nie pasowało: zapraszam na bloga #linkwbio. Spokojnie, tam też doczytacie co to za nowe idzie. Ale jeśli wolicie doczytać tu to proszę bardzo: po MIESIĄCACH dyskusji, sporów i kłótni podjęliśmy w końcu decyzję: zabieramy się do Wielkiego Generalnego Remontu. Zdecydowaliśmy się skorzystać z profesjonalnego wsparcia architekta wnętrz i właśnie już za kilka dni zaczynamy prace nad projektem koncepcyjnym!

1.09.2020


Jak szybko i łatwo ugotować mężowi jego ulubione danie (czyli penne w sosie brokułowo-śmietanowo-serowym – jeśli to ma jakieś znaczenie)?

1. Wstaw osoloną wodę w dwóch garnkach;
2. Powiedz mężowi, że idziesz pod prysznic i żeby wstawił brokuły i makaron jak woda się zagotuje;
3. A w ogóle to będzie potrzebny zlew i czy mógłby go opróżnić (czytaj: włożyć naczynia do zmywarki);
4. Przyjdź wykąpana, podgrzej śmietanę (12 lub 18% im mniej tłuszczu tym będzie bardziej kwaśne, a jak wiadomo, od kwaśnego mniej rośnie tyłek) w rondelku, dorzuć 3 trójkąciki serka topionego i pomieszaj. Muszą się roztopić, to chwilę potrwa;
5. Idź zanotować pomysł na post na bloga, po drodze wspomnij mężowi (który kończy ładować zmywarkę) że będzie potrzebny starty ser;
6. Wróć do kuchni, kiedy usłyszysz, że mąż właśnie odlewa makaron;
7. Pomieszaj w rondelku, dodaj starty ser. Powiedz mężowi że źle go starł;
8. Odlej brokuły, rozgnieć widelcem, dodaj do sosu, pomieszaj, wylej na makaron, ktory już czeka na talerzach;
9. Voila, ulubione danie męża gotowe
___
Czy u Was w domu też najpierw każdy ustala, ile gramów makaronu chce na obiad, a potem ktoś go odważa przed i po ugotowaniu i przelicza właściwe proporcje porcji, które trafiają na talerz? Czy to tylko Szaleni Naukowcy tak mają, a normalni ludzie gotują – niedajborze – na oko??

27.08.2020


Zaczął się ostatni tydzień sierpnia, a to oznacza, ze wakacje są oficjalnie prawie za nami. Ja w tym roku (no, od lutego) nie miałam okazji nigdzie wyjechać na dłużej niż przedłużony weekend. Kocham podróżować i dopiero od niedawna zaczynałam bardziej rozwijać skrzydła w tym zakresie, a i tak wiecznie coś stało na drodze: a to finanse, a to oczekiwanie na kolejną kartę pobytu Szalonego Naukowca, któryś kolejny ślub albo jeszcze coś innego. Mimo to co roku udawało nam się wyjechać przynajmniej na ten jeden około-dwutygodniowy urlop, a najczęściej jeszcza na jakieś pomniejsze wycieczki. Ten rok miał być pierwszym bez żadnych przeszkód, ba! ironicznie: zaczął się na wyjeździe. I co? Wyszło jak wyszło. Więc jeśli ktoś wierzy w powiedzonko „Nowy Rok jaki, cały tok taki” to uprzejmie informuję, że ono nie działa.
Siedzę więc w domu, tęsknię za wakacjami i rozmyślam o kierunku w jakim zmierza moje życie. Może za jakiś czas będzie z tego jakiś post. Ale na razie nie ma. Na razie jest jedno z ostatnich zdjęć jakie zrobiłam podczas ostatniego wyjazdu weekendowego na Mazury: pomiędzy Ostródę, a Elbląg (konkretnie: okolice wsi Pozorty). To tak w ramach pocieszania się, że wyjechałam GDZIEKOLWIEK, a przy okazji w ramach tematu na dzisiejszy #instawtorek z @kobiecafotoszkola jakim jest „Polska jest piękna”. Na zdjęciu chwia przed deszczem, który miał być ale jednak nie mógł się zdecydować. Droga która (jak mogłoby się wydawać) prowadzi donikąd.
Wszelkie odniesienia do rozmyślań egzystencjalnych jakie dziś uprawiam są niezamierzone i totalnie przypadkowe.

25.08.2020


Jak to jest, że kiedy za oknem przejeżdża kolumna pojazdów na bardzo głośnym sygnale, kotu nawet ucho nie drgnie podczas drzemki, ale dźwięk telefonu podnoszonego rano z szafki przy łóżku, wyrywa ją z najgłębszego snu i momentalnie aktywizuje? Nawet juz nie budzik: ledwo wezmę rano do ręki telefon żeby sprawdzić, która godzina, Kota natychmiast materializuje się koło łóżka i w bardzo głośny sposób domaga śniadania. #kotytakiesą 🐱
Poza tym zawsze, ale to zawsze psuje mi zdjęcie 📸 Albo w ostatniej chwili się ruszy, albo w ogóle zmieni pozycję (nawet pogrążona w najgłębszym śnie), kiedy się tylko zbliżę z aparatem, albo zignoruje wszystkie dźwięki, które z siebie wydaję żeby tylko spojrzała w obiektyw. Albo rzuca mi takie właśnie spojrzenia z góry. Nie wiem, czy to pasuje do #wyzwaniezkłaczkiem bo mina raczej nie jest śmieszna, ale co ja poradzę, że ta modelka NIGDY nie współpracuje?
Wasze czworonogi też tak mają?

24.08.2020

Temat na dzisiejszy #instawtorek u @kobiecafotoszkola jest moje najlepsze/ulubione zdjęcie.
Wyznam Wam szczerze, że marna ze mnie fotografka. Dla mnie zdjęcia to głównie pamiątki. Uwielbiam selfies, często cykam fotki pysznemu jedzeniu, prezentom, które daję lub dostaję, różnym miłym chwilom no i niemal nie wypuszczam telefonu z rąk, kiedy podróżujemy. Staram się uchwycić jak najwięcej pięknych chwil żeby móc do nich później wracać. Czasem ciężko mi nawet utrzymać równowagę między chwytaniem momentów, a przeżywaniem ich. Średnio w tym wszystkim zwracam uwagę na takie rzeczy jak kadrowanie, kompozycja a nawet obiektywna ciekawość tematu.

Kiedy poznałam dzisiejszy temat, najpierw przyszły mi do głowy zdjęcia z Zanzibaru – są takie piękne! Ale potem pomyślałam, że to przecież w 100% zasługa tych widoków, które same z siebie robią całą robotę. I wtedy przypomniałam sobie tą fotę, którą widzicie wyżej, zrobioną NA PUSTYNI (tak, dobrze czytacie). Byłam z siebie strasznie dumna, że uchwyciłam takie ciekawe ujęcie. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam, że zrobiłam naprawdę ciekawe, dobre (nie tylko ze względu na swoją pamiątkową wartość) zdjęcie.

Do dziś nie wiem, jaka historia kryje się za tymi łódkami leżącymi na środku marokańskiej pustyni Agafay, czyli jakieś 150km w linii prostej od oceanu. Może są tam od potopu?

18.08.2020

Strategie reprodukcyjne a Maryja dziewica

Oglądaliście Jane The Virgin? Pamiętacie scenę z pogniecionym kwiatkiem?

Maja z Miłość w Czasach strefowych w swoim ostatnim poście wezwała mnie do podzielenia się ze światem moją (no dobra, nie jest ona tylko moja, ale dowiedziałam się o tym dopiero później) teorią na temat pochodzenia męskich zapędów do kontrolowania kobiecej seksualności.

tl;dr
Robią to, bo każe im biologia 😉

Zacznijmy od podstaw: człowiek to zwierzę.

Zwierzęta mają różne strategie reprodukcyjne. Strategia reprodukcyjna to taki system cech i zachowań, które umożliwiają przetrwanie gatunkowi. Czyli w uproszczeniu: wszystko co odpowiada na pytanie co zrobić żeby skutecznie przekazać geny dalej? I to skutecznie jest tu ważne, bo nie chodzi tylko o to, żeby narobić potomstwa, ale o to, żeby to potomstwo przeżyło i mogło rozmnażać się dalej.

W pewnym uproszczeniu, w naturze występują ich dwa rodzaje: oparte na ilości i oparte na jakości (powiedzmy). Strategie oparte na ilości polegają na tym, że produkuje się jak najwięcej młodych z nadzieją, że jak będzie ich wystarczająco dużo, to ileś przeżyje. Ma to sens w przypadku potomstwa, które przychodzi na świat względnie gotowe do samodzielnego życia, dlatego ten typ strategii obserwujemy np. u ryb czy płazów1. Kojarzycie pewnie z lekcji biologii rybie tarło, czyli samice składające niezapłodnione jeszcze jajeczka i odpływające w siną dal, a samce polewające je potem mleczem (czyli rybim nasieniem) i także odpływające w sobie tylko znanym kierunku. W przypadku tego typu rozrodu większość młodych osobników nie przeżywa, ale jest ich na tyle dużo, że nikt się tym nie przejmuje.

Jeśli chodzi o ten drugi typ, który roboczo nazwałam opartym na jakości, występuje on w przypadku gatunków, których młode wymagają opieki zanim osiągną stopień rozwoju pozwalający na samodzielne przeżycie. W tym przypadku bardziej opłaca się sprowadzić na świat mniejszą ilość potomstwa i zainwestować w lepszą opiekę, co znacząco podnosi jego szanse na przeżycie1. Z tą strategią mamy do czynienia w przypadku ssaków czy ptaków, chociaż szczegóły też będą się tu różniły w zależności od gatunku.

Inwestycje rodzicielskie czyli kogo ile kosztuje przedłużanie genów

Wspomniana opieka i zapewnianie przetrwania, nazywana jest inwestycją rodzicielskią2 i oznacza wszystko, co robi rodzic/rodzice żeby zwiększyć szanse przetrwania młodych – wchodzi w to zarówno czas i zasoby poświęcone na utrzymanie potomstwa przy życiu i uczenie go różnych życiowych umiejętności jak polowanie czy latanie, ale także: stratega doboru partnera. O ile w większości przypadków – zwłaszcza wśród ssaków – to samica ponosi inwestycję w sensie poświęcania czasu i zasobów (tzw. exclusive paternal care czyli opieka nad młodymi w wykonaniu samego samca jest dość rzadka w świecie zwierząt; zapłodnienie, ciąża, poród dzieją się kosztem organizmu samicy), o tyle samiec: niekoniecznie. Sądzę, że wynika to z faktu, ze samice zazwyczaj dysponują znacznie mniejszą ilością gamet niż samce3, w związku z czym w ich interesie leży optymalizacja ich wykorzystania. Dlatego o ile samica nie za bardzo ma tu różne możliwości, o tyle dla samca – w uproszczeniu – możliwe są znowu dwie opcje: na ilość i na jakość. Czyli albo może próbować zapłodnić tyle samic ile się da, albo raczej skupić się na jednej i na wspólnej opiece nad potomstwem (co w naturze zdarza się rzadziej).
To wszystko nie jest aż takie proste i zerojedynkowe, ale na potrzeby tego wpisu nie będę się bardziej zagłębiała w szczegóły.

Nawiasem mówiąc, czyli czy to prawda, że faceci wolą młodsze, a kobiety bogatych?

Swoją drogą, skoro już mowa o doborze partnera, są badania, które pokazują, że mężczyzn pociąga w potencjalnym partnerkach seksualnych płodność (czyli kobiety młode, zdrowe, z wyraźnie zaznaczonymi cechami płciowymi – takie które wyglądają na zdolne do łatwego zajścia w ciążę i urodzenia dziecka), a kobiety pociąga capacity to provide czyli zasoby i możliwości ich zapewnienia (czyli mężczyźni, który będą w stanie więcej zainwestować w wychowywanie ludzkiego młodego)4.

No ale wracając do tematu.

Odnosząc to wszystko do człowieka: nasz gatunek wymaga jednych z największych inwestycji rodzicielskich w naturze. Ludzie młode potrzebuje absurdalnie dużo czasu i zasobów aby osiągnąć niezależność, a samodzielne doprowadzenie go do tego stanu jest niezbyt łatwe (czyli: mało opłacalne). Ogólnie rzecz biorąc: jest to inwestycja długoterminowa i absorbująca dużą ilość zasobów. I tak właśnie przechodzimy clu programu i pointy tego wpisu: o ile samica ma pewność, że inwestuje w swoje geny, o tyle samiec jej nie ma. Z punktu widzenia biologii i strategii reporodukcyjnej (której celem – w uproszczeniu – jest przedłużenie własnych a nie cudzych genów) jest to poważny problem. I stąd w psychologii ewolucyjnej pojawia się pojęcie sexual jalousy4,5. Co ciekawe, ale wcale nie zaskakujące biorąc pod uwagę, wszystko co napisałam, badania sugerują, że mężczyźni są bardziej zazdrośni o seks, a kobiety o relację – zapewne dlatego, że największym ryzykiem dla samca jest inwestycja w wychowywanie cudzego potomstwa, a dla kobiety: zostanie z potomstwem bez zasobów dostarczanych przez samca5,6.

Dylemat ojcostwa

W różnych gatunkach samce różnie sobie radzą z potencjalną niepewnością w zakresie ojcostwa. Czasem tworzą grupy poligamiczne jak lwy (jeden, maksymalni dwa samce plus grupa samic), czasem walczą o prawo do reprodukcji, a samiec, który pokona innych zyskuje dostęp do wszystkich samic (różne antylopy, żyrafy), czasem tworzą hierarchię, która pozwala tylko jednemu samcowi prokreować (goryle, wilki). Oczywiście w świecie zwierząt to wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym i instynktownym.

W przypadku człowieka to wszystko robi się znacznie bardziej skomplikowane, bo na biologię i instynkty nakłada się w naszym gatunku świadomość, wiedza, kultura, normy społeczne, wychowania i to wszystko co znacznie mniej determinuje życie zwierząt. I dlatego samiec człowieka opracował całe mnóstwo norm kulturowych i religijnych, których celem jest kontrola kobiecej seksualności i – tym samym – zapewnienie sobie pewności co do ojcostwa. Skupiają się one przede wszystkim dookoła kultu dziewictwa, czystości, niewinności, nieskalania, ale obejmują także zakrywania kobiecych ciał (żeby nie zainteresowały konkurenta), przekonanie że popęd i przyjemność seksualna są domeną wyłącznie mężczyzny, podczas gdy kobieta powinna realizować obowiązek małżeński, zamknąć oczy i myśleć o Anglii. No i wychowywać dzieci. Wiadomo, że jak kobieta nie ma dzieci to coś z nią nie tak. Seksualność (a raczej jej brak) została w świadomości społecznej połączona z oceną moralną kobiety jako osoby i stała się jej głównym wyznacznikiem, co pozwoliło przez wieki kontrolować kobiece zachowania8 poprzez stygmatyzację, piętnowanie, ostracyzm społeczny, i innego typu kary łącznie z zabójstwami honorowymi.
Na tym gruncie narodził się też kult Maryi: matki i dziewicy w jednym, czy obsesja na temat dziewictwa Królowej Elżbiety I (wiecie, że stan Wirginia podobno zawdzięcza swoją nazwę Queen Virgin – Królowej Dziewicy?).

A propos: to przekonanie, że kobieta nie powinna czerpać przyjemności z seksu wraz z kultem dziewictwa w niektórych rejonach świata doprowadziło aż do tradycji do okaleczania kobiecych narządów płciowych (tzw. obrzezanie dziewczynek).

No to w końcu to wszystko wina Maryi czy nie?

Jeśli przeczytaliście tekst Mai, o którym wspominałam na samym początku, wiecie, że jej Książę rzucił w pewnym momencie żartem Virgin Mary fucked it all up. Ale czy tak naprawdę to jej wina?
Chyba wszyscy wiemy, że trzy wielkie religie monoteistyczne jak najbardziej wpisują się w nurt kultu dziewictwa. Żeby być całkiem fair dodam, że w teorii zachowanie czystości do ślubu obowiązuje obie płcie, jakoś jednak nikt nie traktuje męskiego seksu przedmałżeńskiego jako hańby dla rodziny, a w klinikach medycyny estetycznej nie oferuje się zabiegów przywracania prawictwa… Zanim w tym momencie zaprotestujecie, że przecież mężczyźni nie mają błony dziewiczej uprzedzam, że do tematu tego mitu jeszcze wrócimy.

Wracając do wielkich religii monoteistycznych: wiemy, że wszystkie są zgodne co do tego, że cudzołóstwo czyli seks pozamałżeński (przedmałżeński także) jest grzechem, a kobieca czystość: wielką wartością, cnotą. Ale tak naprawdę nie ma tu nic oryginalnego.

Trochę wybiórczego przeglądu historii wierzeń

Na przykład: w starożytnej Mezopotamii funkcjonowało pojęcie tłumaczone jako undeflowered girl (powiedzmy: nierozdziewiczona dziewczyna), a nawet istnieją starobabilońskie teksty sugerujące istnienie testów na dziewictwo. Babilończycy, to jednak byli ludzie tolerancyjni, za seks przedmałżeński (w przeciwieństwie do zdrady) nie groziła kara śmierci!9.

W Starożytnej Grecji z kolei możemy zaobserwować poprzedniczkę Maryi czyli Artemidę, która była boginią Księżyca, młodych dziewcząt, czystości (a także porodu…)10, i która ślubowała wieczne panieństwo, a podobno nawet prosiła ojca (czyli Zeusa) o dar wiecznego dziewictwa11. Artemidę w Starożytnym Rzymie nazywano Dianą i tam nadal pozostała boginią-dziewicą i patronką narodzin dziecka12. Także ten: nihil novi sub sole, nie? A skoro już mowa o Starożytnym Rzymie, to oprócz Diany, mamy tam jeszcze kult Westalek: niewinnych kapłanek bogini Westy, które składały trzydziestoletnie śluby czystości13 – swoją drogą Westalki wypracowały sobie całkiem silną pozycję w społeczeństwie. Przypadek?

Żeby puścić trochę basen Morza Śródziemnego i najbliższe okolice:
Sikhizm zakazuje seksu pozamałżeńskiego14, 15
Hinduizm oczekuje od panny młodej dziewictwa15, 16, jest tam nawet specjalna ceremonia Kanyadan czyli: przekazanie dziewicy (chociaż co ciekawe, pochodzi ona dopiero z XV wieku)17.

… może starczy. Chyba już łapiecie o co chodzi.

Defloracja i mit błony dziewiczej

To co jest w tym wszystkim najbardziej fascynujące, to fakt, że tak naprawdę nie istnieje żadna jednoznaczna (nie wspominając o naukowej) definicja dziewictwa. Jest ich wiele i tak naprawdę, każdy może sobie wymyślić własną8.
A mimo to, w którymś momencie powstała koncepcja błony dziewiczej, którą zaczęto przedstawiać jako coś w rodzaju pieczęci czystości zabezpieczającej kobiecą pochwę, która pęka i krwawi podczas pierwszego stosunku.
Jestem przekonana, że większość z Was to doskonale wie, ale na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości: błona dziewicza, jako coś co pęka i krwawi przy pierwszym stosunku seksualnym i w ten sposób dowodzi, czy kobieta już uprawiała seks, czy nie to pic na wodę, fotomontaż. Czyli mit, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością18.
Mit ten był (i nadal jest!) tak poważnie traktowany i głęboko zakorzeniony, że w wielu kulturach zbudowano całe rytuały skupiające się na sprawdzaniu bielizny/prześcieradła pary młodej po ślubie, a nawet przeszukiwania panny młodej na okoliczność przemytu szpilek do alkowy (na wypadek gdyby chciała oszukiwać). Po dziś dzień dziewictwo „sprawdza się” m.in. przy pomocy tzw. metody dwóch palców w ok 20 krajach na świecie. Zarówno WHO jak i Organizacja Narodów Zjednoczonych określają te praktyki jako łamanie praw człowieka i przemoc względem kobiet18,19.
Oczywiście nie muszę wspominać, że zabiegi medycyny estetycznej polegające na „przywracaniu dziewictwa” są w niektórych rejonach świata całkiem popularne.

Naturalnie w męskiej anatomii żadnej mitycznej błony prawiczej nie ma.


Na koniec chciałabym wyjaśnić dwie rzeczy.

Po pierwsze, wszystkie te biologiczne teorie traktuję jako wyjaśnienia źródeł pewnych zjawisk, co bynajmniej nie znaczy, że stanowią one też usprawiedliwienie jakichś zachowań. Człowiek tym się różni od lwa czy wilka, że jest w stanie dowolnie decydować o swoich zachowaniach i nie musi się poddawać nakazom biologii. I o ile czasami trudniej ją (tę biologię) pokonać – np. nie do końca jesteśmy w stanie zapanować nad tym, kto nas pociąga seksualnie – o tyle jesteśmy w stanie (i mamy obowiązek!) kontrolować to co robimy. (I w domyśle: robić rzeczy, bo uważamy je za słuszne, a nie z innych powodów).
Co prowadzi mnie do drugiej kwestii: to wszystko co tu napisałam nie oznacza, że w jakikolwiek sposób krytykuję osoby, dla których czekanie z seksem do ślubu jest ważne. Nie. W pewnym sensie, podziwiam tych, którzy się na to decydują i traktuję to jako dowód na to, o czym pisałam przed chwilą: triumf umysłu nad biologią.
Omawiam (i krytykuję) konstrukty społeczne, które wtłaczają ludzi (w tym wypadku: kobiety) w pewne schematy i wymuszają pewne zachowania, stygmatyzując coś całkowicie normalnego, co powinno być źródłem przyjemności i sposobem na budowanie więzi i nadając temu absurdalny wymiar moralny, służący tylko i włącznie do kontroli. Nie wypowiadam się o indywidualnych decyzjach osób, które miały wolny wybór (pozbawiony presji społecznej, lęku przed ostracyzmem, karą, wizją przyniesienia hańby, a nawet zabójstwem honorowym).


Przypisy

1 https://pl.wikipedia.org/wiki/Strategia_%C5%BCyciowa
2 https://en.wikipedia.org/wiki/Parental_investment
3 https://www.nature.com/scitable/knowledge/library/mating-systems-in-sexual-animals-83033427/
4https://pdfs.semanticscholar.org/621c/1402a8b6e64793703bddd349a115e5ae5961.pdf
5 https://en.wikipedia.org/wiki/Sexual_jealousy#Explanations
6https://www.researchgate.net/publication/285913868_Sexual_Jealousy
7 https://medium.com/the-establishment/a-quick-and-dirty-history-of-virginity-9ceb24b7e08a
8 https://rampages.us/univ200sp2015boaz/wp-content/uploads/sites/4763/2015/01/Valenti-The-Cult-of-Virginity.pdf
9 https://krieger2.jhu.edu/neareast/pdf/jcooper/jc%20Virginity.pdf
10 https://en.wikipedia.org/wiki/Artemis
11 https://www.ephesus.us/ephesus/mythology_of_artemis.htm#:~:text=Being%20associated%20with%20chastity%2C%20Artemis,dishonor%20her%20in%20any%20form.
12 https://en.wikipedia.org/wiki/Diana_(mythology)
13 https://en.wikipedia.org/wiki/Vestal_Virgin#:~:text=In%20ancient%20Rome%2C%20the%20Vestals,not%20allowed%20to%20go%20out.
14 https://en.wikipedia.org/wiki/Chastity
15 https://en.wikipedia.org/wiki/Virginity#Social_norms_and_legal_implications
16 https://www.bbc.co.uk/bitesize/guides/zmct92p/revision/4
17 https://en.wikipedia.org/wiki/Kanyadan
18https://www.who.int/reproductivehealth/publications/eliminating-virginity-testing-interagency-statement/en/
19https://www.who.int/news/item/17-10-2018-united-nations-agencies-call-for-ban-on-virginity-testing



Czy on się zmieni?

Pewnie większość dziewczyn w związkach mieszanych usłyszało kiedyś jedną z takich przepowiedni: poczekaj, on się zmieni po ślubie; zmieni się jak pojawi się dziecko; zmieni się jak pojedziecie do jego kraju. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych, które można odnieść do w zasadzie każdego, to trzecie stwierdzenie dotyczy tylko Facetów z Importu i na nim dziś chciałabym się skupić: Czy egzotyczny absztyfikant zmieni się czy się nie zmieni, kiedy pojedziecie do jego kraju?

Poznali się w Europie. On co prawda pochodził z muzułmańskiego kraju, ale wydawał się bardzo zachodni: nie modlił się, nie chodził do meczetu, nie przestrzegał ramadanu, pił alkohol, chodził na imprezy, z seksem bez ślubu też nie miał problemu. A do tego był czuły, troskliwy, obsypywał komplementami, kwiatami i prezentami, mówił pięknie o uczuciach i w ogóle sprawiał, że ona czuła się wyjątkowo – jak nigdy wcześniej z nikim. Zakochali się w sobie i zaczęli być parą. Wszystko układało się świetnie, związek kwitł. W końcu postanowili pojechać do jego kraju i odwiedzić jego rodzinę. I tu zaczęły się schody: najpierw poprosił ją żeby zmieniła trochę styl ubierania i zakryła więcej ciała, „z szacunku do rodziców”, potem dał do zrozumienia, że powinna spędzać więcej czasu w kuchni z jego mamą, oraz zmywać po posiłkach (w czym sam nie brał udziału), potem zniknął na kilka wieczorów w kawiarni z kolegami nie zabierając jej ze sobą. Kiedy już wyszli gdzieś razem, nie zamawiał alkoholu i krzywo patrzył, gdy ona to robiła. Znowu prosił aby bardziej się zakryła, tym razem też w miejscach publicznych „żeby ludzie się nie gapili na jego kobietę”. Kontaktował się ze „starymi koleżankami”, ale coraz mniej mu się podobało, że ona pisze z kolegami. No po prostu zmienił się.

Brzmi znajomo? Jest całkiem sporo takich historii. 

Czy to znaczy, że każdy cudzoziemiec poznany w Europie zmienia się drastycznie, jak tylko jego stopa dotknie rodzimej ziemi? Oczywiście, że nie.  Jest równie wiele (a może i więcej?) historii, w których ukochany z importu wcale się nie zmienia. Czemu więc z niektórymi tak jest i czy da się przewidzieć, czy akurat Twojemu ukochanemu się przydarzy?

Żeby wyjaśnić mechanizm, który (moim zdaniem) stoi za tym zjawiskiem, przywołamy niejakiego Heliodora Muszyńskiego, który oprócz opracowania całkiem popularnego systemu edukacyjnego w szkołach socjalistycznych, stworzył także ciekawą koncepcję rozwoju moralnego człowieka. Opisuje ona konkretne etapy przyswajania norm moralnych przez człowieka. Z grubsza przebiega to tak: na początku  (czyli w wieku dziecięcym), głównym mechanizmem i powodem przestrzegania norm moralnych jest dążenie do uniknięcia kary i otrzymania nagrody. Z czasem czynnikiem motywującym staje się podziw, akceptacja i uznanie innych, a dziecko (właściwie to wczesny nastolatek) zaczyna przyjmować obowiązujące w grupie normy – bez traktowania ich jeszcze jako własnych. Dopiero później normy moralne zostają stopniowo zinternalizowane*, a następnie poddane krytyce aby ostatecznie dorosły już człowiek mógł osiągnąć stan świadomej, wewnętrznie spójnej, refleksyjnej moralności, która pozwala samodzielnie rozstrzygać konflikty moralne.

*Internalizacja, czyli uwewnętrznianie to proces przyjmowania za własne norm, zasad, wartości pochodzących z zewnątrz.

Tyle wstępu teoretycznego. Co z tego wynika?

Często mam wrażenie, że wiele osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych zatrzymuje się gdzieś na etapie  dostosowywania się do panujących norm (tak już jest/powinno być i już; bo co ludzie powiedzą), bez porządnego uwewnętrznienia danych zasad, a już na pewno bez etapu ich krytycznej analizy i wypracowania sobie własnej, dojrzałej moralności. Być może wynika to z tego, że konserwatywne otoczenie i wychowanie nie za bardzo zostawia miejsce na krytykę i wypracowywanie własnych zasad.

W każdym razie, w praktyce znaczy to tyle, że człowiek przyjmuje normy  normy narzucane przez środowisko i funkcjonuje w zgodzie z nimi po prostu bo tak jest i już, bez jakiegoś głębszego zastanowienia się nad ich słusznością. I spoko. Ale co się stanie, gdy taki facet zmieni otoczenie na znacznie bardziej liberalne – np. wyjedzie do Europy – a widmo dezaprobaty społecznej lekko się rozwieje otwierając przed nim całkiem nowe możliwości? Według mnie sytuacja może się rozwinąć czworako:
1. Delikwent może zacząć dowoli próbować wszelkich zakazanych owoców nie poświęcając temu jednak za wielu refleksji. Oczywista zmiana w jego zachowaniach, nie będzie się wiązała z żadną głębszą ewolucją na poziomie wartości. Będzie to raczej coś jak wyjadanie cukierków, kiedy matka nie widzi.

Może się też zdarzyć, że konfrontacja z nowymi ideami, wartościami, stylem życia pobudzi człowieka do refleksji, a liberalne środowisko stworzy mu miejsce, do podjęcia niemożliwej wcześniej, krytycznej analizy norm i wartości, wpojonych przez środowisko pochodzenia. I tutaj sprawa może (w uproszczeniu) przyjąć trzy formy:
Stare” normy mogą zostać odrzucone i zastąpione nowymi zasadami, które człowiek sam sobie wypracuje – w tym przypadku można powiedzieć, że zmiany w zachowaniu będą towarzyszyły przemianom na poziomie światopoglądowym i w efekcie powstanie z tego spójna całość. To – można by powiedzieć – jest przypadek Szalonego Naukowca. Nadamy mu numer 2.

Może też stać się tak, że „stare” normy zostaną zrewidowane i uznane za słuszne. W optymistycznym wariancie (nr 3) osobnik pozostanie wierny zasadom, które mu wpojono (teraz już uwewnętrznionym) niezależnie od tego na co pozwala nowe środowisko. To będzie ten facet, który chodzi na spotkania ze znajomymi, ale na nich nie pije, przestrzega ramadanu, nawet jeśli wszyscy dookoła niego jedzą w pracy lunch itd. Tego typu nie będziemy tu dalej rozważać, ponieważ nie pasuje do tematu tego posta. W pesymistycznym (ale nierzadkim) wariancie (4) pojawi się rozdźwięk między przekonaniami (konserwatywnymi) a zachowaniami. Wiecie: taki koleś, który potępia dane zjawisko, ale zawsze znajdzie jakąś wymówkę (bo człowiek jest słaby; bo każdemu zdarzy się błądzić;  bo pokusa była taka silna, ale bardzo żałuje; bo moja sytuacja jest inna).

I co dalej?

No dobrze. Wiemy już z grubsza, jak może przebiec ewolucja zachowań i/lub poglądów przy okazji migracji do bardziej liberalnego otoczenia. A co będzie po powrocie do ojczyzny?
Łatwo się chyba domyślić, że przeniesieni znowu w konserwatywne środowisko typ 1 i 4 porzucą swoją „zachodniość” i wrócą do dawnych norm, które nawet – w przypadku typu 4 – mogą ulec zaostrzeniu w ramach mniej czy bardziej uświadomionej pokuty za grzechy. Jeśli chodzi o typ 2, można oczekiwać, że jego sposób funkcjonowania i zachowanie pozostanie raczej niezmienione.
Czemu raczej a nie całkiem?
Bo jest różnica pomiędzy wyznawaniem swojego świadomego, wewnętrznie spójnego systemu wartości, a szacunkiem do zasad panujących w danym miejscu. Czyli na przykład czym innym jest unikanie nadmiernego kontaktu fizycznego w miejscach publicznych, ze względu na lokalne normy obyczajowe, a czym innym jest unikanie kontaktu fizycznego czy seksu, bo przed ślubem nie wolno. Albo czym innym jest niepicie alkoholu podczas rodzinnego obiadu (w kraju w którym alkohol nie jest społecznie akceptowany, nie w Polsce), a czym innym: całkowite unikanie alkoholu bo jest haram i oczekiwanie, że partnerka nie zamówi drinka w restauracji, która je serwuje.

Ok, ale jak ocenić, z który typem się spotykasz?

Cóż. To będzie truizm, ale przede wszystkim: rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Poznać dobrze człowieka z którym jesteśmy.
I nie mówię tu o rozmowach na tematy z życia codziennego i wymianie komplementów. Mówię o poważnych, głębokich dyskusjach na tematy światopoglądowe. Bo tak naprawdę zachowania opisane w przykładzie na początku tego tekstu to coś niezwykle powierzchownego. Fajnie wiedzieć, że facet z którym się spotykasz pije alkohol i chętnie uprawia seks, ale ta wiedza nie wystarczy żeby poznać z jakim typem (ani w ogóle: z jakim człowiekiem) masz do czynienia. W tym celu trzeba zejść znacznie głębiej, poznać jego system wartości, jego przekonania, poglądy, opinie
I nie tylko to. Trzeba się liczyć z tym, że każdy człowiek deklaruje jakieś wartości i przekonania, ale niekoniecznie dokładnie te, które tak naprawdę wyznaje. Ludzie zaskakująco często kłamią na temat swoich poglądów: robią to nawet w anonimowych badaniach psychologicznych i sondażach – ogólnie w każdej sytuacji, w której chcą dobrze wypaść: a do takich zdecydowanie należy tak zwany okres zalotów. Bywa też, że po prostu za bardzo się nad różnymi rzeczami nie zastanawiają (bo to dla nich oczywiste tak jest i koniec) dopóki ktoś ich o to nie zapyta i nie zacznie drążyć tematu.

Dlatego jedna rozmowa nie wystarczy. Tych rozmów musi być wiele, muszą być różne, muszą podchodzić do danego tematu z różnych stron, przy różnych okazjach. I trzeba w nich zachować pewien krytycyzm, pamiętać, co on mówił wcześniej, patrzeć jak to się ma do tego, co mówi teraz w innym kontekście. Zwracać uwagę na rozjazdy i sprzeczności. Dopytywać, wyjaśniać, drążyć. No i konfrontować to wszystko z obserwacjami z życia.
Przykład: konserwatywny system wartości zazwyczaj wiąże się z pewnym konkretnym podejściem do modelu związku i podziału ról na męskie i kobiece. Wyobraź sobie więc, że rozmawiasz ze swoim egzotycznym ukochanym, tym który sprawia takie „zachodnie” wrażenie: pije, nie pości, chodzi na imprezy itd. Do tego deklaruje, że jak najbardziej popiera robienie przez Ciebie kariery. Jaki wspierający prawda? Tylko, że w innej rozmowie wychwala i stawia Ci za wzorzec żonę brata, która nigdy nie pracowała zawodowo, a wyłącznie zajmuje się domem i dziećmi. Albo wspomina o tym, że gotowanie, pranie i sprzątanie to są czynności typowo kobiece, i facetowi nie przystoi się nimi zajmować. Albo absolutnie nie daje się przekonać do skorzystania z odkurzacza bo to babskie zajęcie.

Próbując poznać faktyczny, a nie deklaratywny, system wartości drugiego człowieka dobrym pomysłem jest zwracać uwagę jak on komentuje zachowania innych ludzi. Często w stosunku do samych siebie/bliskich osób jesteśmy bardziej pobłażliwi, podczas gdy innych oceniamy surowiej. 
Przykład: Twój egzotyczny ukochany chętnie chodzi z Tobą na imprezy i zupełnie mu nie przeszkadza, że nosisz mini i głębokie dekolty. Super, prawda? Taki zachodni, taki otwarty! A tymczasem słyszysz, że tamta dziewczyna, która rozmawia z jego kolegą, ubrana niemal tak jak Ty, wygląda slutty.

Im więcej nieścisłości i niezgodności między jedną wersją, a drugą albo między słowami i czynami zaobserwujesz, tym większe szanse, że masz do czynienia z typem pierwszym lub czwartym, czyli człowiekiem, którego system wartości albo nie jest zbyt dobrze ukształtowany, albo po prostu nie idzie w parze z zachowaniem. I w tym wypadku niestety musisz się liczyć z tym, że przy okazji wizyty w jego kraju ojczystym, będziesz miała okazję poznać nie tylko rodzinę ale także inną twarz ukochanego. A ta może Ci się nie spodobać.

Historia pewnego plakatu, czyli o agresji w trakcie protestów

Tego posta kierują w szczególności do tych, którzy mają problem z „agresywnym tłumem” protestujących.

Oto ja i mój plakat. Nie jest wulgarny ani agresywny, prawda? Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć jak wygląda z tyłu.

Z tym plakatem pod pachą, mężem i grupą znajomych udałam się dziś na protest. Szliśmy w gigantycznym tłumie ludzi, niedaleko platformy grającej muzykę. Od czasu do czasu tłum skandował dwa znane wszystkim hasła z użyciem wyrazów powszechnie uznanych za nieparlamentarne. Inne hasła też były, podobnie jak kilkukrotne „Dziękujemy” pod adresem mijanych ratowników medycznych.
Wandalizm, agresja? Nie.

W pewnym momencie uznałam, że pora wracać do domu. Oddzieliliśmy się więc we dwoje od marszu i ruszyliśmy przez jedne z głównych ulic Warszawy omijając rejony, o których już wiedzieliśmy, że chwilowo nie są zbyt bezpieczne. Byliśmy właśnie na rondzie ONZ, kiedy z przeciwka nadeszła grupka Rycerzy Ojczyzny. Było ich kilku, ale szli jacyś tacy rozproszeni, że nawet nie wiedzieliśmy, że są razem. W ogóle nie zwróciliśmy na nich uwagi dopóki pierwszy nie szarpnął za mój plakat – na tyle mocno, że aż się odwróciłam. Gdy tak patrzyliśmy za jego oddalającymi się plecami, nadszedł następny i on już wyrwał mi baner z ręki i rzucił nim o ziemię. Mój Mąż z Importu zareagował błyskawicznie: doskoczył do kolesia i z okrzykiem „Ej! Co kurwa?” zaszarżował na niego (nadal nie nauczył się, że mówi się „co jest k..wa”). Wywiązała się przepychanka, kolesi nagle zrobiło się trzech i ogólnie sytuacja mogła się zrobić naprawdę nieprzyjemna. Na szczęście w pobliżu była policja. Nie żeby cos zrobili, chyba nawet niczego nie zauważyli, ale ich obecność ostudziła zapały dzielnych rycerzy.

Agresywne tłum protestujących mówicie? Nie ma to jak prawdziwi mężczyźni, obrońcy Jedynych Słusznych Wartości, napadający na kobiety. No ale może mnie można, zdrajczynię ojczyzny, która poszła z Arabem.

Aha, jak to było? “Będziemy bronić polskich kobiet przed imigrantami”?

Ps. Plakat przetrwał zawieruchę w stanie nienaruszonym, jestem niesamowicie dumna!