Moja Marokańska Przygoda – odcinek 2: Poznaj Moich Rodziców

W zeszłym tygodniu rozpisałam się trochę na tematy historyczne, a skoro tak, postanowiłam utrzymać się jeszcze jakiś czas w tym klimacie i poopowiadać wam o początkach Mojej Marokańskiej Przygody. Dawno, dawno temu opisywałam sam początek naszej historii. Nie dość, że był on lekko niestandardowy, to jeszcze takie szybkie ruchy zdecydowanie nie leżą w mojej naturze – może dlatego, dla równowagi, potem bardzo długo nie czyniliśmy żadnych kroków żeby uczynić go jeszcze poważniejszym. Wzięliśmy trochę na wstrzymanie. I tak sobie upłynął rok podczas którego dowiadywaliśmy się coraz więcej o sobie, docieraliśmy i ogólnie budowaliśmy związek, aż w końcu zrezygnowaliśmy z równoległego lokum Szalonego Naukowca i OFICJALNIE zamieszkaliśmy razem.
Nie śpieszyłam się specjalnie z zapoznawaniem nowego chłopaka z rodzicami. Wyszłam z założenia, że lepiej najpierw się upewnić, że to coś poważnego. No ale w końcu do tego doszło i – o dziwo – odbyło się gładko i bez problemów.
Tu może potrzebne jest słowo wyjaśnienia: „o dziwo” nie wynika bynajmniej z narodowości, czy koloru skóry mojego teraz-już-męża. Nie. Żadne z tych nie jest dla moich rodziców problemem samym w sobie. Ale moi rodzice są nieco specyficzni (zwłaszcza jedno z nich) i ogólnie mało która z rzeczy, w których biorą udział, przebiega bez problemów. Kiedykolwiek

Ale wracając do tematu:
On, wychodząc z podobnych założeń, też nie śpieszył się z oznajmianiem radosnej nowiny swojej rodzinie. W końcu jednak musiało do tego dojść – a w ramach naturalnej kolei rzeczy rodzice zażyczyli sobie poznać Wybrankę (to jest: mnie)
Wtedy już byłam w miarę mentalnie przygotowana, że ten moment w końcu nastąpi, ale szczerze mówiąc,  gdy pierwszy raz roztoczono mi tę wizję przed oczami: nie byłam zachwycona. Nie ma chyba sensu ukrywać, że naczytałam się swego czasu wszystkich tych dramatycznych historii o związkach z Arabami, przykuwaniu do kaloryfera, zamykaniu w piwnicy (co jest szczególnie ironiczne, w odniesieniu do miejsc, w których ani jedno ani drugie za bardzo nie występuje). I o ile tego się nie obawiałam (z powodu wspomnianego braku odpowiednich akcesoriów), o tyle dość poważnie do serca wzięłam sobie wizje, w których arabski książę zapoznany w Polsce/UK/gdziekolwiek w Europie wygląda na cywilizowanego i zachodniego, dopóki jego stopa nie dotknie rodzimej ziemi, a oko padnie na twarz matki. Te dwa wydarzenia mają bowiem sprawić, że natychmiastowo przeistoczy się on w ropuchę, podporządkuje rodzinie, a następnie stopniowo sprowadzi wybrankę z roli partnerki do roli posłusznej arabskiej żony, często nakłaniając ją do przejścia na Islam, zakrywając chustą i zakazując różnych rzeczy, nakazując w zamian siedzieć w domu i gotować oraz rodzić dzieci, aby później je (tzn te dzieci) zabrać – razem z paszportem ich matki.

Zanim przejdę do dalszej części historii, pozwólcie na dygresję
To co opisałam powyżej, jest oczywiście mocno przerysowane, natomiast samo zjawisko bynajmniej nie jest wyssane z palca.
Często się zdarza, że mężczyzna wychowany w konserwatywnym środowisku przyjeżdża do Europy i zachłystuje się wolnością, swobodą, i wszystkim tym, czego nie znał wcześniej w swoim kraju. No i korzysta z dobrodziejstw nowego domu: alkohol, łatwo dostępne partnerki seksualne, brak nacisków społecznych i kontroli – wielu to kusi. A potem taki „zerwany ze smyczy” delikwent poznaje – powiedzmy – miłą Polkę. Ona sobie patrzy i myśli: alkohol pije, nie modli się, nie obchodzi ramadanu, imprezuje, nie przeszkadza mu moja mini – znaczy zeuropeizowany. Można brać. I żyją sobie fajnie aż do dnia, kiedy jadą do jego ojczyzny – i tu następuje niespodziewana przemiana: pojawiają się naciski w kwestii skromniejszego ubioru (bo co ludzie powiedzą), wyjścia z kolegami, ale bez partnerek (bo tu kobiety nie chodzą do kawiarni), oczekiwania w zakresie podziału (ekhm) obowiązków domowych i relacji z teściową, imprezy się kończą, alkohol zjeżdża do podziemia itd. Czasem z resztą takie zmiany następują samoczynnie z wiekiem, bez powrotu do ojczyzny.
Z czego to wynika?
Jeśli byście mnie zapytali, powiedziałabym, że wiele osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych, w zakresie rozwoju moralnego przypomina mi dzieci.
Już wyjaśniam o co mi chodzi:
Jest sobie taki pedagog: Heliodor Muszyński, który – pomijając zacięcie socjalistyczne w teoriach dotyczących wychowania –  opracował też całkiem ciekawą teorię rozwoju moralnego. Wyłania ona konkretne etapy przyswajania norm moralnych przez człowieka. Z grubsza przebiega to tak: na początku  (czyli w wieku dziecięcym i wczesnonastoletnim), głównym mechanizmem i powodem przestrzegania norm moralnych jest dążenie do uniknięcia kary i otrzymania nagrody. Natomiast później, normy moralne zostają stopniowo zinternalizowane, a następnie poddane krytyce jeśli chodzi o ich źródła, cele oraz sens, aby ostatecznie osiągnąć stan świadomej, wewnętrznie spójnej, refleksyjnej moralności, która pozwala samodzielnie rozstrzygać konflikty moralne w oparciu o jasny układ odniesienia.
Jak to się ma do habisiów? Ano tak, że – w mojej opinii – wiele* osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych zatrzymuje się gdzieś na etapie unikania kary i szukania nagrody, nie internalizując sobie tak naprawdę narzucanych im zasad, a już na pewno nie przechodząc przez etap ich krytycznej analizy. W takiej sytuacji, gdy tylko groźba kary lekko się rozwiewa i oddala, delikwent natychmiast próbuje wszystkich zakazanych owoców – nie jest to jednak żadna głębsza przemiana ideologiczna, ale raczej coś jak wyjadanie cukierków, kiedy matka nie widzi.
Łapiecie o co mi chodzi?
Do tego dochodzi fakt, że alkohol, modlitwa, a nawet ramadan, to przecież tylko wierzchołek góry lodowej. Ocenianie tylko na tej podstawie z jakim człowiekiem mamy do czynienia i jakie on ma uwarunkowania kulturowe, czy jakich norm przestrzega, jest lekką naiwnością. Tu możecie sobie zobaczyć fajną grafikę o tzw Cultural Iceberg.

W momencie, kiedy podejmowałam decyzję o kupnie biletu do Maroka, nie miałam jeszcze tego wszystkiego aż tak dobrze przemyślanego i w związku z tym nie wiedziałam do końca, czy powinnam się spodziewać przemiany dr Jekylla w Mistera Hyde’a w momencie przekroczenia progu domu rodzinnego, czy jednak nie.  Dziś już wiem, że trzeba po prostu ukochanego dobrze poznać i dość łatwo odróżnić człowieka z integrity i własnym, świadomym systemem moralnym o wyraźnym układzie odniesienia, od zerwanego ze smyczy dziecka.

*śpieszę dodać, że nie twierdzę, że to zjawisko dotyczy wszystkich osób religijnych: przeciwnie, wiele z nich naprawdę internalizuje zasady swojej wiary i przyjmuje e w pełni świadomie. Ale to raczej nie są osoby, które pod wpływem nowego środowiska odkładają je na półkę i hulaj dusza piekła nie ma

No a teraz wracając do tzw adremu:
W końcu wsiadłam do samolotu i po zaledwie kilku godzinach i jednej przesiadce już lądowaliśmy… Były okolice 2, a może i  4 and ranem czasu lokalnego,  kiedy to wysiedliśmy z samolotu w Casablance, wypełniliśmy takie śmieszne małe formularze (dziś już nie trzeba tego robić), przeszliśmy przez stanowisko kontroli paszportów i wyszliśmy do hali przylotów. Czekali na nas rodzice Szalonego Naukowca, a Pani Matka była tak podekscytowana, że mało się nie wdarła przez bramkę. Po długim powitaniu (moja nowa rodzina jest raczej z tych wylewnych), zostaliśmy zabrani do samochodu i uraczeni pierwszą na mojej drodze marokańską tradycją, która polega na poczęstowaniu przybyszów daktylami i słodkim mlekiem. Były nawet specjalnie przywiezione filiżanki żebyśmy to mleko mogli z nich wypić! Daktyle z mlekiem w ogóle pełnią ważną rolę w marokańskich rytuałach i przez kolejne lata dane mi było konsumować ten znienawidzony przez mnie owoc jeszcze kilkukrotnie, zawsze w centrum uwagi i pod czujnym okiem przynajmniej kilku osób.
Moja teściowa okazała się bardzo miłą osobą, o raczej silnej osobowości i dużym przywiązaniu do tradycji daktylowych. Z czasem okazało się, że należy do osób dyskretnych, nie ingeruje za bardzo w nasze sprawy (bezcenne). Niestety średnio mam z nią wspólny język, podobnie jak z teściem, który jest bardzo cichym, spokojnym, retrofleksyjnym i zawsze pogodnym panem. Wiecie, jeden z tych, którzy nigdy nie pchają się na pierwszy plan – bo i szczerze mówiąc średnie ma na to szanse przy trzech bujnych kobiecych osobowościach w domu.
Jak mówiłam wylądowaliśmy w Casablance, a rodzice Szalonego Naukowca mieszkali wtedy w Sale, czyli jakieś 75 km dalej. Sale jest miastem-bliźniakiem Rabatu czyli stolicy Maroka. Miasta te są praktycznie połączone, a rozdziela je rzeka, która przez nie przepływa. Cos jak Buda i Peszt z tym, że jednak są to dwa oddzielne miasta.
Godzinę drzemki w samochodzie później, dotarliśmy na miejsce, gdzie – mimo kompletnie absurdalnej pory –  czekały na nas pełne entuzjazmu dwie młodsze siostry oraz…. coś co nas oboje zaszokowało. Moje obecne Szwagierki są absolutnie przeurocze, a dzięki temu, że mówią bardzo dobrze po angielsku bez problemu udało nam się złapać kontakt.

A jaki to szok zafundowali nam na wejściu moi jeszcze-wtedy-nie-teściowie?

Zgadnijcie.
Odpowiedź w następnym odcinku 🙂

A na zdjęciu ujście rzeki Bou Regreg do Atlantyku zrobione z poziomu Qasbat al-Awdāya czyli z angielska Kasbah of the Udayas – czyli jedyne zdjęcie Sale (ten cypelek w głębi po prawej) jakim dysponuję.

Metamorfoza czyli PRZED I PO.

Wczoraj się wszyscy pośmialiśmy z biednego kotka (co, jesli by mnie kto pytał, jest niewątpliwą przewagą posiadania kota nad posiadaniem dziecka – wrzucanie kompromitujących zdjęć tego drugiego do internetów, może kiedyś źle się skończyć). To dziś pora na olśniewający efekt końcowy rodem z działu „Metamorfozy” magazynu dla kobiet.
I jak myślicie? Warto było pocierpieć? Mam na myśli oczywiście nasze cierpienia! Wiadomo, że uszczerbek na kociej dumie jest nie do wynagrodzenia.

Krwawi bezduszni oprawcy i Małe Niewinne Zwierzątka

Jako, że terazm mam normalne, dobrze zorganizowane archiwum, będzie #throwback

Ale na moje usprawiedliwienie: temat jest dziś bardzo, bardzo aktualny. I nie ma nic wspólnego z wyborami.

W zeszłym roku pisałam o tym jak co jakiś czas zamieniamy się z Szalonym Naukowcem w krwawych i bezdusznych oprawców Małych Niewinnych Zwierzątek. Dziś znowu nadszedł ten dzień. Jak widzicie Małe Niewinne Zwierzątko ma sporo do powiedzenia na temat tragedii, która je dotknęła.

Czerwcowe wspomnienia

Dziś będzie trochę dwutorowo.
Po pierwsze dziś mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy obroniłam swoją pracę magisterską i oficjalnie zamknęłam za sobą studencki rozdział życia. Wielu osobom czasy studiów kojarzą się z kolorowymi migawkami z imprez, koncertów, wypadów z przyjaciółmi, picia taniego wina w parku itd – z resztą sami wiecie. Mnie nie. Kiedy myślę dziś o tamtych latach, widzę je głównie w barwach szarości, w cieniu poważnej chandry. Mimo dyplomu z psychologii nie pokuszę się o samodiagnozę, zdecydowałam się więc nie używać słowa „depresja” – nie chcę go dewaluować. Zostańmy więc przy „chandrze”. Jej przyczyn pewnie trochę by się znalazło, ale w mojej pamięci na plan pierwszy wysuwa się jedna, mianowicie mój ówczesny związek z S.
Być może wspominałam już, że Kolega Małżonek nie jest pierwszym cudzoziemcem, z którym się spotykałam. Wcześniej był S. Poznałam go na pierwszym roku studiów, kiedy z kilkoma koleżankami zaangażowałyśmy się w ramach wolontariatu w pomoc zagranicznym studentom, przyjeżdżającym na naszą uczelnię. Leczyłam wtedy złamane serce, a przy okazji cierpiałam z powodu dość zaniżonej samooceny. W pewnym sensie wszystko zaczęło się więc od typowej przygody typu rebound. Jak na taką relację przystało: sprawy rozwinęły się błyskawicznie. Niestety błyskawicznie się nie zwinęły. Byliśmy „razem” (ten cudzysłów niebawem się wyjaśni) przez ponad cztery lata. Po niecałym roku S. zdecydował się szukać szczęścia we Francji, a ja zostałam w Polsce. Ogarnął sobie tam pobyt, znalazł pracę (a potem wiele kolejnych). Mnie przyjechał odwiedzić raz. RAZ. Ja natomiast przez każdy rok akademicki zbierałam pieniądze, uczyłam się francuskiego i przyjeżdżałam do niego co wakacje. Za pierwszym razem na tydzień (prezent od rodziców), później już na miesiąc kursu francuskiego.
Jak może sobie policzyliście, to było jakieś 13 lat temu: roaming był drogi, a internetu w telefonie nie było wcale. Kontaktowaliśmy się więc głównie przez telefon stacjonarny: S. dzwonił do mnie z komórki, ale przy pomocy takich specjalnych kart telefonicznych do połączeń zagranicznych, głównie na numer stacjonarny (bo taniej), raz dziennie na maks pół godziny. Z czasem na krócej bo „był zajęty”. On był zajęty, ja natomiast byłam wyrozumiała. Starałam się rozumieć zmagania imigranta w nowym kraju: człowieka bez języka, który nie ma jak wykorzystywać swoich kwalifikacji i musi pracować w knajpach czy na budowie. Prosiłam go o więcej kontaktu, czasu, uwagi, o głupiego smsa od czasu do czasu, a on zawsze powtarzał, że jak tylko zmieni pracę (lub nastąpi cokolwiek innego, tych „jak tylko” miał całkiem sporo), wszystko będzie lepiej. No ale nie było. Kiedy przyjechałam do niego – jak się potem okazało – ostatni raz, większość czasu spędzałam sama. On pracował wtedy w knajpie w porze lunchu i potem wieczorem z przerwą po środku. Jeździłam więc, często dwa razy dziennie, na drugi koniec Paryża, w porze kiedy kończył pracę. To miało na celu zmaksymalizowanie czas jaki spędzaliśmy razem – szkoda tyko, że on głównie gadał wtedy przez telefon. Kiedy teraz to piszę, aż nie mogę uwierzyć jak głupia (nie bójmy się tego słowa), naiwna i zaślepiona byłam. Ta relacja w ogóle bardzo źle wpływała na moje samopoczucie, samoocenę, wiarę w siebie, wciągnęła mnie jak jakieś emocjonalne ruchome piaski (a nawet: bagno), a ja w ogóle tego wszystkiego nie widziałam.
Do tego dochodziła cała masa różnic kulturowych i osobowościowych. Długo tego nie zauważałam, ale S. bardzo lubił mnie kontrolować. Na przykład przez pewien czas sprzeciwiał się moim wyjściom z koleżankami (że niby lepiej żebym się skupiła na studiach). A że pora, kiedy mógł do mnie zadzwonić (pomiędzy zmianami w restauracji) wypadała tuż po zakończeniu moich zajęć na uczelni: naturalnie wracałam od razu do domu – do telefonu. Wieczory spędzałam najczęściej też wypłakując się przyjaciółce na komunikatorze i nasłuchując dźwięku telefonu (który nie dzwonił). Jak możecie się domyślić, moje życie towarzyskie raczej nie kwitło. Z resztą większość moich koleżanek chyba nie za bardzo rozumiała ani ten cały „związek” (no i w sumie miały rację) ani stan psychiczny w którym byłam.
No ale do brzegu.
W końcu przyszedł rok 2010: rok kiedy miałam skończyć studia i wyjechać na 6 tygodni do Paryża, a później w ogóle się tam przeprowadzić. Rok jednak zaczął się od wyjazdu S. do rodzinnego Bangladeszu. Wyjazd się przedłużał, trwał chyba ostatecznie 2 czy 3 miesiące podczas których właściwie wcale nie mieliśmy kontaktu (jakież to typowe). No ale hej, przecież byłam taka WYROZUMIAŁA. Spoiler alert: później odkryłam, że prawdopodobnie w tym czasie zaręczył się (a może i ożenił) z dziewczyną, która cały czas tam na niego czekała.
S. w kocu wrócił, ale nasze relacje i kontakt pozostały na niezwykle marnym poziomie. No i tak to sobie wszystko trwało, aż przyszedł 25 czerwca.
Obroniłam się na 5. I tego dnia coś we mnie pękło. Ten – jakby nie patrzeć – sukces wzmocnił mnie psychicznie na tyle, że w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam dość, że koniec z dawaniem szans i czekaniem na kolejne „jak tylko”. Odwołałam wyjazd do Francji i zerwałam. Mailem. Z tego ostatniego nie jestem dumna, ale w tamtym momencie moja świeżo nabyta siła była zbyt delikatna żeby czekać X dni na okazję do dłuższej rozmowy i zmagać się z jego reakcją Która mnie i tak nie ominęła, ale to już temat na inną historię).
(tl;dr) Dlatego właśnie 25 czerwca oznacza dla mnie nie tylko koniec studiów, ale coś dużo ważniejszego – wyrwanie się z mocno toksycznego związku.
Na początku wspomniałam, że będzie dwutorowo. Ale nie martwcie się, nie będzie drugiego kilometrowego eseju. Drugi tor przyjmie formę zdjęć – jako ze nadal większość czasu spędzam w domu (nie wróciliśmy jeszcze do pracy w biurze), podróże stoją pod znakiem zapytania, a pogoda w tych dniach nie rozpieszcza: przeglądam album ze zdjęciami sprzed (dokładnie) roku i wspominam jedno z najpiękniejszych miejsc, w których kiedykowliek byłam. Także proszę bardzo #throwbackThursday #Zanzibar #honeymoon

Odblokowywanie osiągnięć i disco polo

Ostatnie dni upłynęły mojemu mężowi na odblokowywaniu kolejnych osiągnięć na drodze do polskości.
Zaczęło się od tego, że wybraliśmy się na długi weekend nad jezioro. Wynajęliśmy domek w ośrodku z domkami w maleńkiej mieścinie na Warmii nad pięknym jeziorem Narie.
Najpierw spędziliśmy jakieś 6h pokonując trasę ok 250km, a głównie to stojąc w korkach.
Zaraz po przyjeździe Szalony Naukowiec natknął się na (pijanego) sąsiada opuszczającego domek obok, aby opróżnić pęcherz pod drzewem jakieś 25m dalej. (Domki mają toalety, jakby się ktoś zastanawiał).
Wieczorem ten sam sąsiad uraczył nas dwugodzinnym koncertem hiphopowym, który zakończył się moją interwencją tuż przed północą po tym jak cała okolica wysłuchała scyzoryk, scyzoryk, tak na mnie wołają (znam ten kawałek od podstawówki, ale nie miałam pojęcia że jest tak koszmarnie długi). Zamiłowanie rodaków do puszczania muzyki z telefonów na cały regulator, w miejscach publicznych pozostaje dla mojego męża nieodgadnioną zagadką natury.
Wczoraj z kolei dokonaliśmy rytuału grillowania kiełbasy. Niestety achievement #grill nie został odblokowany w pełni ze względu na brak karkówki w sklepie. #nexttime

A na koniec zawarliśmy przyjaźń z pijanym jak bela kumplem sąsiadów z domku obok. Najpierw uraczył on nas kilkoma utworami discopolo odtworzonymi na telefonie skonfiskowanym koledze („nie oddam ci telefonu bo ty puścisz ten swój hiphop, a kto chce tego słuchać” – oświadczył rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie – niestety nie trafiło na podatny grunt, bo jakby mnie kto pytał o zdanie to nie chciałam słuchać ani tego ani tego), a potem trzykrotnie zapytał mnie o imię (i nadal go nie zapamiętał), a na koniec dosiadł się do nas i oświadczył, że on to nas lubi najbardziej na świecie.
Doprawdy zabrakło tylko częstowania wódką i ze mną się nie napijesz?, ale chyba się wesołemu towarzystwu skończyła.
Niezależnie od tego folkloru korkowo-grillowo-muzyczno-alkoholowego, muszę powiedzieć, że wyjazd udał się nam świetnie. Nie dość, że okolica przepiękna, a pogoda dopisała, to wszyscy byli dla nas bardzo mili i nie zetknęliśmy się z żadną nieprzyjemną sytuacją pomimo wyraźnie wyróżniającej się aparycji Męża z Importu.

Don’t call me Murzyn

Tyle się teraz mówi o Black Lives Matter. W Polsce jednocześnie w internecie krąży zdjęcie ciemnoskórej dziewczynki trzymającej napis Don’t call me murzyn. Można też przeczytać post poświęcony temu tematowi autorstwa czarnoskórego Polaka i posłuchać dyskusji przygotowanej przez #Afropolki.
Internet jak to internet rozgorzał dyskusją na temat tego czy słowo „Murzyn” jest obraźliwe, czy też jednak nie jest. Cytowany jest słownik, wypowiedzi autorytetów językowych, a nawet wikipedia. Widzę, że zdania są mocno podzielone i w sumie się nie dziwie, bo sama poczułam się mocno skonfundowana. Ja też miałam słowo „Murzyn” za neutralne. No po prostu słowo określające czarnoskóre osoby, o – co odkryłam później – dziwnej etymologii (no bo określa czarnoskórych, a pochodzi od Maurów czyli mieszkańców Maghrebu czyli Berberów i później Arabów, a to wszystko za sprawą jakiegoś niemieckiego świętego). Jako dziecko czytałam wierszyk o Murzynku Bambo i nie budził we mnie żadnych negatywnych/pogardliwych/wyższościowych uczuć: ba, bardzo lubiłam tego Murzynka. Taki z resztą chyba cel przyświecał jego autorowi. Jakoś nie zwracałam uwagi na powiedzonka, gdzie słowo „murzyn” występuje w roli synonimu dla „niewolnik” („murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”, „traktować kogoś jak murzyna”), czy te w stylu „sto lat za murzynami”. Człowiek chyba za rzadko się zastanawia nad takimi rzeczami.
No ale język ewoluuje, słowa zmieniają swój wydźwięk. To ze cos kiedyś ma wydźwięk neutralny, nie znaczy, ze zawsze tak będzie – weźmy takie na przykład słowo „kutas”. Nie każdy zawsze to od razu czuje, nie każdy w ogóle to czuje, nie każdy się z tym zgadza. Jednak jeśli osoby (nawet jeśli nie wszystkie), których dane słowo dotyczy same mówią, że dla nich jest ono pejoratywne czy obraźliwe, bo – jak w tym przypadku – kojarzy się z dewaluującymi powiedzonkami, to ja wolę to przyjąć i zmienić słowo niż niechcący kogoś urazić.
Takie są moje odczucia, z perspektywy osoby, której mąż zalicza się do grupy nazywanej przez co elokwentniejszych obywateli „ciapatymi” (takie tam niewinne słówko od indyjskiego chlebka i takie użyteczne na wszystkich za białych na „czarny” i za czarnych na „biały), ale też z perspektywy osoby, która w życiu była niejednokrotnie nazywana i przezywana na różne sposoby, niekoniecznie były przyjemne (chociaż nie miały przecież u podstaw żadnego problemu ze mną, moim wyglądem ani pochodzeniem).
a Wy co myślicie?
PS. A tu wspomniany filmik, myślę, ze warto:
https://m.youtube.com/watch?feature=youtu.be&v=xwIfFRmJM0c

Jak sprawić, że facet będzie już zawsze chodził po zakupy w kilku prostych krokach.

1. Wybierz moment kiedy pracuje/gra/ogląda serial/po prostu mu się nie chce
2. Powiedz ze potrzebujecie czegoś ze sklepu
3. Jak już wyzna, że mu się nie chce/zaproponuje inny dzień, odpowiedz, że w sumie to masz ochotę się przejść
4. Wydaj absurdalną ilość kasy w znacznym stopniu na przekąski, które on lubi ale właśnie postanowił już ich nie jeść żeby nie grubnąć
5. Słuchaj jak oświadcza, że już nigdy więcej nie pozwoli ci iść na zakupy