Zarządzanie pieniędzmi (a związek mieszany)

Pieniądze stanowią na tyle częsty powód konfliktów w parze, że kłótnie o nie są wręcz przysłowiowe. Wynika to z faktu, że ludzie wchodząc w związek, wnoszą do niego swoje – często sprzeczne – oczekiwania, wyobrażenia, preferencje i sposoby funkcjonowania dotyczące wszystkiego: od zarządzania finansami, po sposób wieszania prania – a to pierwsze jest dla większości ludzi po prostu ważniejsze. I z tego powodu naprawdę warto przedyskutować dogłębnie temat przyszłego zarządzania pieniędzmi zanim podejmiemy Ważne Życiowe Decyzje.

Z racji swojej specyfiki, związki mieszane są narażone na konflikty na tle finansowym być może bardziej niż inne. Poglądy na temat zarabiania i wydawania pieniędzy (jak i na wiele innych rzeczy) zaczynają się bowiem kształtować już młodości w domu rodzinnym, a jak łatwo się domyślić: w różnych kulturach podejście do tego aspektu życia bardzo się różni.

Zawsze powtarzam, że człowiek po to ma rozum, żeby przeanalizować różne rzeczy, które mu wpojono i świadomie je przyjąć lub odrzucić, ale prawda jest taka, że nie każdy to robi. Dlatego wiążąc się z osobą wychowaną w innym kręgu kulturowym, warto być świadomym problemów z którymi możemy się zetknąć.

Jest wiele kultur, w których od dzieci (zwłaszcza mężczyzn) oczekuje się wspierania finansowo rodziców lub/i rodzeństwa – szczególnie młodszego i płci żeńskiej. W kulturze muzułmańskiej, z kolei, bardzo często mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie domu, podczas gdy kobieta swoje ewentualne zarobki zachowuje dla siebie (co dla mnie byłoby nie do przyjęcia, ale akurat chyba wielu Polkom się podoba, na zasadzie kontrastu do popularnego u nas modelu, w którym kobieta zarówno zarabia na dom jak i się nim zajmuje). Dodatkowo członek rodziny żyjący w Europie jest często postrzegany jako bogaty (nawet jeśli wcale tak nie jest, do czego nie każdy jest chętny się przyznać). Rodziny emigranta miewają rozbuchane oczekiwania materialne, a sam emigrant: poczucie, że powinien je zaspokajać. Czasem potrafi to przybierać dość skrajne formy: pieniądze wysyłane są w sekrecie przed żoną, listy życzeń obejmują nowe smartfony, telewizory i markowe ubrania, a wszystko to odbywa się kosztem nowej rodziny. Sprawa robi się jeszcze bardziej zagmatwana, gdy dodamy do tego, typowe ostatnio w Polsce, wielomiesięczne oczekiwanie na kartę pobytu umożliwiającą legalne podjęcie pracy, w którym to okresie facet raczej nie zarabia, co niekoniecznie jednak przeszkadza mu chcieć wysyłać pieniądze do domu. Nie mówiąc już nawet o sytuacjach, kiedy cała rodzina bierze udział w oszustwie wspierając wizowca, który łowi Europejkę, mającą stanowić źródło papierów i gotówki.

Te wszystkie rzeczy nie muszą być naturalne i oczywiste dla przeciętnej Polki. Kulturowo wpojona konieczność utrzymywania młodszych niepracujących sióstr, wspierania rodziców, czy obdarowywanie krewnych i znajomych królika masą prezentów przy każdej wizycie, niekoniecznie jest czymś domyślnym w naszym kręgu kulturowym. Nie zrozumcie mnie źle: nie mówię, że Polacy nie pomagają rodzinom, bo na pewno wiele osób pomaga, jednak presja oczekiwań może być nieco innego kalibru. 

I dlatego w związku multi-kulti tak ważne jest omówienie wizji zarządzania budżetem i nakreślenie jasnych, akceptowalnych dla obu stron zasad.

Wspominałam kiedyś, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem decydując się na wspólne zamieszkanie, było ogarnięcie równego i sprawiedliwego podziału obowiązków domowych. Drugą z takich rzeczy było opracowanie zasad i funkcjonowania domowego budżetu. Od tamtego czasu minęło z 6 lat i sporo się pozmieniało, przetestowaliśmy po drodze kilka różnych opcji w zależności od stopnia zaawansowania naszego związku i w efekcie udało nam się wypracować system, który według mnie jest optymalny dla wspólnego budżetu dwóch pracujących osób. Pozwala razem kontrolować wydatki, zapewnia przejrzystość i jasność, ale też pewien zakres niezależności. 

Oto przepis:

  1. Spis wspólnych wydatków. W tym kroku należy sporządzić listę wszystkich wydatków, które mamy zamiar ponosić razem: od czynszu, przez rachunki za media i internet, jedzenie, chemię domową, rozrywkę, oszczędności itd. To jest ten moment, kiedy trzeba przedyskutować do jakiego stopnia w ogóle chcemy połączyć nasze finanse.
    Od kiedy się pobraliśmy, a mój mąż przestał dzielić swój czas i inne zasoby między dwa kraje, zdecydowaliśmy się włączyć tu prawie wszystko (w końcu de facto uważamy wszystkie zarabiane pieniądze za wspólne) poza wydatkami na swoje hobby, wyjścia ze znajomymi, ciuchy i prezenty.
    Do tego wszystkiego, co planujemy wydawać, trzeba doliczyć kwotę, jaką chcielibyśmy miesięcznie razem odkładać.
  2. Podział. Gotową listę należy podzielić. My zdecydowaliśmy się na podział proporcjonalnie do zarobków: wydaje mi się on bardziej sprawiedliwy, ale oczywiście można skorzystać z opcji pół na pół czy jeszcze innej.
    Kwotę, która tu wyszła, każde z nas przelewa na wspólne konto na początku miesiąca.
  3. Część własna. Wszystko poza wartością uzyskaną w punkcie drugim stanowi budżet „własny”, którym każde dysponuje wedle uznania i z którego nie ma obowiązku się tłumaczyć. Umożliwia to nieskrępowane zakupy dowolnej natury bez stresu (ze strony) partnera, czy ewentualną pomoc rodzicom czy rodzeństwu, nieodbywającą się kosztem własnej rodziny. 
    W naszym przypadku najczęstszymi wydatkami w tej kategorii są prezenty dla siebie nawzajem, ciuchy i wyjścia ze znajomymi.
  4. Komunikacja i feedback. Wszystkie większe wydatki przegadujemy – szczególnie te, które wymagają odkładania pieniędzy przez jakiś czas. Razem planujemy też oszczędności celowe (czyli takie, których przeznaczeniem jest coś konkretnego: podróż, remont, większy zakup do domu itp.). Zazwyczaj konsultujemy się ze sobą także w zakresie większych wydatków „własnych”.
    Na koniec miesiąca robimy podsumowanie wszystkich rozchodów w stosunku do planu i na tej podstawie ewentualnie aktualizujemy na bieżąco budżet na kolejne miesiące. Do ogarniania tego wszystkiego służy nam koszmarnie skomplikowany arkusz Excel, który powstał w ścisłym umyśle Szalonego Naukowca.

To co z tym wysyłaniem?

Zapowiadałam, że jeszcze do tego wrócimy, więc proszę: temat wysyłania rodzinie pieniędzy przez Faceta z Importu, zawsze wzbudza sporo emocji i gorących dyskusji. Zdania zawsze są bardzo podzielone, usłyszymy na przykład: Żona i dziecko powinny być pierwsze; jak można matce nie pomóc; dawanie hajsu pazernym pasożytom jest nieakceptowalne; dla nich rodzina [pochodzenia] zawsze będzie najważniejsza; nie pozwalam na wysyłanie pieniędzy; gdyby mój facet oczekiwał, że przestanę pomagać mamie, musielibyśmy się rozstać.

Kto ma rację?
Wiążąc się z cudzoziemcem trzeba pamiętać, że jego ewentualna chęć wspierania finansowo rodziny jest zupełnie normalna. W wielu krajach system emerytalny jest bardzo słaby albo nie ma go wcale, podobnie z publiczną opieką zdrowotną. Dostęp do edukacji też bywa kosztowny, a udział kobiet w rynku pracy: kulturowo utrudniony. Twój chłopak czy mąż ma prawo chcieć pomagać rodzinie, zwłaszcza, że – jak wspomniałam wyżej – być może w kulturze, z której pochodzi jest to standard i jest to od niego oczekiwane. Ma prawo nawet chcieć mieszkać w klitce i jeść byle co, po to żeby wysyłać kilkaset euro miesięcznie do domu. Ma prawo chcieć wozić drogie prezenty, nawet tylko po to, żeby się pokazać.
Ale związek tworzą dwie osoby i obie muszą się w nim czuć dobrze. Inaczej to po prostu nie ma sensu.

Nie musisz się godzić na nic, co ci nie pasuje, w imię różnic kulturowych i tego, że „oni tak mają”.

Masz prawo mieć swoje potrzeby i masz prawo oczekiwać, że rodzina którą wy (s)tworzycie będzie na pierwszym miejscu. Masz prawo chcieć mieszkać wygodnie, jeść smacznie, a nawet chodzić an randki i wyjeżdżać na wakacje. Nazwijmy takie oczekiwania naszą kulturą.

Jest wiele rodzin, które nie mają żadnych oczekiwań materialnych, a wręcz pomagają dzieciom na emigracji. Są takie, które mają problemy finansowe, zdrowotne itd, a są i takie, które po prostu chcą kasy i przedmiotów, na które mogłyby zarobić same. Są faceci (lub kobiety) z importu, którzy nic nie dają, są tacy, którzy robią to czasami i tacy, którzy robią to często i szczodrze. Analogicznie: są partnerki (partnerzy), które chętnie się angażują się w takie wsparcie i osoby kompletnie temu przeciwne.
Widzicie już do czego zmierzam? Czasem te dążenia po prostu są nie do pogodzenia. Można dyskutować, kto ma rację, porównywać kupowanie mamie leków lub siostrze smartfona z zabieraniem żony na randkę i przerzucać się rożnego rodzaju argumentami. Problem w tym, że nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyne co można zrobić to poznać potrzeby i plany drugiej osoby i próbować wypracować rozwiązania, które zadowolą oboje.

Ewentualnie znaleźć kogoś bardziej kompatybilnego.

Na Kozetce z Oszustem – Po drugiej stronie

Po opublikowaniu dwóch poprzednich postów (KLIK i KLIK) na temat internetowych oszustów, otrzymałam trochę komentarzy wyrażających wątpliwości, czy ktokolwiek się w ogóle łapie na takie przekręty. Dlatego dziś w ramach Kozetki chciałabym Wam przedstawić drugą stronę medalu, czyli historię kobiety, która padła ofiarą wizowca-naciągacza. Moja imienniczka Basia odezwała się do mnie po ostatnim Kozetkowym wspisie i zgodziła się opowiedzieć swoją historię ku przestrodze.

Bardzo ci dziękuję, że zgodziłaś się podzielić swoją historią! Jestem przekonana, że w ten sposób mamy szansę uchronić kogoś przed poważnym życiowym zakrętem. Zacznijmy może od samego początku, czyli jak to się wszystko zaczęło?

Zaczęło się od tego że nigdy nie byłam kochana i doceniana. Czym jest rodzicielska duma i miłość dowiedziałam się dopiero gdy sama zostałam mamą. Czym jest miłość partnera? Wciąż nie wiem. Byłam niedowartościowaną kobietą, niekochaną, smutną… A kiedy go poznałam, dodatkowo nie byłam w najlepszej kondycji psychicznej: świeżo po rozwodzie z mężem, dla którego byłam nikim.

Więc gdy pojawił się ktoś, kto mówił, jaka jestem cudowna i wspaniała, to popłynęłam. Czy byłam głupia i naiwna? Na pewno nieszczęśliwa.

On pochodził z Indii – muzułmanin, mieszkający na Cyprze. Rozwiedziony z mieszkanką tego kraju, z kończącą się wizą [o tym jednak Basia przekonała się znacznie później]. Zaczepił mnie na Facebooku. To były zwykłe rozmowy typu: „hej, jak ci minął dzień?”

Czyli taki standard, mnóstwo kobiet (a przynajmniej moich czytelniczek) dostaje takie wiadomości.

Tylko, że to trwało długo, nie jak to bywa typowo: kilka dni czy tygodni i wyznania miłości. Dopiero po kilku miesiącach zaczęły się komplementy – nikt nigdy mnie nie komplementował, to była nowość. Lubiłam te rozmowy, cieszyłam się że używam języka angielskiego, poza tym on był kucharzem, więc coraz dłużej i więcej rozmawialiśmy o mojej pasji do gotowania i uwielbieniu dla kuchni indyjskiej. Nie wiem, kiedy nagle stał się kimś ważnym… Budował zaufanie pomalutku. Wydaje mi się, że wybadał, o czym marzę i moje marzenia wykorzystał do swoich celów. Był w tym cholernie dobry.

Basia i Hasan [imię zmienione] rozmawiali ze sobą jakieś półtora roku, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Stopniowo zaczęli snuć plany na przyszłość: myśleli o założeniu wspólnego biznesu – indyjskiej restauracji w Polsce. Basia miała oszczędności, które była gotowa zainwestować:

Byłam po rozwodzie i bez pracy, więc w którymś momencie padł taki pomysł. To było bardzo naturalne i wtedy nie wzbudzało moich podejrzeń. I był to w sumie dobry pomysł. On szukał pracy, pracował w hotelu w restauracji, ja miałam oszczędności, powiedział, że mi pomoże, że razem będzie łatwiej.

Mówisz, że wtedy to nie wzbudziło twoich podejrzeń, ale teraz widzisz wszystko z innej perspektywy. Czy na tym etapie pojawiło się coś, co dziś określiłabyś jako sygnały alarmowe?

Pierwszy sygnał ostrzegawczy: ty robisz wszystko on nic, oprócz użalania się nad sobą. Mówi dużo o tym, że kocha i zrobiłby wszystko dla ciebie, no ale nie może. Ale jak już ty zrobisz swoją robotę to on ci wtedy gwiazdkę z nieba da.

Czyli oczekiwał, że to ty będziesz wykładać kasę?

Że wyłożę kasę, otworzę restaurację, załatwię mu pozwolenie na pracę. I weszłam w to. Machina ruszyła. Miejsce, wyposażenie – wszystko co było związane z restauracją robiłam ja sama, nikt mi nie pomagał. Był wynajęty lokal, wydzierżawiony sprzęt, papierkowa robota, etc…. ale termin wizy się kończył. Gdy nie dostałam pozwolenia na zatrudnienie go, a co za tym idzie: nie było mowy o wizie pracowniczej, zaczął nalegać na ślub. Naciskał, że jeśli go kocham, to powinnam za niego wyjść za mąż i wtedy on będzie mógł przylecieć do Polski, być ze mną i razem będziemy prowadzić restaurację. Nie byłam skora do małżeństwa, ale jeśli chciałam uchronić jego i zalążki restauracji musiałam zdecydować się na ślub.

Jednak do niego nie doszło. Dlaczego?

Nie dopełniłam wszystkich formalności. Nie jestem pewna czy całkiem świadomie i celowo, ale nie postarałam się na 100% załatwiając dokumenty. Myślę, że ostrzegła mnie wtedy intuicja. W każdym razie poleciałam, na miejscu udałam głupią blondynkę i wróciłam bez zmienionego stanu cywilnego. A on musiał wrócić do Indii.

Proponował ci żebyś z nim pojechała?

Tak, chciał żebym tam przyjechała, bo tylko tam mogliśmy wziąć ślub. Nie miał wizy więc nie mógł się stamtąd wydostać. I wtedy też pokazał swoją prawdziwą twarz.

I jak ona się objawiła?

Miał pretensje że nic nie robię, nalegał żebym przyjechała do Indii. Ja nie chciałam tam lecieć: taki wyjazd to kilka tygodni, a ja nie chciałam zostawiać dziecka, choć on na to naciskał. Poza tym nie ufałam mu aż tak i bałam się że nie wrócę. Poprosił mnie też wtedy o 3000 dolarów żeby opłacić kogoś kto pomógłby mu stamtąd wyjechać – ja nie zgodziłam się na wyjazd do Indii i ślub, więc próbował innych sposobów żeby wrócić do Europy.

Wysłałaś?

Tak. Wmanipulował mnie w poczucie winy. Wysyłał mi zdjęcia pokazujące w jakich warunkach żyje – czyli biedy. No i wysłałam. Wiem: głupio. Było minęło.

I faktycznie wykorzystał je żeby wrócić do Europy?

Nie. Jeszcze ze dwa lata temu gdzieś mnie odnalazł – nie wiem, jak bo Facebooka nie mam, a na Instagramie nie ma mojego imienia i nazwiska – i pisał że go oszukałam. Wnioskuję z tego, że utknął w Indiach. Czy znalazł kogoś innego i udało mu się wyjechać z Indii? Szczerze? Mam nadzieję, że nie.

Wracając jeszcze do twojego dziecka: jak on w ogóle przyjął informację o nim?

Bardzo dobrze, nie miał nic przeciwko. Deklarował, że będzie je kochał, wielbił i w ogóle. Oczywiście na końcu wyszło na to, że lepiej, żeby go jednak nie było, bo przez nie nie mogę przyjechać. Nalegał, żebym jednak je zostawiła i przyjechała. A ja jestem lwica, moje dziecko to moje życie, więc tu był już koniec dla mnie wszystkiego.

A jak to wyglądało z drugiej strony? Jak na wiadomość o twoich planach (kiedy jeszcze istniały) zareagowała twoja rodzina i przyjaciele?

Moja rodzina mówiła że zwariowałam, ale mieszkam na tyle daleko od nich, że się tym  nie przejmowałam. A przyjaciele byli przy mnie. To tacy przyjaciele z rodzaju na dobre i złe. Teraz czasem się z tego śmiejemy.

I nie mieli żadnych obiekcji, czy po prostu nic nie mówili?

Martwili się, czy nie będę cierpieć i czy nie zostanę oszukana, mówili bym się zastanowiła, przemyślała. Ale dla nich to było takie egzotyczne.  A ja się na Cyprze uczyłam się gotować, uczył mnie kucharz jednego z lepszych hoteli. To naprawdę wtedy nie wyglądało na typowe naciąganie.

Wspomniałaś wcześniej o pierwszym sygnale ostrzegawczym. Powtórzmy go dla przypomnienia:

ty robisz wszystko on nic, oprócz użalania się nad sobą. Mówi dużo o tym,że kocha i zrobiłby wszystko dla ciebie, no ale nie może.

Jakie jeszcze sygnały zauważyłaś?

Najważniejszy to chyba cała ” procedura ślubu”. Wtedy nic o tym nie wiedziałam, nie miałam pojęcia jakie są obowiązki muzułmanina względem przyszłej żony, jakie kobieta ma prawa – a są one inne niż w kulturze europejskiej. Gdybym wiedziała to wszystko co wiem teraz nie wydałabym ani złotówki. Teraz to bym się nawet upierała na ślub w meczecie i zadbała porządnie o siebie w kontrakcie. Nie brzmi to zbyt romantycznie… no ale trudno, lepiej żeby było pragmatycznie niż romantycznie i dramatycznie

Czyli niezależnie od ślubu cywilnego naciskałabyś na nikah i porządny kontrakt, jako coś co dowodziłoby jego intencji?

Tak. Jak kocha szczerze to się zgodzi. Jak nie… to coś kombinuje

Czy wtedy w ogóle wiedziałaś, że jest coś takiego jak nikah i kontrakt?

Nie miałam pojęcia, jak to wszystko działa.

A on był wierzący?

Tak. Chodziłam z nim nawet do meczetu

Na tyle, na ile znałaś jego i jego religijność, z dzisiejszej perspektywy, sądzisz, że to było dziwne, że nie wspomniał nic na temat ślubu religijnego?

Teraz tak. Wtedy myślałam, że jako chrześcijanka nie mogę. Opierałam się na tym, co on mówił, powiedział, że moglibyśmy, ale to jest skomplikowane, bo nie jestem muzułmanką. A ja nie mogłam znaleźć zbyt wielu informacji, nie mogłam znaleźć w Internecie jakichś konkretnych wskazówek. Nie było tylu blogów co teraz, nie mówiło się o tym tyle co teraz.

To prawda. Pamiętam, że jak ja się męczyłam ze swoim byłym, to w ogóle nic nie było na te tematy. I dlatego teraz robimy to co robimy. Żeby było.

No właśnie.

Masz jakieś rady dla kobiet, które zawierają takie potencjalnie romantyczne znajomości w sieci?

Przede wszystkim warto podkreślić że zawieranie znajomości przez Internet z obcokrajowcem jest obciążone możliwością bycia oszukaną. I że mimo wszystko trzeba mieć dystans. Wszystkiego nie da się przewidzieć i zaplanować, ale trzeba maksymalnie myśleć o sobie i swojej przyszłości. Nie zawsze też wszystko dzieje się szybko, na moim przykładzie widać że może trwać dwa lata, a pewnie są przypadki że i dłużej.

Po drugie: poznać rodzinę – chociaż to też niczego nie gwarantuje bo rodzina może pomagać w oszustwie. Dobrze jest też znać swoje prawa jako żona, poznać kulturę kraju z jakiej wywodzi się przyszły mąż.

Wiem! Wiem, o czym jeszcze trzeba koniecznie napisać! O szantażowaniu!

O szantażowaniu?

Jesteśmy dorośli, więc możemy o tym napisać. Wiadomo, że te internetowe znajomości przybierają różną formę. Sex online, fotki… Goście po jakimś czasie proszą o zdjęcia, coraz śmielsze, często nagie. A potem mogą szantażować, że kobieta ma zrobić to i to, bo inaczej on opublikują jej zdjęcie, wyśle do rodziny, przyjaciół… itd. Mnie to nie spotkało, dlatego nie bałam się skończyć tego wszystkiego – on nic na mnie nie miał. Ale coś podobnego zdarzyło się mojej koleżance. Facet wstawiał jej zdjęcia na portale.

Więc, jeśli już wysyłać to zdjęcia bez twarzy i znaków dzięki którym można by być rozpoznanym

Świetna i bardzo cenna rada, która zapewne przydałaby się też połowie nastolatek na świecie… Czy jest coś jeszcze na co uczuliłabyś inne kobiety?

Myślę że kobiety samotne, po rozstaniu są łatwiejsze do ” upolowania”. No wiesz: te niewierzące w siebie, swoje możliwości, z ciężką przeszłością. Wizja uratowania kogoś i miłości do grobowej deski jest kusząca. Poza tym jesteś tą jedną jedyną, wyjątkową, piękną, mądrą, tylko ty możesz mu pomóc – nikt inny… I tak wpadasz po uszy. I najczęściej wtedy nie słuchasz głosu rozsądku. Ani przyjaciół – bo co oni wiedzą, a ty przecież masz misję

Bardzo ciekawe! Ten aspekt ratowania nie przyszedł mi wcześniej do głowy.

A ja myślę że to ma duże znaczenie. Pomyśl: kobieta nagle jest potrzebna, niezbędna, czuje się doceniona i realnie może komuś pomóc, uratować. Szara myszka ratuje świat.

…a przynajmniej: mężczyznę który uratował ją od samotności

Oooo właśnie. I żyli razem długo i szczęśliwie

A propos „żyli długo i szczęśliwie”. Od tamtych wydarzeń minęło 8 lat. Ułożyłaś sobie życie?

Teraz znam swoją wartość. Jestem szczęśliwa i spełniam się w życiu. Moja historia to też historia, która pokazuje, że szczęście mamy w sobie a nie w innych: nasza siła jest w nas a nie w innych. Jesteśmy wyjątkowe, silne i cudowne nie dlatego że ktoś się nami interesuje, ale dlatego że jesteśmy wartością samą w sobie. Jesteśmy życiem, ostoją, pełnią. To nie mężczyzna nas definiuje, bo my jesteśmy definicją początku i końca. Mamy ogromną siłę która przez wieki była tłumiona.

Bardzo ładny wniosek na koniec. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią!

 


Zanim skomentujesz, bardzo proszę: weź pod uwagę, że moja rozmówczyni dużo z siebie dała żeby podzielić się swoją historią i spróbować ustrzec inne kobiety przed sytuacją, której doświadczyła. Pamiętaj, że to ona jest tu ofiarą.


Jeśli też chciałabyś się podzielić swoją historią, możesz się ze mną skontaktować na Instagramie lub Facebooku, a w poprzednim poście, pod tekstem, jest też skrzynka kontaktowa, jeśli wolisz drogę mailową.

Język w związkach mieszanych

Jeśli zapytać ludzi, co według nich jest najważniejsze dla dobrego funkcjonowania związku, pada wiele różnych odpowiedzi, ale jedną z najczęstszych jest komunikacja. I to jest prawda – skuteczna, konstruktywna komunikacja, która nie tylko pozwala nam poznać drugą osobę, ale także budować więź i rozwiązywać konflikty, to absolutna podstawa – nie tylko w związku, ale w ogóle w relacjach międzyludzkich.

Jest wiele błędów, które ludzie popełniają w procesie komunikacji i które powodują między nimi problemy. Żeby wymienić tylko kilka: brak skupienia na rozmówcy, nadmierne uogólnienia (zawsze, nigdy), komunikaty typu ty a nie typu ja (ty nigdy niczego nie proponujesz  zamiast chciałabym żebyś coś zaproponował), komunikacja ad personam zamiast skupiania się na zachowaniach, przerzucanie się winą, brak szacunku, niesłuchanie partnera, brak dbałości o precyzję wypowiedzi, oczekiwanie, że druga osoba sama się domyśli o co nam chodzi – lista jest długa.

To na czym ja chciałabym się dziś skupić to zupełnie inna sprawa. Komunikację można ćwiczyć i rozwijać, ale podstawowym warunkiem żeby w ogóle miała ona szansę zaistnieć na poziomie werbalnym jest wspólny język. Sprawa oczywista i naturalna dla większości, ale nie dla par mieszanych.

Jeśli by mnie ktoś spytał o zdanie (nikt nie pyta, ale to mój blog więc i tak się wypowiem), komunikacja jest jedną z największych pułapek jeśli chodzi o związki mieszane, w których przypadku zazwyczaj przynajmniej jedna strona nie korzysta z języka ojczystego. A często i obie. Nie musi to oczywiście z definicji oznaczać problemów, ale powiedzmy to wprost:

pewien  poziom znajomości wspólnego języka jest po prostu niezbędny aby móc nawiązać relację na głębszym, intelektualnym poziomie.

My z Szalonym Naukowcem od samego początku porozumiewamy się po angielsku. Stopniowo dochodzi coraz więcej polskiego, zbudowaliśmy też przez lata taki nasz własny język, ale jednak bazą jest angielski. Oboje także pracujemy w tym języku i znamy go na poziomie C1+, czyli można powiedzieć: płynnie. A jednak zdarzają się momenty, w których odczuwam dyskomfort wynikający z braku stuprocentowej swobody w oddawaniu pewnych subtelności i niuansów, które mogłabym bez kłopotu wyrazić po polsku. Oczywiście potrafię bez problemu przekazać to co chcę, ale czasem muszę zrobić to w inny (dłuższy, bardziej opisowy sposób) niż bym chciała. A to też wpływa na dynamikę interakcji – zwłaszcza kłótnia może stracić trochę na impecie. A kto by tego chciał, prawda?
I to mnie uwiera jak kamyk w bucie.

Czasem natykam się w internecie na fragmenty komunikacji po angielsku różnych par i szokuje mnie to co widzę. Nie będę tu przytaczała przykładów, ale

szczerze wątpię, że można dobrze i głęboko poznać drugą osobę razem z jej światopoglądem, opiniami i przemyśleniami posługując się językiem na poziomie średnio-zaawansowanym i mieszając podstawowe czasy, tryby i słówka.

Wiem, że niektórzy by się ze mną nie zgodzili. Wiem, że są osoby, które uważają, że gramatyka nie ma aż takiego znaczenia (nieważne czy powiem I love you very much czy I very love you – i tak wiadomo o co chodzi), że świetnie się dogadują pomimo mielizny językowej bo najważniejsza jest miłość albo on mnie rozumie bez słów. Ewentualnie przecież jest google translator. (Serio, próbowaliście kiedyś gadać z kimś, kto używa google translatora? Ja próbowałam i mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o rozumienie, co autor miał na myśli to jest to w sporym stopniu zgadywanka).

No ale nie. Dopóki gadamy o pierdołach, o tym kto lubi jakie danie albo jakie lody – spoko. Jeśli jednak rozważamy bycie z kimś i wspólną przyszłość, rozmowa w której czas przyszły miesza się z przeszłym a tryb przypuszczający z oznajmującym po prostu nie jest wystarczająca. Już nawet nie wspominając o tym jak zasób słownictwa na poziomie czterech czy pięciu tysięcy ma się do bogactwa i złożoności ludzkich myśli. Nie da się rozmawiać o wartościach i ideach mówiąc Kali jeść, Kali pić, a samo habibi ajlowju to jednak słaby fundament relacji na całe życie.

A gramatyka i słownictwo to przecież dopiero podstawa, język niesie ze sobą całą masę tonów, subtonów, kontekstów kulturowych, podtekstów i tak dalej. To samo zdanie (nawet poprawnie zrozumiane), może mieć całkiem inny wydźwięk w dwóch różnych językach. Takie subtelności są wystarczająco trudne i same w sobie wymagają pewnej ostrożności, szacunku, otwartości na drugą osobę i brania pod uwagę dość sporego marginesu błędu. Trzeba ciągle mieć na uwadze (jeszcze bardziej niż w języku ojczystym), że rozmówca może mieć na myśli co innego niż my, że jego interpretacja może być całkiem odmienna od naszej. Na przykład mój mąż uważa za niezwykle urocze nazywanie mnie My Little Pumpkin. A dla mnie Moja Mała Dyńko  nie brzmi ani trochę uroczo…
W każdym razie, to jest dość trudne samo w sobie, bez biegłości w narzędziach jakimi są słownictwo i gramatyka naprawdę za daleko się nie dojdzie.

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze tego wszystkiego nie wiedziałam, miałam chłopaka z innego kraju. Już parę razy na pewno czytaliście o tym toksycznym związku, chociażby tu. Poza wszystkim innym szwankował on dość mocno (związek, nie były, chociaż on też) na poziomie językowym. Podam Wam przykład do jakich absurdalnych sytuacji dochodziło z tego powodu:

On oczekiwał, że czegoś tam się domyślę. Ja się naturalnie nie domyśliłam i chciałam mu powiedzieć że przecież nie jestem wróżką żeby się domyślać. Nie znałam jednak/nie pamiętałam jak jest „wróżka” więc w ferworze sporu zastąpiłam to słowo pierwszym jakie mi przyszło do głowy czyli prophet. Dla mnie miało to sens, natomiast mój (muzułmański) chłopak potwornie się oburzył. Kłóciliśmy się dość długo zanim w ogóle zrozumiałam, że jemu chodzi o to, że powiedziałam coś negatywnego o Proroku…
Tak, to jest dobre miejsce na facepalm.

Podsumowując. Język jest superważny! Jasne, to rzecz nabyta, zawsze można się go nauczyć, douczyć, podszkolić i ogólnie rozwinąć (to świetnie, że nowa znajomość motywuje do rozwoju!). Ale podejmowanie decyzji o wymiarze życiowym (jak ślub) zanim to nastąpi naprawdę nie jest dobrym pomysłem.

Na Kozetce z Oszustem – odcinek 1.

Nie wiem, czy wiecie, ale mam nowe hobby, które zaczęłam rozwijać w czasie pandemii. Nie, nie chodzi o pisanie bloga 😉 Otóż zajmuję się  rozmowami z wizowcami, naciągaczami, oszustami i różnymi innymi szemranymi typami. 

A skoro blog właśnie przeszedł metamorfozę, postanowiłam z tej okazji uruchomić nową sekcję: Na Kozetce z Oszustem.

O co tu w ogóle chodzi?

Jak pewnie do wielu z Was, czasami odzywają się do mnie panowie z różnych stron świata. A ja im odpisuję/ Czemu to robię? Nazwijmy to prowadzeniem badań.
Niektórzy chcą tylko pogadać, ale mam nieodparte wrażenie, że większości z nich przyświeca konkretny cel. Czy to będzie „zabawienie się” (choćby i wirtualne) z Europejką, nadzieja na wizę, typowy przekręt na kasę, a może jeszcze coś innego? To okazuje się zazwyczaj dość szybko w trakcie rozmowy. Dla mnie po tylu latach w tej tematyce, są to rzeczy oczywiste, natomiast zauważyłam, że wiele kobiet łatwo wpada w sidła zastawiane przez takich mężczyzn*. Dlatego postanowiłam zebrać w jednym miejscu listę sygnałów alarmowych, opisy różnych technik i strategii przez nich stosowanych i studia przypadków. Mam nadzieję, że części Czytelników dostarczy to po prostu rozrywki, ale może niektórym da też do myślenia. Może nawet uda mi się uchronić jakąś kobietę przez zmarnowaniem czasu (lub gorzej)? Byłoby super.
*nie tylko faceci uskuteczniają takie działania, jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą właśnie z ich strony – z tego powodu, dla wygody, będę się trzymała rodzaju męskiego

Mam nadzieję, że że zapisy moich przygód dostarczą wam rozrywki, a może niektórym dadzą do myślenia. Z myślą o tych osobach, zaznaczyłam na kolorowo pewne typowe sygnały, które w mojej subiektywnej ocenie stanowią sygnały alarmowe. Oczywiście jeśli się nie zgadzacie, albo widzicie ich więcej: dawajcie znać.

No to zaczynamy

Bohater pierwszego odcinka, nazwijmy go David, pojawił się w moim życiu zanim wpadłam na pomysł na stworzenie tego cyklu, więc na początku nie przyszło mi do głowy robienie screenshotów. Nie spodziewałam się też, że będą mu blokowali konto i w efekcie czat zniknie (na facebooku nie znika, skąd mogłam wiedzieć,że na IG owszem?), a ja nie będę mogła do niego wrócić żeby uwiecznić co ciekawsze fragmenty. Na szczęście chociaż punkt kulminacyjny już się zachował.

No ale nie uprzedzajmy faktów.


Etap 1. Zapoznanie

Faza pierwsza czyli nawiązanie kontaktu. Czasami zaczyna się to wiadomością typu Hej, czasami dłuższym wstępem nawiązującym do czegoś w twoim profilu, a czasami zaproszeniem na facebooku. 

Odezwał się do mnie na Instagramie. W profilu miał 6 zdjęć typu rodzinne: z dziećmi i z kobietą, która mogłaby być pewnie żoną. Do tego żadnych obserwowanych i obserwujących. Na samym początku napisał dość długą wiadomość przedstawiającą: powiedział, że jest z pochodzenia Turkiem, ale mieszka na Forydzie oraz że jest wdowcem z dziećmi,  rozpisał się o tym, że jest samozatrudniony i dał do zrozumienia, że finansowo stoi tak dobrze, że może pozwolić sobie na realizowanie tylko wybranych zleceń. Nie podał przy tym żadnych szczegółów swojego zajęcia. Dodał za to, że jest wierzącym chrześcijanem.
Zaczął od zwykłej gadki-szmatki. Pytał jak mi minął dzień, skąd jestem, jak mam na imię, jakie mam hobby i  – kilkakrotnie – która u mnie jest godzina. Na tym etapie nie działo się nic ciekawego poza tym, że jak na mieszkańca Florydy miał zdecydowanie dziwne godziny aktywności w internecie.

Wyjaśnijmy sobie teraz szybko czemu zaznaczyłam na fioletowo akurat te fragmenty:

  • Brak obserwujących i obserwowanych sugeruje fejkowe konto;
  • Z jakiegoś powodu wdowieństwo to stan cywilny niezwykle popularny wśród oszustów – myślę, że wzbudza większe zaufanie i instynkty opiekuńcze albo usypia czujność;
  • Jeśli ktoś funkcjonuje kompletnie poza strefą czasową w której teoretycznie mieszka, warto się zastanowić, czy aby na pewno mieszka tam gdzie mówi.
Etap 2. Grooming

Faza groomingu to działania mające na celu (szybkie) zbudowanie więzi i przywiązanie ofiary. Ma to naturalnie służyć zwiększeniu jej podatności na  wpływy i zmniejszeniu ewentualnych oporów w przyszłości. Najczęściej ten etap obejmuje takie rzeczy jak zwierzanie się ze smutnych historii i sekretów, komplementy, wyznania uczuć, okazywanie troski. Mogą się też pojawić pierwsze, bardzo drobne prośby, które łatwo bez problemu można zrealizować . Jest to metoda w psychologii społecznej zwana „stopą w drzwi”.

Zanim przeszliśmy do tej fazy, David zniknął. Po kilku dniach odezwał się znowu – z innego konta. Na nowym koncie miał te same zdjęcia, podobny nick i znowu zero obserwowanych i obserwujących. Powiedział, że na tamto ktoś mu się włamał.  Potem przeszedł do rzeczy i ni z tego ni z owego zaczął pisać mi jak bardzo mnie kocha, jak myśl o mnie osładza mu całą egzystencję, jak czekał na mnie całe życie i jak nie wiedział co to miłość dopóki mnie nie poznał (sic). Na tym etapie nazywał mnie swoją królową, swoją miłością i paroma innymi tego typu zwrotami. Potwornie nie lubię taniego sentymentalizmu i egzaltacji, ale już przeczuwałam, że temat rozwinie się w interesującym kierunku, dlatego znosiłam to cierpliwie ograniczając się do powtarzania co jakiś czas, że jednak nie życzę sobie być tak nazywana, nie jestem żadną królową ani również jego przyjaciółką (jak grochem o ścianę). Ten etap znowu trwał 2-3 dni (na szczęście ze zmienną intensywnością, bo mogłabym nerwowo nie wytrzymać takiego natężenia wyznań).
Swoją drogą jak na osobę mieszkającą w USA od 15 lat robił bardzo interesujące błędy językowe. 

  • Rzekome włamywanie się na konto jest raczej po prostu blokowaniem go lub usuwaniem przez portal;
  • Miłość to nie jest coś co przychodzi po kilku dniach pogawędek czy to online. Zwłaszcza takich raczej płytkich. Zauroczenie – może. Zakochanie – ewentualnie. Zasypywanie praktycznie obcej kobiety powtarzanymi do znudzenia (mimo jej niechęci) słodkich do zemdlenia wyznań uczuć świadczy w najlepszym razie o poważnych zaburzeniach emocjonalnych;
  • Może jestem przesadzam, ale błędy językowe (zwłaszcza nie na wysokim poziomie gramatyki czy słownictwa) w przypadku osoby, która twierdzi, że mieszka w danym kraju kilkanaście lat i prowadzi w nim biznes – budzą moją nieufność. 
Etap 3. Inna strategia groomigu

W końcu nastąpiła zmiana frontu (uff), temat wiecznej miłości kompletnie zanikł, zastąpiony przez pogawędki o niczym. Pojawiły się (nie pierwszy raz z resztą) prośby abym podała mu numer telefonu lub maila abyśmy mogli przejść na WhatsApp lub Hangout. Domyślam się, że ciągłe hackowanie (zgłaszanie i blokowanie) konta musi być bardzo upierdliwe. 
W jakimś momencie zapytał, jak spędzam weekend. Strasznie żałuję, że nie przyszło mi do głowy zrobić screenów. Na szczęście zapamiętałam jeden dialog, brzmiał mniej więcej tak:
– What are you doing today?
– I’m travelling
– Where?
– To the countryside
– Is that the name of the place you went to?
W kolejnych wiadomościach okazało się, że to pytanie nie było takie całkiem przypadkowe/kurtuazyjne – dowiedziałam się, że David marzy o tym aby spędzić kolejny weekend ze mną. No tak bardzo tego pragnie, że proponuje żebym do niego przyjechała już w najbliższą sobotę! W końcu to tylko 9 godzin lotu! Nie pytajcie mnie skąd wziął pomysł, że tyle trwa przelot z Polski na Florydę. Widząc mój brak entuzjazmu zapowiedział, że jak ja nie przyjadę, to on to zrobi – czy tylko aby na pewno się nim zaopiekuję?? W końcu przyjedzie specjalnie dla mnie.

Tak strasznie chciał spędzać ze mną czas, że aż z tego wszystkiego zamilkł na kilka dni. Już myślałam, że cały czas, który zainwestowałam w tę rozmowę okaże się zmarnowany. Ale jednak….

Akt 4. Punkt kulminacyjny

Czyli moment, w którym mniej lub bardziej bezpośrednio wychodzą na jaw prawdziwe intencje lub prawdziwa natura naszego bohatera.

W końcu David napisał do mnie znowu. Z kolejnego konta (znowu te same zdjęcia i podobny nick) mówiąc, że tamto ostatnie też padło ofiarą hackera. Pech prawda? Być tak ciągle atakowanym przez hackerów.

Tym razem przeszedł od razu do rzeczy. Mianowicie zwierzył mi się z obaw o swoje inwestycje. Opowiedział, że właśnie miał zainkasować całe 980 000 USD, za które to pieniądze miał zamiar wynająć jeta żeby do mnie przylecieć (sic!), ale – wyobraźcie sobie! – przez ten COVIDowy lockdown coś poszło nie tak i teraz potrzebuje pilnie 35 000 USD na opłaty zanim będzie mógł odebrać swoje pieniądze (i przylecieć do mnie tym jetem, oczywiście). No a biedny ma tylko 11 500 dolarów. I czy ja nie mogłabym mu pomóc, bo przecież wiem, że mogę mu ufać. I jego dobremu sercu.

Z resztą zobaczcie sami

Mimo mojej odmowy (niestety nie zachowała się moja cała odpowiedź. Wybaczcie! Obiecuję, że w przyszłości będę bardziej przygotowana!) David się nie zniechęcił – strzelił co prawda lekkiego focha, ale już dzień czy dwa później mu przeszło.

Co ciekawe ilość śmiesznych błędów językowych w tym momencie zauważalnie wzrosła.Wróciliśmy znowu do wyznań miłosnych, ja ponownie awansowałam na królową, a rozmowa ciągnęła się w tym stylu jeszcze jakiś czas. W końcu dowiedziałam się, że biedak nie będzie mógł spać dopóki nie dam mu poprawnej odpowiedzi (correct answer – sic). Na stwierdzenie, że jeśli moje odpowiedzi mu się nie podobają, to jego problem, obraził się już poważniej.

Może tego nie widać na screenach, ale pomiędzy moim Good bye, a jego kolejnymi wyzwaniami minęło dobrych kilka godzin. Nie odpisałam. Wyciszyłam czat. Zgłosiłam konto.

Nastała cisza.

Kilka dni później zajrzałam do historii konwersacji chcąc się upewnić, że porobiłam wszystkie potrzebne screeny, ale czata już nie było…

Czy spotkamy się jeszcze z Davidem? Być może.


Wypatrujcie kolejnych odcinków serii Na Kozetce z Oszustem

Jeśli masz za sobą doświadczenia z wizowcem lub innego rodzaju oszustem i chciałabyś się nimi podzielić, koniecznie się do mnie odezwij przez formularz poniżej.
Jeśli natomiast chcesz po prostu skomentować posta: okienko do komentarzy jest jeszcze trochę niżej

Czym związki mieszane różnią się od niemieszanych?

Tyle czasu już piszę o związkach mieszanych na wszelkie możliwe sposoby i od każdej możliwej strony – dziś pora na refleksję na temat tego czym związek mieszany różni się od niemieszanego?

Zauważyłam, że wiele osób wyobraża sobie tego typu relacje jako z definicji bardzo trudne, wymagające ciężkiej pracy, poświęceń, wyrzeczeń, rezygnacji z siebie, pełne problemów, konfliktów i zgniłych kompromisów. Nie zrozumcie mnie źle, faktycznie może tak być – ale po pierwsze nie musi, a po drugie, tak samo może być w każdej innej relacji. Bo związek mieszany to taki sam związek jak każdy inny. Może być szczęśliwy i nieszczęśliwy; udany i nieudany; rozwijający i podcinający skrzydła; spokojny i pełen konfliktów. Budują go dwie różne osoby, o różnych charakterach, doświadczeniach, z różnym bagażem. Mogą do siebie pasować, mogą się bardzo różnić – i tyle. Wszystko zależy od tego, czy dobrze się dobrały, czy nie – i jak z ewentualnym niedopasowaniem sobie radzą. I to jest cała filozofia.

Każdy człowiek ma swoje tradycje, przyzwyczajenia, sposoby funkcjonowania, nastawienia, opinie, wartości, światopogląd. Czasami trafiamy na osoby kompatybilne pod tymi względami, a czasami nie. Z pozoru wydaje się, że łatwiej o poznanie kogoś podobnego w ramach tego samego kraju, czy kręgu kulturowego – i pewnie na poziomie globalnym, uśredniając, nie jest to całkiem błędne założenie. Ale pamiętajmy o tym, że prawidłowości obserwowanych w skali makro, w skali grup, społeczności czy społeczeństw, nie należy przenosić na poziom jednostkowy.
Chociażby my: ja wychowałam się w Polsce, mój mąż w Maroku, a naszą kompatybilność oceniam na jakieś 90%. Wyznajemy te same wartości, mamy zbliżony światopogląd, dzielimy opinie na wiele ważnych tematów. Dla porównania: wcześniej miałam dwóch chłopaków z Polski i jednego z innego kraju i z każdym z nich więcej mnie dzieliło niż łączyło.
Naprawdę wierzę, że dobre dobranie się z partnerem to już połowa sukcesu jeśli chodzi o szczęśliwy związek. Dużo przecież łatwiej żyć wegance z wegetarianinem, niż z facetem, który nie wyobraża sobie posiłku bez mięsa, a w wolnych chwilach lubi polować, prawda? To samo dotyczy innych istotnych wartości czy stylu życia. Ja na przykład nie mogłabym żyć z człowiekiem o silnie konserwatywnych przekonaniach, przywiązanym do tradycyjnego modelu rodziny: niezależnie od tego czy pochodziłby z Polski, Francji czy Maroka. Jest wiele kobiet, które właśnie takie wartości cenią, ale ja do nich nie należę i nie widzę powodu żeby się zmuszać i dopasowywać na siłę. I wiecie co? W ogóle nie interesowałyby mnie argumenty „u mnie w kraju tak jest” (względnie „u mnie w rodzinie zawsze tak było”) ani żadne teksty o różnicach kulturowych, które trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Nie trzeba. Jeśli coś nam nie pasuje, to wcale nie trzeba tego przyjmować tylko dlatego, że gdzieś indziej „tak jest”. W związku mamy się czuć dobrze i móc być sobą, a nie zmieniać się i dopasowywać na siłę do czyichś oczekiwań.
Życie ze źle dobranym partnerem może być ciężkie, pełne dramatów, konfliktów, trudnych wyborów i rezygnacji z ważnych rzeczy niezależnie od tego, czy pochodzimy z różnych krajów, czy sąsiednich ulic. Podobnie – a raczej odwrotnie – z dobrze dopasowaną drugą połówką.
Na to czy dwie osoby okażą się dobrze dopasowane, czy też nie, wpływa cała masa rzeczy: od sławetnych różnic kulturowych, przez  religię, wychowanie, wykształcenie, własny światopogląd i system wartości, po cechy osobowości i temperamentu. Naturalnie poznając osobę z całkiem innego kręgu kulturowego musimy się liczyć z większym prawdopodobieństwem wystąpienia poważnych różnic. Jednak to, czy staną się one problematyczne dla przyszłego związku, będzie zależało od wielu czynników wpływających na to jak dwie osoby sobie radzą z różnicami, czyli od takich rzeczy jak na przykład szacunek, otwartość, elastyczność, akceptacja inności, gotowość do współpracy, przywiązanie do tradycji, norm i schematów, czy potrzeba kontroli.
Im bardziej człowiek przywiązany do swoich utartych, stałych sposobów funkcjonowania i im sztywniejsze one są, tym bardziej prawdopodobne jest, że taka osoba będzie chciała je egzekwować w związku i narzucać partnerowi. Tym bardziej, jeśli charakteryzuje się ona wysoką potrzebą kontroli. I nieważne, czy mówimy tu o tradycjach w podstawowym znaczeniu tego słowa (obyczaje, sposoby myślenia i zachowania, normy społeczne itd przekazywane z pokolenia na pokolenie), czy o sposobie ubierania choinki, pakowania walizki albo ładowania naczyń do zmywarki. Im większa elastyczność, akceptacja i otwartość na inne, nowe rzeczy, tym większa szansa na to, że związek dwóch nawet różniących się osób będzie fajnie funkcjonował.

Wracając jeszcze na chwilę do dobrego dopasowania się – to w ogóle nie jest łatwa sprawa, bo żeby się dobrze dopasować, to trzeba się dobrze poznać. Zjeść razem beczkę soli. Przedyskutować tysiące godzin i setki tematów, często wielokrotnie, z różnych stron i w różnych ujęciach – tematów głębokich, ważnych, dotykających najgłębszych, podstawowych wartości, rdzenia konstrukcji umysłowej i duchowej;nie tylko kręcących się dookoła spraw życia codziennego, czyichś pięknych oczu i w ogóle habibi ajlowju. Przeżyć razem różne rzeczy; poobserwować człowieka z którym jesteśmy w różnych sytuacjach codziennych i niecodziennych, łatwych i trudnych, w obliczu różnych wyzwań,triumfów i porażek.
Nawiasem mówiąc, nigdy nie zapomnę, jak kiedyś na pewnej grupie multi-kulti przeczytałam, jak to wiele uczestniczek nie rozmawia z mężami na takie tematy jak polityka czy ekonomia. Naprawdę nie mieści mi się w głowie, że można wyjść za faceta, którego poglądów się nie zna. Zawsze gdy coś takiego słyszę, zastanawiam się, czy ta sama osoba wyszłaby za mąż za Polaka nie wiedząc, czy głosuje on na Razem, czy na Konfederację?
No ale wracając do rzeczy: może właśnie w tym poznawaniu się tkwi pewna pułapka dla par z różnych krajów. A konkretnie mam na myśli znajomość powszechnych kodów kulturowych. Bo jednak nie ma co ukrywać: wychowanie w jednej kulturze i jednym języku dużo upraszcza. Na przykład widząc osobę z napisem „nie czytam Gazety Wyborczej” albo „piekło kobiet” na koszulce od razu mamy pewne wyobrażenie na temat ideałów z którymi ona sympatyzuje, prawda? Tak samo wiele jesteśmy w stanie wyczytać ze słownictwa, jakim ktoś się posługuje, tego jak pisze itd. W przypadku relacji z cudzoziemcem nie dysponujemy takimi wskazówkami i nie mamy żadnych dróg na skróty. A nasz umysł bardzo drogi na skróty lubi – dlatego tak chętnie operuje stereotypami, uproszczeniami i heurystykami. Nie lubi natomiast pustki i w razie braku informacji bardzo chętnie uzupełnia puste pola niemalże czymkolwiek (co tłumaczy, czemu większość ludzi chcąc nie chcąc czerpie „wiedzę” na temat rzeczy kompletnie sobie obcych z filmów). I dlatego łatwo jest przeoczyć, że tak naprawdę wcale czegoś o drugiej osobie nie wiemy. Łatwo zinterpretować zachowanie w znany nam sposób i wysnuć wniosek: sensowny i uzasadniony dla nas i naszego tła kulturowego – kompletnie nieadekwatny w innym. Choćby zarzucenie marynarki na odkryte ramiona ukochanej w Polsce może być romantycznym gestem związanym z ochroną jej przed chłodem, a w kraju arabskim: próbą zakrycia jej przed wzrokiem innych mężczyzn.
Ale żeby wziąć pod uwagę alternatywną interpretację trzeba wiedzieć, że ona istnieje, prawda? Dlatego wiążąc się z człowiekiem z importu – poza absolutnie kluczową sprawą jaką jest dobre poznanie się – nie można zapomnieć o roli poznania kultury, religii, historii kraju jego pochodzenia.

Zaczęłam ten artykuł od stwierdzenia, że związki mieszane nie różnią się znacząco od innych i tym samym chciałabym go zakończyć. W ostatecznym rozrachunku wszystko przecież sprowadza się do dwóch chcących być ze sobą osób, które mniej czy bardziej się od siebie różnią i lepiej lub gorzej umieją sobie z tymi różnicami poradzić. I do pracy, którą chcą (lub nie) wykonać żeby zrozumieć to pierwsze i osiągnąć to drugie.

Tylko tyle i aż tyle.

Czerwcowe wspomnienia

Dziś będzie trochę dwutorowo.
Po pierwsze dziś mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy obroniłam swoją pracę magisterską i oficjalnie zamknęłam za sobą studencki rozdział życia. Wielu osobom czasy studiów kojarzą się z kolorowymi migawkami z imprez, koncertów, wypadów z przyjaciółmi, picia taniego wina w parku itd – z resztą sami wiecie. Mnie nie. Kiedy myślę dziś o tamtych latach, widzę je głównie w barwach szarości, w cieniu poważnej chandry. Mimo dyplomu z psychologii nie pokuszę się o samodiagnozę, zdecydowałam się więc nie używać słowa „depresja” – nie chcę go dewaluować. Zostańmy więc przy „chandrze”. Jej przyczyn pewnie trochę by się znalazło, ale w mojej pamięci na plan pierwszy wysuwa się jedna, mianowicie mój ówczesny związek z S.
Być może wspominałam już, że Kolega Małżonek nie jest pierwszym cudzoziemcem, z którym się spotykałam. Wcześniej był S. Poznałam go na pierwszym roku studiów, kiedy z kilkoma koleżankami zaangażowałyśmy się w ramach wolontariatu w pomoc zagranicznym studentom, przyjeżdżającym na naszą uczelnię. Leczyłam wtedy złamane serce, a przy okazji cierpiałam z powodu dość zaniżonej samooceny. W pewnym sensie wszystko zaczęło się więc od typowej przygody typu rebound. Jak na taką relację przystało: sprawy rozwinęły się błyskawicznie. Niestety błyskawicznie się nie zwinęły. Byliśmy „razem” (ten cudzysłów niebawem się wyjaśni) przez ponad cztery lata. Po niecałym roku S. zdecydował się szukać szczęścia we Francji, a ja zostałam w Polsce. Ogarnął sobie tam pobyt, znalazł pracę (a potem wiele kolejnych). Mnie przyjechał odwiedzić raz. RAZ. Ja natomiast przez każdy rok akademicki zbierałam pieniądze, uczyłam się francuskiego i przyjeżdżałam do niego co wakacje. Za pierwszym razem na tydzień (prezent od rodziców), później już na miesiąc kursu francuskiego.
Jak może sobie policzyliście, to było jakieś 13 lat temu: roaming był drogi, a internetu w telefonie nie było wcale. Kontaktowaliśmy się więc głównie przez telefon stacjonarny: S. dzwonił do mnie z komórki, ale przy pomocy takich specjalnych kart telefonicznych do połączeń zagranicznych, głównie na numer stacjonarny (bo taniej), raz dziennie na maks pół godziny. Z czasem na krócej bo „był zajęty”. On był zajęty, ja natomiast byłam wyrozumiała. Starałam się rozumieć zmagania imigranta w nowym kraju: człowieka bez języka, który nie ma jak wykorzystywać swoich kwalifikacji i musi pracować w knajpach czy na budowie. Prosiłam go o więcej kontaktu, czasu, uwagi, o głupiego smsa od czasu do czasu, a on zawsze powtarzał, że jak tylko zmieni pracę (lub nastąpi cokolwiek innego, tych „jak tylko” miał całkiem sporo), wszystko będzie lepiej. No ale nie było. Kiedy przyjechałam do niego – jak się potem okazało – ostatni raz, większość czasu spędzałam sama. On pracował wtedy w knajpie w porze lunchu i potem wieczorem z przerwą po środku. Jeździłam więc, często dwa razy dziennie, na drugi koniec Paryża, w porze kiedy kończył pracę. To miało na celu zmaksymalizowanie czas jaki spędzaliśmy razem – szkoda tyko, że on głównie gadał wtedy przez telefon. Kiedy teraz to piszę, aż nie mogę uwierzyć jak głupia (nie bójmy się tego słowa), naiwna i zaślepiona byłam. Ta relacja w ogóle bardzo źle wpływała na moje samopoczucie, samoocenę, wiarę w siebie, wciągnęła mnie jak jakieś emocjonalne ruchome piaski (a nawet: bagno), a ja w ogóle tego wszystkiego nie widziałam.
Do tego dochodziła cała masa różnic kulturowych i osobowościowych. Długo tego nie zauważałam, ale S. bardzo lubił mnie kontrolować. Na przykład przez pewien czas sprzeciwiał się moim wyjściom z koleżankami (że niby lepiej żebym się skupiła na studiach). A że pora, kiedy mógł do mnie zadzwonić (pomiędzy zmianami w restauracji) wypadała tuż po zakończeniu moich zajęć na uczelni: naturalnie wracałam od razu do domu – do telefonu. Wieczory spędzałam najczęściej też wypłakując się przyjaciółce na komunikatorze i nasłuchując dźwięku telefonu (który nie dzwonił). Jak możecie się domyślić, moje życie towarzyskie raczej nie kwitło. Z resztą większość moich koleżanek chyba nie za bardzo rozumiała ani ten cały „związek” (no i w sumie miały rację) ani stan psychiczny w którym byłam.
No ale do brzegu.
W końcu przyszedł rok 2010: rok kiedy miałam skończyć studia i wyjechać na 6 tygodni do Paryża, a później w ogóle się tam przeprowadzić. Rok jednak zaczął się od wyjazdu S. do rodzinnego Bangladeszu. Wyjazd się przedłużał, trwał chyba ostatecznie 2 czy 3 miesiące podczas których właściwie wcale nie mieliśmy kontaktu (jakież to typowe). No ale hej, przecież byłam taka WYROZUMIAŁA. Spoiler alert: później odkryłam, że prawdopodobnie w tym czasie zaręczył się (a może i ożenił) z dziewczyną, która cały czas tam na niego czekała.
S. w kocu wrócił, ale nasze relacje i kontakt pozostały na niezwykle marnym poziomie. No i tak to sobie wszystko trwało, aż przyszedł 25 czerwca.
Obroniłam się na 5. I tego dnia coś we mnie pękło. Ten – jakby nie patrzeć – sukces wzmocnił mnie psychicznie na tyle, że w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam dość, że koniec z dawaniem szans i czekaniem na kolejne „jak tylko”. Odwołałam wyjazd do Francji i zerwałam. Mailem. Z tego ostatniego nie jestem dumna, ale w tamtym momencie moja świeżo nabyta siła była zbyt delikatna żeby czekać X dni na okazję do dłuższej rozmowy i zmagać się z jego reakcją Która mnie i tak nie ominęła, ale to już temat na inną historię).
(tl;dr) Dlatego właśnie 25 czerwca oznacza dla mnie nie tylko koniec studiów, ale coś dużo ważniejszego – wyrwanie się z mocno toksycznego związku.
Na początku wspomniałam, że będzie dwutorowo. Ale nie martwcie się, nie będzie drugiego kilometrowego eseju. Drugi tor przyjmie formę zdjęć – jako ze nadal większość czasu spędzam w domu (nie wróciliśmy jeszcze do pracy w biurze), podróże stoją pod znakiem zapytania, a pogoda w tych dniach nie rozpieszcza: przeglądam album ze zdjęciami sprzed (dokładnie) roku i wspominam jedno z najpiękniejszych miejsc, w których kiedykowliek byłam. Także proszę bardzo #throwbackThursday #Zanzibar #honeymoon

Don’t call me Murzyn

Tyle się teraz mówi o Black Lives Matter. W Polsce jednocześnie w internecie krąży zdjęcie ciemnoskórej dziewczynki trzymającej napis Don’t call me murzyn. Można też przeczytać post poświęcony temu tematowi autorstwa czarnoskórego Polaka i posłuchać dyskusji przygotowanej przez #Afropolki.
Internet jak to internet rozgorzał dyskusją na temat tego czy słowo „Murzyn” jest obraźliwe, czy też jednak nie jest. Cytowany jest słownik, wypowiedzi autorytetów językowych, a nawet wikipedia. Widzę, że zdania są mocno podzielone i w sumie się nie dziwie, bo sama poczułam się mocno skonfundowana. Ja też miałam słowo „Murzyn” za neutralne. No po prostu słowo określające czarnoskóre osoby, o – co odkryłam później – dziwnej etymologii (no bo określa czarnoskórych, a pochodzi od Maurów czyli mieszkańców Maghrebu czyli Berberów i później Arabów, a to wszystko za sprawą jakiegoś niemieckiego świętego). Jako dziecko czytałam wierszyk o Murzynku Bambo i nie budził we mnie żadnych negatywnych/pogardliwych/wyższościowych uczuć: ba, bardzo lubiłam tego Murzynka. Taki z resztą chyba cel przyświecał jego autorowi. Jakoś nie zwracałam uwagi na powiedzonka, gdzie słowo „murzyn” występuje w roli synonimu dla „niewolnik” („murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”, „traktować kogoś jak murzyna”), czy te w stylu „sto lat za murzynami”. Człowiek chyba za rzadko się zastanawia nad takimi rzeczami.
No ale język ewoluuje, słowa zmieniają swój wydźwięk. To ze cos kiedyś ma wydźwięk neutralny, nie znaczy, ze zawsze tak będzie – weźmy takie na przykład słowo „kutas”. Nie każdy zawsze to od razu czuje, nie każdy w ogóle to czuje, nie każdy się z tym zgadza. Jednak jeśli osoby (nawet jeśli nie wszystkie), których dane słowo dotyczy same mówią, że dla nich jest ono pejoratywne czy obraźliwe, bo – jak w tym przypadku – kojarzy się z dewaluującymi powiedzonkami, to ja wolę to przyjąć i zmienić słowo niż niechcący kogoś urazić.
Takie są moje odczucia, z perspektywy osoby, której mąż zalicza się do grupy nazywanej przez co elokwentniejszych obywateli „ciapatymi” (takie tam niewinne słówko od indyjskiego chlebka i takie użyteczne na wszystkich za białych na „czarny” i za czarnych na „biały), ale też z perspektywy osoby, która w życiu była niejednokrotnie nazywana i przezywana na różne sposoby, niekoniecznie były przyjemne (chociaż nie miały przecież u podstaw żadnego problemu ze mną, moim wyglądem ani pochodzeniem).
a Wy co myślicie?
PS. A tu wspomniany filmik, myślę, ze warto:
https://m.youtube.com/watch?feature=youtu.be&v=xwIfFRmJM0c

Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.

Pamiętacie tę piosenkę Happysad?

Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Bo miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe duże
Ale miłość kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze

Miłość to nie buziaki wysyłane na komunikatorze, serduszka na Facebooku ani nawet urocze fotki na Instagramie. Miłość to nie piękne gładkie słówka, które możesz obracać w reku jak kamyki. Miłość to nie drogie prezenty, i 25 czerwonych róż w Walentynki. To nie wyznania wyszeptane w drodze do łóżka ani nie seks, nawet najlepszy na świecie.
A już tym bardziej to nie miłość, kiedy brakuje czasu, zainteresowania i wsparcia. To nie miłość, kiedy on(a) odzywa się kiedy czegoś potrzebuje, a potem znika jak meteoryt (do następnego razu). To nie miłość, kiedy ktoś podcina ci skrzydła, a zamiast zaufania oferuje kontrolę i ograniczenia. To nie miłość, kiedy pojawia się manipulacja, osądzanie albo kłamstwa. To nie miłość, kiedy wszystko to twoja wina. To nie miłość, kiedy musisz się starać aby na nią zasłużyć, stawać na czubkach palców, wciągać brzuch, wypinać biust i pilnować żeby czasem nie powiedzieć czegoś nie tak.
Miłość jest wtedy, możesz być najdziwniejszą wersją siebie, a on(a) patrzy na ciebie z takim samym ciepłem w oczach. I wtedy gdy zawsze jest czas żeby porozmawiać, nawet jeśli nie ma czasu na nic. Miłość jest wtedy, kiedy on(a) podaje ci rękę i pomaga wstać po piętnastym potknięciu o ten sam błąd i mówi „to nic, dasz radę”. Miłość to wsparcie, czas i uwaga, o które nie trzeba zabiegać, czułość, szacunek i dbanie o siebie.
Miłość mieszka w miriadzie drobiazgów: pocałunku przed wyjściem do pracy, usypianiu na łyżeczki, kupowaniu jego ulubionego sera, odprowadzaniu na lotnisko i odbieraniu z dworca, przypominaniu o szaliku i obieraniu mandarynek („Chcesz mandarynkę?” „Nie” „A jak ci obiorę?”). To tańczenie w kuchni zawsze gdy TA piosenka leci w radiu i robienie herbaty, mimo, ze wlasnie sie pokłóciliście. To dyskusje po świt, wspólny śmiech, a czasem wspólne łzy.
To pragnienie poznania i zrozumienia drugiej osoby do samego dna oraz wyrozumiałość i akceptacja dla tego co się na tym dnie znajdzie. To wyjście poza swoj egoizm w kierunku drugiej osoby i nieoczekiwanie nieczego w zamian. To naprawianie jak coś się zepsuje, trwanie, i odpowiedzialność za to co oswoiliśmy.
Miłość jest wtedy, gdy ta jedna osoba różni się od wszystkich innych róż bo jest twoja i zostaje tak samo jedyna i najważniejsza niezależnie od tego ile płatków zgubi – bo to właśnie ona.
Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.

Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 1.

Dość długo miałam spory dystans do koronawirusowej paniki, ale ostatnich kilka dni sprawiło, że doszłam do wniosku, że sytuacja jest poważna, a przykład Włoch pokazuje, co może się stać, gdy podejdzie się do niej zbyt lajtowo. A wygląda na to, że w Polsce ma szansę być dużo gorzej: chyba wszyscy czytaliśmy o szokująco małej ilości testów i o bardzo słabym przygotowaniu szpitali – choćby pod względem zasobów takich jak stroje ochronne, nie mówiąc już o miejscach na OIOMie. Nie jestem specjalistą od epidemiologii czy wirusologii, ale czytam oficjalne źródła, statystyki, newsy i zalecenia i bardzo wierzę, że trzeba zrobić wszystko co się da, żeby osłabić/spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa.
Dlatego od czwartku oboje z Szalonym Naukowcem siedzimy w domu i ograniczamy wszystkie wyjścia i interakcje społeczne oraz – ogólnie – kisimy się we własnym sosie. Oboje mamy to szczęście, że możemy pracować zdalnie, ale o ile on całkiem to lubi: ja wręcz przeciwnie. Mimo, że od bodajże dwóch lat mam taką możliwość i od czas do czasu z niej korzystam: nie przepadam za tym. Przede wszystkim ze względów zawodowych (nad którymi nie będę się w tej chwili rozwodzić), ale także dlatego, że chodzenie do pracy i wynikająca z niego struktura dnia są mi potrzebne dla higieny psychicznej. Podobnie z resztą jak w ogóle wychodzenie z domu i życie towarzyskie. Po dniu pracy zdalnej (zwłaszcza połączonym z weekendem w domu) zaczynam się często czuć jak wrastający w podłoże ziemniak (niezależnie jak niepoprawne z punktu widzenia biologii może być to porównanie).
Wiem, że dla wielu osób praca z domu i w ogóle siedzenie w nim nie jest problemem, ale dla wielu – tak jak dla mnie – może stanowić wyzwanie. Przygotowałam więc kilka rad jak jednak nie zamienić się z ziemniaka
Zacznijmy od kwestii pracy, jako że ona zajmuje nam połowę dnia.
Największym problemem (ryzykiem?) związanym z tzw Home Office jest zlanie się czasu pracy z czasem poza pracą. Aby tego uniknąć warto zastosować kilka rozwiązań:
1. Stanowisko pracy. W miarę możliwości warto zorganizować sobie miejsce przeznaczone tylko do pracy. Nie pracuj na kanapie, na której spędzisz potem resztę dnia ani w łóżku. To ani wygodne, ani dobre dla higieny pracy (także psychicznej). Jeśli nie możesz wygospodarować osobnego miejsca tylko do pracy i korzystasz na przykład ze stołu w salonie (jak ja) postaraj się zlikwidować stanowisko, po zakończonym dniu pracy.
2. Przedpracowe rytuały. Chodząc do pracy wykonujemy całą serię czynności, które przenoszą nas z trybu „dom” do trybu „praca”. Oczywiście najważniejsze jest fizyczne przeniesienie się z miejsca na miejsce, ale jako że przy pracy zdalnej nie wchodzi to w grę: warto zbudować sobie pewien rytuał, który umożliwi chociaż przeniesienie się mentalne. Nie proponuję tu nakładania makijażu i garsonki (chyba, że twoja praca zdalna wymaga videokonferencji), ale może prysznic, przebranie się w coś innego niż piżama, śniadanie i kawa? Poza tym warto trzymać się stałych godzin rozpoczynania (i kończenia) pracy: nawet jeśli nie ma to większego znaczenia dla twojego szefa i wykonywanych zadań.
3. Wyraźne granice (czasu) pracy. Po przeniesieniu się w tryb „praca” warto w nim pozostać przez czas, który masz zamiar na tę pracę poświęcić. Unikaj włączania telewizora, odpalania netfliksa czy (intensywniejszego niż gdy jesteś w biurze) korzystania z mediów społecznościowych. To pranie też nie musi być zrobione właśnie teraz. A gdy już ta 17 (czy któraś inna,) wybije: dobrze w jakiś wyraźny sposób zaznaczyć zakończenie dnia pracy. Niech to będzie coś więcej niż zamknięcie okienka aplikacji firmowej i zastąpienie jej okienkiem facebooka. Jeśli masz miejsce dedykowane tylko do pracy: posprzątaj je i opuść. Jeśli korzystasz z miejsca, służącego także do innych celów: tak jak pisałam w punkcie 1: zlikwiduj stanowisko pracy. Da ci to poczucie mentalnego zakończenia trybu „praca” i możliwość przejścia do trybu „dom”.
4. Ruch. W normalnych czasach wychodzisz z domu, może idziesz pieszo albo przynajmniej dochodzisz do przystanku czy samochodu. Chodzisz też po biurze i ogólnie zapewne poruszasz się sporo więcej niż w domu. Dlatego warto pilnować, żeby chociaż co godzinę wstać z krzesła, przejść się po mieszkaniu, może trochę porozciągać? Może masz piłkę na której możesz siedzieć zamiast krzesła? Czemu to jest ważne chyba nie muszę tłumaczyć (i nie chodzi tylko o punkt A poniższego mema)
Sytuacja, w której się znajdujemy wiąże się oczywiście nie tylko z pracą w domu, ale ogólnie siedzeniem w czterech ścianach, co na dłuższą metę może nie mieć dobrego wpływu na twoje samopoczucie. Na moje nie ma. W następnej części napiszę wam swoje przemyślenia jak radzić sobie z przedłużającym się uziemieniem w kontekście pozapracowym, a może też w związkowym.
A wy jakie macie sposoby na zachowanie higieny psychicznej i skuteczności podczas pracy z domu?

Jak rozpoznać oszusta, naciągacza, wizowca – subiektywny poradnik.

Miłe (złego?) początki

Zagadnął cię kiedy wygrzewałaś się na słońcu w kurorcie, wreszcie na zasłużonych wakacjach, rozluźniona i otwarta na przygodę. Zasypał cię komplementami, jak nikt nigdy wcześniej, patrzył namiętnie w oczy tak, jakby dotykał twojej duszy, a ty poczułaś się najpiękniejszą kobietą na ziemi. W końcu motyle zaczęły latać ci po brzuchu całymi chmarami, a na twoim nosie – oprócz słonecznych – zawitały różowe okulary. Świata poza nim nie widzisz, ale urlop się kończy, więc po oblanym łzami rozstaniu, przenosicie relację do internetu planując już kolejne spotkania i wspólną przyszłość.
A może zagadnął cię na facebooku lub instagramie, bo tak urzekły go twoje piękne oczy na profilówce. Potem otoczył uwagą i wysłuchał jak dawno nikt tego nie zrobił. Pytał czy jadłaś kolację i martwił się, że wracasz sama wieczorem do domu, doradzał żebyś uważała na siebie i założyła szalik. Jego troska, uwaga no i te komplementy pod każdym Twoim zdjęciem sprawiły, że czekasz na jego wiadomości co rano z bijącym sercem, różowe okulary tym razem towarzyszą tym do ekranu, a ty siedzisz i kombinujesz jakby tu poznać tego cudownego faceta osobiście.
Tak czy inaczej, jesteś zauroczona do szpiku kości, bujasz w obłokach no i snujesz plany na przyszłość.
A ja wyleję ci wiadro zimnej wody na głowę: decydując się na taką relację (czy zawartą na wakacjach, czy przez internet) odbierasz sobie szanse na weryfikację większości tego co on ci mówi: nie ma wspólnych znajomych, nie znasz realiów i standardów w jego kraju, nie widzisz jak on zachowuje się w codziennym życiu (poza krótkim okresem wakacji). Nic łatwiejszego niż wierzyć w każde słodkie niczym daktyl słowo spływające z jego ust i pozwolić swojemu myśleniu życzeniowemu przejąć władzę nad rozumem.

Zawierając nowe znajomości, zwłaszcza międzynarodowe, przez internet czy na wakacjach, trzeba się liczyć z tym, że egzotyczny książę z bajki może nie być tym, za kogo się podaje.

Niestety status Europejki czyni cię celem ambitnych panów z biedniejszych (oraz wymagających wizy do UE) krajów. Ewentualnie panów, którzy w swoim konserwatywnym społeczeństwie nie mają za bardzo jak się pobawić, mimo, że bardzo by chcieli. Oczywiście nie dotyczy to tylko kobiet: np. Anglicy czy Amerykanie cieszą się wielkim zainteresowaniem łowczyń fortun i wiz z Ameryki Łacińskiej czy Filipin. Jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą ze strony facetów – z tego powodu, dla wygody, będę się trzymała rodzaju męskiego.

Co ja o mam z tym wszystkim wspólnego?

Kiedyś byłam w bardzo toksycznym związku mieszanym. Co prawda mój eks nie był wizowcem ani nie naciągnął mnie na kasę: był tylko zwykłym dupkiem, który chciał się zabawić z Europejką (podczas gdy żona/narzeczona czekała w domu). Trochę żałuję, że nie znałam wtedy żadnej grupy o związkach multi-kulti ani bloga, gdzie ktoś bardziej doświadczony wylałby mi wspomniane wyżej wiadro zimnej wody na głowę. Może nie zmarnowałabym sobie czterech lat życia.

Dlatego mam nadzieję, że ten artykuł uchroni chociaż jedną osobę przez zmarnowaniem czasu (w wersji optymistycznej) lub paru innych rzeczy (w wersji pesymistycznej)

Poniżej znajdziecie listę sygnałów alarmowych, które mogą (ale nie muszą) wskazywać na to, że amant z importu nie ma do końca czystych intencji. Naturalnie ta lista ani nie jest w 100% kompletna*, ani nie daje gwarancji, że masz do czynienia z oszustem. To są wyłącznie subiektywnie wybrane sygnały alarmowe.

*jeśli macie pomysły na to, co można by tu dołączyć: piszcie w komentarzach. Im więcej takich sygnałów tym lepiej.
Uwaga! Może być tak, że twój adorator prezentuje jedno lub kilka poniższych zachowań, a jest całkowicie szczery i uczciwy. Ale może też być inaczej. Szczerość i uczciwość obroni się sama, a ty wyświadczysz sobie przysługę, jeśli przemyślisz i zweryfikujesz motywy swojego habisia zanim zdecydujesz się na jakieś poważne kroki.

Więc jedziemy

Niektóre z poniższych punktów będą uniwersalne dla różnych typów oszustów, inne specyficzne dla wizowca, naciągacza na kasę albo dupka, który chce się zabawić z Europejką – mam nadzieję, że będzie to oczywiste.

  • Wiadomość na mediach społecznościowych mimo kompletnego braku wspólnych znajomych czy grup. Jeśli macie cokolwiek wspólnego, można zakładać, że natknął się na Twój profil w miarę „naturalnie” (np. spodobało mu się to, co napisałaś albo facebook mu zasugerował, że możecie być znajomymi). Ale jeśli nie, to raczej należy zakładać, że nie trafił na ciebie przypadkiem. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zagadał tylko do ciebie?
  • Masa (banalnych) komplementów.
  • Szybkie wyznania uczuć, deklaracje miłości i wielkiej tęsknoty po krótkiej znajomości online.
  • Szybkie wyznania uczuć względem twoich dzieci (o ile je masz) i deklarowanie chęci bycia im ojcem. Zwłaszcza jeśli te dzieci są nastolatkami, a sam amant: niewiele starszy od nich.

Powyższe punkty nie wymagają chyba tłumaczenia. Miłość to nie jest coś co przychodzi po kilku dniach pogawędek czy to online czy na plaży. Zauroczenie – może. Zakochanie – ewentualnie. Ale nie miłość. Natomiast – nie ma co ukrywać – takie słodkie słówka najwyraźniej są bardzo skuteczne w podbijaniu kobiecego serca.

  • Jego miłość tak wielka, ze on chce – wręcz musi – być z tobą teraz-już-natychmiast. Poza tym, co już pisałam na temat gwałtownych napadów miłości, ludzie którzy traktują się poważnie, zazwyczaj rozumieją, że zbudowanie związku wymaga czasu, a ewentualne życiowe rewolucje, przeprowadzki i śluby: tym bardziej. A jeśli mowa o byciu ze sobą w kontekście intymnym: że to także często wymaga – no jak to czego – czasu. Oszuści lubią kuć żelazo póki gorące i nie szanują uczuć swojej ofiary.
  • Oczywiście w grę wchodzi tylko bycie razem w Europie. Jest bardzo niechętny rozmowom o byciu razem u niego w kraju, narzeka na niego często.
  • Nacisk na szybki ślub/seks/wysyłanie erotycznych zdjęć, szantaże emocjonalne („jeśli ci na mnie zależy to…”). Jak mówiłam: lepiej kuć żelazo póki gorące zanim ofiara się zorientuje, że coś jest nie tak. Z resztą – w przypadku kwestii intymnych – po co czekać? Wiadomo, że Europejki są puszczalskie i ciągle uprawiają seks z różnymi facetami.
  • Mówienie tego co chcesz usłyszeć – nie jest to łatwe do zauważenia, zwłaszcza jeśli od początku otwarcie wyrażasz swoje przekonania. Ale jeśli zaobserwujesz sytuację w której on mówi jedno (np. kobieta powinna gotować mężowi), ty się z tym nie zgadzasz, a on po chwili powtarza mniej-więcej to samo, co powiedziałaś, tłumacząc poprzednią wypowiedź w jakiś pokrętny sposób – być może właśnie nawija ci makaron na uszy.
  • Wszelkie nieścisłości i sprzeczności w tym co mówi – to może wskazywać na to, że gubi się w kłamstwach albo prowadzi wiele podobnych konwersacji równolegle.
    Ten punkt w ogóle jest niesamowicie ważny nie tylko jeśli chodzi o identyfikację wizowca/oszusta. W standardowej sytuacji, kiedy związek rozwija się w realu a nie w internecie, masz liczne możliwości weryfikowania tego, co mówi ci facet i konfrontacji jego słów z rzeczywistością. Wystarczy obserwować jego zachowania. Mówi, że jest świetnie zorganizowany i nigdy się nie spóźnia, a ty wiecznie na niego czekasz? W przypadku związków rozwijających się w sieci, możliwości są znacznie bardziej ograniczone, dlatego tym ważniejsze jest zwracanie uwagi na wszystko co się nie zgadza.
  • Słaby angielski czy jakikolwiek język w którym się porozumiewacie (jak można w ogóle kogoś dobrze poznać nie mając wspólnego języka?) albo gwałtowne zmiany w językowym poziomie wypowiedzi. Na przykład kiedyś zagadywał mnie pan, który czasami pisał dość prostym językiem z licznymi błędami gramatycznymi, a czasami wypowiadał się pełnymi, złożonymi zdaniami, w bardzo formalnym stylu, używając trudnych słów, których chyba do końca nie rozumiał. Sądzę, że jest duża szansa, że nie prowadził tej rozmowy sam. Ewentualnie jego znajomość angielskiego była na tyle słaba, że bardzo dużo korzystał z translatora – co samo w sobie nie jest złe, ale jak możesz ufać w to co ktoś mówi, jeśli nie wiesz czy sam rozumie co napisał?
  • Zachwyt nad twoją urodą, nawet jeśli on ma 25 lat i wygląda jak Adonis, a Ty masz lat 50, 20 letniego syna i sporą nadwagę – nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że kobieta nie ma prawa czy szansy na szczęście ze względu na wiek, posiadanie dzieci czy nadprogramowe kilogramy itd. Jak najbardziej ma i jak najbardziej może znaleźć miłość. Ale czy potraktowałabyś poważnie wielkie, gwałtowne uczucie (i chęć bycia ojczymem dla wspomnianego 20-letniego syna) w przypadku Krzyśka lat 25 poznanego w warzywniaku?
  • Przerzucanie odpowiedzialności za ogarnięcie papierów związanych z wizą na ciebie: pozwala ci dzwonić do urzędów i ambasad, spędzać godziny poszukując informacji w sieci, zamiast zająć się tym samemu – nie mówiąc nawet o podjęciu próby dostania się do Europy bez zaproszenia od ciebie lub wcześniejszego ślubu.
  • Błyskawiczne przedstawianie rodzinie przez skajpa czy inny komunikator i natychmiastowy entuzjazm tejże.
  • Unikanie przedstawienia rodzinie i zaproszenia do domu rodzinnego, jeśli pofatygowałaś się odwiedzić go w jego kraju (pomimo deklaracji poważnych zamiarów względem ciebie i planów na pobranie się).

Tak, zdaję sobie sprawę, że dwa ostatnie punkty stoją w lekkiej sprzeczności, niemniej znane są sytuacje, w których cała rodzina bierze udział w planie wysłania syna, brata, ba! czasem nawet męża do Europy. Z drugiej strony jeśli facet kompletnie unika poznania cię z rodziną, jednocześnie deklarując poważne zamiary, czy chęć ożenku – coś tu może być nie tak. Być możne na przykład ma już żonę. Albo wie, że jego rodzina nie zaakceptuje tego związku. Albo nie traktuje tej znajomości poważnie.

  • Niemożność znalezienia i/lub utrzymania pracy. Ewentualnie niechęć – rozmawiałam kiedyś z panem, który wprost powiedział, że nie chce mu się pracować, bo jest gorąco i woli spędzać czas z przyjaciółmi na plaży.
  • Jednocześnie z powyższym brak wykształcenia, a także brak zauważalnych chęci aby dokształcać się i zdobywać doświadczenie, imać się różnych choćby dorywczych prac. Pan chętnie natomiast spędza czas w kawiarniach z kolegami. Ma ambicje, ale tylko w gębie. Tak, być może w jego kraju naprawdę jest ciężko z pracą. I tak, przecież to nie jest jego wina, że nie jest wykształcony, może rodziny nie było stać na to żeby się uczył – ale pracowitym i starającym się można być w każdych warunkach. W naszych realiach bez problemu odróżnisz obiboka od wartościowego faceta, warto tej samej miary użyć do oceny egzotycznego absztyfikanta.
  • Ciągłe narzekanie na trudną sytuację, na to że go wykorzystują albo go nie doceniają.
  • Nagła utrata pracy/wyrzucenie ze studiów (w obu przypadkach nie z jego winy).
  • Ciężka choroba jego lub członka rodziny – oczywiście wymagająca kosztownego leczenia.
  • Inne finansowe obciążenia jak opieka nad młodszym rodzeństwem, ślub siostry, studia brata itd. Naturalnie wszystkie stawiające go w dobrym świetle jako troskliwego, opiekuńczego faceta.
  • Kiedy decydujesz się przyjechać poznać go osobiście, bez żadnego problemu obciąża Cię kosztami biletów, hotelu (w którym będziecie przecież spędzać czas wspólnie) i wszelkich rozrywek. Żeby było jasne – jestem chyba ostatnią osobą, która uważa, że facet powinien płacić za randkę, podróż czy cokolwiek. Ponadto uważam, że jadąc po raz pierwszy poznać jednak w pewnym sensie obcego faceta, lepiej nie wytwarzać sytuacji zależności finansowej i poczucia zobowiązania.
    Natomiast (przepraszam za uogólnienie) większość mężczyzn z krajów arabskich uważa za swoją powinność płacenie za kobietę, a za dyshonor: branie pieniędzy od kobiety. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, jeśli z jego strony nie pada nawet najlżejsza sugestia przejęcia na siebie choćby części kosztów, czy  zatrzymania się u jego rodziny.
  • Zniknie z radaru na wiele godzin czy dni (zależy od dynamiki waszych dotychczasowych relacji) bez kontaktu, niechęć do tłumaczenia, gdzie był i co robił w tym czasie. plus, wymówki lub agresja gdy o to pytasz.
  • Ciągłe gadanie przez telefon w twojej obecności, oczywiście w języku, którego nie rozumiesz. Może po prostu gada ze znajomymi, ale można by zakładać, że jeśli macie dla siebie mało czasu w realu, będzie chciał skupić się na tobie, a nie na kolegach, prawda? No chyba, że nie traktuje waszej relacji poważnie. Albo nie gada z kolegami.
  • Chowanie i/lub blokowanie telefonu bądź konkretnych aplikacji, ukrywanie się podczas przeglądania maila, komunikatorów, czy mediów społecznościowych, kasowanie wiadomości z czatów. Jestem jak najbardziej zwolenniczką prawa do prywatności w związku. Nie przeglądam telefonu męża i sama oczekuję tego samego. Ale jednocześnie znamy swoje hasła i piny, a telefony i laptopy w naszym domu leżą ogólnie dostępne. Szacunek do prywatności to jedno, ale hasłowanie i ukrywanie telefonu świadczy albo o totalnym braku zaufania albo o tym, że ktoś ma wiele do ukrycia.
  • Ukrywanie waszego związku przed znajomymi.
  • Rozmawianie ze znajomymi w twojej obecności w języku, którego nie rozumiesz i niepodejmowanie prób tłumaczenia – oczywiście możliwie jest, że jego koledzy po prostu nie mówią po angielsku, ale w takiej sytuacji należy oczekiwać prób pośredniczenia w rozmowie. No chyba, że z jakiegoś powodu nie chce żebyś mogła się porozumieć z jego towarzystwem ani żebyś wiedziała o czym mowa.
    Jeszcze gorzej, jeśli wygląda na to, że mogą się z ciebie śmiać.
  • Bycie amerykańskim żołnierzem w Iraku/Syrii/Afganistanie/gdziekolwiek. Serio, to jest gwarancja oszustwa, amerykańscy żołnierze na misjach nie zagadują kobiet na instagramie.
  • Naciskanie na przeniesienie rozmowy na WhatssApp/Hangout ze względu na hackowane konto. Tak naprawdę nie jest ono hackowane tylko blokowane, a wyobraźcie sobie jakie upierdliwe musi być zakładanie co kilka dni nowego i odnajdowanie za każdym razem wszystkich kobiet, które akurat się rozpracowywało