Na Kozetce z Oszustem – Po drugiej stronie. Historia Marysi.

W dzisiejszym odcinku Kozetki poznacie Marysię (imię zmienione). W przeciwieństwie do moich dwóch poprzednich rozmówczyń (jakby ktoś chciał nadrobić zaległości, zapraszam TU i TU), Marysia nigdy nie poznała Yassina osobiście, pierwsze spotkanie było dopiero przed nimi, ale nigdy do niego nie doszło. Dlaczego? Czytajcie a się dowiecie!
Kiedy zaczęłyśmy rozmawiać, sądziłam, że to właśnie Yassin jest tytułowym oszustem i głównym (anty)bohaterem tego wywiadu. Z czasem odkryłam, że przez życie Marysi przewinął się nie jeden, ale dwóch szemranych dżentelmenów. Który z nich bardziej zasługuje na potępienie? Czy Yassin był oszustem, czy może po prostu się pogubił? Koniecznie dajcie znać co myślicie. Jak zawsze proszę tylko – pamiętajcie, że to prawdziwa historia, prawdziwej osoby, która będzie czytała Wasze komentarze.


Oczko: Bardzo dziękuję, że się zgodziłaś na rozmowę i mam nadzieję, że to co razem zdziałamy komuś pomoże!

Marysia: Też mam taką nadzieję.

Może zacznijmy od początku: kim on jest i jak się poznaliście?

Ma na imię Yassin. Poznaliśmy się na portalu: nie wiem czy to randkowy tylko, ale chyba większość tego właśnie tam szuka. Ma teraz 33 lata, mieszkał w Maroku całe życie, no a teraz od początku roku jest w Hiszpanii.

Rozumiem, że skoro miałaś konto na portalu randkowym, to byłaś otwarta na nowe znajomości. On do Ciebie napisał?

To może ja najpierw o sobie coś powiem.

Świetny pomysł!

Więc tak: mam dwójkę dzieci jestem jeszcze mężatką, ale tylko na papierze, bo wszystko się ciągnie, jak krew z nosa. Mieszkam w Norwegii, tu procedury rozwodowe są bardzo długie. Z moim mężem Bengalczykiem nie układało nam się od razu po pierwszej ciąży. Nigdy o mnie nie dbał, a ja dla niego zrobiłabym wszystko. Załamka była jak pierwszy raz powiedział do mnie, że jestem „bezczelnym draniem” i to praktycznie bez powodu. Załamałam się i powiedziałam mu prosto z mostu, że już na mnie nie zasługuje.
I wtedy właśnie założyłam sobie konto na tym portalu żeby z kimś sobie pogadać, a konkretnie z mężczyzną muzułmaninem tylko z innego otoczenia. Widziałam go tam [„go” czyli Yassina – przyp. Oczko], ale w ogóle jednak nie korzystałam z tego portalu. Mąż mnie przepraszał i błagał o szansę. Mówił, że może się zdecydujemy na drugie dziecko i ono wszystko naprawi. Dałam mu szansę. Zaszłam w ciążę po miesiącu i wszystko się zaczęło od nowa – znowu byłam ze wszystkim sama. Na porodówce był, ale zaraz mnie zostawił bo musiał iść do pracy. Po 3 tygodniach żadnej pomocy z jego strony powiedziałam: koniec. No i tak właśnie weszłam na ten portal, bo chciałam kogoś poznać. No i po dwóch dniach on mi napisał „cześć jak się masz”. Ja nie odpisałam od razu ale pamiętałam go sprzed półtora roku. Odpisałam na drugi dzień, a on mnie zaprosił na Facebooku, bo powiedział że wszedł tam na ten portal żeby usunąć to konto. No i tak się zaczęło na Facebooku.

A powiedz mi, ten Twój mąż to był już w Norwegii jak się poznaliście?

Nie, z moim mężem poznałam się na Cyprze. Byłam tam, bo moja koleżanka pracowała tam i załatwiła mi pracę. Ona miała męża z Bangladeszu i to był kolega jej męża. Spotkaliśmy się tam u niej, poznaliśmy i tak jakoś znajomość się rozkręcała. Po trzech miesiącach ze względu na to, że straciłam mieszkanie, on zaproponował mi mieszkanie u niego i od tego czasu już mieszkaliśmy razem.

I on też tam pracował?

On pracował i się uczył.

Wiem że on nie ma być tematem tej rozmowy, ale jednak dopytam: pomagałaś mu jakoś w dostaniu się do Norwegii i uregulowaniu pobytu?

Powiem tak: z nim to nie było tak, że my się hajtnęliśmy dla wizy.

Z jego perspektywy też? Bo to co napisałaś na początku nie wskazuje na faceta zaangażowanego w związek

Ogólnie to było tak, że mieliśmy już od samego początku zgrzyty, ponieważ on zawsze był samolubny. Mieliśmy robić to, co on lubi robić, czyli na przykład w dzień wolny od pracy idziemy do jego znajomych, no bo przecież on nie będzie sam ze mną na plaży siedział, jak można dziecięciu Bengalczyków znajomych wziąć i nawijać w swoim języku. A ja mogę siedzieć sama jak palec.
To chyba kultura tutaj była problemem, bo on niby dużo mówił, a robił inaczej no i cały czas Bangladesz i jego rodzina w Bangladeszu byli na pierwszym miejscu.  Zawsze to co odłożył, to wysyłał tam, bo ma braci którzy się uczą itp. i trzeba wysyłać, bo oni nie będą pracować za małe pieniądze, bo to wstyd. Więc to była następna sprawa, dlaczego mieliśmy sprzeczki, bo on potrafił chodzić w zniszczonych butach, ale tam wysyłał, bo mama mu kazała, bo przecież on w Europe jest więc jak może nie mieć pieniędzy?
Często też było tak, że on nie potrafił przeprosić, jak było coś nie tak. Nie potrafił dać czegoś od siebie, jak przygotować polską potrawę, kupić upominek, nauczyć się polskiego słowa, tak żeby sprawić mi przyjemność, bo mnie kocha. Ja kupowałam zawsze coś od siebie, gotowałam bengalskie potrawy z youtube’a, uczyłam się języka, zawsze chciałam żeby on czuł, że ja go kocham i lubię sprawiać mu przyjemność. Ale to było jednostronne.  Ja się dwoiłam i troiłam, a on z siebie nic nie dawał. Jak byłam w ciąży, też za bardzo się nie przejmował, że źle się czułam, bo chodził do pracy od rana do wieczora.  Pod koniec ciąży pojechałam do Polski, bo  tam chciałam być. I byłam sama 9 miesięcy – wtedy on uzbierał trochę pieniędzy i spotkaliśmy się w Norwegii.

Czyli spotkaliście się w Norwegii jak pierwsze dziecko miało ponad pół roku, ale byliście już po ślubie czy jeszcze nie? I w ogóle czemu akurat tam?

Ślub cywilny wzięliśmy na Cyprze, po półtora roku, a nikah w meczecie 3 miesiące wcześniej. W ciążę zaszłam po 5 miesiącach od ślubu.
Jak dostaliśmy dokumenty na Cyprze, że on może wyjechać, to wybrał kraj, w którym ja nie chciałam być, bo tu nikogo nie miałam, ale on mówił, że tu jest tak pięknie, takie zarobki, że mam się niczym nie martwić. W ogóle zawsze było tak, że ja nic nie rozumiem i wymagam za dużo. Przyjechaliśmy tutaj i musiałam szukać pracy: z synem 8 miesięcy na ręku z nim i z jego kolegą w deszczu chodziłam roznosić cv, bo ja musiałam mieć pracę żeby on mógł się zarejestrować. W domu nie robił nic,  dzieckiem zajmował się tak, że dawał bajki na tablecie, jak byłam w pracy. Nawet jak wytłumaczyłam, co ma mu dać jeść, to robił co innego. Potem, jak zaczął pracę, to ja pracowałam po nocach i wrześnie rano i cały dzień z synem w domu. Nigdy nie był ze mną w Polsce na wakacje, bo on sobie wolnego z pracy nie weźmie.

Czekaj, to kiedy Ty spałaś?

Nie pamiętam! Ciężko było.

Wyobrażam sobie… Zwłaszcza bez wsparcia

Czułam, że ja męża nie mam. Miłość wygasała powoli do momentu, kiedy nazwał mnie „bezczelnym draniem” – wtedy we mnie coś pękło totalnie. Nie wiem, dlaczego uwierzyłam w te jego słowa, że wszystko się zmieni na lepsze, jak postaramy się o drugie dziecko.
Było tylko gorzej byłam totalnie sama zero zainteresowania z jego strony podczas całej ciąży, no a jak już przyszło do porodu, on był w pracy na noc: dzwonię do niego o 4 rano, on nie odbiera a termin właśnie był na ten dzień. W końcu oddzwonił i pyta, czy nie mogę poczekać do 7aż on skończy zmianę. Mówię mu czy ty się dobrze czujesz tu nie ma na co czekać, jadę sama do szpitala. Zaraz oddzwonił, powiedział, że już jedzie. Na porodówce był ze mną, ale lepiej jakby go nie było, bo zasypiał na krześle – tłumaczył się, że on jest przecież po nocnej zmianie. Zostawił mnie po paru godzinach, bo mówił, że jedzie do domu się przespać. I tak następne 2 dni byłam sama, bo on pracował, no bo były to święta i płacili podwójnie, więc jak on może sobie wolne wziąć?
Dużo było sytuacji takich, że ja już dawno powinnam była go zostawić, ale jakoś zawsze miałam nadzieję, że może będzie inaczej i może to ja za dużo wymagam. Ale jak urodził się drugi synek, właśnie on mi ogóle nic nie pomagał: zero nawet nie wziął go sam na ręce, jak płakał a ja zasypiałam ze zmęczenia. Czułam, że to koniec, że ja tak nie chcę, bo i tak wszystko robię sama. On zawsze myślał, że ja żartuję, jak mu powtarzałam: obudź się, bo tak wiecznie nie będzie, jak ty mi w niczym nie pomagasz i nie interesujesz się mną ogóle.
Jak powiedziałam mojemu mężowi, że to koniec, to niby się załamał, ale zaproponował mi żebym została z nim jeszcze rok i on będzie płacił moje rachunki itp., bo właśnie mu się kończy karta pobytu tutaj. Normalny człowiek by tego nie proponował

Czyli jednak też o to mu po części chodziło

No na to wychodzi, choć mówi, że on tylko chce tu zostać żeby widzieć dzieci. Ale ja w to nie wierzę.

I właśnie w tamtym momencie poznałaś Yassina, prawda? Chciałaś poznać kogoś nowego żeby się z nim związać? Czy bardziej szukałaś odskoczni i pogawędki do oderwania myśli?

Bardziej chciałam sobie z kimś pogadać i poznać, jak inni faceci myślą, chodziło mi o muzułmanów. Bo kto z 3 tygodniowym dzieckiem myśli o nowym związku? Ale nie powiem: brakowało mi tej uwagi ze strony mężczyzny.

Z drugiej strony wybrałaś jednak portal randkowy a nie grupę dyskusyjną czy coś.

No w sumie tak, masz racje.

Dużo miałaś innych wiadomości poza tymi od niego? Napisał coś co cię zainteresowało i sprawiło, że odpisałaś właśnie jemu?

Dużo było wiadomości, ale ja nawet ich nie otwierałam. Nie wiem, jakoś tak wchodziłam tam i wychodziłam, niby chciałam pogadać, ale jakoś coś mnie blokowało. Jak zobaczyłam jego zdjęcie i pamiętałam go i to jakoś mnie pchnęło żeby mu odpisać.

A kiedy to właściwie było?

Poznaliśmy się 18 lipca 2019 na tej stronie, a na Facebooku pisaliśmy od 21ego lipca, czyli  tak koło półtora roku

I jakie były początki tej znajomości?

Pierwsza moja wiadomość była taka, że opisałam mu w jakiej sytuacji jestem. Że jestem mężatką z dwójką dzieci i to wszystko. On mówił, że nigdy nie spotkał dziewczyny, z którą kontakt by się utrzymał dłużej niż tydzień. No i tak pisaliśmy, co lubimy robić, jak to nasze życie wyglądało. On pracował, chodził na siłownię, więc nie pisaliśmy dużo jakieś 3 pierwsze tygodnie.

Wyjawił czemu nigdy nie spotkał dziewczyny, z którą utrzymałby dłuższy kontakt?

Mówił, że znajomość się urywała bo on nie czuł takiej potrzeby, że nikt go nie zainteresował i nie czuł, że może coś z tego być.

A z dzisiejszej perspektywy myślisz, że to była prawda, czy manipulacja?

Sama nie wiem, ciężko mi powiedzieć bo tak sobie myślę, że wszystko to mogły być kłamstwa. Ale było jeszcze coś, co powiedział mi po półtora miesiąca.

Co takiego?

Powiedział, że pisał z jedną Polką, ale on traktował ją tylko jako koleżankę. On zajmuje się rysowaniem, a ona bardzo go wspierała. No i mówił, że ona chciała z nim być, ale że była starsza, to on o tym nie myślał. W końcu kontakt się urwał, bo on myślał, że ona pisze z innymi facetami. Tylko że później ona do niego napisała. On mi o tym powiedział, no to ja mówię: pokaż mi co napisała. A on nie chciał, mówił że to nie ma sensu. W końcu mi pokazał. I powiem ci, że mogłam już wtedy coś pomyśleć, bo ona mu napisała, że załatwiła mieszkanie w Polsce żeby go sprowadzić, a on teraz już jej nie kocha.

Zapytałaś go o to?

On mówił, że oni nie byli parą, że on nie wie, czemu ona do niego mówi „kochanie” itp.

Uwierzyłaś?

On jej wtedy napisał coś w rodzaju przepraszam Anna

, ale ja sobie układam życie z inną kobietą. Wtedy uwierzyłam. Bo on tak mówił, że jakby go coś z nią łączyło, to by mi w ogóle o niczym nie powiedział. Powtarzał, że gdyby coś robił na boku, to nawet by mi nie mówił o tych rzeczach, a on mi mówi, a ja mu jeszcze jazdy robię

No w pewnym sensie logiczne… Jak myślisz, czemu ci powiedział?

Teraz z perspektywy czasu, myślę, że chciał żebym mu ufała. Ale wtedy byłam ślepa.

Sprytny. A powiedz, szybko się zaczęły wyznania miłości?

Po półtora miesiąca powiedział, że on tego nigdy nie czuł do nikogo i że nie chce mnie nigdy stracić, bo mnie kocha.

I co Ty na to?

Zszokowało mnie to trochę. Nie powiem, też mi był bliski i też jakoś tak inaczej wszystko było… powiedziałam mu  słuchaj, zatkało mnie i nie wiem, co mam ci powiedzieć. A on na to: nie mów nic tylko bądź ze mną.

Ujęło Cię to?

Wtedy trochę tak, tym bardziej, że ja mu powiedziałam słuchaj, ja będę mogła się rozwieść, za półtora roku dopiero, wiec ja nawet nie wiem, kiedy my moglibyśmy razem być. Ale on mówił, że to nie problem, on będzie czekał.

A czemu dopiero za 1,5 roku?

No bo niestety tu w Norwegii jest takie prawo. Wszystko się ciągnie, jak krew z nosa. On wiedział od samego początku jak to jest ze mną. I ja mu mówiłam mnóstwo razy słuchaj, ułóż sobie życie z inną kobietą nie ma na co czekać. Bo mówił mi, że mama chce go ożenić tam w Maroku, ale on nie chce Marokanki.

Czemu nie chciał Marokanki?

Bo mówił, że te kobiety, to są tylko za pieniędzmi i że jakoś on nie chciałby się ożenić z taką. A druga sprawa, to że on nie pochodzi z bogatej rodziny i ciężko by było znaleźć jakąś odpowiednią. Powtarzał, że są bardzo ładne, ale on jakoś by nie chciał z Marokanką się ożenić. Dlatego powiedział swojej mamie o mnie. I tu się zaczęły problemy. Najpierw powiedział swojej siostrze jak był u niej i ona była za mną. Mówiła, że to nie problem, że ja mam dzieci, jak jestem dobra itp. Chociaż nie wiem teraz sama, czy to prawda. Za to mama powiedziała, że absolutnie nie. Lepiej wziąć Żydówkę bez dzieci niż muzułmankę z dziećmi po rozwodzie. Więc zerwaliśmy znajomość na jeden dzień. Ale tak mnie to zabolało, że musiałam do niego napisać na drugi dzień. Powiedziałam, że to nie fair. Że ja nie jestem gorsza od innych i że w islamie jest dozwolone wziąć kobietę po rozwodzie. Dlaczego ma tak być skoro sam prosił mnie żebym go nigdy nie zostawiła?

W jakim momencie to było? po jakim czasie pisania?

To było gdzieś po 2 miesiącach

I co było dalej?

No i po długiej rozmowie tego właśnie dnia, mówi do mnie nie chcę cię stracić, dlatego będę jakoś ukrywał się z tobą i z pisaniem przed rodzicami i zobaczymy, kiedy możemy się spotkać itp

Czy to ukrywanie się wpłynęło jakoś na wasz kontakt? Stał się mniej dostępny czy coś?

W sumie nie, bo przeważnie pisaliśmy wieczorami albo jak był w pracy, albo gdzieś na dworze. Mówił, że problem w tym, że ja nadal jestem mężatką.

A gadaliście też na video albo przez telefon?

Video nie gadaliśmy ale wysyłaliśmy sobie krótkie filmiki. Ale to dlatego ze ja jakoś nie czułam tego żeby romantycznie na kamerce rozmawiać. Przez telefon czasami.

I co było dalej? Kiedy się spotkaliście?

My się nie spotkaliśmy w realu, bo ciężko było: po pierwsze mi z dziećmi jechać plus koronawirus, praca i wszystkie moje problemy tutaj. Mieliśmy się spotkać w Hiszpanii, jak dojedzie no ale… Wszystko się zmieniło.

Aha, czyli cały romans był online.

Tak.

Zanim doszło do konkretnych planów w Hiszpanii, to jak w ogóle to wszystko się rozwijało? Wcześniej mówiłaś, że był cudowny, rozwiniesz trochę temat?

Ogólnie to był bardzo opiekuńczy, pytał o rodzinę, o dzieci, o mnie: na przykład czy jadłam, czy nie. Zawsze mówił, że jak jestem zmęczona, możemy popisać później itp. Zawsze jak mówiłam, że u mnie ciężko, pytał co i jak, doradzał, mówił, że mu ciężko że nie może mi pomóc. Czułam, że on jest inny, że może mu zależy. Tym bardziej ze on mi mówił często hbiba ja cię nigdy nie zostawię, nigdy się nie poddam, bo jesteś dla mnie wyjątkowa. Uczył się polskiego ode mnie, a ja od niego darija [darija to dialekt marokański – przyp. Oczko].

Czyli tak naprawdę udzielał ci dużo wsparcia.

Tak bardzo dużo. Naprawdę tak jakoś fajnie było, że ciężko teraz to ogarnąć. Mówił, że on chce ze mną być i tylko czeka jak się stamtąd wyrwać.

Miał na to jakiś plan? Czym on się w ogóle zajmował?

On ogólnie rysuje – to jego pasja, a na co dzień zajmował się budowlanką. Od początku do końca domy stawiali aż do kładzenia kafelków i malowania. Jak korona zaatakowała, to ciężko było z pracą, ale nigdy nie prosił o pieniądze, mówił, że to wstyd. On miał plan. Mówił, że on życia nie ma w Maroku. Tym bardziej jak chce ze mną być to musi stamtąd wyjechać

I jaki to był plan?

Dostać się do Turcji samolotem, a potem przez jakieś lasy iść tydzień żeby gdzieś tam do Grecji się dostać. Albo nielegalnie łódką do Hiszpanii, bo to małe pieniądze były, żeby zapłacić komuś, kto przemyca ludzi.

Co Ty myślałaś o tych planach?

Ja mówiłam, że dla mnie to jest w ogóle nie do pomyślenia. Bałam się o niego. Mówiłam mu: poczekaj, jakoś to będzie, jak chcesz ze mną być. Spotkamy się, zobaczymy jak to jest w realu i jak twoja rodzina reaguje. Ale nigdy nie mówiłam czekaj na mnie ja cię sprowadzę ani niczego podobnego. On wiedział, że moja separacja została odrzucona tutaj i nawet jakbym miała środki na koncie, nie mogłabym aplikować o wizę dla niego.

Jak on reagował na to, co mówiłaś żeby poczekać i że zobaczycie, jak się poznacie?

Mówił, że dobrze, że to nie problem bo on i tak na razie nie widzi żadnej ucieczki stamtąd. Ale wszystko się zmieniło gdzieś tak w połowie zeszłego roku. Jakoś inaczej się nam rozmawiało. Czasem pytałam co się dzieje, mówił tylko, że jego sytuacja go dobija. Mniej rozmawialiśmy i on mniej okazywał uczucia.

A teraz jak myślisz, co to było?

Teraz wiem, że on wiedział, że stamtąd wyjedzie, bo jego brat pojechał pierwszy do Hiszpanii kilka miesięcy temu nielegalnie.

A ty nic nie wiedziałaś o tych planach, dopóki się nie ziściły?

On mi powiedział, jak jego brat już tam dojechał a o sobie powiedział mi tydzień wcześniej, że rodzice załatwili pieniądze. On – z tego co mi powiedział – miał jechać jako pierwszy, ale czekał na mnie, że może ja coś wykombinuję dlatego oddał kolejkę dla brata. Tak mi powiedział tydzień temu* jak dojechał tam i wszystko sobie wyjaśniliśmy. On mi po prostu powiedział tak: jakbyś to ty załatwiła wizę dla mnie żebym mógł dojechać do Europy, jakoś bym rodziców, a szczególnie mamę, udobruchał, ale to oni mi pieniądze załatwili także teraz to nie ma szans na nas.

*[nasza pierwsza rozmowa odbywała się na początku stycznia – Oczko]

Nie mam pojęcia o procesach wizowych w Norwegii, jest tak naprawdę jakaś procedura, która miałaby w ogóle szanse powodzenia w takim przypadku?

Ciężko jest tutaj. Tym bardziej, że jestem w separacji i mam dwójkę dzieci ze sobą, a tu aplikacja dla faceta z Maroka. Wątpię żeby to się udało. Ale mówiłam, że on też tam może aplikować, to odpowiadał, że on na bank nie dostanie.

Ale że ty mu załatwisz, to był pewien? Co ci faceci mają w głowach… Wyjaśnił w jaki sposób wyobrażał sobie, że to zrobisz?

No mówił że na zaproszenie. Chociaż ja powtarzałam, że nie mam takich środków na koncie. Jak już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to on mi powiedział, wiedziałem, że to nie ma szans, ale nie mogłem ci tego powiedzieć żeby cię nie zranić.

I co o tym myślisz?

Zabolało jak cholera. Bo ja miałam nadzieję. I pytałam mnóstwo razy czy jemu się chce czekać na mnie? Mówiłam mu może zakończmy to teraz, to ja sobie jakoś z tym poradzę, bo później będzie mi bardzo ciężko. Mówiłam: jak nie jesteś pewien, zakończ znajomość, bo ja nie dam rady później. Ale on odpowiadał: nie, nie hbiba, jak przyrzekłem, że się nie poddam, to dotrzymam słowa. I nawet tydzień przedjego wyjazdem zapytałam go: Jak dojedziesz do Hiszpanii i będziesz czuł się zmęczony mną, powiedz od razu, nie chciałabym być zastąpiona inną kobietą. A on mi powiedział to samo: hbiba ja cię nigdy nie zostawię i wyrzuć te myśli ze swojej głowy. Ale dojechał tam i się wszystko zmieniło. Prosto z mostu mi powiedział co i jak.

Ile czasu mu zajęła zmiana zdania? 2 tygodnie?

Nawet nie, bo tydzień.

Czyli tak od razu pierwsza rzecz po przyjeździe?

To było tak: oni tam jechali prawie dwa dni. Dojechał tam i pierwsze co zrobił, to napisał mi dojechałem ale nie mam internetu. Wiedziałam, że jest zmęczony, ale martwiłam się też. To był Sylwester. Wieczorem napisał do mnie jak tam? około 18. Jakoś chciałam z nim rozmawiać, ale nie wiedziałam o czym. Spytał się, co się stało, ja na to, że nie mam nastroju. Siedziałam sama w pokoju i myślałam. O 22.30 napisałam do niego, spytałam, czy świętują i takie tam. Pisaliśmy o normalnych rzeczach, bez całusków i wyznań miłości. Północ. Złożyłam mu życzenia: żeby mu się tam lepiej żyło i żeby spełniły mu się jego wszystkie marzenia i to czego najbardziej pragnie. Myślałam, że napisze, że teraz to już będzie wszystko okej, bo jak by nie było, wyjechał stamtąd i jest w Europie. Ale on odpisał mi życzę ci też żeby twoje marzenia się spełniły. Tak jakoś dziwnie mi było.

Nie tego się spodziewałaś.

Tak dokładnie. Skończyliśmy rozmowę.

Na drugi dzień, jak co rano napisałam dzień dobry jak spałeś itp. Odpisał, że okej  i spytał jak ja się czuję. A ja jego zapytałam słuchaj, jak to teraz będzie? On mnie pyta ale z czym? Ja mowie z nami. A on mi na to pisze: teraz to już nie ma sensu, bo mówiłem ci, że jak rodzice mnie wyślą, to ja nie będę mógł z tobą być. Wyobrażasz sobie reakcję mojej mamy, jakby się dowiedziała, że ja za ich pieniądze przyjechałem i z tobą się zwiążę? Więc ja zapytałam:  jak to? Przecież mówiłeś, że czekasz żeby wyjechać stamtąd, a teraz co? On powiedział tylko, że to nie ma sensu. Spytałam go dlaczego mnie tak zranił, mógł mi to wcześniej powiedzieć. On mówił, że myślał, że ja rozumiem jaka jest sytuacja, że jak ja go nie sprowadzę do Europy to już nie mam szans.

A czy Ty kiedykolwiek wcześniej to słyszałaś od niego?

Powiem tak: jak ja pytałam, jak on sobie to wyobraża, to on mówił mi parę razy, że jeśli rodzice mnie nie zaakceptują, to albo będzie musiał ze mnie zrezygnować, albo z rodziców żeby być ze mną. Jak zapytałam, co ma na myśli, to mówił, że jak będzie ze mną i założy rodzinę, to po prostu swojej mamie i tacie nie powie nic dopóki nie będą na tak jeżeli chodzi o mnie. Mówił, że jak będziemy mieli dziecko, to pojedziemy do jego rodziców, tylko żebym nie zabierała swoich starszych dzieci, bo nie wie, jak jego rodzina by na nie zareagowała. Ale nie mówił nic o tym, że my się nigdy nie pobierzemy, jak to nie ja będę tą osobą, która go przywiezie do Europy. Nigdy tego nie powiedział. Tylko mówił że będzie ciężko ich udobruchać. Planował jak nasz ślub będzie wyglądał, mówił mi, że chciałby mieć ze mną dzieci, bo widzi we mnie swoją żonę i matkę własnych dzieci. Mówił, że jego siostry mnie na pewno polubią itp. Tak naprawdę ja bym się tego nigdy nie spodziewała, że to się tak odwróci. Wychodzi na to, że wszystko to co mówił, nic nie znaczyło.

Przypomniałaś mu te wszystkie deklaracje włącznie z tą z tydzień przed wyjazdem, kiedy przecież wiedział, że jedzie za pieniądze rodziców i to mu nie przeszkadzało mówić że nigdy cię nie opuści?

On tak zakręcał, że nie chciał na to odpowiadać w ogóle. Tylko przepraszał, że tak się stało. Potem zaproponował mi układ. To było po dwóch dniach, bo ja skończyłam tamtą rozmowę nagle, usunęłam go ze znajomych, moje komentarze na jego profilu też usunęłam, zdjęcia i wszystko inne też – tak mnie to trawiło. No i po dwóch dniach napisał do mnie – uwaga – że dlaczego ja go tak zostawiłam?

Słucham?

Śmiać mi się teraz chce. Powiedziałam kto tu kogo zostawił i że nas już nic nie łączy, bo on już wybrał. A on wtedy powiedział, że on nie może o mnie zapomnieć i żebyśmy tego tak łatwo nie kończyli. I wtedy zaproponował ten układ: powiedział, że jak chcę z nim być, on będzie na mnie czekał aż się rozwiodę, ale o ślubie nie ma mowy ani o dzieciach też, bo on będzie musiał się ożenić w Maroku, jak mu mama żonę wybierze. No i tak będzie musiał ukrywać, że ze mną jest.

Co mu na to powiedziałaś?

Szok dla mnie totalny, niezły agent z niego. Tym bardziej, że jak on sobie to wyobraża? Związek haram, przed bogiem żeby tylko mamę uszczęśliwić? Powiedziałam, że jakby mnie kochał, to by to tak nie wyglądało. To ja będę tylko zabawką w ukryciu a w Maroku żona z dziećmi? To tak jakbym się związała z żonatym facetem, że mam w ukryciu siedzieć, a on swoja żonę tam będzie miał. Przecież to jest komedia jakiej w kinach nie grali.

Oburzył się na Twoją odmowę?

Zamknął się, ale nadal mówił żebyśmy tego nie kończyli, że jak nie chcę z nim być, to żebyśmy chociaż pisali czasem. Powiedziałam mu, że to nie ma sensu, bo on już wybrał swoją przyszłość.

A powiedz mi jak teraz to wszystko widzisz? Myślisz, że to wszystko było oszustwo dla wizy, czy raczej faktycznie jakieś uczucia były i życie/rodzina go przytłoczyły?

Pół na pół. Wyjaśnię ci o co mi chodzi: rozumiem, że kultura robi swoje. Wiem, że w islamie to nie jest zła rzecz być z rozwódką, ale z drugiej strony nie rozumiem, jak można się ożenić z kimś, kogo totalnie nie znasz, nie masz do niego żadnych uczuć, bo tak rodzice ci każą. Przecież on jest facetem, a nie kobietą, ma swoje zdanie. Jeżeli by mnie kochał, to wydaje mi się, że by się wstawił za mną i próbował rękami i nogami, żeby ze mną być. Z drugiej strony myślę, że on po prostu wiedział, że ja zawsze będę. Jak mnie poznał, mówił, że jeszcze nikt tak się o niego nie troszczył i nie pytał. Może on po prostu wiedział, jaka jestem i że jakby do mnie dołączył to miałby dobrze i to go trzymało? Ciężko powiedzieć. Ja czuję się oszukana i zraniona.

Wcale mnie to nie dziwi. Też bym się tak czuła – zwłaszcza w obliczu tak diametralnej zmiany.

Jak rozmawialiśmy już ostatni raz, zapytałam go, co dla niego jest ważne: czy wiza, czy miłość. Powiedział, że paszport, miłość i przyszłość, ale że miłość to nie wszystko. I że on nic nie może na to poradzić.

Trochę brzmi jakby sam się pogubił, a trochę jakby od początku wszystko robił z wyrachowania.

Tez tak pomyślałam. Ale jeżeli by chciał ze mną być i kochał szczerze nie mówiłby od razu słuchaj mówię ci ślubu nie będzie, nie ma mowy, bo ja będę musiał tam się ożenić i ze dzieci nie i nic. Kto tak planuje wszystko od razu?

Najdziwniejsze jest to, że tydzień wcześniej mówił coś całkiem innego.

No właśnie. Jakby wcześniej już mówił, że to będzie problem…

Ale z tego co zrozumiałam, nie powiedział nigdy nic takiego? Tylko tyle, że się będzie ukrywał?

Tak on tylko mówił, że będziemy się ukrywać, czyli wiesz, portale społecznościowe. Bo brat jego i kuzyn niby o mnie wiedzieli. On nawet mówił, że nigdy się nie podda. Że nie będzie słuchał rodziców, że jak założymy swoją rodzinę, to pojedziemy do Maroka, ale żebym tylko swoich dzieci nie brała, to wtedy wszystko będzie inaczej wyglądało, jak zobaczą nas razem z naszym dzieckiem. Że mnie polubią. Same słodkości mówił. Byle stamtąd wyjechać i z czasem rodzice będą okej.

Myślisz że kłamał?

Myślę, że tak, bo to za szybko się odkręciło. Przecież on nawet nie próbuje tylko z góry założył, że mam być jako zabawka. To co to ma znaczyć? Ciężko coś więcej powiedzieć teraz, bo minął dopiero tydzień. Może potrzebuję więcej czasu na rozkminkę, co to w ogóle było?

Rozumiem. Bardzo świeża sprawa. Przejdźmy może do pytania, które zadaję wszystkim moim rozmówczyniom, czyli: co byś z dzisiejszej perspektywy wskazała jako sygnały ostrzegawcze?

To, że on to wszystko ukrywał. Niby mówił mój kolega wie o tobie, ten wie, tamten wie, siostra wie i wspiera ale jak przyszło do rodziców, to cisza i on nawet nie próbował jakoś pokazać, że on będzie walczył, żeby ich udobruchać.
I jeszcze to, że jak pytałam go często o screeny z kim pisze na Fb lub WhatsApp, to zawsze mu to jakoś dużo czasu zajmowało i pytał ale po co i na co, żeby tylko to przeciągnąć i chyba pousuwać wiadomości – teraz do mnie to dochodzi. Nawet kiedyś nie chciał mi pokazać kogo ma zablokowanego na fb, bo mówił, że to jego prywatna sprawa. Więc wydaje mi się, że każde ukrywanie czegoś powinno być takim głównym powodem do zmartwień.

A  co byś doradziła kobietom, które poznają takiego egzotycznego absztyfikanta w Internecie?

Po pierwsze życzyłabym, żeby poświęcić więcej czasu na rozmowy, poznanie drugiej osoby w realu, jego rodziny i znajomych, żeby widzieć, jak ta osoba się zachowuje w innym otoczeniu, nie tylko z nami. I nie wierzyć w każde słowo, bo w moim przypadku mogę powiedzieć, że nie tylko na początku były kłamstwa żebym się złapała, ale potem kontynuował i zagłębiał się w tym wszystkim, a ja naprawdę w to wierzyłam.

Bardzo ci dziękuję za rozmowę.

Jak to jest być w związku mieszanym?

Jako szczęśliwa (zazwyczaj) posiadaczka Męża z Importu, często spotykam się z pytaniami o to jak to jest być w związku mieszanym i czy doświadczam(y) wielu problemów związanych z różnicami kulturowymi.
Odpowiedź brzmi: tak naprawdę to nie wiem. Nie wiem jak to jest ogólnie być w związku mieszanym, bo nie wiem jak jest innych związkach, gdyż każdy z nich ma przecież swoją specyfikę.
Mogę mówić tylko o swoim, a kiedy już o nim mówię, mam wrażenie, że część osób jest zaskoczona, albo przepełniona niedowierzaniem, gdy stwierdzam, że dla mnie mój związek mieszany jest taki sam jak każdy inny związek. Różnice między nami owszem, występują, jak w każdej parze, ale nie nazwałabym ich różnicami kulturowymi.


Kącik psychologiczny

W psychologii od dawna trwa debata zwana „Nature vs Nurture”, która dotyczy próby ustalenia, co bardziej kształtuje człowieka: geny czy środowisko? Czytałam kiedyś książkę poświęconą badaniom na ten temat i wynikało z nich, że wpływ ten rozkłada się mniej więcej pół na pół. Warto jednak zaznaczyć, że określenie środowisko w tej debacie jest bardzo szerokie i obejmuje wszystko, co nie jest genami: od oddziaływań hormonalnych w okresie prenatalnym, przez składniki odżywcze w diecie, klimat, status socjo-ekonomiczny, ilość i kolejność rodzeństwa, wychowanie, socjalizację, wpływy rówieśników, mediów itd itd. Dlaczego o tym mówię? Żeby pokazać, że o ile kultura niewątpliwie jest ważna i wpływa na człowieka, to jest zaledwie jednym z wielu elementów. Czynników, które nas kształtują jest dużo i wpływają one nie tylko na nas ale też na siebie nawzajem. I to do tego stopnia, że wpływ środowiska może regulować ekspresję genów albo uaktywniać genetyczne skłonności. Na przykład wykluczenie pewnego składnika diety, może całkowicie wyciszyć objawy fenyloketonurii, która jest chorobą o podłożu genetycznym.


No ale wracając do rzeczy.
Skoro już wiemy, że kultura jest zaledwie jednym z czynników, które nas kształtują i że te czynniki oddziałują na siebie nawzajem, łatwo dojść do wniosku, że nie na każdego będzie ona miała taki sam wpływ. I na nas chyba po prostu ma niezbyt duży – stąd brak odczuwalnych różnic.

Ale jak to? Pytacie?

Już Wam to opisuję bardziej szczegółowo. Zacznę od takich bardziej „powierzchniowych” elementów:
Ja nie lubię za bardzo polskiej muzyki i mam odruch wymiotny na dźwięk disco-polo (w ogóle jestem raczej amuzykalna, ale to inna sprawa). Szalony Naukowiec nie lubi muzyki marokańskiej poza paroma wyjątkami. Ja nie przepadam za polskimi filmami i rzadko je oglądam. O kinie marokańskim nawet od niego nie słyszałam. Słuchamy muzyki amerykańskiej (ja) amerykańskiej, irlandzkiej i ścieżek dźwiękowych (on), oglądamy filmy i seriale amerykańskie, czasem wpadnie kino europejskie albo jakiś hiszpańskojęzyczny horror (to ja) oraz anime (on). Każde z nas raczej lubi kuchnię swojego kraju, lubimy też kuchnię tajską, włoską, meksykańską, portugalską, sushi, steki (to on), burgery i tak dalej. Ubieramy się oboje w klimacie dżinsy + tshirt i bluza.

Na kulturę składa się dużo więcej niż jedzenie, stroje, muzyka i filmy. Przejdźmy więc na głębszy poziom:
Mamy z Kolegą Małżonkiem podobny sposób myślenia, oboje jesteśmy mocno racjonalni, logiczni i krytyczni, nie mamy skłonności do myślenia magicznego, przyjmowania rzeczy na wiarę. Mamy podobny stosunek do planowania oraz do czasu i punktualności – na przykład wolimy umawiać się z wyprzedzeniem i na konkretną godzinę niż działać na spontanie. Oboje nie znosimy się spóźniać. Wyznajemy podobne wartości: mamy podobne podejście do pieniędzy, takie same przekonania dotyczące ról płci w społeczeństwie i w rodzinie (oboje jesteśmy zwolennikami partnerskiego modelu związku i uważamy, że obie strony w parze powinny być w stanie być finansowo niezależne i samodzielne. Dzielimy się po równo obowiązkami domowymi i nie funkcjonuje u nas pojęcie „faceta pomagającego kobiecie w domu”). Łączą nas też przekonania na wiele różnych tematów od aborcji, przez eutanazję, stosunek do szczepionek, LGBT, adopcji LGBT, praw kobiet, po religię (oboje jesteśmy ateitami) itd. Mimo, że nie mamy dzieci, jesteśmy raczej zgodni, co do tego jak miałyby być one wychowywane. Tak, zamiłowanie do dyskusji o charakterze teoretycznym i abstrakcyjnym też mamy wspólne 😉

Oczywiście czasem się zdarza, że jedno z nas nie łapie odniesienia do jakiejś książki, czy filmu, czy wydarzenia historycznego, ale w takich sytuacjach widzę to raczej w kategoriach odmiennych doświadczeń indywidulanych niż różnic kulturowych.

Czy tak jest w każdym związku mieszanym? Nie sądzę. Każdy związek jest inny, ba, każdy człowiek jest inny. Na jednych kultura i tradycja oddziałuje silniej, na innych słabiej. I to jest ok. Doświadczanie różnic kulturowych też jest ok. Nie ma przecież żadnej recepty na udany związek, która by głosiła, że takich różnic być nie powinno. Wiele par ich doświadcza i doskonale sobie z nimi radzi. Jedyne co jest ważne to włąśnie to jak do tego wszystkiego podejdziemy. Dlatego warto w taką relację wchodzić z otwartą głową. Liczyć się z tym, że różnice kulturowe mogą się pojawić, ale nie bać się ich i nie doszukiwać ich na siłę (bo kto szuka ten znajdzie, nie?).

Zarządzanie pieniędzmi (a związek mieszany)

Pieniądze stanowią na tyle częsty powód konfliktów w parze, że kłótnie o nie są wręcz przysłowiowe. Wynika to z faktu, że ludzie wchodząc w związek, wnoszą do niego swoje – często sprzeczne – oczekiwania, wyobrażenia, preferencje i sposoby funkcjonowania dotyczące wszystkiego: od zarządzania finansami, po sposób wieszania prania – a to pierwsze jest dla większości ludzi po prostu ważniejsze. I z tego powodu naprawdę warto przedyskutować dogłębnie temat przyszłego zarządzania pieniędzmi zanim podejmiemy Ważne Życiowe Decyzje.

Z racji swojej specyfiki, związki mieszane są narażone na konflikty na tle finansowym być może bardziej niż inne. Poglądy na temat zarabiania i wydawania pieniędzy (jak i na wiele innych rzeczy) zaczynają się bowiem kształtować już młodości w domu rodzinnym, a jak łatwo się domyślić: w różnych kulturach podejście do tego aspektu życia bardzo się różni.

Zawsze powtarzam, że człowiek po to ma rozum, żeby przeanalizować różne rzeczy, które mu wpojono i świadomie je przyjąć lub odrzucić, ale prawda jest taka, że nie każdy to robi. Dlatego wiążąc się z osobą wychowaną w innym kręgu kulturowym, warto być świadomym problemów z którymi możemy się zetknąć.

Jest wiele kultur, w których od dzieci (zwłaszcza mężczyzn) oczekuje się wspierania finansowo rodziców lub/i rodzeństwa – szczególnie młodszego i płci żeńskiej. W kulturze muzułmańskiej, z kolei, bardzo często mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie domu, podczas gdy kobieta swoje ewentualne zarobki zachowuje dla siebie (co dla mnie byłoby nie do przyjęcia, ale akurat chyba wielu Polkom się podoba, na zasadzie kontrastu do popularnego u nas modelu, w którym kobieta zarówno zarabia na dom jak i się nim zajmuje). Dodatkowo członek rodziny żyjący w Europie jest często postrzegany jako bogaty (nawet jeśli wcale tak nie jest, do czego nie każdy jest chętny się przyznać). Rodziny emigranta miewają rozbuchane oczekiwania materialne, a sam emigrant: poczucie, że powinien je zaspokajać. Czasem potrafi to przybierać dość skrajne formy: pieniądze wysyłane są w sekrecie przed żoną, listy życzeń obejmują nowe smartfony, telewizory i markowe ubrania, a wszystko to odbywa się kosztem nowej rodziny. Sprawa robi się jeszcze bardziej zagmatwana, gdy dodamy do tego, typowe ostatnio w Polsce, wielomiesięczne oczekiwanie na kartę pobytu umożliwiającą legalne podjęcie pracy, w którym to okresie facet raczej nie zarabia, co niekoniecznie jednak przeszkadza mu chcieć wysyłać pieniądze do domu. Nie mówiąc już nawet o sytuacjach, kiedy cała rodzina bierze udział w oszustwie wspierając wizowca, który łowi Europejkę, mającą stanowić źródło papierów i gotówki.

Te wszystkie rzeczy nie muszą być naturalne i oczywiste dla przeciętnej Polki. Kulturowo wpojona konieczność utrzymywania młodszych niepracujących sióstr, wspierania rodziców, czy obdarowywanie krewnych i znajomych królika masą prezentów przy każdej wizycie, niekoniecznie jest czymś domyślnym w naszym kręgu kulturowym. Nie zrozumcie mnie źle: nie mówię, że Polacy nie pomagają rodzinom, bo na pewno wiele osób pomaga, jednak presja oczekiwań może być nieco innego kalibru. 

I dlatego w związku multi-kulti tak ważne jest omówienie wizji zarządzania budżetem i nakreślenie jasnych, akceptowalnych dla obu stron zasad.

Wspominałam kiedyś, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem decydując się na wspólne zamieszkanie, było ogarnięcie równego i sprawiedliwego podziału obowiązków domowych. Drugą z takich rzeczy było opracowanie zasad i funkcjonowania domowego budżetu. Od tamtego czasu minęło z 6 lat i sporo się pozmieniało, przetestowaliśmy po drodze kilka różnych opcji w zależności od stopnia zaawansowania naszego związku i w efekcie udało nam się wypracować system, który według mnie jest optymalny dla wspólnego budżetu dwóch pracujących osób. Pozwala razem kontrolować wydatki, zapewnia przejrzystość i jasność, ale też pewien zakres niezależności. 

Oto przepis:

  1. Spis wspólnych wydatków. W tym kroku należy sporządzić listę wszystkich wydatków, które mamy zamiar ponosić razem: od czynszu, przez rachunki za media i internet, jedzenie, chemię domową, rozrywkę, oszczędności itd. To jest ten moment, kiedy trzeba przedyskutować do jakiego stopnia w ogóle chcemy połączyć nasze finanse.
    Od kiedy się pobraliśmy, a mój mąż przestał dzielić swój czas i inne zasoby między dwa kraje, zdecydowaliśmy się włączyć tu prawie wszystko (w końcu de facto uważamy wszystkie zarabiane pieniądze za wspólne) poza wydatkami na swoje hobby, wyjścia ze znajomymi, ciuchy i prezenty.
    Do tego wszystkiego, co planujemy wydawać, trzeba doliczyć kwotę, jaką chcielibyśmy miesięcznie razem odkładać.
  2. Podział. Gotową listę należy podzielić. My zdecydowaliśmy się na podział proporcjonalnie do zarobków: wydaje mi się on bardziej sprawiedliwy, ale oczywiście można skorzystać z opcji pół na pół czy jeszcze innej.
    Kwotę, która tu wyszła, każde z nas przelewa na wspólne konto na początku miesiąca.
  3. Część własna. Wszystko poza wartością uzyskaną w punkcie drugim stanowi budżet „własny”, którym każde dysponuje wedle uznania i z którego nie ma obowiązku się tłumaczyć. Umożliwia to nieskrępowane zakupy dowolnej natury bez stresu (ze strony) partnera, czy ewentualną pomoc rodzicom czy rodzeństwu, nieodbywającą się kosztem własnej rodziny. 
    W naszym przypadku najczęstszymi wydatkami w tej kategorii są prezenty dla siebie nawzajem, ciuchy i wyjścia ze znajomymi.
  4. Komunikacja i feedback. Wszystkie większe wydatki przegadujemy – szczególnie te, które wymagają odkładania pieniędzy przez jakiś czas. Razem planujemy też oszczędności celowe (czyli takie, których przeznaczeniem jest coś konkretnego: podróż, remont, większy zakup do domu itp.). Zazwyczaj konsultujemy się ze sobą także w zakresie większych wydatków „własnych”.
    Na koniec miesiąca robimy podsumowanie wszystkich rozchodów w stosunku do planu i na tej podstawie ewentualnie aktualizujemy na bieżąco budżet na kolejne miesiące. Do ogarniania tego wszystkiego służy nam koszmarnie skomplikowany arkusz Excel, który powstał w ścisłym umyśle Szalonego Naukowca.

To co z tym wysyłaniem?

Zapowiadałam, że jeszcze do tego wrócimy, więc proszę: temat wysyłania rodzinie pieniędzy przez Faceta z Importu, zawsze wzbudza sporo emocji i gorących dyskusji. Zdania zawsze są bardzo podzielone, usłyszymy na przykład: Żona i dziecko powinny być pierwsze; jak można matce nie pomóc; dawanie hajsu pazernym pasożytom jest nieakceptowalne; dla nich rodzina [pochodzenia] zawsze będzie najważniejsza; nie pozwalam na wysyłanie pieniędzy; gdyby mój facet oczekiwał, że przestanę pomagać mamie, musielibyśmy się rozstać.

Kto ma rację?
Wiążąc się z cudzoziemcem trzeba pamiętać, że jego ewentualna chęć wspierania finansowo rodziny jest zupełnie normalna. W wielu krajach system emerytalny jest bardzo słaby albo nie ma go wcale, podobnie z publiczną opieką zdrowotną. Dostęp do edukacji też bywa kosztowny, a udział kobiet w rynku pracy: kulturowo utrudniony. Twój chłopak czy mąż ma prawo chcieć pomagać rodzinie, zwłaszcza, że – jak wspomniałam wyżej – być może w kulturze, z której pochodzi jest to standard i jest to od niego oczekiwane. Ma prawo nawet chcieć mieszkać w klitce i jeść byle co, po to żeby wysyłać kilkaset euro miesięcznie do domu. Ma prawo chcieć wozić drogie prezenty, nawet tylko po to, żeby się pokazać.
Ale związek tworzą dwie osoby i obie muszą się w nim czuć dobrze. Inaczej to po prostu nie ma sensu.

Nie musisz się godzić na nic, co ci nie pasuje, w imię różnic kulturowych i tego, że „oni tak mają”.

Masz prawo mieć swoje potrzeby i masz prawo oczekiwać, że rodzina którą wy (s)tworzycie będzie na pierwszym miejscu. Masz prawo chcieć mieszkać wygodnie, jeść smacznie, a nawet chodzić an randki i wyjeżdżać na wakacje. Nazwijmy takie oczekiwania naszą kulturą.

Jest wiele rodzin, które nie mają żadnych oczekiwań materialnych, a wręcz pomagają dzieciom na emigracji. Są takie, które mają problemy finansowe, zdrowotne itd, a są i takie, które po prostu chcą kasy i przedmiotów, na które mogłyby zarobić same. Są faceci (lub kobiety) z importu, którzy nic nie dają, są tacy, którzy robią to czasami i tacy, którzy robią to często i szczodrze. Analogicznie: są partnerki (partnerzy), które chętnie się angażują się w takie wsparcie i osoby kompletnie temu przeciwne.
Widzicie już do czego zmierzam? Czasem te dążenia po prostu są nie do pogodzenia. Można dyskutować, kto ma rację, porównywać kupowanie mamie leków lub siostrze smartfona z zabieraniem żony na randkę i przerzucać się rożnego rodzaju argumentami. Problem w tym, że nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyne co można zrobić to poznać potrzeby i plany drugiej osoby i próbować wypracować rozwiązania, które zadowolą oboje.

Ewentualnie znaleźć kogoś bardziej kompatybilnego.

Na Kozetce z Oszustem – Po drugiej stronie

Po opublikowaniu dwóch poprzednich postów (KLIK i KLIK) na temat internetowych oszustów, otrzymałam trochę komentarzy wyrażających wątpliwości, czy ktokolwiek się w ogóle łapie na takie przekręty. Dlatego dziś w ramach Kozetki chciałabym Wam przedstawić drugą stronę medalu, czyli historię kobiety, która padła ofiarą wizowca-naciągacza. Moja imienniczka Basia odezwała się do mnie po ostatnim Kozetkowym wspisie i zgodziła się opowiedzieć swoją historię ku przestrodze.

Bardzo ci dziękuję, że zgodziłaś się podzielić swoją historią! Jestem przekonana, że w ten sposób mamy szansę uchronić kogoś przed poważnym życiowym zakrętem. Zacznijmy może od samego początku, czyli jak to się wszystko zaczęło?

Zaczęło się od tego że nigdy nie byłam kochana i doceniana. Czym jest rodzicielska duma i miłość dowiedziałam się dopiero gdy sama zostałam mamą. Czym jest miłość partnera? Wciąż nie wiem. Byłam niedowartościowaną kobietą, niekochaną, smutną… A kiedy go poznałam, dodatkowo nie byłam w najlepszej kondycji psychicznej: świeżo po rozwodzie z mężem, dla którego byłam nikim.

Więc gdy pojawił się ktoś, kto mówił, jaka jestem cudowna i wspaniała, to popłynęłam. Czy byłam głupia i naiwna? Na pewno nieszczęśliwa.

On pochodził z Indii – muzułmanin, mieszkający na Cyprze. Rozwiedziony z mieszkanką tego kraju, z kończącą się wizą [o tym jednak Basia przekonała się znacznie później]. Zaczepił mnie na Facebooku. To były zwykłe rozmowy typu: „hej, jak ci minął dzień?”

Czyli taki standard, mnóstwo kobiet (a przynajmniej moich czytelniczek) dostaje takie wiadomości.

Tylko, że to trwało długo, nie jak to bywa typowo: kilka dni czy tygodni i wyznania miłości. Dopiero po kilku miesiącach zaczęły się komplementy – nikt nigdy mnie nie komplementował, to była nowość. Lubiłam te rozmowy, cieszyłam się że używam języka angielskiego, poza tym on był kucharzem, więc coraz dłużej i więcej rozmawialiśmy o mojej pasji do gotowania i uwielbieniu dla kuchni indyjskiej. Nie wiem, kiedy nagle stał się kimś ważnym… Budował zaufanie pomalutku. Wydaje mi się, że wybadał, o czym marzę i moje marzenia wykorzystał do swoich celów. Był w tym cholernie dobry.

Basia i Hasan [imię zmienione] rozmawiali ze sobą jakieś półtora roku, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Stopniowo zaczęli snuć plany na przyszłość: myśleli o założeniu wspólnego biznesu – indyjskiej restauracji w Polsce. Basia miała oszczędności, które była gotowa zainwestować:

Byłam po rozwodzie i bez pracy, więc w którymś momencie padł taki pomysł. To było bardzo naturalne i wtedy nie wzbudzało moich podejrzeń. I był to w sumie dobry pomysł. On szukał pracy, pracował w hotelu w restauracji, ja miałam oszczędności, powiedział, że mi pomoże, że razem będzie łatwiej.

Mówisz, że wtedy to nie wzbudziło twoich podejrzeń, ale teraz widzisz wszystko z innej perspektywy. Czy na tym etapie pojawiło się coś, co dziś określiłabyś jako sygnały alarmowe?

Pierwszy sygnał ostrzegawczy: ty robisz wszystko on nic, oprócz użalania się nad sobą. Mówi dużo o tym, że kocha i zrobiłby wszystko dla ciebie, no ale nie może. Ale jak już ty zrobisz swoją robotę to on ci wtedy gwiazdkę z nieba da.

Czyli oczekiwał, że to ty będziesz wykładać kasę?

Że wyłożę kasę, otworzę restaurację, załatwię mu pozwolenie na pracę. I weszłam w to. Machina ruszyła. Miejsce, wyposażenie – wszystko co było związane z restauracją robiłam ja sama, nikt mi nie pomagał. Był wynajęty lokal, wydzierżawiony sprzęt, papierkowa robota, etc…. ale termin wizy się kończył. Gdy nie dostałam pozwolenia na zatrudnienie go, a co za tym idzie: nie było mowy o wizie pracowniczej, zaczął nalegać na ślub. Naciskał, że jeśli go kocham, to powinnam za niego wyjść za mąż i wtedy on będzie mógł przylecieć do Polski, być ze mną i razem będziemy prowadzić restaurację. Nie byłam skora do małżeństwa, ale jeśli chciałam uchronić jego i zalążki restauracji musiałam zdecydować się na ślub.

Jednak do niego nie doszło. Dlaczego?

Nie dopełniłam wszystkich formalności. Nie jestem pewna czy całkiem świadomie i celowo, ale nie postarałam się na 100% załatwiając dokumenty. Myślę, że ostrzegła mnie wtedy intuicja. W każdym razie poleciałam, na miejscu udałam głupią blondynkę i wróciłam bez zmienionego stanu cywilnego. A on musiał wrócić do Indii.

Proponował ci żebyś z nim pojechała?

Tak, chciał żebym tam przyjechała, bo tylko tam mogliśmy wziąć ślub. Nie miał wizy więc nie mógł się stamtąd wydostać. I wtedy też pokazał swoją prawdziwą twarz.

I jak ona się objawiła?

Miał pretensje że nic nie robię, nalegał żebym przyjechała do Indii. Ja nie chciałam tam lecieć: taki wyjazd to kilka tygodni, a ja nie chciałam zostawiać dziecka, choć on na to naciskał. Poza tym nie ufałam mu aż tak i bałam się że nie wrócę. Poprosił mnie też wtedy o 3000 dolarów żeby opłacić kogoś kto pomógłby mu stamtąd wyjechać – ja nie zgodziłam się na wyjazd do Indii i ślub, więc próbował innych sposobów żeby wrócić do Europy.

Wysłałaś?

Tak. Wmanipulował mnie w poczucie winy. Wysyłał mi zdjęcia pokazujące w jakich warunkach żyje – czyli biedy. No i wysłałam. Wiem: głupio. Było minęło.

I faktycznie wykorzystał je żeby wrócić do Europy?

Nie. Jeszcze ze dwa lata temu gdzieś mnie odnalazł – nie wiem, jak bo Facebooka nie mam, a na Instagramie nie ma mojego imienia i nazwiska – i pisał że go oszukałam. Wnioskuję z tego, że utknął w Indiach. Czy znalazł kogoś innego i udało mu się wyjechać z Indii? Szczerze? Mam nadzieję, że nie.

Wracając jeszcze do twojego dziecka: jak on w ogóle przyjął informację o nim?

Bardzo dobrze, nie miał nic przeciwko. Deklarował, że będzie je kochał, wielbił i w ogóle. Oczywiście na końcu wyszło na to, że lepiej, żeby go jednak nie było, bo przez nie nie mogę przyjechać. Nalegał, żebym jednak je zostawiła i przyjechała. A ja jestem lwica, moje dziecko to moje życie, więc tu był już koniec dla mnie wszystkiego.

A jak to wyglądało z drugiej strony? Jak na wiadomość o twoich planach (kiedy jeszcze istniały) zareagowała twoja rodzina i przyjaciele?

Moja rodzina mówiła że zwariowałam, ale mieszkam na tyle daleko od nich, że się tym  nie przejmowałam. A przyjaciele byli przy mnie. To tacy przyjaciele z rodzaju na dobre i złe. Teraz czasem się z tego śmiejemy.

I nie mieli żadnych obiekcji, czy po prostu nic nie mówili?

Martwili się, czy nie będę cierpieć i czy nie zostanę oszukana, mówili bym się zastanowiła, przemyślała. Ale dla nich to było takie egzotyczne.  A ja się na Cyprze uczyłam się gotować, uczył mnie kucharz jednego z lepszych hoteli. To naprawdę wtedy nie wyglądało na typowe naciąganie.

Wspomniałaś wcześniej o pierwszym sygnale ostrzegawczym. Powtórzmy go dla przypomnienia:

ty robisz wszystko on nic, oprócz użalania się nad sobą. Mówi dużo o tym,że kocha i zrobiłby wszystko dla ciebie, no ale nie może.

Jakie jeszcze sygnały zauważyłaś?

Najważniejszy to chyba cała ” procedura ślubu”. Wtedy nic o tym nie wiedziałam, nie miałam pojęcia jakie są obowiązki muzułmanina względem przyszłej żony, jakie kobieta ma prawa – a są one inne niż w kulturze europejskiej. Gdybym wiedziała to wszystko co wiem teraz nie wydałabym ani złotówki. Teraz to bym się nawet upierała na ślub w meczecie i zadbała porządnie o siebie w kontrakcie. Nie brzmi to zbyt romantycznie… no ale trudno, lepiej żeby było pragmatycznie niż romantycznie i dramatycznie

Czyli niezależnie od ślubu cywilnego naciskałabyś na nikah i porządny kontrakt, jako coś co dowodziłoby jego intencji?

Tak. Jak kocha szczerze to się zgodzi. Jak nie… to coś kombinuje

Czy wtedy w ogóle wiedziałaś, że jest coś takiego jak nikah i kontrakt?

Nie miałam pojęcia, jak to wszystko działa.

A on był wierzący?

Tak. Chodziłam z nim nawet do meczetu

Na tyle, na ile znałaś jego i jego religijność, z dzisiejszej perspektywy, sądzisz, że to było dziwne, że nie wspomniał nic na temat ślubu religijnego?

Teraz tak. Wtedy myślałam, że jako chrześcijanka nie mogę. Opierałam się na tym, co on mówił, powiedział, że moglibyśmy, ale to jest skomplikowane, bo nie jestem muzułmanką. A ja nie mogłam znaleźć zbyt wielu informacji, nie mogłam znaleźć w Internecie jakichś konkretnych wskazówek. Nie było tylu blogów co teraz, nie mówiło się o tym tyle co teraz.

To prawda. Pamiętam, że jak ja się męczyłam ze swoim byłym, to w ogóle nic nie było na te tematy. I dlatego teraz robimy to co robimy. Żeby było.

No właśnie.

Masz jakieś rady dla kobiet, które zawierają takie potencjalnie romantyczne znajomości w sieci?

Przede wszystkim warto podkreślić że zawieranie znajomości przez Internet z obcokrajowcem jest obciążone możliwością bycia oszukaną. I że mimo wszystko trzeba mieć dystans. Wszystkiego nie da się przewidzieć i zaplanować, ale trzeba maksymalnie myśleć o sobie i swojej przyszłości. Nie zawsze też wszystko dzieje się szybko, na moim przykładzie widać że może trwać dwa lata, a pewnie są przypadki że i dłużej.

Po drugie: poznać rodzinę – chociaż to też niczego nie gwarantuje bo rodzina może pomagać w oszustwie. Dobrze jest też znać swoje prawa jako żona, poznać kulturę kraju z jakiej wywodzi się przyszły mąż.

Wiem! Wiem, o czym jeszcze trzeba koniecznie napisać! O szantażowaniu!

O szantażowaniu?

Jesteśmy dorośli, więc możemy o tym napisać. Wiadomo, że te internetowe znajomości przybierają różną formę. Sex online, fotki… Goście po jakimś czasie proszą o zdjęcia, coraz śmielsze, często nagie. A potem mogą szantażować, że kobieta ma zrobić to i to, bo inaczej on opublikują jej zdjęcie, wyśle do rodziny, przyjaciół… itd. Mnie to nie spotkało, dlatego nie bałam się skończyć tego wszystkiego – on nic na mnie nie miał. Ale coś podobnego zdarzyło się mojej koleżance. Facet wstawiał jej zdjęcia na portale.

Więc, jeśli już wysyłać to zdjęcia bez twarzy i znaków dzięki którym można by być rozpoznanym

Świetna i bardzo cenna rada, która zapewne przydałaby się też połowie nastolatek na świecie… Czy jest coś jeszcze na co uczuliłabyś inne kobiety?

Myślę że kobiety samotne, po rozstaniu są łatwiejsze do ” upolowania”. No wiesz: te niewierzące w siebie, swoje możliwości, z ciężką przeszłością. Wizja uratowania kogoś i miłości do grobowej deski jest kusząca. Poza tym jesteś tą jedną jedyną, wyjątkową, piękną, mądrą, tylko ty możesz mu pomóc – nikt inny… I tak wpadasz po uszy. I najczęściej wtedy nie słuchasz głosu rozsądku. Ani przyjaciół – bo co oni wiedzą, a ty przecież masz misję

Bardzo ciekawe! Ten aspekt ratowania nie przyszedł mi wcześniej do głowy.

A ja myślę że to ma duże znaczenie. Pomyśl: kobieta nagle jest potrzebna, niezbędna, czuje się doceniona i realnie może komuś pomóc, uratować. Szara myszka ratuje świat.

…a przynajmniej: mężczyznę który uratował ją od samotności

Oooo właśnie. I żyli razem długo i szczęśliwie

A propos „żyli długo i szczęśliwie”. Od tamtych wydarzeń minęło 8 lat. Ułożyłaś sobie życie?

Teraz znam swoją wartość. Jestem szczęśliwa i spełniam się w życiu. Moja historia to też historia, która pokazuje, że szczęście mamy w sobie a nie w innych: nasza siła jest w nas a nie w innych. Jesteśmy wyjątkowe, silne i cudowne nie dlatego że ktoś się nami interesuje, ale dlatego że jesteśmy wartością samą w sobie. Jesteśmy życiem, ostoją, pełnią. To nie mężczyzna nas definiuje, bo my jesteśmy definicją początku i końca. Mamy ogromną siłę która przez wieki była tłumiona.

Bardzo ładny wniosek na koniec. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią!

 


Zanim skomentujesz, bardzo proszę: weź pod uwagę, że moja rozmówczyni dużo z siebie dała żeby podzielić się swoją historią i spróbować ustrzec inne kobiety przed sytuacją, której doświadczyła. Pamiętaj, że to ona jest tu ofiarą.


Jeśli też chciałabyś się podzielić swoją historią, możesz się ze mną skontaktować na Instagramie lub Facebooku, a w poprzednim poście, pod tekstem, jest też skrzynka kontaktowa, jeśli wolisz drogę mailową.

Język w związkach mieszanych

Jeśli zapytać ludzi, co według nich jest najważniejsze dla dobrego funkcjonowania związku, pada wiele różnych odpowiedzi, ale jedną z najczęstszych jest komunikacja. I to jest prawda – skuteczna, konstruktywna komunikacja, która nie tylko pozwala nam poznać drugą osobę, ale także budować więź i rozwiązywać konflikty, to absolutna podstawa – nie tylko w związku, ale w ogóle w relacjach międzyludzkich.

Jest wiele błędów, które ludzie popełniają w procesie komunikacji i które powodują między nimi problemy. Żeby wymienić tylko kilka: brak skupienia na rozmówcy, nadmierne uogólnienia (zawsze, nigdy), komunikaty typu ty a nie typu ja (ty nigdy niczego nie proponujesz  zamiast chciałabym żebyś coś zaproponował), komunikacja ad personam zamiast skupiania się na zachowaniach, przerzucanie się winą, brak szacunku, niesłuchanie partnera, brak dbałości o precyzję wypowiedzi, oczekiwanie, że druga osoba sama się domyśli o co nam chodzi – lista jest długa.

To na czym ja chciałabym się dziś skupić to zupełnie inna sprawa. Komunikację można ćwiczyć i rozwijać, ale podstawowym warunkiem żeby w ogóle miała ona szansę zaistnieć na poziomie werbalnym jest wspólny język. Sprawa oczywista i naturalna dla większości, ale nie dla par mieszanych.

Jeśli by mnie ktoś spytał o zdanie (nikt nie pyta, ale to mój blog więc i tak się wypowiem), komunikacja jest jedną z największych pułapek jeśli chodzi o związki mieszane, w których przypadku zazwyczaj przynajmniej jedna strona nie korzysta z języka ojczystego. A często i obie. Nie musi to oczywiście z definicji oznaczać problemów, ale powiedzmy to wprost:

pewien  poziom znajomości wspólnego języka jest po prostu niezbędny aby móc nawiązać relację na głębszym, intelektualnym poziomie.

My z Szalonym Naukowcem od samego początku porozumiewamy się po angielsku. Stopniowo dochodzi coraz więcej polskiego, zbudowaliśmy też przez lata taki nasz własny język, ale jednak bazą jest angielski. Oboje także pracujemy w tym języku i znamy go na poziomie C1+, czyli można powiedzieć: płynnie. A jednak zdarzają się momenty, w których odczuwam dyskomfort wynikający z braku stuprocentowej swobody w oddawaniu pewnych subtelności i niuansów, które mogłabym bez kłopotu wyrazić po polsku. Oczywiście potrafię bez problemu przekazać to co chcę, ale czasem muszę zrobić to w inny (dłuższy, bardziej opisowy sposób) niż bym chciała. A to też wpływa na dynamikę interakcji – zwłaszcza kłótnia może stracić trochę na impecie. A kto by tego chciał, prawda?
I to mnie uwiera jak kamyk w bucie.

Czasem natykam się w internecie na fragmenty komunikacji po angielsku różnych par i szokuje mnie to co widzę. Nie będę tu przytaczała przykładów, ale

szczerze wątpię, że można dobrze i głęboko poznać drugą osobę razem z jej światopoglądem, opiniami i przemyśleniami posługując się językiem na poziomie średnio-zaawansowanym i mieszając podstawowe czasy, tryby i słówka.

Wiem, że niektórzy by się ze mną nie zgodzili. Wiem, że są osoby, które uważają, że gramatyka nie ma aż takiego znaczenia (nieważne czy powiem I love you very much czy I very love you – i tak wiadomo o co chodzi), że świetnie się dogadują pomimo mielizny językowej bo najważniejsza jest miłość albo on mnie rozumie bez słów. Ewentualnie przecież jest google translator. (Serio, próbowaliście kiedyś gadać z kimś, kto używa google translatora? Ja próbowałam i mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o rozumienie, co autor miał na myśli to jest to w sporym stopniu zgadywanka).

No ale nie. Dopóki gadamy o pierdołach, o tym kto lubi jakie danie albo jakie lody – spoko. Jeśli jednak rozważamy bycie z kimś i wspólną przyszłość, rozmowa w której czas przyszły miesza się z przeszłym a tryb przypuszczający z oznajmującym po prostu nie jest wystarczająca. Już nawet nie wspominając o tym jak zasób słownictwa na poziomie czterech czy pięciu tysięcy ma się do bogactwa i złożoności ludzkich myśli. Nie da się rozmawiać o wartościach i ideach mówiąc Kali jeść, Kali pić, a samo habibi ajlowju to jednak słaby fundament relacji na całe życie.

A gramatyka i słownictwo to przecież dopiero podstawa, język niesie ze sobą całą masę tonów, subtonów, kontekstów kulturowych, podtekstów i tak dalej. To samo zdanie (nawet poprawnie zrozumiane), może mieć całkiem inny wydźwięk w dwóch różnych językach. Takie subtelności są wystarczająco trudne i same w sobie wymagają pewnej ostrożności, szacunku, otwartości na drugą osobę i brania pod uwagę dość sporego marginesu błędu. Trzeba ciągle mieć na uwadze (jeszcze bardziej niż w języku ojczystym), że rozmówca może mieć na myśli co innego niż my, że jego interpretacja może być całkiem odmienna od naszej. Na przykład mój mąż uważa za niezwykle urocze nazywanie mnie My Little Pumpkin. A dla mnie Moja Mała Dyńko  nie brzmi ani trochę uroczo…
W każdym razie, to jest dość trudne samo w sobie, bez biegłości w narzędziach jakimi są słownictwo i gramatyka naprawdę za daleko się nie dojdzie.

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze tego wszystkiego nie wiedziałam, miałam chłopaka z innego kraju. Już parę razy na pewno czytaliście o tym toksycznym związku, chociażby tu. Poza wszystkim innym szwankował on dość mocno (związek, nie były, chociaż on też) na poziomie językowym. Podam Wam przykład do jakich absurdalnych sytuacji dochodziło z tego powodu:

On oczekiwał, że czegoś tam się domyślę. Ja się naturalnie nie domyśliłam i chciałam mu powiedzieć że przecież nie jestem wróżką żeby się domyślać. Nie znałam jednak/nie pamiętałam jak jest „wróżka” więc w ferworze sporu zastąpiłam to słowo pierwszym jakie mi przyszło do głowy czyli prophet. Dla mnie miało to sens, natomiast mój (muzułmański) chłopak potwornie się oburzył. Kłóciliśmy się dość długo zanim w ogóle zrozumiałam, że jemu chodzi o to, że powiedziałam coś negatywnego o Proroku…
Tak, to jest dobre miejsce na facepalm.

Podsumowując. Język jest superważny! Jasne, to rzecz nabyta, zawsze można się go nauczyć, douczyć, podszkolić i ogólnie rozwinąć (to świetnie, że nowa znajomość motywuje do rozwoju!). Ale podejmowanie decyzji o wymiarze życiowym (jak ślub) zanim to nastąpi naprawdę nie jest dobrym pomysłem.

Na Kozetce z Oszustem – odcinek 1.

Nie wiem, czy wiecie, ale mam nowe hobby, które zaczęłam rozwijać w czasie pandemii. Nie, nie chodzi o pisanie bloga 😉 Otóż zajmuję się  rozmowami z wizowcami, naciągaczami, oszustami i różnymi innymi szemranymi typami. 

A skoro blog właśnie przeszedł metamorfozę, postanowiłam z tej okazji uruchomić nową sekcję: Na Kozetce z Oszustem.

O co tu w ogóle chodzi?

Jak pewnie do wielu z Was, czasami odzywają się do mnie panowie z różnych stron świata. A ja im odpisuję/ Czemu to robię? Nazwijmy to prowadzeniem badań.
Niektórzy chcą tylko pogadać, ale mam nieodparte wrażenie, że większości z nich przyświeca konkretny cel. Czy to będzie „zabawienie się” (choćby i wirtualne) z Europejką, nadzieja na wizę, typowy przekręt na kasę, a może jeszcze coś innego? To okazuje się zazwyczaj dość szybko w trakcie rozmowy. Dla mnie po tylu latach w tej tematyce, są to rzeczy oczywiste, natomiast zauważyłam, że wiele kobiet łatwo wpada w sidła zastawiane przez takich mężczyzn*. Dlatego postanowiłam zebrać w jednym miejscu listę sygnałów alarmowych, opisy różnych technik i strategii przez nich stosowanych i studia przypadków. Mam nadzieję, że części Czytelników dostarczy to po prostu rozrywki, ale może niektórym da też do myślenia. Może nawet uda mi się uchronić jakąś kobietę przez zmarnowaniem czasu (lub gorzej)? Byłoby super.
*nie tylko faceci uskuteczniają takie działania, jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą właśnie z ich strony – z tego powodu, dla wygody, będę się trzymała rodzaju męskiego

Mam nadzieję, że że zapisy moich przygód dostarczą wam rozrywki, a może niektórym dadzą do myślenia. Z myślą o tych osobach, zaznaczyłam na kolorowo pewne typowe sygnały, które w mojej subiektywnej ocenie stanowią sygnały alarmowe. Oczywiście jeśli się nie zgadzacie, albo widzicie ich więcej: dawajcie znać.

No to zaczynamy

Bohater pierwszego odcinka, nazwijmy go David, pojawił się w moim życiu zanim wpadłam na pomysł na stworzenie tego cyklu, więc na początku nie przyszło mi do głowy robienie screenshotów. Nie spodziewałam się też, że będą mu blokowali konto i w efekcie czat zniknie (na facebooku nie znika, skąd mogłam wiedzieć,że na IG owszem?), a ja nie będę mogła do niego wrócić żeby uwiecznić co ciekawsze fragmenty. Na szczęście chociaż punkt kulminacyjny już się zachował.

No ale nie uprzedzajmy faktów.


Etap 1. Zapoznanie

Faza pierwsza czyli nawiązanie kontaktu. Czasami zaczyna się to wiadomością typu Hej, czasami dłuższym wstępem nawiązującym do czegoś w twoim profilu, a czasami zaproszeniem na facebooku. 

Odezwał się do mnie na Instagramie. W profilu miał 6 zdjęć typu rodzinne: z dziećmi i z kobietą, która mogłaby być pewnie żoną. Do tego żadnych obserwowanych i obserwujących. Na samym początku napisał dość długą wiadomość przedstawiającą: powiedział, że jest z pochodzenia Turkiem, ale mieszka na Forydzie oraz że jest wdowcem z dziećmi,  rozpisał się o tym, że jest samozatrudniony i dał do zrozumienia, że finansowo stoi tak dobrze, że może pozwolić sobie na realizowanie tylko wybranych zleceń. Nie podał przy tym żadnych szczegółów swojego zajęcia. Dodał za to, że jest wierzącym chrześcijanem.
Zaczął od zwykłej gadki-szmatki. Pytał jak mi minął dzień, skąd jestem, jak mam na imię, jakie mam hobby i  – kilkakrotnie – która u mnie jest godzina. Na tym etapie nie działo się nic ciekawego poza tym, że jak na mieszkańca Florydy miał zdecydowanie dziwne godziny aktywności w internecie.

Wyjaśnijmy sobie teraz szybko czemu zaznaczyłam na fioletowo akurat te fragmenty:

  • Brak obserwujących i obserwowanych sugeruje fejkowe konto;
  • Z jakiegoś powodu wdowieństwo to stan cywilny niezwykle popularny wśród oszustów – myślę, że wzbudza większe zaufanie i instynkty opiekuńcze albo usypia czujność;
  • Jeśli ktoś funkcjonuje kompletnie poza strefą czasową w której teoretycznie mieszka, warto się zastanowić, czy aby na pewno mieszka tam gdzie mówi.
Etap 2. Grooming

Faza groomingu to działania mające na celu (szybkie) zbudowanie więzi i przywiązanie ofiary. Ma to naturalnie służyć zwiększeniu jej podatności na  wpływy i zmniejszeniu ewentualnych oporów w przyszłości. Najczęściej ten etap obejmuje takie rzeczy jak zwierzanie się ze smutnych historii i sekretów, komplementy, wyznania uczuć, okazywanie troski. Mogą się też pojawić pierwsze, bardzo drobne prośby, które łatwo bez problemu można zrealizować . Jest to metoda w psychologii społecznej zwana „stopą w drzwi”.

Zanim przeszliśmy do tej fazy, David zniknął. Po kilku dniach odezwał się znowu – z innego konta. Na nowym koncie miał te same zdjęcia, podobny nick i znowu zero obserwowanych i obserwujących. Powiedział, że na tamto ktoś mu się włamał.  Potem przeszedł do rzeczy i ni z tego ni z owego zaczął pisać mi jak bardzo mnie kocha, jak myśl o mnie osładza mu całą egzystencję, jak czekał na mnie całe życie i jak nie wiedział co to miłość dopóki mnie nie poznał (sic). Na tym etapie nazywał mnie swoją królową, swoją miłością i paroma innymi tego typu zwrotami. Potwornie nie lubię taniego sentymentalizmu i egzaltacji, ale już przeczuwałam, że temat rozwinie się w interesującym kierunku, dlatego znosiłam to cierpliwie ograniczając się do powtarzania co jakiś czas, że jednak nie życzę sobie być tak nazywana, nie jestem żadną królową ani również jego przyjaciółką (jak grochem o ścianę). Ten etap znowu trwał 2-3 dni (na szczęście ze zmienną intensywnością, bo mogłabym nerwowo nie wytrzymać takiego natężenia wyznań).
Swoją drogą jak na osobę mieszkającą w USA od 15 lat robił bardzo interesujące błędy językowe. 

  • Rzekome włamywanie się na konto jest raczej po prostu blokowaniem go lub usuwaniem przez portal;
  • Miłość to nie jest coś co przychodzi po kilku dniach pogawędek czy to online. Zwłaszcza takich raczej płytkich. Zauroczenie – może. Zakochanie – ewentualnie. Zasypywanie praktycznie obcej kobiety powtarzanymi do znudzenia (mimo jej niechęci) słodkich do zemdlenia wyznań uczuć świadczy w najlepszym razie o poważnych zaburzeniach emocjonalnych;
  • Może jestem przesadzam, ale błędy językowe (zwłaszcza nie na wysokim poziomie gramatyki czy słownictwa) w przypadku osoby, która twierdzi, że mieszka w danym kraju kilkanaście lat i prowadzi w nim biznes – budzą moją nieufność. 
Etap 3. Inna strategia groomigu

W końcu nastąpiła zmiana frontu (uff), temat wiecznej miłości kompletnie zanikł, zastąpiony przez pogawędki o niczym. Pojawiły się (nie pierwszy raz z resztą) prośby abym podała mu numer telefonu lub maila abyśmy mogli przejść na WhatsApp lub Hangout. Domyślam się, że ciągłe hackowanie (zgłaszanie i blokowanie) konta musi być bardzo upierdliwe. 
W jakimś momencie zapytał, jak spędzam weekend. Strasznie żałuję, że nie przyszło mi do głowy zrobić screenów. Na szczęście zapamiętałam jeden dialog, brzmiał mniej więcej tak:
– What are you doing today?
– I’m travelling
– Where?
– To the countryside
– Is that the name of the place you went to?
W kolejnych wiadomościach okazało się, że to pytanie nie było takie całkiem przypadkowe/kurtuazyjne – dowiedziałam się, że David marzy o tym aby spędzić kolejny weekend ze mną. No tak bardzo tego pragnie, że proponuje żebym do niego przyjechała już w najbliższą sobotę! W końcu to tylko 9 godzin lotu! Nie pytajcie mnie skąd wziął pomysł, że tyle trwa przelot z Polski na Florydę. Widząc mój brak entuzjazmu zapowiedział, że jak ja nie przyjadę, to on to zrobi – czy tylko aby na pewno się nim zaopiekuję?? W końcu przyjedzie specjalnie dla mnie.

Tak strasznie chciał spędzać ze mną czas, że aż z tego wszystkiego zamilkł na kilka dni. Już myślałam, że cały czas, który zainwestowałam w tę rozmowę okaże się zmarnowany. Ale jednak….

Akt 4. Punkt kulminacyjny

Czyli moment, w którym mniej lub bardziej bezpośrednio wychodzą na jaw prawdziwe intencje lub prawdziwa natura naszego bohatera.

W końcu David napisał do mnie znowu. Z kolejnego konta (znowu te same zdjęcia i podobny nick) mówiąc, że tamto ostatnie też padło ofiarą hackera. Pech prawda? Być tak ciągle atakowanym przez hackerów.

Tym razem przeszedł od razu do rzeczy. Mianowicie zwierzył mi się z obaw o swoje inwestycje. Opowiedział, że właśnie miał zainkasować całe 980 000 USD, za które to pieniądze miał zamiar wynająć jeta żeby do mnie przylecieć (sic!), ale – wyobraźcie sobie! – przez ten COVIDowy lockdown coś poszło nie tak i teraz potrzebuje pilnie 35 000 USD na opłaty zanim będzie mógł odebrać swoje pieniądze (i przylecieć do mnie tym jetem, oczywiście). No a biedny ma tylko 11 500 dolarów. I czy ja nie mogłabym mu pomóc, bo przecież wiem, że mogę mu ufać. I jego dobremu sercu.

Z resztą zobaczcie sami

Mimo mojej odmowy (niestety nie zachowała się moja cała odpowiedź. Wybaczcie! Obiecuję, że w przyszłości będę bardziej przygotowana!) David się nie zniechęcił – strzelił co prawda lekkiego focha, ale już dzień czy dwa później mu przeszło.

Co ciekawe ilość śmiesznych błędów językowych w tym momencie zauważalnie wzrosła.Wróciliśmy znowu do wyznań miłosnych, ja ponownie awansowałam na królową, a rozmowa ciągnęła się w tym stylu jeszcze jakiś czas. W końcu dowiedziałam się, że biedak nie będzie mógł spać dopóki nie dam mu poprawnej odpowiedzi (correct answer – sic). Na stwierdzenie, że jeśli moje odpowiedzi mu się nie podobają, to jego problem, obraził się już poważniej.

Może tego nie widać na screenach, ale pomiędzy moim Good bye, a jego kolejnymi wyzwaniami minęło dobrych kilka godzin. Nie odpisałam. Wyciszyłam czat. Zgłosiłam konto.

Nastała cisza.

Kilka dni później zajrzałam do historii konwersacji chcąc się upewnić, że porobiłam wszystkie potrzebne screeny, ale czata już nie było…

Czy spotkamy się jeszcze z Davidem? Być może.


Wypatrujcie kolejnych odcinków serii Na Kozetce z Oszustem

Jeśli masz za sobą doświadczenia z wizowcem lub innego rodzaju oszustem i chciałabyś się nimi podzielić, koniecznie się do mnie odezwij przez formularz poniżej.
Jeśli natomiast chcesz po prostu skomentować posta: okienko do komentarzy jest jeszcze trochę niżej

Czym związki mieszane różnią się od niemieszanych?

Tyle czasu już piszę o związkach mieszanych na wszelkie możliwe sposoby i od każdej możliwej strony – dziś pora na refleksję na temat tego czym związek mieszany różni się od niemieszanego?

Zauważyłam, że wiele osób wyobraża sobie tego typu relacje jako z definicji bardzo trudne, wymagające ciężkiej pracy, poświęceń, wyrzeczeń, rezygnacji z siebie, pełne problemów, konfliktów i zgniłych kompromisów. Nie zrozumcie mnie źle, faktycznie może tak być – ale po pierwsze nie musi, a po drugie, tak samo może być w każdej innej relacji. Bo związek mieszany to taki sam związek jak każdy inny. Może być szczęśliwy i nieszczęśliwy; udany i nieudany; rozwijający i podcinający skrzydła; spokojny i pełen konfliktów. Budują go dwie różne osoby, o różnych charakterach, doświadczeniach, z różnym bagażem. Mogą do siebie pasować, mogą się bardzo różnić – i tyle. Wszystko zależy od tego, czy dobrze się dobrały, czy nie – i jak z ewentualnym niedopasowaniem sobie radzą. I to jest cała filozofia.

Każdy człowiek ma swoje tradycje, przyzwyczajenia, sposoby funkcjonowania, nastawienia, opinie, wartości, światopogląd. Czasami trafiamy na osoby kompatybilne pod tymi względami, a czasami nie. Z pozoru wydaje się, że łatwiej o poznanie kogoś podobnego w ramach tego samego kraju, czy kręgu kulturowego – i pewnie na poziomie globalnym, uśredniając, nie jest to całkiem błędne założenie. Ale pamiętajmy o tym, że prawidłowości obserwowanych w skali makro, w skali grup, społeczności czy społeczeństw, nie należy przenosić na poziom jednostkowy.
Chociażby my: ja wychowałam się w Polsce, mój mąż w Maroku, a naszą kompatybilność oceniam na jakieś 90%. Wyznajemy te same wartości, mamy zbliżony światopogląd, dzielimy opinie na wiele ważnych tematów. Dla porównania: wcześniej miałam dwóch chłopaków z Polski i jednego z innego kraju i z każdym z nich więcej mnie dzieliło niż łączyło.
Naprawdę wierzę, że dobre dobranie się z partnerem to już połowa sukcesu jeśli chodzi o szczęśliwy związek. Dużo przecież łatwiej żyć wegance z wegetarianinem, niż z facetem, który nie wyobraża sobie posiłku bez mięsa, a w wolnych chwilach lubi polować, prawda? To samo dotyczy innych istotnych wartości czy stylu życia. Ja na przykład nie mogłabym żyć z człowiekiem o silnie konserwatywnych przekonaniach, przywiązanym do tradycyjnego modelu rodziny: niezależnie od tego czy pochodziłby z Polski, Francji czy Maroka. Jest wiele kobiet, które właśnie takie wartości cenią, ale ja do nich nie należę i nie widzę powodu żeby się zmuszać i dopasowywać na siłę. I wiecie co? W ogóle nie interesowałyby mnie argumenty „u mnie w kraju tak jest” (względnie „u mnie w rodzinie zawsze tak było”) ani żadne teksty o różnicach kulturowych, które trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Nie trzeba. Jeśli coś nam nie pasuje, to wcale nie trzeba tego przyjmować tylko dlatego, że gdzieś indziej „tak jest”. W związku mamy się czuć dobrze i móc być sobą, a nie zmieniać się i dopasowywać na siłę do czyichś oczekiwań.
Życie ze źle dobranym partnerem może być ciężkie, pełne dramatów, konfliktów, trudnych wyborów i rezygnacji z ważnych rzeczy niezależnie od tego, czy pochodzimy z różnych krajów, czy sąsiednich ulic. Podobnie – a raczej odwrotnie – z dobrze dopasowaną drugą połówką.
Na to czy dwie osoby okażą się dobrze dopasowane, czy też nie, wpływa cała masa rzeczy: od sławetnych różnic kulturowych, przez  religię, wychowanie, wykształcenie, własny światopogląd i system wartości, po cechy osobowości i temperamentu. Naturalnie poznając osobę z całkiem innego kręgu kulturowego musimy się liczyć z większym prawdopodobieństwem wystąpienia poważnych różnic. Jednak to, czy staną się one problematyczne dla przyszłego związku, będzie zależało od wielu czynników wpływających na to jak dwie osoby sobie radzą z różnicami, czyli od takich rzeczy jak na przykład szacunek, otwartość, elastyczność, akceptacja inności, gotowość do współpracy, przywiązanie do tradycji, norm i schematów, czy potrzeba kontroli.
Im bardziej człowiek przywiązany do swoich utartych, stałych sposobów funkcjonowania i im sztywniejsze one są, tym bardziej prawdopodobne jest, że taka osoba będzie chciała je egzekwować w związku i narzucać partnerowi. Tym bardziej, jeśli charakteryzuje się ona wysoką potrzebą kontroli. I nieważne, czy mówimy tu o tradycjach w podstawowym znaczeniu tego słowa (obyczaje, sposoby myślenia i zachowania, normy społeczne itd przekazywane z pokolenia na pokolenie), czy o sposobie ubierania choinki, pakowania walizki albo ładowania naczyń do zmywarki. Im większa elastyczność, akceptacja i otwartość na inne, nowe rzeczy, tym większa szansa na to, że związek dwóch nawet różniących się osób będzie fajnie funkcjonował.

Wracając jeszcze na chwilę do dobrego dopasowania się – to w ogóle nie jest łatwa sprawa, bo żeby się dobrze dopasować, to trzeba się dobrze poznać. Zjeść razem beczkę soli. Przedyskutować tysiące godzin i setki tematów, często wielokrotnie, z różnych stron i w różnych ujęciach – tematów głębokich, ważnych, dotykających najgłębszych, podstawowych wartości, rdzenia konstrukcji umysłowej i duchowej;nie tylko kręcących się dookoła spraw życia codziennego, czyichś pięknych oczu i w ogóle habibi ajlowju. Przeżyć razem różne rzeczy; poobserwować człowieka z którym jesteśmy w różnych sytuacjach codziennych i niecodziennych, łatwych i trudnych, w obliczu różnych wyzwań,triumfów i porażek.
Nawiasem mówiąc, nigdy nie zapomnę, jak kiedyś na pewnej grupie multi-kulti przeczytałam, jak to wiele uczestniczek nie rozmawia z mężami na takie tematy jak polityka czy ekonomia. Naprawdę nie mieści mi się w głowie, że można wyjść za faceta, którego poglądów się nie zna. Zawsze gdy coś takiego słyszę, zastanawiam się, czy ta sama osoba wyszłaby za mąż za Polaka nie wiedząc, czy głosuje on na Razem, czy na Konfederację?
No ale wracając do rzeczy: może właśnie w tym poznawaniu się tkwi pewna pułapka dla par z różnych krajów. A konkretnie mam na myśli znajomość powszechnych kodów kulturowych. Bo jednak nie ma co ukrywać: wychowanie w jednej kulturze i jednym języku dużo upraszcza. Na przykład widząc osobę z napisem „nie czytam Gazety Wyborczej” albo „piekło kobiet” na koszulce od razu mamy pewne wyobrażenie na temat ideałów z którymi ona sympatyzuje, prawda? Tak samo wiele jesteśmy w stanie wyczytać ze słownictwa, jakim ktoś się posługuje, tego jak pisze itd. W przypadku relacji z cudzoziemcem nie dysponujemy takimi wskazówkami i nie mamy żadnych dróg na skróty. A nasz umysł bardzo drogi na skróty lubi – dlatego tak chętnie operuje stereotypami, uproszczeniami i heurystykami. Nie lubi natomiast pustki i w razie braku informacji bardzo chętnie uzupełnia puste pola niemalże czymkolwiek (co tłumaczy, czemu większość ludzi chcąc nie chcąc czerpie „wiedzę” na temat rzeczy kompletnie sobie obcych z filmów). I dlatego łatwo jest przeoczyć, że tak naprawdę wcale czegoś o drugiej osobie nie wiemy. Łatwo zinterpretować zachowanie w znany nam sposób i wysnuć wniosek: sensowny i uzasadniony dla nas i naszego tła kulturowego – kompletnie nieadekwatny w innym. Choćby zarzucenie marynarki na odkryte ramiona ukochanej w Polsce może być romantycznym gestem związanym z ochroną jej przed chłodem, a w kraju arabskim: próbą zakrycia jej przed wzrokiem innych mężczyzn.
Ale żeby wziąć pod uwagę alternatywną interpretację trzeba wiedzieć, że ona istnieje, prawda? Dlatego wiążąc się z człowiekiem z importu – poza absolutnie kluczową sprawą jaką jest dobre poznanie się – nie można zapomnieć o roli poznania kultury, religii, historii kraju jego pochodzenia.

Zaczęłam ten artykuł od stwierdzenia, że związki mieszane nie różnią się znacząco od innych i tym samym chciałabym go zakończyć. W ostatecznym rozrachunku wszystko przecież sprowadza się do dwóch chcących być ze sobą osób, które mniej czy bardziej się od siebie różnią i lepiej lub gorzej umieją sobie z tymi różnicami poradzić. I do pracy, którą chcą (lub nie) wykonać żeby zrozumieć to pierwsze i osiągnąć to drugie.

Tylko tyle i aż tyle.

Czerwcowe wspomnienia

Dziś będzie trochę dwutorowo.
Po pierwsze dziś mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy obroniłam swoją pracę magisterską i oficjalnie zamknęłam za sobą studencki rozdział życia. Wielu osobom czasy studiów kojarzą się z kolorowymi migawkami z imprez, koncertów, wypadów z przyjaciółmi, picia taniego wina w parku itd – z resztą sami wiecie. Mnie nie. Kiedy myślę dziś o tamtych latach, widzę je głównie w barwach szarości, w cieniu poważnej chandry. Mimo dyplomu z psychologii nie pokuszę się o samodiagnozę, zdecydowałam się więc nie używać słowa „depresja” – nie chcę go dewaluować. Zostańmy więc przy „chandrze”. Jej przyczyn pewnie trochę by się znalazło, ale w mojej pamięci na plan pierwszy wysuwa się jedna, mianowicie mój ówczesny związek z S.
Być może wspominałam już, że Kolega Małżonek nie jest pierwszym cudzoziemcem, z którym się spotykałam. Wcześniej był S. Poznałam go na pierwszym roku studiów, kiedy z kilkoma koleżankami zaangażowałyśmy się w ramach wolontariatu w pomoc zagranicznym studentom, przyjeżdżającym na naszą uczelnię. Leczyłam wtedy złamane serce, a przy okazji cierpiałam z powodu dość zaniżonej samooceny. W pewnym sensie wszystko zaczęło się więc od typowej przygody typu rebound. Jak na taką relację przystało: sprawy rozwinęły się błyskawicznie. Niestety błyskawicznie się nie zwinęły. Byliśmy „razem” (ten cudzysłów niebawem się wyjaśni) przez ponad cztery lata. Po niecałym roku S. zdecydował się szukać szczęścia we Francji, a ja zostałam w Polsce. Ogarnął sobie tam pobyt, znalazł pracę (a potem wiele kolejnych). Mnie przyjechał odwiedzić raz. RAZ. Ja natomiast przez każdy rok akademicki zbierałam pieniądze, uczyłam się francuskiego i przyjeżdżałam do niego co wakacje. Za pierwszym razem na tydzień (prezent od rodziców), później już na miesiąc kursu francuskiego.
Jak może sobie policzyliście, to było jakieś 13 lat temu: roaming był drogi, a internetu w telefonie nie było wcale. Kontaktowaliśmy się więc głównie przez telefon stacjonarny: S. dzwonił do mnie z komórki, ale przy pomocy takich specjalnych kart telefonicznych do połączeń zagranicznych, głównie na numer stacjonarny (bo taniej), raz dziennie na maks pół godziny. Z czasem na krócej bo „był zajęty”. On był zajęty, ja natomiast byłam wyrozumiała. Starałam się rozumieć zmagania imigranta w nowym kraju: człowieka bez języka, który nie ma jak wykorzystywać swoich kwalifikacji i musi pracować w knajpach czy na budowie. Prosiłam go o więcej kontaktu, czasu, uwagi, o głupiego smsa od czasu do czasu, a on zawsze powtarzał, że jak tylko zmieni pracę (lub nastąpi cokolwiek innego, tych „jak tylko” miał całkiem sporo), wszystko będzie lepiej. No ale nie było. Kiedy przyjechałam do niego – jak się potem okazało – ostatni raz, większość czasu spędzałam sama. On pracował wtedy w knajpie w porze lunchu i potem wieczorem z przerwą po środku. Jeździłam więc, często dwa razy dziennie, na drugi koniec Paryża, w porze kiedy kończył pracę. To miało na celu zmaksymalizowanie czas jaki spędzaliśmy razem – szkoda tyko, że on głównie gadał wtedy przez telefon. Kiedy teraz to piszę, aż nie mogę uwierzyć jak głupia (nie bójmy się tego słowa), naiwna i zaślepiona byłam. Ta relacja w ogóle bardzo źle wpływała na moje samopoczucie, samoocenę, wiarę w siebie, wciągnęła mnie jak jakieś emocjonalne ruchome piaski (a nawet: bagno), a ja w ogóle tego wszystkiego nie widziałam.
Do tego dochodziła cała masa różnic kulturowych i osobowościowych. Długo tego nie zauważałam, ale S. bardzo lubił mnie kontrolować. Na przykład przez pewien czas sprzeciwiał się moim wyjściom z koleżankami (że niby lepiej żebym się skupiła na studiach). A że pora, kiedy mógł do mnie zadzwonić (pomiędzy zmianami w restauracji) wypadała tuż po zakończeniu moich zajęć na uczelni: naturalnie wracałam od razu do domu – do telefonu. Wieczory spędzałam najczęściej też wypłakując się przyjaciółce na komunikatorze i nasłuchując dźwięku telefonu (który nie dzwonił). Jak możecie się domyślić, moje życie towarzyskie raczej nie kwitło. Z resztą większość moich koleżanek chyba nie za bardzo rozumiała ani ten cały „związek” (no i w sumie miały rację) ani stan psychiczny w którym byłam.
No ale do brzegu.
W końcu przyszedł rok 2010: rok kiedy miałam skończyć studia i wyjechać na 6 tygodni do Paryża, a później w ogóle się tam przeprowadzić. Rok jednak zaczął się od wyjazdu S. do rodzinnego Bangladeszu. Wyjazd się przedłużał, trwał chyba ostatecznie 2 czy 3 miesiące podczas których właściwie wcale nie mieliśmy kontaktu (jakież to typowe). No ale hej, przecież byłam taka WYROZUMIAŁA. Spoiler alert: później odkryłam, że prawdopodobnie w tym czasie zaręczył się (a może i ożenił) z dziewczyną, która cały czas tam na niego czekała.
S. w kocu wrócił, ale nasze relacje i kontakt pozostały na niezwykle marnym poziomie. No i tak to sobie wszystko trwało, aż przyszedł 25 czerwca.
Obroniłam się na 5. I tego dnia coś we mnie pękło. Ten – jakby nie patrzeć – sukces wzmocnił mnie psychicznie na tyle, że w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam dość, że koniec z dawaniem szans i czekaniem na kolejne „jak tylko”. Odwołałam wyjazd do Francji i zerwałam. Mailem. Z tego ostatniego nie jestem dumna, ale w tamtym momencie moja świeżo nabyta siła była zbyt delikatna żeby czekać X dni na okazję do dłuższej rozmowy i zmagać się z jego reakcją Która mnie i tak nie ominęła, ale to już temat na inną historię).
(tl;dr) Dlatego właśnie 25 czerwca oznacza dla mnie nie tylko koniec studiów, ale coś dużo ważniejszego – wyrwanie się z mocno toksycznego związku.
Na początku wspomniałam, że będzie dwutorowo. Ale nie martwcie się, nie będzie drugiego kilometrowego eseju. Drugi tor przyjmie formę zdjęć – jako ze nadal większość czasu spędzam w domu (nie wróciliśmy jeszcze do pracy w biurze), podróże stoją pod znakiem zapytania, a pogoda w tych dniach nie rozpieszcza: przeglądam album ze zdjęciami sprzed (dokładnie) roku i wspominam jedno z najpiękniejszych miejsc, w których kiedykowliek byłam. Także proszę bardzo #throwbackThursday #Zanzibar #honeymoon

Don’t call me Murzyn

Tyle się teraz mówi o Black Lives Matter. W Polsce jednocześnie w internecie krąży zdjęcie ciemnoskórej dziewczynki trzymającej napis Don’t call me murzyn. Można też przeczytać post poświęcony temu tematowi autorstwa czarnoskórego Polaka i posłuchać dyskusji przygotowanej przez #Afropolki.
Internet jak to internet rozgorzał dyskusją na temat tego czy słowo „Murzyn” jest obraźliwe, czy też jednak nie jest. Cytowany jest słownik, wypowiedzi autorytetów językowych, a nawet wikipedia. Widzę, że zdania są mocno podzielone i w sumie się nie dziwie, bo sama poczułam się mocno skonfundowana. Ja też miałam słowo „Murzyn” za neutralne. No po prostu słowo określające czarnoskóre osoby, o – co odkryłam później – dziwnej etymologii (no bo określa czarnoskórych, a pochodzi od Maurów czyli mieszkańców Maghrebu czyli Berberów i później Arabów, a to wszystko za sprawą jakiegoś niemieckiego świętego). Jako dziecko czytałam wierszyk o Murzynku Bambo i nie budził we mnie żadnych negatywnych/pogardliwych/wyższościowych uczuć: ba, bardzo lubiłam tego Murzynka. Taki z resztą chyba cel przyświecał jego autorowi. Jakoś nie zwracałam uwagi na powiedzonka, gdzie słowo „murzyn” występuje w roli synonimu dla „niewolnik” („murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”, „traktować kogoś jak murzyna”), czy te w stylu „sto lat za murzynami”. Człowiek chyba za rzadko się zastanawia nad takimi rzeczami.
No ale język ewoluuje, słowa zmieniają swój wydźwięk. To ze cos kiedyś ma wydźwięk neutralny, nie znaczy, ze zawsze tak będzie – weźmy takie na przykład słowo „kutas”. Nie każdy zawsze to od razu czuje, nie każdy w ogóle to czuje, nie każdy się z tym zgadza. Jednak jeśli osoby (nawet jeśli nie wszystkie), których dane słowo dotyczy same mówią, że dla nich jest ono pejoratywne czy obraźliwe, bo – jak w tym przypadku – kojarzy się z dewaluującymi powiedzonkami, to ja wolę to przyjąć i zmienić słowo niż niechcący kogoś urazić.
Takie są moje odczucia, z perspektywy osoby, której mąż zalicza się do grupy nazywanej przez co elokwentniejszych obywateli „ciapatymi” (takie tam niewinne słówko od indyjskiego chlebka i takie użyteczne na wszystkich za białych na „czarny” i za czarnych na „biały), ale też z perspektywy osoby, która w życiu była niejednokrotnie nazywana i przezywana na różne sposoby, niekoniecznie były przyjemne (chociaż nie miały przecież u podstaw żadnego problemu ze mną, moim wyglądem ani pochodzeniem).
a Wy co myślicie?
PS. A tu wspomniany filmik, myślę, ze warto:
https://m.youtube.com/watch?feature=youtu.be&v=xwIfFRmJM0c

Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.

Pamiętacie tę piosenkę Happysad?

Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Bo miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe duże
Ale miłość kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze

Miłość to nie buziaki wysyłane na komunikatorze, serduszka na Facebooku ani nawet urocze fotki na Instagramie. Miłość to nie piękne gładkie słówka, które możesz obracać w reku jak kamyki. Miłość to nie drogie prezenty, i 25 czerwonych róż w Walentynki. To nie wyznania wyszeptane w drodze do łóżka ani nie seks, nawet najlepszy na świecie.
A już tym bardziej to nie miłość, kiedy brakuje czasu, zainteresowania i wsparcia. To nie miłość, kiedy on(a) odzywa się kiedy czegoś potrzebuje, a potem znika jak meteoryt (do następnego razu). To nie miłość, kiedy ktoś podcina ci skrzydła, a zamiast zaufania oferuje kontrolę i ograniczenia. To nie miłość, kiedy pojawia się manipulacja, osądzanie albo kłamstwa. To nie miłość, kiedy wszystko to twoja wina. To nie miłość, kiedy musisz się starać aby na nią zasłużyć, stawać na czubkach palców, wciągać brzuch, wypinać biust i pilnować żeby czasem nie powiedzieć czegoś nie tak.
Miłość jest wtedy, możesz być najdziwniejszą wersją siebie, a on(a) patrzy na ciebie z takim samym ciepłem w oczach. I wtedy gdy zawsze jest czas żeby porozmawiać, nawet jeśli nie ma czasu na nic. Miłość jest wtedy, kiedy on(a) podaje ci rękę i pomaga wstać po piętnastym potknięciu o ten sam błąd i mówi „to nic, dasz radę”. Miłość to wsparcie, czas i uwaga, o które nie trzeba zabiegać, czułość, szacunek i dbanie o siebie.
Miłość mieszka w miriadzie drobiazgów: pocałunku przed wyjściem do pracy, usypianiu na łyżeczki, kupowaniu jego ulubionego sera, odprowadzaniu na lotnisko i odbieraniu z dworca, przypominaniu o szaliku i obieraniu mandarynek („Chcesz mandarynkę?” „Nie” „A jak ci obiorę?”). To tańczenie w kuchni zawsze gdy TA piosenka leci w radiu i robienie herbaty, mimo, ze wlasnie sie pokłóciliście. To dyskusje po świt, wspólny śmiech, a czasem wspólne łzy.
To pragnienie poznania i zrozumienia drugiej osoby do samego dna oraz wyrozumiałość i akceptacja dla tego co się na tym dnie znajdzie. To wyjście poza swoj egoizm w kierunku drugiej osoby i nieoczekiwanie nieczego w zamian. To naprawianie jak coś się zepsuje, trwanie, i odpowiedzialność za to co oswoiliśmy.
Miłość jest wtedy, gdy ta jedna osoba różni się od wszystkich innych róż bo jest twoja i zostaje tak samo jedyna i najważniejsza niezależnie od tego ile płatków zgubi – bo to właśnie ona.
Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.