Na Kozetce z Oszustem – The Four Star General

Dzisiejszy odcinek Kozetki będzie rozrywkowy. Poznacie w nim pewnego amerykańskiego generała na misji w Jemenie. Część z Was już może pamięta początek tej fascynującej znajomości z mojego Instagrama. Niezależnie od tego, czy już go kojarzycie, czy jeszcze nie: zapraszam do zabawy.


Nie wiem jak mnie znalazł, podejrzewam, że oni obserwują jakieś hashtagi, w każdym razie zaczął od polubienia kilku zdjęć, a potem – jak na GENERAŁA przystało – natychmiast przystąpił do ofensywy.

Świetny angielski jak na Amerykanina, prawda?

Szybko załatwiliśmy wstępną gadkę-szmatkę i przeszliśmy do pierwszego punktu z Checklisty Scamu Na Amerykańskiego Żołnierza, czyli do przeniesienia na inną platformę komunikacji. Najwyraźniej słusznie przewidywał, że zablokują mu konto: dwa ostatnie screeny dorobiłam dla Was niedawno, jak widać konto już nie istnieje. Zastanawiam się, czemu amerykańskim żołnierzom tak blokują te konta, podczas, gdy cała masa innych oszustów ma swoje całymi miesiącami. Może dlatego, że kradną cudze zdjęcia? Jak myślicie?


Po zabezpieczeniu się na wypadek usunięcia konta, Pan Amerykański Żołnierz, kontynuował zaprzyjaźnianie. Rozmowa była raczej rozciągnięta w czasie, bo ja na swojego blogowego Hangouta zaglądam raczej rzadko, więc nie będę Wam tu wrzucała całości, poprzestanę na bardziej interesujących fragmentach w kolejności chronologicznej.
To jedziemy:


Tak się składa, że mam kolegę, który interesuje się wojskowością. Mam też googla. Kwestią minut było dowiedzenie się, że:
a. Cudzoziemiec raczej nie może obejmować stopni oficerskich w Armii Amerykańskiej
b. 4 Star general to jest de facto najwyższy stopień wojskowy jaki istnieje w tej armii, a lista wszystkich osób, które go posiadają jest dostępna w internecie. Razem z datami uzyskania. Postanowiłam więc trochę podrążyć. Musiałam pytać wielokrotnie, bo bardzo, ale to bardzo unikał odpowiedzi, ale w końcu się udało


Jakby ktoś się zastanawiał, nie istnieje coś takiego jak 6 stars general. Co do Pięciu gwiazdek: formalnie owszem, ale nie zostały one nadane gdzieś tak od czasów Drugiej Wojny Światowej.
Rozmowa rozwijała się niezwykle ciekawie, jednak spotkał ją niespodziewany i gwałtowny koniec.


Jedną z rzeczy, których nie ogarniam, jeśli chodzi o tych ludzi, jest ciągłe wypytywanie o to, która jest godzina. Rozumiem, że gadają z tyloma kobietami na raz, że nie sposób zapamiętać, która jest skąd i sprawdzać godzinę w Internecie. Ale po co w ogóle pytać? W każdym razie jakoś odechciało mi się ciągnąć tę rozmowę, najwyraźniej byłam na to za głupia!

Powrót Generała

Myślałam, że to już koniec i faktycznie przez miesiąc panowała cisza. Ale chyba skończyły mu się ofiary, albo przynajmniej zapanował jakiś przestój, bo kilka dni temu Generał powrócił.


W tym momencie zaczęliśmy się zbliżać do punktu kulminacyjnego. Pan Generał jednak jeszcze o tym nie wie i decyduje się uderzyć w słodkie słówka. To nowa strategia, czyżby nastąpiła zmiana personalna po drugiej stronie klawiatury?


Wielki Finał

Jak widzicie, zaczęłam od sprawdzenia, czy nadal pamięta gdzie niby jest i skąd pochodzi. O dziwo tak było, a skoro tak, postanowiłam więc go trochę podpuścić…
To co z tego wynikło, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.


THE END

Podzielcie się wrażeniami 🙂

Oszustka

Disclaimer: ten post będzie zawierał pewną dozę generalizacji. Zjawisko o którym chciałabym napisać nie dotyczy WSZYSTKICH kobiet lub mężczyzn, ale części (większości?). Dla wygody będę pisała „kobiety” i „mężczyźni – pamiętajcie, proszę, że nie mam tu na myśli dosłownie wszystkich.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym mężczyźni mają być silni, przebojowi i pewni siebie, a kobiety: skromne, ciche i pokorne.

Wychowywałam się w społeczeństwie w którym mówienie o sobie dobrze na jakikolwiek temat (zwłaszcza przez kobiety) jest odbierane jako przechwałki i w ogóle coś negatywnego (w końcu wiodącą kobiecą cnotą jest skromność, prawda?). A mówienie lub – nie daj boże – wydawanie poleceń (tylko przez kobiety) z pewnością siebie i przekonaniem jest odbierane jako arogancja, przemądrzałość lub rządzenie się.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym ambicja może być jednocześnie czymś dobrym i świadczącym o zaangażowaniu i profesjonalizmie (u mężczyzny) i złym, czyniącym z kobiety (a jakże) zimną i pozbawioną uczuć… sami sobie dopowiedzcie. Z resztą akurat jeśli o to chodzi, możemy obserwować to zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, na przykładzie potencjalnej pani wiceprezydent Kamali Devi Harris.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym na cześć, co u ciebie? nie odpowiada się dobrze, a u ciebie?, bo mówienie dobrze to prawie przechwalanie się. Zamiast tego pojawia się litania i licytacja narzekania. No wiecie:
Co u ciebie?
Kochana, okropnie! W pracy mnie nie doceniają, dziecko znowu przeziębione, a mąż złamał nogę i teraz cały dom na mojej głowie na najbliższy miesiąc. A co u ciebie?
Oj kochana jeszcze gorzej! Z pracy mnie wylali, dziecko ma zapalenie płuc i różyczkę na raz, a mąż mnie zostawił dla młodszej!

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym kobiety przyjmują komplementy w taki sposób:
Ładnie dziś wyglądasz!
Daj spokój z tym sianem na głowie/z tymi pryszczami/z tymi workami pod oczami?
Albo:
O jaka ładna sukienka!
Ta stara szmata? Powinnam przestać ją nosić pogrubia mnie.
Bo przecież przyjęcie ich inaczej to w sumie ZGODZENIE SIĘ z pozytywnym zdaniem na swój temat a to nie wypada.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym wiele kobiet nie jest w stanie zaakceptować braku perfekcji. W kraju, w którym nastolatki (dziewczynki) zajmują pierwsze spośród czterdziestu trzech miejsce pod względem negatywnej oceny swojego ciała1, a 84% dorosłych kobiet poddałoby się operacji plastycznej gdyby tylko było je na to stać2. Badania przeprowadzone co prawda w nieco innych społeczeństwach, ale nadal w szeroko pojętym kręgu kultury „zachodniej” wskazują, że kobiety wykazują także perfekcjonizm w życiu zawodowym3,4. Mowa jest także o związku między kobiecym perfekcjonizmem a wysokim poziomem samokrytyki3.

Trochę o mnie, czyli życie w cieniu Syndromu Oszusta (Impostor Syndrome)

Wiecie co to jest Impostor Sydrome czyli Syndrom Oszusta? To jest takie zjawisko, kiedy człowiek, pomimo swoich kompetencji, a wręcz dowodów na ich istnienie, jest przekonany, że nie zasługuje na swoją pozycję zawodową/ocenę na egzaminie/sukces, że tak naprawdę zawdzięcza to fartowi lub sprzyjającym okolicznościom, a lada chwila wszystko się wyda. Jakoś mnie nie zaszokowało, gdy wyczytałam, że są badania wskazujące na częstsze występowanie tego syndromu u kobiet5 (chociaż, żeby być całkowicie szczerą: są też takie, które nie wskazują na różnice między płciami w tym zakresie).

Tyle jeśli chodzi o badania i statystyki, przejdźmy do studium przypadku

Mam trzy dyplomy (jeden magisterski i dwa ze studiów podyplomowych), a podczas całej swojej przygody akademickiej oblałam jeden egzamin. JEDEN. Przez całe studia miałam stypendium naukowe. A mimo to przed większością egzaminów byłam przekonana, że nie zdam, a po otrzymaniu większości wyników: że po prostu miałam szczęście z pytaniami.

Dwa razy całkowicie się przebranżowiłam, między innymi dlatego, że byłam przekonana, że kompletnie nie nadaję się do tego, co akurat robiłam. Gdy weszłam na ścieżkę kariery, na której jestem obecnie, ciągle miałam wrażenie, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki komuś: najpierw dzięki koleżance, która podesłała moje CV do HRu (co nie sprawiło, że ominął mnie którykolwiek z etapów rekrutacji, ale ja i tak uważałam, że nawet by mnie na nią nie zaproszono, gdyby nie ona), potem dzięki fartowi. Przy kolejnych awansach myślałam, że udały się tylko dlatego, że ktoś mnie polecił na nowe stanowisko. Całe lata zajęło mi zrozumienie, że jeśli ktoś, z kim pracowałam mnie poleca, to robi to dlatego, że jest zadowolony z poziomu mojej pracy, z mojej wiedzy, moich kompetencji, sposobu w jaki sposób wykonuję swoje zadania, a nie dlatego, że chce być miły.

Przez wiele lat wątpiłam w swoją ocenę na tyle, że nie byłam w stanie określić, jaka właściwie jest moja opinia na różne tematy, bo przecież na pewno nie wzięłam czegoś pod uwagę, nie uwzględniłam jakichś ważnych czynników i co ja w ogóle na ten temat wiem? Każdy, kto mówił z pewnością siebie był w stanie przekonać mnie do swoich racji, bo tak bardzo nie wierzyłam w swoje własne. Co oczywiście nie skończyło się dla mnie zbyt dobrze, kiedy weszłam w związek z mężczyzną tak pewnym siebie, jak toksycznym, który świetnie umiał wykorzystać całą tę moją niepewność na swoją korzyść.

Dobrych parę lat zajęło mi zbudowanie pewnych zrębów pewności siebie (przynajmniej na gruncie intelektualnym) i rozwinięcie wiary w swoje opinie i przemyślenia. W swój umysł. W pewnym sensie ten blog jest trochę narzędziem, które mi w tym pomaga. Ciągle się uczę wyrażania swoich poglądów z pewnością siebie i nie popadania w samozwątpienie za każdym razem, gdy ktoś się ze mną nie zgodzi. Większość tekstów, które tu piszę poprzedzonych jest godzinami przemyśleń, rozmów z innymi ludźmi, zbierania opinii, doświadczeń, a czasem nawet i lekturami. Na początku wyzwaniem dla mnie było pisanie z przekonaniem. Teraz, po prawie dwóch latach przychodzi mi to dużo łatwiej.
Cień zwątpienia zawsze czai się w głębi mojego umysłu i tak chyba już zostanie, ale nauczyłam się go lubić, bo dzięki niemu jestem otwarta na krytykę (moich poglądów i opinii, z innymi rzeczami to inna historia) i dyskusję. A to dobrze, bo to cecha, którą wysoko cenię u innych. Chociaż czasem przyjmuje ona u mnie formę nieco zbyt ekstremalną, kiedy jedno zdanie innej osoby potrafi wpędzić mnie w godzinę przemyśleń i analiz.

Biorąc pod uwagę pierwszą część tego tekstu podejrzewam, że nie ja jedna tak mam.
Dlatego następnym razem, kiedy powiesz (o) kobiecie, że jest arogancka, przemądrzała, nadmiernie ambitna lub coś w tym rodzaju, zastanów się, czy aby na pewno taka jest (może faktycznie), czy może tylko ci się tak wydaje, bo też wychowałeś/łaś się w społeczeństwie, które nauczyło cię, że kobiety powinny być ciche, skromne i spolegliwe. Zadaj sobie pytanie czy powiedziałbyś/łabyś to samo (o) mężczyźnie? I pomyśl, że może za tą pewnością siebie, która cię tak razi, kryją się lata pracy nad sobą.


1za: https://imid.med.pl/en/news/jakie-sa-polskie-nastolatki-raport-hbsc-2020
2za: 3https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1703878,1,polki-mysla-ze-sa-najbrzydsze-w-europie-dlaczego.read
4https://www.smh.com.au/lifestyle/health-and-wellness/women-more-likely-to-be-perfectionistic-anxious-at-work-20180412-p4z971.html
5https://en.wikipedia.org/wiki/Impostor_syndrome#:~:text=Impostor%20syndrome%20(also%20known%20as,exposed%20as%20a%20%22fraud%22.

Chwytanie chwil

Kiedy założyłam tego bloga prawie dwa lata temu, jeszcze tylko na Facebooku, służył mi on w znacznym stopniu jako pamiętnik. Chwytałam i uwieczniałam fragmenty naszego życia, a od czasu do czasu rozpisywałam się o jakichś swoich przemyśleniach. Z czasem, zwłaszcza od kiedy przeniosłam się na platformę blogerską i zaczęłam używać instagrama, zgubiłam trochę swój oryginalny zamysł. Okruchy życia trafiają teraz na IG i czasem na facebooka, a na blogu rządzą dłuższe artykuły. Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy mi się to podoba. W ogóle ciężko mi odnaleźć równowagę pomiędzy wszystkimi platformami, na jakich teraz funkcjonuję. Czy wrzucanie tej samej treści na trzy jednocześnie, to dobry pomysł czy uciążliwy spam? A przecież od początku celem tego bloga miało być pokazywanie fragmentów naszego życia. Cel nieco się rozwinął, ale to nie znaczy, że chcę całkiem odejść od korzeni. I dlatego wymyśliłam, że na razie – póki nie wpadnę na lepsze rozwiązanie – będę te wszystkie okruchy zbierała w tym jednym, dedykowanym do tego poście.


W tym tygodniu stuknęło nam 7 lat razem. 7 lat wygłupów, śmiechu, goracych dyskusji, przygód, poznawania świata, siebie nawzajem i samych siebie w całkiem nowy sposób.
7 lat odkrywania nowych miejsc, robienia nowych rzeczy i próbowania nowego jedzenia. 7 lat nieprzerwanej rozmowy, zasypiania w swoich objęciach, budzenia się razem, wspólnych śniadań, kolacji i przekąsek o północy. Setki godzin obejrzanych filmów, dziesiatki godzin spędzonych w samolocie razem lub do siebie. Trochę mniejszych i większych sporów i zarwanych nocy. Tańczenie na środku salonu do naszej piosenki, kibicowanie jego ulubionej drużynie, ocieranie mi łez kiedy po raz kolejny oglądam The Notebook albo Star is Born, ściskanie się za ręce na rollercoasterach i wymienianie spojrzeń z dwoch stron parkietu w nocnym klubie. 11 odwiedzonych razem krajów, 3 śluby, 7 sukienek.

Są takie osoby, z którymi bycie jest proste jak oddychanie (bez koronawirusa), a nawet trudności i problemy dzielą się przez dwa. Są takie osoby, z którymi dobrze się jest nawet kłócić, bo po prostu wiesz, ze za chwilę i tak się bedziecie z tego śmiać. Są takie osoby, z którymi można być w 100% sobą w swojej najprawdziwszej, surowej, totalnie szczerej wersji bez lęku przed krytyką i osądzaniem.

Podobno w siódmym roku przychodzi kryzys, ale ja żadnego nie zauważyłam. #happyasever 💙

03.10.2020


CISZA.
Tematem dzisiejszego wyzwania #instawtorek_kfs z @kobiecafotoszkola jest cisza.
Zdjęcie, które widzicie zrobiłam na szczycie lodowca Hintertux w Austrii, na wysokości ok 3300m. O ile akurat nie wieje wiatr i nie krzyczą narciarze (a oni raczej krzyczą na niżyszch poziomach), panuje tam cisza niemal doskonała.

Ci z Was, którzy czytają mnie nieco dłużej, wiedzą, że okolice Hintertux są jednym z moich ulubionych miejsc na świecie i że wiążę z nimi duży sentyment ponieważ były świadkiem naszych zaręczyn💙 Być może wiecie też, że od kiedy się znamy (a właściwie o rok dłużej) Szalony Naukowiec przyjeżdżał tu co roku w związku z pracą – a ja czasami z nim na doczepkę. W tym roku też pojechaliśmy i była to nasza ostatnia podróż w świecie przed pandemią, a także – dla mnie – ostatnia dłuższa niż przedłużony weekend 🥺
W tej sytuacji możecie sobie wyobrazić, że bardzo liczyłam na to, że już za kilka miesięcy pojedziemy tam znowu… Niedawno dowiedzieliśmy się jednak, że przyszłoroczna edycja Warsztatów Szalonych Naukowców się nie odbędzie, więc pewnie będziemy musieli poczekać kolejny rok.

Ale wiecie co? Nie ma tego złego! Niewiele później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy chyba jedynymi ludźmi w Polsce, których ekipa budowlana jest dostępna WCZEŚNIEJ niż to było oryginalnie planowane 💪🏻💪🏻 w związku z czym teraz przynajmniej remont i wyjazd nie będą wchodziły w kolizję.
Także Rozczarowanie Mode: off i Pannic Mode: on 🤯😱


29.09.2020


Dziś będzie o pierscionkowej ironii losu. Takiej malutkiej.

Wiecie że białe złoto wcale nie jest białe, ale słomkowo żółte? Srebrny kolor, który widzimy (i który ja uwielbiam) zawdzięczamy warstwie rodu. A ta sie czasami wyciera, ukazując żółtawą rzeczywistość. Miesiąc temu oddałam swój ukochany zaręczynowy pierscionek do ponownego rodowania (i czyszczenia przy okazji). Wreszcie wczoraj do mnie wrócił 😍 wyznam Wam na marginesie, że bardzo się cieszę, że Szalony Naukowiec wybrał tanzanit a nie diament, jakoś wolę niebieskie kamienie💙
A Wy wolicie „typowe” pierścionki zaręczynowe z brylantem, czy może jakies inne?

No ale gdzie ta obiecana ronia? Otóż tego samego dnia, kiedy odebralam lsniacy nowością pierscionek zareczynowy, podczas video rozmowy z rodziną męża, chłopak mojej starszej szwagierki zapowiedział, że niedługo możemy się spodziewać imprezy zaręczynowej w Maroku 😲😲😲 i zaraz potem wlasciwie poprosił teściów o jej rękę 😲 Zaskoczył tym chyba wszystkich, zwłaszcza, że (jeszcze) się wcale nie oświadczył. No ale teraz to już kwestia czasu. Więc wygląda na to, że całkiem niedługo będę miała nowego całkiem francuskiego szwagra i przestanę być jedyną bladą twarzą w najbliższej rodzinie🎉🎉
Bardzo jestem ciekawa jaki on wybierze 💍?

24.09.2020


To zdjęcie może nie jest jakieś superimponujące, ale weźcie pod uwagę, że zostało zrobione w środku nocy komórką!
Jednym z powodów, dla których wybrałam wlasnie Bieszczady na Urodzinową Wyprawę jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu calkowicie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia obserwować gwiazdy, więc takie okoliczności przyrody stanowiły doskonałe tło dla jego urodzinowego prezentu. Jak myślicie? Co dostał?

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!)jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Wczoraj wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!

20.09.2020


Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razow niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: że przeżywamy razem cos nowego dla obojga. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę.

A mówię o tym dlatego, że właśnie, z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam wycieczkę-nieslodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczukra, który spędził ostatnie pół roku na Home Office. Dziś wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszlismy na Połoninę Witlińską. 4 godziny łażenia po górach, a w bezpośrednich wysokosciach pokonaliśmy chyba ok 500m! Może to niedużo, ale ja jestem z nas dumna! Pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jedniczesnie chłodno (jakies 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie idealna pogoda do wdrapywania się pod górę.

18.09.2020


Wczoraj pojechaliśmy oglądać wrzosowisko Mostówka. Najpierw trochę się błąkaliśmy po lesie, który pachniał zupełnie jak podczas moich wakacji w dzieciństwie, a kiedy w końcu dotarliśmy do celu (idźcie wzdłuż torów jeśli nie interesują was spacery polesie), widoki były naprawdę świetne, mimo, że chyba załapaliśmy się na samą końcówkę kwitnienia. Z resztą sami widzicie.
___
No ale ja nie o tym chciałam. Chciałam napisać o tym, że w pewnym momencie soboty, dużo nie brakowało, żeby wycieczka nie doszła do skutku, bo mocno się z Szalonym Naukowcem pokłóciliśmy o kompletną głupotę. Zaczęło się od nieporozumienia, ale dyskusja na jego temat rozrosła się do dość absurdalnych rozmiarów. Dziś rano z kolei przeczytałam na facebooku posta, w którym autorka wspomniała, że zazwyczaj nieporozumienia z mężem zamiata pod dywan, bo one nie szkodzą dopóki – no właśnie – się nie rozrosną. Zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Ale wiecie co? Jednak to nie jest podejście dla mnie. Dla mnie każde nieporozumienie jest jak mikroskopijna igiełka wbita w palec (miałam kiedyś takiego kaktusa, którego najmniejsze igiełki były cieniutkie jak włos, a jednak wbijały się w skórę bez problemu): sama w sobie nieszkodliwa, ale jak się jej nie usunie, a pojawią się kolejne, to w końcu boli przy najmniejszym dotyku. Dlatego każde nieporozumienie wyjaśniamy do dna, niezależnie od tego ile czasu to zajmuje (a czasami potrafi zajmować bardzo dużo).

14.09.2020


Odświeżyłam post na temat finansów w związku mieszanym (i nie tylko), a wiąże się z nim taka oto anegdotka:
Żeby zrobić zdjęcie, które widzicie niżej użyłam swojego portfela i – oczywiście – zapomniałam potem odłożyć go do torebki. Zdałam sobie sprawę z tego faktu – oczywiście – w sklepie.
Wyobraźcie to sobie:
W sklepie kolejka na 5 osób, działa akurat tylko jedna kasa. Moje zakupy już skasowane, w torbie mam między innymi lody. Sięgam po portfel… Nie ma. Na szczęście mogę zapłacić telefonem. Kiedyś można było zrobić to po prostu uruchamiając NFC i otwierając aplikację bankową, ale od tego czasu sporo się zmieniło: teraz najpierw trzeba skonfigurować Google Pay, czego wcześniej celowo nie zrobiłam. Teraz jednak nie mam wyboru, piszę więc do męża żeby mi podesłał numer mojej karty ASAP. On oczywiście nie może jej znaleźć, o co nawet ciężko go winić, bo zostawiłam portfel na toaletce (no co, potrzebowałam białego tła). W końcu znalazł. Niestety nie zrozumiał, że pisząc „my card” miałam na myśli kartę do mojego rachunku indywidualnego („no przecież obie są twoje”), a że poszłam po normalne zakupy spożywcze, wysłał mi numer karty do wspólnego konta. W innym banku (to będzie ważne za moment). Wpisuję. Jeszcze trzeba cvc i datę ważności… Czekam. Pani za kasą się niecierpliwi, lody się rozmrażają. W końcu dosłał, wpisuję. Gotowe!
Próbuję zapłacić.
Ups.
“Ta karta nie obsługuje tego typu płatności”
Nie bez powodu chciałam użyć innej. Piszę znowu, żeby dosłał mi dane drugie karty jeszcze bardziej ASAP. Babka za kasą się coraz bardziej niecierpliwi, ludzie w kolejce jakby też. Dobra, wysłał. Wpisuję.
Już przykładam telefon… a tu jeszcze jedna autoryzacja.
W tym momencie kasjerka traci cierpliwość i anuluje moje zakupy.
5 sek. później: konfiguracja zakończona. Mogę wrócić na koniec kolejki.
___
No więc mam nadzieję, że post który mnie kosztował tyle nerwów się Wam podoba.

11.09.2020


W weekend pojechaliśmy ze znajomymi korzystać z ostatnich dni lata. Pewnie widzieliście już na stories, ale skoro Instagram robi teraz za taki mój quasi pamiętnik, to wrzucam pamiątkę i tutaj. Było bardzo fajnie, pomimo tłumów ludzi ochoczo zbijających się w stad(k)a na ulicach Kazimierza, jakby wirusa nie było. Pogoda była świetna (chwilami aż nawet zbyt gorąca), towarzystwo też niczego sobie😎 Zwiedziliśmy Park Zdrojowy w Nałęczowie, Zajrzelismy do Parku Czartoryskich w Puławach, przespacerowaliśmy się bulwarami w Kazimierzu i Wąwozem Korzennym, wdrapaliśmy się też do ruin zamku i na Górę Trzech Krzyży. Przy tej okazji o mało nie wyzionęłam ducha – najwyraźniej codzienne chodzenie na stepperze nie utrzymuje mojej kondycji na takim poziomie na jaki liczyłam. No i naprawdę słabo znoszę upały.

Tak czy inaczej naprawdę fajnie było się tak na chwilę wyrwać z miasta!
___
Z innej beczki: Ostatnio cierpię na lekki niedobór weny blogowej. Mam kilka pomysłów, miedzy innymi kolejną rozmowę w ramach Kozetki albo post o tym czy to prawda, że faceci z importu zmieniają się, kiedy wrócą do kraju ojczystego (i dlaczego) i kilka innych, ale chętnie bym przygarnęła jakieś sugestie/pomysły. Więc jeśli jest coś o czym chcecie poczytać: to jest dobry moment, żeby się tym podzielić.

To miłego poniedziałku moi drodzy! Mam nadzieję, że Wasz będzie lepszy niż mój, bo ja (jak zwykle ostatnio) poszłam za późno spać, gdyż się zaczytałam🤦🏼‍♀️

07.09.2020


Idzie nowe.
Zapowiadałam Wam wczoraj, we wrześniu zaczyna się dla nas nowy etap. Zanim powiem Wam jaki, wspomnę tylko, że nigdy nie lubiłam zmian, a już zwłaszcza takich dużych. Na przykład przeprowadziłam się tylko raz w życiu. To było prawie 8 lat temu, kiedy skończyłam studia, szkolenia, staże i wreszcie dostałam pracę, za której wykonywanie ktoś chciał mi zapłacić. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po podpisaniu umowy po okresie próbnym, było spakowanie się i wyniesienie od rodziców. Od tego czasu mieszkam tu gdzie mieszkam.
Po trochę ponad roku w moim życiu pojawił się Szalony Naukowiec i – jak już może wiecie – dość szybko zaczęliśmy razem pomieszkiwać. Oficjalnie zamieszkaliśmy razem 6 lat temu. I od tego czasu zaczęły się „problemy”, bo on – w przeciwieństwie do mnie – zmiany lubi, a w kwestii aranżacji wnętrz przywiązuje znacznie większą wagę do estetyki niż ja (wtedy). I ciągle mu coś nie pasowało.
Jeśli interesuje Was więcej szczegółów na temat mojej wyprowadzki, początków mieszkania samej i tego co wynikło z tego, że Szalonemu ciągle coś nie pasowało: zapraszam na bloga #linkwbio. Spokojnie, tam też doczytacie co to za nowe idzie. Ale jeśli wolicie doczytać tu to proszę bardzo: po MIESIĄCACH dyskusji, sporów i kłótni podjęliśmy w końcu decyzję: zabieramy się do Wielkiego Generalnego Remontu. Zdecydowaliśmy się skorzystać z profesjonalnego wsparcia architekta wnętrz i właśnie już za kilka dni zaczynamy prace nad projektem koncepcyjnym!

1.09.2020


Jak szybko i łatwo ugotować mężowi jego ulubione danie (czyli penne w sosie brokułowo-śmietanowo-serowym – jeśli to ma jakieś znaczenie)?

1. Wstaw osoloną wodę w dwóch garnkach;
2. Powiedz mężowi, że idziesz pod prysznic i żeby wstawił brokuły i makaron jak woda się zagotuje;
3. A w ogóle to będzie potrzebny zlew i czy mógłby go opróżnić (czytaj: włożyć naczynia do zmywarki);
4. Przyjdź wykąpana, podgrzej śmietanę (12 lub 18% im mniej tłuszczu tym będzie bardziej kwaśne, a jak wiadomo, od kwaśnego mniej rośnie tyłek) w rondelku, dorzuć 3 trójkąciki serka topionego i pomieszaj. Muszą się roztopić, to chwilę potrwa;
5. Idź zanotować pomysł na post na bloga, po drodze wspomnij mężowi (który kończy ładować zmywarkę) że będzie potrzebny starty ser;
6. Wróć do kuchni, kiedy usłyszysz, że mąż właśnie odlewa makaron;
7. Pomieszaj w rondelku, dodaj starty ser. Powiedz mężowi że źle go starł;
8. Odlej brokuły, rozgnieć widelcem, dodaj do sosu, pomieszaj, wylej na makaron, ktory już czeka na talerzach;
9. Voila, ulubione danie męża gotowe
___
Czy u Was w domu też najpierw każdy ustala, ile gramów makaronu chce na obiad, a potem ktoś go odważa przed i po ugotowaniu i przelicza właściwe proporcje porcji, które trafiają na talerz? Czy to tylko Szaleni Naukowcy tak mają, a normalni ludzie gotują – niedajborze – na oko??

27.08.2020


Zaczął się ostatni tydzień sierpnia, a to oznacza, ze wakacje są oficjalnie prawie za nami. Ja w tym roku (no, od lutego) nie miałam okazji nigdzie wyjechać na dłużej niż przedłużony weekend. Kocham podróżować i dopiero od niedawna zaczynałam bardziej rozwijać skrzydła w tym zakresie, a i tak wiecznie coś stało na drodze: a to finanse, a to oczekiwanie na kolejną kartę pobytu Szalonego Naukowca, któryś kolejny ślub albo jeszcze coś innego. Mimo to co roku udawało nam się wyjechać przynajmniej na ten jeden około-dwutygodniowy urlop, a najczęściej jeszcza na jakieś pomniejsze wycieczki. Ten rok miał być pierwszym bez żadnych przeszkód, ba! ironicznie: zaczął się na wyjeździe. I co? Wyszło jak wyszło. Więc jeśli ktoś wierzy w powiedzonko „Nowy Rok jaki, cały tok taki” to uprzejmie informuję, że ono nie działa.
Siedzę więc w domu, tęsknię za wakacjami i rozmyślam o kierunku w jakim zmierza moje życie. Może za jakiś czas będzie z tego jakiś post. Ale na razie nie ma. Na razie jest jedno z ostatnich zdjęć jakie zrobiłam podczas ostatniego wyjazdu weekendowego na Mazury: pomiędzy Ostródę, a Elbląg (konkretnie: okolice wsi Pozorty). To tak w ramach pocieszania się, że wyjechałam GDZIEKOLWIEK, a przy okazji w ramach tematu na dzisiejszy #instawtorek z @kobiecafotoszkola jakim jest „Polska jest piękna”. Na zdjęciu chwia przed deszczem, który miał być ale jednak nie mógł się zdecydować. Droga która (jak mogłoby się wydawać) prowadzi donikąd.
Wszelkie odniesienia do rozmyślań egzystencjalnych jakie dziś uprawiam są niezamierzone i totalnie przypadkowe.

25.08.2020


Jak to jest, że kiedy za oknem przejeżdża kolumna pojazdów na bardzo głośnym sygnale, kotu nawet ucho nie drgnie podczas drzemki, ale dźwięk telefonu podnoszonego rano z szafki przy łóżku, wyrywa ją z najgłębszego snu i momentalnie aktywizuje? Nawet juz nie budzik: ledwo wezmę rano do ręki telefon żeby sprawdzić, która godzina, Kota natychmiast materializuje się koło łóżka i w bardzo głośny sposób domaga śniadania. #kotytakiesą 🐱
Poza tym zawsze, ale to zawsze psuje mi zdjęcie 📸 Albo w ostatniej chwili się ruszy, albo w ogóle zmieni pozycję (nawet pogrążona w najgłębszym śnie), kiedy się tylko zbliżę z aparatem, albo zignoruje wszystkie dźwięki, które z siebie wydaję żeby tylko spojrzała w obiektyw. Albo rzuca mi takie właśnie spojrzenia z góry. Nie wiem, czy to pasuje do #wyzwaniezkłaczkiem bo mina raczej nie jest śmieszna, ale co ja poradzę, że ta modelka NIGDY nie współpracuje?
Wasze czworonogi też tak mają?

24.08.2020

Temat na dzisiejszy #instawtorek u @kobiecafotoszkola jest moje najlepsze/ulubione zdjęcie.
Wyznam Wam szczerze, że marna ze mnie fotografka. Dla mnie zdjęcia to głównie pamiątki. Uwielbiam selfies, często cykam fotki pysznemu jedzeniu, prezentom, które daję lub dostaję, różnym miłym chwilom no i niemal nie wypuszczam telefonu z rąk, kiedy podróżujemy. Staram się uchwycić jak najwięcej pięknych chwil żeby móc do nich później wracać. Czasem ciężko mi nawet utrzymać równowagę między chwytaniem momentów, a przeżywaniem ich. Średnio w tym wszystkim zwracam uwagę na takie rzeczy jak kadrowanie, kompozycja a nawet obiektywna ciekawość tematu.

Kiedy poznałam dzisiejszy temat, najpierw przyszły mi do głowy zdjęcia z Zanzibaru – są takie piękne! Ale potem pomyślałam, że to przecież w 100% zasługa tych widoków, które same z siebie robią całą robotę. I wtedy przypomniałam sobie tą fotę, którą widzicie wyżej, zrobioną NA PUSTYNI (tak, dobrze czytacie). Byłam z siebie strasznie dumna, że uchwyciłam takie ciekawe ujęcie. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam, że zrobiłam naprawdę ciekawe, dobre (nie tylko ze względu na swoją pamiątkową wartość) zdjęcie.

Do dziś nie wiem, jaka historia kryje się za tymi łódkami leżącymi na środku marokańskiej pustyni Agafay, czyli jakieś 150km w linii prostej od oceanu. Może są tam od potopu?

18.08.2020