Tinder Swindler

Jak pewnie wiecie, od dość dawna żywo interesuję się problemem internetowych oszustów. Dlatego, kiedy Netflix zrealizował dokument poświęcony temu tematowi, nie mogłam go nie obejrzeć. A skoro obejrzałam, to chętnie podzielę się tu moimi przemyśleniami.

Zacznijmy od końca. Mój wniosek, po obejrzeniu filmu jest taki, że jest to to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy nawiązują znajomości przez Internet.

Uwaga, będą spoilery, ale raczej niewielkie.

Tytułowy Tinder Swindler bardziej przypomina bohatera granego przez Leonardo DiCaprio w Catch me if you can niż znanych mi (i pewnie Wam też) wizowców i naciągaczy zagadujących kobiety na Instagramie czy Facebooku. Oszukuje na wielką skalę i na wielkie kwoty – producenci dokumentu, szacują, że wyłudził 10 milionów dolarów od ludzi na całym świecie. Poznajemy go z perspektywy jego ofiar – Cecilie i Pernilli i poprzez ich doświadczenia mamy okazję obserwować jego styl działania i warsztat. A jest to – jakby nie patrzeć – warsztat imponujący. Wystarczy powiedzieć, że nasz Swindler w ciągu miesiąca (!) potrafi zmanipulować swoje ofiary do tego stopnia, że dają mu pieniądze, swoje karty kredytowe oraz biorą dla niego pożyczki.

Cały przekręt opiera się na trzech filarach: z jednej strony na roli atrakcyjnego, bogatego (to bardzo ważne), czarującego biznesmena prowadzącego niezwykle ciekawe, światowe życie pełne podróży prywatnym odrzutowcem, markowych ubrań i dodatków, luksusowych samochodów, zbytku i diamentów. To wszystko z faktycznie istniejącą rodziną potentatów branży diamentowej w tle (autentyczność to w tej branży podstawa). Ofiara ma możliwość z pierwszej ręki doświadczyć ekstrawaganckiego życia Swindlera będąc zapraszana na wspólne wyjazdy/ekskluzywne kolacje/wizyty w różnych miejscach (od Amsterdamu po Grecję) itp. To kluczowe, żeby to wielkie bogactwo było bardzo przekonujące i niekwestionowalne.

Z drugiej strony Swindler gra na archetypach wpajanym kobietom od najmłodszych lat. Książę z bajki, twardziel z miękkim środkiem, czuły, ale odpowiednio namiętny barbarzyńca. Bogaty, wyjątkowy, szczodry, dbający o swoją wybrankę, zasypujący ją przejawami uczuć szybko sprawia, że czuje się ona jedyna i najwspanialsza (także dlatego, że taki wspaniały facet zwrócił na nią uwagę). W razie potrzeby pojawia się odrobina głęboko skrywanego (i ujawnianego tylko Te Wybranej) cierpienia i wrażliwości (ach te prześladowania w więzieniu i wyrok za niewinność), a nawet dziecko i matka wyrażająca się o tatusiu w samych superlatywach. Ta matka to w ogóle ciekawa historia, ale pozostawię Wam ten plot twist do odkrycia na własną rękę – czy też na własne oczy.

Trzecim filarem na jakim opiera się strategia Swindlera jest budowanie poczucia zagrożenia. Bliżej niezidentyfikowani wrogowie czyhający na jego fortunę, zdrowie i życie, napady (są nawet zdjęcia rozciętej głowy ochroniarza/wspólnika i krwi na markowej koszulce), ucieczki w środku nocy, konieczność ukrywania się. Wszystko to objawia się oczywiście dopiero w momencie, kiedy ofierze – oszołomionej wszystkim, co opisałam wcześniej – zaczyna zależeć. Na tak przygotowany grunt, w końcu pada informacja nie mogę chwilowo używać swoich kart kredytowych, przecież wrogowie mogliby mnie namierzyć, a zaraz po niej nieśmiała prośba o pomoc. Czy mogłabyś użyczyć mi na kilka dni swojej karty? Czy mogłabyś pożyczyć mi trochę (czyli np. 20 000 USD) gotówki? Naturalnie cały wcześniejszy pokaz bogactwa i luksusu miał na celu stworzyć w ofierze poczucie komfortu w tym właśnie momencie – przecież on jest bardzo bogaty, a skoro tak, to niewątpliwie te drobne kilkadziesiąt tysięcy to dla niego pryszcz i nie ma najmniejszych wątpliwości, że je odda. Z resztą przecież by mnie nie oszukał!

Dalej już idzie z górki. Limit na użyczonej karcie kredytowej się wyczerpuje w ciągu kilku dni – nic nie szkodzi kochanie, wygeneruję ci fałszywy kontrakt w mojej firmie, pokażesz to w banku, to podniosą ci limit. Gotówki nie starczyło? Można wziąć pożyczki. Kiedy ofiara zaczyna się wahać i wątpić, pojawiają się potwierdzenia przelewu na dużo większą sumę niż ta pożyczona (to z tej wdzięczności), który jakoś dziwnie nie chce przejść albo czeki, których bank nie chce zrealizować.

Jak historia skończyła się dla głównych bohaterek? Musicie przekonać się sami.

Ja chciałabym natomiast skupić się na dwóch rzeczach: po pierwsze: w dwóch historiach, które poznajemy od początku do końca, następuje moment, który wydaje mi się przełomowy dla rozwoju późniejszego dramatu. Jedna z ofiar na koniec pierwszej randki zostaje zaproszona do udziału w nadchodzącym (tego samego dnia) wyjeździe biznesowym Swindlera. Druga z kolei z miejsca dostaje propozycję aby w najbliższy piętek odwiedzić go w jego domu w Amsterdamie celem poznania się – na jego koszt oczywiście. A żeby mógł kupić jej bilet, ona wysyła mu zdjęcie swojego paszportu. Czemu te dwa momenty są kluczowe? Bo w tej chwili nasz oszust dowiaduje się niezwykle dużo o swoich ofiarach. Po pierwsze: żadna z nich nie ma w swoim otoczeniu osoby, z którą musiałaby/chciałaby uzgadniać nagłe wyjazdy – a więc i kogoś, kto ewentualnie w porę zorientowałby się co się dzieje zainterweniował. Po drugie każda z nich jest wystarczająco naiwna i lekkomyślna żeby zdecydować się na podanie obcemu facetowi swoich wrażliwych danych przez komunikator albo na polecenie z nim nie-wiadomo-gdzie-i-po-co. To tylko moja teoria, ale myślę, że gdyby odpowiedź na tę pierwszą propozycję była negatywna, Swindler raczej odpuściłby sobie taką kandydatkę i przeszedł do kolejnej, której nie trzeba za bardzo urabiać.

Druga rzecz, to sprawa, którą poruszyła Maja (https://milosna-globalizacja.pl/) dziś na Instagramie. Kwestia victim blamingu. Maja zadała sobie trud żeby namierzyć Swindlera na Instagramie i zaszokowało ją, że nie tylko ma tam ponad 200 tysięcy followersów, ale jeszcze pojawiają się liczne komentarze mnie byś nie oszukał ja nie jestem idiotką.

W rozmowie o oszustach internetowych nie sposób ominąć tematu winy i odpowiedzialności. Zawsze pojawi się ktoś, kto powie zasłużyła sobie na to i ktoś kto odpowie ależ to victim blaming! Wyjaśnijmy sobie jedno: jestem wielką przeciwniczką victim blamingu. Uważam, że należy mówić on ją zgwałcił a nie ona została zgwałcona i nie toleruję komentarzy typu bo miała mini, bo poszła w złe miejsce, bo się upiła itd. I tak dalej – wiecie o co chodzi.
Natomiast jestem też wielką zwolenniczką myślenia i brania odpowiedzialności za własne decyzje. Tak, mamy prawo chodzić bezpiecznie po ulicach i nie być ofiarami przestępstw – ale swoje decyzje podejmujemy sami. Tak, oszukał ją, bo jest wstrętnym, godnym największej pogardy oszustem, ale to ona podjęła decyzję żeby wysłać obcemu facetowi zdjęcie swojego paszportu, jechać z obcym facetem za granice, dawać obcemu facetowi swoją kartę kredytowa, fałszować dokumentację bankową i zaciągać pożyczki. Maja (z którą ucięłyśmy sobie dyskusję na ten temat) zauważa, że obwinianie tych kobiet przyczynia się do usprawiedliwiania takiego palanta i przygotowuje grunt pod victim blaming w innych sytuacjach. Nie da się zaprzeczyć słuszności tego stwierdzenia. Natomiast warto pamiętać, że jest różnica między winą (która zawsze jest po stronie oszusta) a odpowiedzialnością za własne wybory. Jeśli z tej historii płynie jakaś lekcja (a jakaś musi płynąć), to taka, że należy być ostrożnym, włączyć myślenie i rozsądnie oceniać ryzyko. Jeśli całkowicie zdejmiemy odpowiedzialność z ofiar, ta nauka rozpłynie się w powietrzu.

Zarządzanie pieniędzmi a związek (mieszany)

Często spotykam się w Internecie z pytaniami: jak zarządzać pieniędzmi w związku? Jak poradzić sobie ze sporami o pieniądze? Czy mam rację czując się dziwnie, jeśli facet, z którym się spotykam zawsze chce się rozliczać co do złotówki? Czy to normalne, że mieszkając razem mamy oddzielne półki w lodówce i oddzielnie robimy zakupy? Czy to fair, że on płaci za mieszkanie i pokrywa rachunki, a ja płacę za resztę?
Takie pytania powtarzają się regularnie niezależnie od tego czy mowa o związku mieszanym, czy nie.

Nowy rok, nowy początek, nowe plany… to chyba dobry moment, żeby poświęcić chwilę na rozmowę o zarządzaniu budżetem.

Pieniądze stanowią na tyle częsty powód konfliktów w parze, że kłótnie o nie są wręcz przysłowiowe. Wynika to z faktu, że ludzie wchodząc w związek, wnoszą do niego swoje – często sprzeczne – oczekiwania, wyobrażenia, preferencje i sposoby funkcjonowania dotyczące wszystkiego: od zarządzania finansami, po sposób wieszania prania – a to pierwsze jest dla większości ludzi po prostu ważniejsze. I z tego powodu naprawdę warto przedyskutować dogłębnie temat przyszłego zarządzania pieniędzmi zanim podejmiemy Ważne Życiowe Decyzje.

Z racji swojej specyfiki, związki mieszane są narażone na konflikty na tle finansowym być może nawet bardziej niż inne. Poglądy na temat zarabiania i wydawania pieniędzy (jak i na wiele innych rzeczy) zaczynają się bowiem kształtować już młodości, w domu rodzinnym, a jak łatwo się domyślić: w różnych kulturach podejście do tego aspektu życia bardzo się różni.

Zawsze powtarzam, że człowiek po to ma rozum, żeby przeanalizować różne rzeczy, które mu wpojono i świadomie je przyjąć lub odrzucić, ale prawda jest taka, że nie każdy to robi. Dlatego wiążąc się z osobą wychowaną w innym kręgu kulturowym, warto być świadomym problemów z którymi możemy się zetknąć.

Jest wiele kultur, w których od dzieci (zwłaszcza mężczyzn) oczekuje się wspierania finansowo rodziców lub/i rodzeństwa – szczególnie młodszego i płci żeńskiej. W kulturze muzułmańskiej, z kolei, bardzo często mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie domu, podczas gdy kobieta swoje ewentualne zarobki zachowuje dla siebie (co dla mnie byłoby nie do przyjęcia, ale akurat chyba wielu Polkom się podoba, na zasadzie kontrastu do popularnego u nas modelu, w którym kobieta zarówno zarabia na dom jak i się nim zajmuje). Dodatkowo członek rodziny żyjący w Europie jest często postrzegany jako bogaty (nawet jeśli wcale tak nie jest, do czego nie każdy jest chętny się przyznać). Rodziny emigranta miewają rozbuchane oczekiwania materialne, a sam emigrant: poczucie, że powinien je zaspokajać. Czasem potrafi to przybierać dość skrajne formy: pieniądze wysyłane są w sekrecie przed żoną, listy życzeń obejmujące nowe smartfony, telewizory i markowe ubrania, a wszystko to kosztem nowej rodziny. Sprawa robi się jeszcze bardziej zagmatwana, gdy dodamy do tego, typowe ostatnio w Polsce, wielomiesięczne oczekiwanie na kartę pobytu umożliwiającą legalne podjęcie pracy, w którym to okresie facet raczej nie zarabia, co niekoniecznie jednak przeszkadza mu chcieć wysyłać pieniądze do domu. Nie mówiąc już nawet o sytuacjach, kiedy cała rodzina bierze udział w oszustwie wspierając wizowca, który łowi Europejkę, mającą stanowić źródło papierów i gotówki.

Te wszystkie rzeczy nie muszą być naturalne i oczywiste dla przeciętnej Polki. Kulturowo wpojona konieczność utrzymywania młodszych niepracujących sióstr, wspierania rodziców, czy obdarowywanie krewnych i znajomych królika masą prezentów przy każdej wizycie, niekoniecznie jest czymś domyślnym w naszym kręgu kulturowym. Nie zrozumcie mnie źle: nie mówię, że Polacy nie pomagają rodzinom, bo na pewno wiele osób pomaga, jednak presja oczekiwań może być nieco innego kalibru. 

I dlatego w związku multi-kulti tak ważne jest omówienie wizji zarządzania budżetem i nakreślenie jasnych, akceptowalnych dla obu stron zasad. Ale nie tylko związków mieszanych to dotyczy! Ustalenie wspólnego, zadowalającego oboje sposobu zarządzania pieniędzmi jest ważne dla każdej pary.

Wspólny budżet w kilku krokach

Zrobić budżet to wskazać swoim pieniądzom, dokąd mają iść, zamiast się zastanawiać, gdzie się rozeszły.

JOHN C. MAXWELL

Wspominałam kiedyś, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem decydując się na wspólne zamieszkanie, było ogarnięcie równego i sprawiedliwego podziału obowiązków domowych. Drugą z takich rzeczy było opracowanie zasad i funkcjonowania domowego budżetu. Od tamtego czasu minęło z 6 lat* i sporo się pozmieniało, przetestowaliśmy po drodze kilka różnych opcji w zależności od stopnia zaawansowania naszego związku i w efekcie udało nam się wypracować system, który według mnie jest optymalny dla wspólnego budżetu dwóch pracujących osób. Pozwala razem kontrolować wydatki, zapewnia przejrzystość i jasność, ale też pewien zakres niezależności. 

*od kiedy pierwszy raz pisałam tego posta minęły jakieś dwa lata

Oto przepis:

  1. Krok pierwszy: spis wspólnych wydatków. W tym kroku zastanawiamy się nad tym za jakie rzeczy chcemy płacić wspólnie, a za jakie nie. Nie ustalamy jeszcze konkretnych kwot, tworzymy tylko listę tego wszystkiego, co uważamy za wspólne wydatki. To jest najważniejszy etap jeśli chodzi o podejście koncepcyjne. Bo o ile rachunki, czy zakupy spożywcze raczej intuicyjnie trafią tu od razu, to co z wydatkami na lekarzy, ubrania, hobby, wyjścia, ewentualnym pomaganiem rodzinie itd? To jest też moment żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy razem oszczędzać?
    W naszym przypadku do wspólnego koszyka wpadają np. rachunki, wydatki domowe (zakupy) i medyczne, wspólne wyjścia, kocie żarcie, czy oszczędności
  2. Krok drugi: przypisywanie kwot. Ten krok może zająć trochę czasu, zwłaszcza jeśli wcześniej nie prowadziło się żadnych analiz wydatków. Chodzi tu o to, żeby każdej pozycji z listy stworzonej w kroku 1, przypisać konkretną sumę. Z rachunkami to proste, ale inne rzeczy mogą wymagać przegrzebania historii konta. Zastanawiamy się ile co miesiąc wydajemy na rzeczy z naszej listy. Na przykład: jak często zamawiamy kocią karmę i żwirek? Raz na 2 miesiące za ok 300zł? Świetnie – notujemy. Codziennie robimy drobne zakupy w żabce za ok 50zł plus raz na miesiąc większe w Auchan? – notujemy sumę. I tak dalej.
    Potem zastanawiamy się ile chcemy zaoszczędzić w ciągu roku. Warto tu pomyśleć o swoich celach: Remont? Podróż na Bali? Wkład własny pod kredyt? Im lepiej wiemy na co chcemy przeznaczyć oszczędności i – co za tym idzie – ile ich będzie trzeba, tym lepiej. Dzielimy to przez 12 i zapisujemy. Ta wartość jeszcze nie będzie ostateczna, bo oszczędności zawsze są wypadkową tego co chcemy i tego co możemy, więc będziemy do niej jeszcze wracać.
    Tutaj uwaga techniczna: mając wiele wydatków, które pojawiają się regularnie, ale rzadziej niż co miesiąc: np. leki, karta miejska, opłaty za gaz i prąd (u nas są dwumiesięczne), możemy sobie je albo uśrednić (300zł co dwa miesiące = 150zł na miesiąc), albo podzielić miesiące na takie, w których wydajemy więcej i takie, w których wydajemy mniej. Ewentualnie próbować rozłożyć wszystko tak, żeby się balansowało.
    Na koniec sumujemy sobie wszystko co spisaliśmy. Powiedzmy, że wyszło nam 4000zł miesięcznie plus 3000 oszczędności.
  3. Krok trzeci: podział i część własna. Kiedy mamy już prognozowaną sumę miesięcznych wydatków, pora się nimi podzielić i zobaczyć co zostało. Można to zrobić różnie, my stosujemy podział proporcjonalny do zarobków. Powiedzmy, że zarabiamy po równo: wychodzi nam zatem 2000 i 1500 czyli 3500zł na osobę.
    Teraz pora na wielkie sprawdzam – jak to się ma do tego, ile zarabiamy? To co zostaje (jeśli coś zostaje), to część własna. Naturalnie im więcej rzeczy włączamy do części wspólnej, tym mniejszej będziemy potrzebować części własnej. W moim przypadku sprowadza się ona do prezentów, mejkapu i książek. Szalony Naukowiec ze swojej opłaca jeszcze część wydatków związanych z odwiedzaniem rodziny.
  4. Krok czwarty: tuning. Jeśli nie przesadziliśmy w kroku 2, w tej chwili mamy szkielet planu finansowego, an który składa się kwota przeznaczona na wydatki wspólne, na oszczędności i na wydatki własne. Teraz pora na ostatni tuning, czyli na zbalansowanie tych wartości – szczególnie drugiej i trzeciej. Część własna wyszła niepotrzebnie duża? Może warto zaoszczędzić trochę więcej? A może odwrotnie: okazała się niewystarczająca? Łapiecie o co chodzi.
    Protip: na tym etapie lepiej nie ciąć za bardzo zaplanowanych wydatków – większość osób podczas robiąc taki plan po raz pierwszy bywa nadmiernie optymistyczna i ma skłonność do niedoceniania jak łatwo potrafią rozpływać się pieniądze. Zwłaszcza przy tych wszystkich podwyżkach cen i galopującej inflacji.
  5. Krok piąty: realizacja i feedback. Kiedy już ustalimy ostateczne kwoty, nie pozostaje nic innego jak przejść do realizacji. Wg mnie przy takim modelu, jak ten, najlepiej sprawdza się układ: konto wspólne plus dwa konta indywidualne i jedno oszczędnościowe, który pozwala na najwygodniejsze operowanie wspólnymi vs własnymi środkami. Pozwala też na łatwe śledzenie wydatków – co prowadzi nas do ostatniego elementu całego procesu czyli do informacji zwrotnej. Po miesiącu, dwóch lub trzech konieczne będzie skonfrontować plan z faktami i sprawdzić, czy aby na pewno nasza wizja za bardzo nie odbiegła od rzeczywistości – i oczywiście nanieść zmiany jeśli jest taka potrzeba.
    Spokojnie, to całkiem normalne, że na początku nie wszystko udało się ocenić i zaplanować dokładnie.

To co z tym wysyłaniem?

Zapowiadałam, że jeszcze do tego wrócimy, więc proszę: temat wysyłania rodzinie pieniędzy przez Faceta z Importu, zawsze wzbudza sporo emocji i gorących dyskusji. Zdania są bardzo podzielone, usłyszymy na przykład: Żona i dziecko powinny być pierwsze; jak można matce nie pomóc; dawanie hajsu pazernym pasożytom jest nieakceptowalne; dla nich rodzina [pochodzenia] zawsze będzie najważniejsza; nie pozwalam na wysyłanie pieniędzy; gdyby mój facet oczekiwał, że przestanę pomagać mamie, musielibyśmy się rozstać.

Kto ma rację?
Wiążąc się z cudzoziemcem trzeba pamiętać, że jego ewentualna chęć wspierania finansowo rodziny jest zupełnie normalna. W wielu krajach system emerytalny jest bardzo słaby albo nie ma go wcale, podobnie z publiczną opieką zdrowotną. Dostęp do edukacji też bywa kosztowny, a udział kobiet w rynku pracy: kulturowo utrudniony. Twój chłopak czy mąż ma prawo chcieć pomagać rodzinie, zwłaszcza, że – jak wspomniałam wyżej – być może w kulturze, z której pochodzi jest to standard i jest to od niego oczekiwane. Ma prawo nawet chcieć mieszkać w klitce i jeść byle co, po to żeby wysyłać kilkaset euro miesięcznie do domu. Ma prawo chcieć wozić drogie prezenty, nawet tylko po to, żeby się pokazać.
Ale związek tworzą dwie osoby i obie muszą się w nim czuć dobrze. Inaczej to po prostu nie ma sensu.

Nie musisz się godzić na nic, co ci nie pasuje, w imię różnic kulturowych i tego, że „oni tak mają”.

Masz prawo mieć swoje potrzeby i masz prawo oczekiwać, że rodzina którą wy (s)tworzycie będzie na pierwszym miejscu. Masz prawo chcieć mieszkać wygodnie, jeść smacznie, a nawet chodzić na randki i wyjeżdżać na wakacje. Nazwijmy takie oczekiwania naszą kulturą.

Jest wiele rodzin, które nie mają żadnych oczekiwań materialnych, a wręcz pomagają dzieciom na emigracji. Są takie, które mają problemy finansowe, zdrowotne itd, a są i takie, które po prostu chcą kasy i przedmiotów, na które mogłyby zarobić same. Są faceci (lub kobiety) z importu, którzy nic nie dają, są tacy, którzy robią to czasami i tacy, którzy robią to często i szczodrze. Analogicznie: są partnerki (partnerzy), które chętnie się angażują się w takie wsparcie i osoby kompletnie temu przeciwne.
Widzicie już do czego zmierzam? Czasem te dążenia po prostu są nie do pogodzenia. Można dyskutować, kto ma rację, porównywać kupowanie mamie leków lub siostrze smartfona z zabieraniem żony na randkę i przerzucać się rożnego rodzaju argumentami. Problem w tym, że nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyne co można zrobić to otwarcie rozmawiać, poznać potrzeby i plany drugiej osoby i próbować wypracować rozwiązania, które zadowolą oboje.

Ewentualnie znaleźć kogoś bardziej kompatybilnego.

Subiektywny przewodnik po Marrakeszu część 2: Dar el Bacha

Drugie miejsce, które chciałabym Wam zaproponować do zwiedzania w Marrakeszu to  Dar el Bacha czyli pałac paszy (albo jak mówi moja marokańska i francuska rodzina: dom Basi) – piękny, wzniesiony w 1910 pałac o typowej marokańskiej architekturze riadu*. Znajduje się w Medynie, w dzielnicy Mouassine i bez problemu znajdziecie go na każdej mapie google. Jest nawet spora szansa, że korzystając z nawigacji w telefonie, dojdziecie bez problemu do celu (chociaż gwarancji nie ma, nawigacja gubi się w medynie). W przeciwieństwie do wielu innych miejsc w samym środku medyny, do tego pałacu dotrzecie też taksówką.

*Riad to budynek na planie kwadratu/prostokąta z ogrodem po środku na środku i okalającymi go pomieszczeniami.

Jako że mieszkał tu Thami El Glaoui – pasza Marrakeszu (taki dygnitarz państwowy), Dar el Bacha jest niesamowicie okazały. Ma wiele pomieszczeń i pawilonów i podobno jednym z celów zbudowania go było robienie wrażenia na gościach – jeśli pytalibyście mnie o zdanie: na pewno spełnia tę funkcję doskonale do dziś. Pasza miał tu takich gości jak Winston Churchill, Charlie Chapin, czy Josephine Baker.

Część pomieszczeń jest niedostępna dla zwiedzających, gdyż w dalszym ciągu służy funkcjom państwowym. W tych częściach, które można zwiedzać, w oczy rzucają się przede wszystkim absolutnie przepięknie rzeźbione ściany, podcienia, kolumny, drzwi i sufity. Są one zdobione tadelaktem (ręcznie wykonanym ozdobnym wapiennym, polerowanym, wodoodpornym stiukiem typowym dla okolic Marrakeszu), rzeźbionym drewnem cedrowym i płytkami zelije z okolic Fezu, z których niektóre mają unikalne i już nieprodukowane wzory. Elementy drewniane nie tylko są przepięknie rzeźbione, ale także bywają też zabarwione naturalnymi barwnikami takimi jak szafran, mak czy indygo.

Wewnątrz ścian biegnie dodatkowo system odprowadzania wody, którego fragmenty można zobaczyć przy samej podłodze w postaci otworów, które wyglądają jak drzwiczki do domku Jerry’ego.

Dar el Bacha jest uznawany za podręcznikowy przykład marokańskiej architektury i rzemiosła, ale także wskazuje się pewne wpływy europejskie. Naleciałości włoskich upatruje się w oknach i drzwiach, w systemie grzewczym ukrytym w ścianach prywatnych apartamentów i w szachownicy na podłodze części pomieszczeń.

Jeśli chodzi o pomieszczenia, które możemy obejrzeć w Dar el Bacha, to jest tu bardzo duży hammam cały w płytkach, douria czyli kwatery służby, biblioteka (nie, nie ma w niej książek), czy harem. Jest tu też sklep z kawą i kawiarnia, która szczyci się tym, że serwuje wszystkie rodzaje kawy z całego świata. Budynek przekształcono w 2015 w Musée des Confluences, więc część pomieszczeń pełni teraz rolę sal wystawowych, prezentujących marokańską sztukę i myśl techniczną.

Astrolabium – astronomiczny przyrząd służący do nawigacji

(kliknij na zdjęcie żeby je powiększyć)

Jak wspominałam, każdy riad ma w swoim sercu ogród, z którego wchodzi się do większości otaczających go pomieszczeń.. Ze względu na specyficzną architekturę (mury otaczające ze wszystkich stron i pochłaniające nadmiar promieni słonecznych), a często także specjalny system nawadniania, ogrody wewnątrz riadów cieszą oko piękną, nasyconą zielenią. To z niego wchodzimy do większości pomieszczeń. Na środku jest fontanna, a otaczają ją między innymi drzewka pomarańczowe. Ściany i kolumny – tak samo jak wewnątrz – zdobione są płytkami i wapiennymi oraz cedrowymi płaskorzeźbami.

(kliknij na zdjęcie żeby je powiększyć)

Wejście do Dar el Bacha kosztuje 60 dirhamów (dla cudzoziemców). Muzeum jest czynne codziennie poza poniedziałkiem.

 

Mój subiektywny przewodnik po Marrakeszu część 1: Menara Garden

Dotąd byłam w Maroku 4 razy i przy tej okazji udało mi się zwiedzić całkiem spory kawałek tego kraju. Byliśmy w Rabacie i Sale, Tangerze, Tetuanie, Chefchaouen, Fezie, Marrakeszu i Agadirze. Na liście miejsc do obejrzenia mam jeszcze sporo pozycji, ale póki co moimi ulubionymi miejscami są Chefchaouen i Marrakesz.
W tym drugim najbardziej kocham medynę: mogłabym naprawdę bez końca chodzić po soukach: przypatrywać się sklepikom, wąchać stosy przypraw i pęczki mięty oglądać cudowną marokańską ceramikę (w końcu kiedyś pojadę z pustą walizką i przywiozę sobie komplet talerzy!), niesamowitą robotę w drewnie, pięknie skrzące się kryształkami kaftany i kolorowe babouche. Kiedyś pokażę Wam zdjęcia, jeśli chcecie.
Poza soukami uwielbiam w Marakeszu te rdzawe/okrowe budynki pod kobaltowym niebem (to naprawdę robi wrażenie, bo WSZYSTKIE budynki w mieście mają dokładnie taki sam kolor), szerokie aleje wysadzane palmami i widok gór Atlas na horyzoncie i życie tętniące na ulicach, gdzie kobiety w niqabach chodzą ręka w rękę z kobietami w krótkich sukienkach. Nieco mniej mam entuzjazmu dla ruchu ulicznego, ale to zupełnie inna historia.
Jest kilka miejsc, które zrobiły na mnie wrażenie podczas zwiedzania i z czasem opowiem Wam o niektórych.
Dziś chciałabym pokazać Wam jedno z moich najulubieńszych miejsc. Nazywa się Menara Gardens i jest parkiem czy też ogrodem botanicznym w formie gaju oliwnego.

Pochodzenie i znaczenie nazwy (swoją drogą niedaleko jest największe centrum handlowe Marrakeszu: Menara Mall i lotnisko także Menara) nie jest do końca znane, ale prawdopodobnie ma coś wspólnego ze światłem (anara znaczy świecić) i latarnią morską (manara). Chociaż jest też teoria, że nazwa nawiązuje do minaretu meczetu Kutubija.
Menara Gardens pochodzi z XII wieku (tak: dwunastego), a jego prostokątna płaszczyzna wyraźnie odcina się szarawą zielenią liści oliwnych od rdzawych budynków miasta na powierzchni jakichś 100 ha. Chociaż kiedy powstawał, raczej nie odcinał się za bardzo od miejskiej zabudowy, gdyż wtedy ulokowany był na obrzeżach miasta.
Przez środek parku, na obu osiach, biegną alejki spotykające się na środku, gdzie stoi XIX wieczny pawilon. Obok niego jest wielki basen z wodą do irygacji roślin, która pochodzi aż z odległych o 30-40 km gór, a rozprowadzana jest przy pomocy dość skomplikowanego systemu kanałów. Czasem można zobaczyć końcowy efekt w postaci strumyczków ciurkających pomiędzy drzewkami oliwnymi.

Wzdłuż głównej, najszerszej, alejki poustawiane są ławki i kramy z pamiątkami. Poza tym są tam prawie same drzewa oliwne (i palmy – wiedzieliście, że w Marrakeszu nie wolno ścinać palm?), które co roku owocują. Kiedy przyjdzie czas zbiorów, zwyczajowo około 10% owoców zostaje na drzewach żeby każdy mógł sobie je zerwać. Jeśli dobrze się przypatrzycie, zobaczycie tu i ówdzie małe tabliczki, mówiące w którym roku dany kwartał oliwek został zasadzony. Niektóre drzewka mają setki lat i są naprawdę pięknie rozrośnięte! Wiele osób mówi, że Marrakesz przytłacza intensywnością ruchu i ilością ludzi. Chodząc po parku Menara wystarczy zejść z asfaltowej alejki i zanurzyć się w gliniastych przejściach między drzewkami żeby całkowicie zapomnieć, że jest się w wielkim, tętniącym życiem mieście. A jeśli dopisze widoczność, można zobaczyć góry Atlas majaczące na horyzoncie.

Ten wpis powstał w 2019 roku. W treści i poniżej możecie zobaczyć zdjęcia, których używałam wtedy, a na końcu dodałąm te zrobione w tym roku.

 

Włoska robota

Wreszcie nasz rok (się zaczyna?)

Pierwszy wstęp, który nie jest taki straszny

W drugą sobotę października bladym świtem (pobudka przed 4 rano to nie przelewki) ruszyliśmy w świat. A konkretnie do Włoch.
Kocham Włochy, wspominałam o tym kiedyś?
To nasza pierwsza zagraniczna podróż tylko we dwoje od miesiąca miodowego na Zanzibarze ponad 2 lata temu. Co jest trochę smutne bo 2020 i 2021 to miały być nasze lata podróżnicze. Wreszcie mieliśmy mieć czas i środki żeby realizować marzenia…
Bo my o podróżach marzymy od dawna – w zasadzie od kiedy jesteśmy razem. Tylko że najpierw nie mieliśmy jak, bo hajs się nie zgadzał, potem jak oboje zaczęliśmy nieco lepiej zarabiać, zaczęły się schody z kartami pobytu. Pisałam Wam na Instagramie, że przez niecałe 8 lat mieszkania w Polsce, Szalony Naukowiec miał 7 tymczasowych kart pobytu. A to oznacza w sumie 1 kartę na rok. Na początku wyrabiało się je gładko i aplikując odpowiednio wcześniej można było właściwie ciągle mieć ważną kartę. Potem cały proces zaczął się rozciągać w czasie, a okresy kiedy jedna już się przeterminowała, a drugiej ciągle nie było, wydłużyły się i stały dość nieprzewidywalne. A bez ważnej karty nie można podróżować (trochę upraszczam, jeśli macie konkretne pytania o kartę to dajcie znać).
Potem z kolei nastąpił okres kontraktu Szalonego Naukowca w Niemczech – o ile tam Blue Card dostał błyskawicznie, o tyle z racji ograniczeń w ilości urlopu podróżowaliśmy raczej do siebie nawzajem niż gdzieś indziej razem.

I w końcu nastał rok 2020: Szalony nie tylko wrócił z Niemiec, ale też odebrał kartę na 3 lata i… wybuchł covid.
Od tego czasu jeździliśmy tylko trochę po Polsce i spotykaliśmy się z rodziną.

Ale w końcu nadeszła ta chwila! Moja wymarzona wyprawa do Neapolu i… sami zobaczycie gdzie jeszcze.

Kocham Włochy, wspominałam o tym?

Czyli przydługi wstęp, który czytacie na własną odpowiedzialność

Moja miłość do Włoch trwa już ponad 20 lat, chociaż nie byłam w tym czasie zbyt wierna ani lojalna.
Ale od początku.
Moi rodzice zawsze uwielbiali podróże, natomiast jako ludzie urodzeni i wychowani w PRL mieli ku temu dość ograniczone możliwości. Mimo to sporo świata udało im się oddzielnie lub razem zwiedzić (Bliski Wschód, Turcja, Anglia, Szwecja, Bułgaria, Czechy itd). W końcu w 1989 zmienił się ustrój i mogłoby wyglądać na to, że reszta Europy stanęła przed nimi otworem… ale zanim to nastąpiło urodziłam się ja, co trochę opóźniło temat.
W końcu zaczęliśmy podróżować kiedy skończyłam 9 lat. Zwiedziliśmy samochodem dużą część Francji, kawałek Hiszpanii, sporo fragmentów Niemiec, Austrii i i Szwajcarii – i właśnie Włochy. Zjeździliśmy wtedy większość z nich: Rzym, Florencja, Wenecja, Neapol, Pompeje, Sycylia, Bolonia, Luccaa, Piza, Turyn, Werona, a także wiele małych miasteczek w Toskanii, Cinque Terre, Portofino oraz Vieste na półwyspie Gargano, gdzie wypoczywaliśmy na plaży po tym całym zwiedzaniu.
Bardzo ubolewam, że nie pamiętam więcej z tych wycieczek (na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że to było jakieś 20 lat temu!). Zostały mi po nich 3 rzeczy:

  1. Zamiłowanie do Włoch, włoskiego języka i włoskiej kuchni (połączenie pomidorów i mozarelli jest miłością mojego życia, o czym wie chyba każdy, kto mnie w miarę dobrze zna);
  2. Nienawiść do wszelkiego rodzaju muzeów;
  3. Lekka niechęć do obiektów sakralnych (które trzeba zwiedzać jak muzea, ale przynajmniej jest ciemno, chłodno i można sobie usiąść).

I dlatego na swój Wielki Come Back wybrałam sobie Neapol (którego w ogóle nie pamiętałam) i Wybrzeże Amalfitańskie, na którym nie dość, że nigdy nie byłam, to które w dodatku nie posiada żadnych szczególnie istotnych muzeów, katedr ani bazylik – za to przepiękne widoki, klify, morze i gaje cytrynowe.

No dobrze, więc do rzeczy.

Część pierwsza: Neapol

Przewodnik twierdzi, że to miasto można pokochać albo znienawidzić. Nie pamiętając niczego z pierwszej wizyty, jechałam z kompletnie czystą kartą. I powiem szczerze, że ani go nie pokochałam ani nie znienawidziłam, alegdybym absolutnie musiała wybrać jedną z tych dwóch opcji, nie powiedziałabym, że je kocham.

Nie wiem jak wy, ale ja mam takie miasta, które pokochałam od pierwszej chwili – należy do nich na przykład Barcelona albo Freiburg. Mam też takie, które zaczynałam lubić po trochu, stopniowo odkrywając ich nieoczywisty urok – do takich zaliczam Hamburg. Ale są i takie, które było ciekawie zwiedzić, ale niekoniecznie miałabym ochotę wybrać się tam ponownie – i takim właśnie miastem jest dla mnie Neapol.

Począwszy od tego, że samo centrum – Spaccanapoli – czyli część, która zazwyczaj jest najładniejsza w starych miastach, w Neapolu jest chyba najbardziej obskurna i odrapana. Wąziutkie uliczki, które mogłyby być super urokliwe są zaśmiecone, kamieniczki odrapane, łuszczące się, poodpryskiwane i pomazane graffiti.

Widzicie? Potencjalnie urocza, brukowana, zadrzewiona uliczka, ale wszystkie ściany i drzwi wymazane graffiti
Piazzetta Del Nilo leży w samym sercu Spaccanapoli. W tle niby śliczna mozaikowa kopuła, ale na pierwszym planie pomazane i odrapane mury budynków.
Kolejna uliczka w ścisłym centrum

Ładnie wyglądają tylko te zapełnione knajpkami i sklepami z pamiątkami, które wywieszają dużą część asortymentu na zewnątrz i w ten sposób zasłaniają to co brzydkie i zniszczone.

Do tego dochodzi fakt, że ulice są mocno zaśmiecone, mało kto chyba zawraca sobie głowę takimi rzeczami jak trafianie do kosza, czy sprzątaniem po psach. A do tego wszędzie unosi się zapach spalin.
A skoro już o spalinach mowa, to ruch na większych ulicach Neapolu bardzo przypominał nam ulice Maroka: przepisy drogowe sprawiają tu wrażenie co najwyżej delikatnej sugestii, podobnie jak przejścia dla pieszych (nie oczekujcie, że ktoś przed nimi choćby zwolni, nawet jak już jesteście na środku), czy znaki. Każdy jedzie gdzie chce i jak chce, motory i skutery wciskają się wszędzie, a temu wszystkiemu towarzyszy hałas klaksonów i wspomniany już opar spalin.

Oczywiście są też inne dzielnice i część z nich ma całkiem inny charakter niż Spaccanapoli. Jest na przykład Chaia i Lungomare z pięknym bulwarem wzdłuż zatoki, przy którym stoją okazałe i bardzo ładnie utrzymane kamienice (klik na zdjęcie jeśli chcecie powiększyć).

Mamy też Castel Sant’Elmo w bardzo ładnej dzielnicy Vomero (której nie zrobiłam zdjęć, bo zrobiło się ciemno), z którego rozciąga się absolutnie oszałamiający widok na całe miasto i na Zatokę oraz na Wezuwiusza. W ogóle fakt, że gdziekolwiek się nie jest, prawie zawsze gdzieś na horyzoncie majaczy ON jest super:

W tle majaczy wyspa Capri

I wreszcie jest też to, co ukryte dla wzroku czyli:

NAPOLI SOTTERRANEA

Nasz plan na trzy dni w Neapolu obejmował dwa dni łażenia po mieście i wycieczkę na Wezuwiusza w niedzielę (kiedy – jak sądziliśmy – sklepy są zamknięte i wszystko jest lekko uśpione). Niestety (lub stety), w niedzielę zaczął się nasz Pech Pogodowy: lało od rana. Wycieczka górska z miejsca odpadła, podobnie z resztą, jak i jakiekolwiek chodzenie po mieście. Na szczęście w Neapolu można chodzić także pod miastem! I tak zawitaliśmy do Napoli Sotterranea.

Po kamiennej bramie ją poznacie

Tutaj ważna uwaga. Na Trip Advisorze przeczytacie bardzo pozytywne i bardzo negatywne opinie tej samej atrakcji. Prawda jest jednak taka, że atrakcje są dwie i znajdują się bardzo blisko siebie. Jedna nazywa się Napoli Sotterranea i wejście do niej jest położone obok Bazyliki di San Paolo Maggiore przy Piazza Gaetano pod kamienną bramą, którą widzicie po prawej, natomiast druga nazwa się La Neapolis Sotterrata i wejście do tej jest po drugiej stronie ulicy. My byliśmy w tej pierwszej i było to bardzo ciekawe doświadczenie.

Aranżacja obrazująca wydobycie materiałów budowlanych przez Greków

Po zejściu pod ziemię, można obejrzeć to, co pozostało po starożytnych Grekach i Rzymianach. Ci pierwsi wydobywali stąd materiały do budowy swojego nowego miasta Neapolis. Podczas, gdy ci drudzy, przekształcili system powstałych w ten sposób komór na podziemny akwedukt. Wodę doprowadzano z rzek podskórnych bardzo wąskimi i wysokimi tunelami do zbiorników, w których była przechowywana na potrzeby miasta, lub bogatych obywateli.

To rzymski zbiornik publiczny, nad nim była studnia miejska
To prywatny zbiornik jakiegoś bogacza, nad nim była prywatna studnia domowa.
A to wielki zbiornik rezerwowy, przy pomocy któego regulowano poziom wody w pozostałych komorach.
Takim korytarzem trzeba się przeciskać, żeby zobaczyć te zbiorniki. Wcześniej tędy płynęła woda.

W czasie II Wojny Światowej akwedukt wysuszono, wybetonowano i przerobiono na schron przeciwbombowy. Neapolitańczycy chowali się tutaj podczas bombardowania miasta (spadło na nie wtedy aż 200 bomb). Podczas wycieczki przewodniczka pokazała nam nawet prowizoryczne latryny. Poza tym zobaczyliśmy jeszcze eksperyment naukowy, czyli podziemną hodowlę roślin.

Informacje praktyczne

Wycieczki Napoli Sutterranea można oglądać tylko z przewodnikiem. Wycieczki po angielsku odbywają się co 2h (zaczynając chyba od 11), nie trzeba z wyprzedzeniem kupować biletów ani rezerwować terminu, natomiast jeśli pada, lepiej dać sobie przynajmniej pół godziny na stanie w kolejce do kasy/wejścia.

WEZUWIUSZ

Plany i informacje praktyczne

Następnego dnia już nie padało, więc postanowiliśmy się wybrać na Wezuwiusza. W planie było podjechanie kolejką/pociągiem do Herkulanum z samego rana, obejrzenie ruin, a następnie złapanie autobusu, który dowiezie nas na górę, jakieś 200m od krateru, gdzie zaczyna się wycieczka. Do krateru można dość tylko pod opieką przewodnika. Co więcej, bilety trzeba kupić wcześniej i to na konkretną godzinę. Autobus z okolic stacji Ercolano Scavi dowozi chętnych do parkingu jakieś 200m pod szczytem, gdzie jest sklepik z pamiątkami oraz bramki i panowie sprawdzający bilety. Bramkę można pokonać tylko od 30min przed do 30min po godzinie na którą wykupiliśmy bilet. My kupowaliśmy nasze dzień wcześniej i dostępne były już tylko pojedyncze miejsca, więc warto sobie zaplanować to z wyprzedzeniem.

Oczywiście pociąg + autobus nie jest jedyną opcją. W wielu miejscach Neapolu (a jak się później okazało: także w Sorrento) znajdziecie punkty turystyczne sprzedające bilety „Na Wezuwiusza”. O ile się zorientowałam, dotyczą one tylko transportu z wybranego punktu miasta na parking przy bramkach, a nie zwiedzania krateru, ale pewna nie jestem.

A skoro już o planowaniu czasu mowa, oto jak wygląda podróżowanie pociągiem po Włoszech:

Hej, tu stacja kolejowa, możesz tu kupić bilety i złapać pociąg do Herkulanum.
Najbliższy pociąg odwołany, ale spoko, za 50min będzie następny!
Masz już bilety? Ojej, szkoda, że tablica nie informuje, że dziś pociągi w ogóle nie kursują na tej trasie, bo jest jakaś usterka na torach.
Nie martw się, jest jeszcze inna kolejka, ona też jedzie do Herkulanum! Nazywa się Circumvesuviana, bilety kupisz w całkiem innej części dworca.
Ojej ale nie dziś! Dziś akurat jej pracownicy strajkują.
Ale to nic, za ten pociąg, który nie kursuje, jest wdrożona komunikacja zastępcza. Musisz tylko podjechać metrem dwie stacje i tam złapać autobus.
Jak już uda ci się dotrzeć do autobusu zastępczego pozostaje tylko wysiąść na właściwym przystanku. Problem w tym, że autobus zatrzymuje się w dość przypadkowych miejscach niezupełnie odpowiadających stacjom kolejowym, na przystankach okolicznych miejskich autobusów, które mają tylko lokalne nazwy np. od ulic i placów. Nikt nie mówi jakiej stacji odpowiada dany przystanek ani jak to się ma do lokalizacji stacji. Jak więc wysiąść na właściwym?
Nie wiem, bo nam się nie udało.
Skoro przejechaliśmy Herkulanum, postanowiliśmy zamiast tego wysiąść w Pompejach, skąd też jeżdżą autobusy pod krater. Jakieś 45 min później okazało się, że przystanek autobusu zastępczego nijak się ma do ruin, autokarów na Wezuwiusza ani w ogóle niczego, a jedyną opcją dojazdu do celu z tego miejsca jest taksówka.
Za 120 euro.
Podziękowaliśmy uprzejmie i postanowiliśmy wracać do Herkulanum.
Powrót po niewysiąściu tam gdzie trzeba zajęło nam 1,5h a dojście do WŁAŚCIWEJ stacji, koło której startują autobusy na Wezuwiusza: kolejne 30min. W efekcie nie zdążyliśmy na wycieczkę, bo nasze okienko wejścia dawno minęło.

Po lekkim fochu i drobnej kłótni o to, czyja to właściwie wina (nie będę w tym miejscu wskazywała palcem, kto ruszył się z siedzenia, kiedy ludzie wysiadali i nie zapytał kierowcy co to za przystanek, ale ta osoba usłyszała, co myślę na jej temat), uznaliśmy, że i tak pojedziemy na górę. Może się zlitują z okazji strajku? Niestety się nie zlitowali.
Postanowiliśmy w związku z tym urządzić sobie dwugodzinny marsz w dół żeby chociaż nacieszyć oczy widokami. Nie wiem jakie wrażenie zrobiłby na nas krater (ja nie pamiętam, rodzice mówią, że w sumie to taki zarośnięty trawą lej), ale widoki z drogi w dół były niesamowite i warte tego całego zawracania głowy! Zwłaszcza, że po jakiejś 1,5h marszu znaleźliśmy knajpkę, która nakarmiła nas pizzą i napoiła proseczkiem i to jeszcze z TAKIM widokiem (klik żeby powiększyć):

Na koniec tego spaceru spotkał nas też chyba jedyny prawdziwy Łut Szczęścia podczas całego wyjazdu. Właśnie zeszliśmy z góry, ale przed nami była jeszcze jakaś godzina marszu przez ludzkie osiedla. Trochę na to nie mieliśmy ochoty, bo nie dość, że byliśmy zmęczeni po całym tym szalonym dniu, to jeszcze to by była droga bez żadnych fajnych widoków. I wtedy, właśnie gdy mijaliśmy pierwsze od szczytu miejsce w którym mógłby się zatrzymać autokar: zza zakrętu wynurzył się dokładnie ten sam, który 2,5h wcześniej zawiózł nas na górę! Do tego kierowca nas poznał i zaproponował podwózkę do stacji. A tam okazało się, że CIRCUMVESUVIANA JUŻ NIE STRAJKUJE. W związku z czym w 20min byliśmy z powrotem w centrum Neapolu.

Sukces ten uczciliśmy stojąc w czterdziestominutowej kolejce do jednej z dwóch najlepszych pizzerii w Neapolu: Sorbillo. Pizza była faktycznie pyszna. Czy pyszniejsza niż te o 40 minut szybciej dostępne? Ciężko powiedzieć. Ale była pyszna.

W międzyczasie dostałam także w prezencie cornucello.
Czym jest cornucello pytacie? Otóż to wszechobecny w Neapolu czerwony dzyndzelek w kształcie najbardziej przypominającym papryczkę chili. Widać go absolutnie wszędzie, a już zwłaszcza w sklepach z pamiątkami. Ale nie tylko tam. Cornucello nie jest jednak papryczką chili, a rogiem (cornu) i talizmanem, który ma przynosić właścicielowi szczęście oraz chronić go przez urokami i złym okiem. Co jest kluczowe, aby cornucello faktycznie nas chronił, nie można go sobie kupić – liczy się jedynie jeśli go dostaniemy.
Czy przyniosło mi szczęście na kolejnych etapach podróży? Sami ocenicie.

Część druga: Sorrento i Wybrzeże Amalfi

Nie powiem żebym ze smutkiem opuszczała Neapol następnego dnia. Ba, cieszyłam się, że Circumvesuviana nie strajkuje, że można od ręki kupić bilet na każdy z kursujących co 30 min pociągów, a jeszcze bardziej cieszyłam się niecałe półtorej godziny później, kiedy wysiedliśmy na stacji w Sorrento, które urzekło nas od pierwszej minuty.

Jak wiele miasteczek w tej okolicy, Sorrento leży na klifach, w związku z czym jest miasteczkiem wielopoziomowym. „Na górze” jest stacja kolejki i ogólnie centrum, główny plac, piesze uliczki pełne knajpek i sklepików z pamiątkami.

„Na dole” z kolei leży Marina Piccola czyli port, z którego ruszają rejsy wycieczkowe, coś w rodzaju plaży – chociaż tak naprawdę nie za bardzo jest to plaża, a bardziej mola, na których są leżaki i parasole, które pełnią rolę plaży; oraz – co odkryliśmy ostatniego dnia – Marina Grande, czyli najstarsza część miasta, gdzie cumują łodzie rybackie i gdzie można zobaczyć rybaków przywożących świeże ryby do okolicznych knajp, czy cerujących sieci.

Poniżej znajdziecie trochę zdjęć, zaczynając od centrum, przez Małą Marinę aż po Dużą Marinę (dwa ostatnie – znowu możecie powiększyć zdjęcia klikając na nie).

WYBRZEŻE AMALFI NA SKUTERZE

Kolejne dwa dni upłynęły nam na tym, co od samego początku ekscytowało mnie najbardziej. Wynajęliśmy skuter (85 euro za dwa dni w wersji komfort jeśli to kogoś interesuje).

Uwaga praktyczna: jeśli nie umiecie jeździć skuterem, to nie jest najlepsze miejsce żeby się tego uczyć – drogi są kręte, wiodą często mocno pod górę i w dół, a ruch był spory nawet w połowie października. A jeśli nie jesteście bardzo przyzwyczajeni do jeżdżenia jako pasażer bez oparcia (tej skrzynki z tyłu) to nie bierzcie wersji base mimo, że jest tańsza.

Ja naturalnie prowadzić skutera nie umiem (na szczęście Szalony Naukowiec umie – bo w związku najważniejsza jest zgodność priorytetów i komplementarność umiejętności praktycznych), za to mam trochę doświadczenia jako pasażer. Dzięki temu przeżyłam te wszystkie godziny bez większego problemu, a nawet nakręciłam sporo filmików i narobiłam masę zdjęć. Jednak na dłuższą metę jest to, mimo wszystko, męcząca pozycja (zwłaszcza jeśli nie ma oparcia).

Na naszą skuteriadę mieliśmy dwa dni, więc zaczęliśmy na spokojnie Już pierwszego dnia okazało się, że pech pogodowy nas nie opuszcza: było pochmurno i zimno. Ale kto by się tym przejmował! Najpierw pojechaliśmy do Positano. Positano – tak samo jak Sorrento – leży na klifie. I to wysokim. Do tego znajduje się w głęboko wciętej w ląd zatoczce, dlatego całe miasto w sumie ma kształt )w uproszczeniu) litery U. To co jest w nim ciekawe to to, że w zasadzie ma dwie ulice (dostępne dla ruchu kołowego). Jedna jest dwukierunkową „obwodnicą” i otacza miasteczko od góry wzdłuż litery „U”. Od niej w pewnym momencie odbija w prawo (przyjmując kierunek jazdy od Sorrento do Amalfi) druga ulica, tym razem jednokierunkowa, która wije się w dół, powiedzmy że w poprzek naszego U, żeby w końcu podjechać znowu do góry i połączyć się z „obwodnicą” po drugiej stronie. Cała reszta to uliczki piesze, przesmyki i bardzo duża ilość schodów. Jak mówiłam klif jest wysoki, więc jeśli chcecie dotrzeć do centrum, macie tylko jedną szansę skręcić dobrze i zjechać w dół – bo raczej nie polecam parkowania przy „obwodnicy” i złażenia.

Czerwonymi strzałkami zaznaczyłam punkty, w których jedna ulica łączy się z drugą

A tak wygląda Positano z dwóch przeciwległych stron i z plaży na samym dole:

Zwrócćie uwagę, że na wcześniejszym zdjęciu nawet nie widać wieży kościoła, który widzicie na tym, tak głęboko ta część jest wcięta w skały

Przesmyki i schody:

Naszym następnym przystankiem było Amalfi, które mimo bliskości klifów, jest położone w znacznie większej części na poziomie morza. Do tego główna droga biegnie przez sam środek, więc nie sposób się tu zgubić. Samo miasteczko jest małe i urokliwe, a część interesująca turystów składa się właściwie z promenady wzdłuż brzegu oraz w sumie jednej ulicy biegnącej w głąb lądu wypełnianej restauracjami, lodziarniami i sklepikami. Jest też też kościół z bardzo okazałymi schodami i fasadą.

Te dwa miasteczka plus oswajanie, się z jazdą i drogami zajęło nam większość dnia. Wróciliśmy zmęczeni, zmarznięci, ale zachwyceni, a już kolejnego poranka wyruszyliśmy znowu w trasę, tym razem mając w planie pojechać znacznie dalej – a konkretnie na sam „koniec” Amalfi Coast. Znaleźliśmy tam prawdziwą perełkę, czyli miasteczko Vietri Sul Mare, które nie dość, że okazało się przeurocze i niezwykle ciekawe, to jeszcze znacznie mniej popularne wśród turystów. Vietri także jest wielopoziomowe: „na dole” jest plaża i marina, które były kompletnie wyludnione (niewykluczone, że miało to związek z tym, że dzień był potwornie wietrzny), a „na górze” jest urocza starówka. Miasteczko specjalizuje się w produkcji ceramiki, bo niemal każdy budynek był ozdobiony mozaikami i kafelkami, podobnie jak różne schody, przejścia i nawet murki wzdłuż ulicy!

Na plaży ani żywego ducha

A tu mozaiki zdobiące budynki, sklepu, murki i przejścia:

Niesamowite, prawda??
A to nie wszystko! Nawet studzienki kanalizacyjne w Vietri są ozdobne!

Z Vietri powoli wróciliśmy do Sorrento. Jadąc w obie strony zatrzymywaliśmy się często w licznych zatoczkach żeby podziwiać przepiękne widoki. Tego dnia pogoda dopisała nam w 50%: było słonecznie i raczej bezchmurnie, dzięki czemu naprawdę można było zgubić oczy z wrażenia. Do tego, jak pisałam wcześniej, koszmarnie wiało. Miałam na sobie koszulkę, podkoszulkę, sweter, któy oddał mi mąż, bluzę, kurtkę i szalik – czyli w sumie prawie wszystkie ciuchy, jakie ze sobą zabrałam (minus kilka t-shirtów) i wcale nie było mi za ciepło. Chwilami bałam się nawet, że zdmuchnie nas z drogi, nawet dwa razu musieliśmy się zatrzymać dla bezpieczeństwa. Niemniej był to absolutnie idealny dzień i z wielkim smutkiem żegnałam się wieczorem z naszym skuterkiem. Moje świeżo przekłute ucho, dla odmiany, z wielką radością pożegnało się z kaskiem, a potem karało mnie za ten pomysł przez dobrych kilka dni.

Widoki z drogi:

Jedno pytanie, które wstrząsnęło ziemią.

Pozostało nam się tylko spakować, by kolejnego dnia wrócić do Neapolu, zjeść pożegnalną pizzę i zdążyć na poranny samolot. Jako że Sorrento okazało się dużo przyjemniejszym miejscem do spędzania czasu, nie śpieszyliśmy się z tym zbytnio i złapaliśmy pociąg dopiero koło 17 – a to i tak na moje wyraźne życzenie, bo niektórzy z nas przejawiali chęć powrotu przedostatnim pociągiem. Ja jednak liczyłam, że mimo wszystko na ostatni spacer tłocznymi neapolitańskimi uliczkami, być może zakończony w kolejnej kolejce do jakiejś Najlepszej Pizzy Świata, więc uparłam się na nieco wcześniejszy powrót.

I dobrze, że to zrobiłam, bo dosłownie kilkanaście kroków od hotelu popatrzyliśmy na siebie i jednocześnie (!!) zadaliśmy sobie nawzajem niewinne pytanie: a właściwie gdzie są paszporty?
Ziemia się zatrzęsła. Podczas kiedy Szalony Naukowiec nas meldował (na szczęście drugi raz w tym samym B&B nie pytali już o dokumenty), ja błyskawicznie przetrząsnęłam walizki. Paszportów ani śladu. Ustaliliśmy, że ostatni raz widzieliśmy je meldując się w hotelu w Sorrento. Potem w naszych paszportowych wspomnieniach ziała czarna dziura. Szybki telefon pozwolił tylko stwerdzić, że nasze dokumenty nie znalazły się podczas sprzątania. Miła pani w recepcji pocieszyła mnie, że jeszcze ich poszukają, jak tylko będą mogli, tylko trochę później, bo niestety teraz nie mogą, gdyż w pokoju są nowi goście. A także, że zadzwonią jak tylko coś znajdą – lub nie.

Była godzina 18.50.
Rzut oka na rozkład pociągów uświadomił nam, że mamy mniej niż 3 godziny, żeby dojechać z powrotem do Sorrento, znaleźć paszporty i nie utknąć tam na noc – co byłoby raczej niefortunne biorąc pod uwagę, że autobus na lotnisko odjeżdżał następnego dnia przed 7 rano z okolic dworca w Neapolu. Mimo braku pewności, że w ogóle mamy po co tam jechać, popędziliśmy na stację i złapaliśmy chyba najwolniejszą kolejkę świata, którą wróciliśmy do Sorrento. zwykła 1h 20 rozwlekła się do 1h40, a moje nerwy bardzo dokładnie odczuły każdą z tych minut. Większość drogi urozmaicałam sobie myślami o tym, co się stanie, jeśli paszportów nie ma w hotelu i czy mojego Męża z Importu w ogóle uda się przywieźć do Polski, czy też zostanie on we Włoszech na czas bliżej nieokreślony z walizką pełną brudnych ciuchów i pamiątek.

Tutaj chciałabym podziękować Autorce bloga Paris Moskwa 3:54, której wpis o tym, czy granatowy jest czerwony i dlaczego tak, być może uratował mnie w tym momencie od popadnięcia w obłęd.

Na szczęście paszporty czekały już na nas w recepcji. Któreś z nas (skromność nie pozwala mi powiedzieć, kto), wpadło na genialny pomysł schowania ich w szufladce hotelowego biurka… Ze wstydem przyznam, że nikt mi nawet nie zrobił awantury z tej okazji (co przecież byłoby ze wszech miar usprawiedliwione), przez co równowaga w naszym związku została nieco zachwiana, bo – jak może pamiętacie z wcześniejszego akapitu – ja nie byłam równie wspaniałomyślna, kiedy przegapiliśmy nasz przystanek w drodze na Wezuwiusza.
Kolejny bieg na stację i już 1,5h później czyli jakoś po 22 znowu byliśmy w Neapolu.
Hurra.

Chyba nie muszę dodawać, że z żadnych spacerów nic nie wyszło, pizzę wzięliśmy na wynos z pizzerii na parterze budynku naszego B&B i zjedliśmy ją w łóżku, a następnego dnia bez większego smutku pożegnaliśmy się z tym miastem.

Paryż i ja

Kiedy miałam jakieś 10 lat, moi rodzice przystąpili do realizacji wieloletnich marzeń o podróżach – zaczęliśmy zwiedzać Europę. Samochodem.
To były czasy, kiedy internet mieszkał tylko w komputerach stacjonarnych i to nie u każdego w domu (u nas na przykład nie), więc podróże planowało się z mapami, przewodnikami i książkami typu Hotele we Francji. Rezerwacji dokonywaliśmy faksem (!). Zjeździliśmy w ten sposób pół Francji, większość Włoch, kawałek Hiszpanii, spory fragment Niemiec i dużą część Austrii.

Ten okres zaszczepił we mnie miłość do podróży, uwielbienie dla map i planów miast oraz dogłębną niechęć do muzeów. Moi rodzice podeszli bowiem do programu turystycznego w sposób bardzo poważny i postanowili maksymalnie wyedukować i ukulturalnić swoją progeniturę. Zaliczaliśmy więc wszystkie ważniejsze muzea, zamki, katedry i inne monumenty historyczne.
Zazwyczaj jeździliśmy w długie, trzytygodniowe podróże podczas wakacji, ale kilka razy zdarzyły się też krótsze wyjazdy w okolicach długich weekendów – z racji tego, że wszystko odbywaliśmy samochodem, te ostatnie głównie do stosunkowo nieodległych stolic. W ten sposob pokochałam Wiedeń (który już zawsze będzie mi się kojarzył z ponczem i moim pierwszym płaszczykiem, który kupiłam właśnie tam). I tak właśnie poznałam Paryż.
Byliśmy tam 2 lub 3 razy. Rodzice przeciągnęli mnie po całym Luwrze (meh), muzeum d’Orsay (impresjonim przynajmniej mi się spodobał), Wersalu, i paru innych muzeach, których nie pamiętam nawet z nazwy. Byliśmy też w Givenry, które było fantastycznie piękne! W Disneylandzie z kolei NIE byliśmy – to przeciez infantylizm, dziecinada i strata czasu.
Właśnie w Paryżu po raz pierwszy poznałam świat multi-kulti. Te wszystkie inne odcienie skóry, faktury włosów i ubrania wszędzie dookoła! Byłam zafascynowana i uwielbiałam jeździć paryskim metrem.
I tak na podróżach i zwiedzaniu z rodzicami upłynęły mi kolejne wakacje podstawówki, gimnazjum (z jedną przerwą z powodów medycznych) i liceum. Potem poszłam na studia, poznałam chłopaka i stwierdziłam, że dość tego. Kiedy jesienią rodzice zaczęli planować wypad do Paryża na kwiecień, odmówiłam udziału. Przecież byłam tam już dość razy, więc bez przesady, nie ma się czym ekscytować. Wolę zostać sama w domu i spędzać czas z moim facetem.


I wtedy właśnie los postanowił mi zagrać na nosie i pokazać, że Paryża nie należy lekceważyć: mój ówczesny chłopak, postanowił się tam przeprowadzić! I tak właśnie, moi rodzice spedzili tydzień w tym samym mieście co on, a ja: sama w domu.
Od tego czasu Paryż na stałe zawitał w centrum mojej uwagi. W następne wakacje, dostałam od rodziców kilkudniową wycieczkę właśnie do niego (w trakcie kolejnych wspólnych wakacji, tym razem w dolinę Loary) w prezencie za dobre wyniki na studiach. W międzyczasie zaczęłam się intensywnie uczyć francuskiego (który co prawda miałam przez 3 lata w liceum, ale zdążyłam całkiem zapomnieć) i planować przeprowadzkę po studiach. Przez kolejne dwa lata odkładałam całe kieszonkowe i stypendium naukowe, żeby potem w wakacje (oczywiście dofinansowana przez niezastąpionych rodziców) udać się na miesięczny kurs językowy w paryskim Instytucie Francuskiego.
W ten sposób miałam okazję pomieszkać w Paryżu – i to dwa razy. Tylko po miesiącu, ale i tak się liczy.

Doswiadczenie, które zamiast mnie zachwycić, jak Emily, zdecydowanie popsuło moją relację z tym miastem. Wszystko z racji toksycznego jeszcze-wtedy-nie-ex z którym naturalnie wiązały się te wyjazdy.
Pominę dzisiaj szczegóły, powiem tylko, że każdy kolejny pobyt był gorszy, a moje złe samopoczucie w tamtej rekacji przeniosło się na niechęć do Paryża.
Kiedy 11 lat temu się rozstaliśmy (o czym mogliście przeczytać we wpisie https://jednookonamaroko.com/2021/06/25/a-jedenascie-lat-temu/), myślałam, że już nigdy nie będę musiała mieć nic wspólnego z tym miastem, krajem i językiem.

Ironia losu, bo 3 lata później, poznałam swojego marokańskiego Księcia z Bajki (sorry Maja, obiecuję, że nie będę używała nazywała go tak za często) i w ten sposób francuski zagościł w moim życiu ponownie. A kilka lat później, gdy moja najmłodsza szwagierka rozpoczęła tu studia – dołączył i Paryż.

Gdy po ponad 5 latach przerwy zaczęliśmy odbudowywać naszą znajomość, podeszłam do niego dość niechętnie. Źle mi się kojarzył, stwierdziłam, że jest przereklamowany i w ogóle, przecież ja tu mieszkałam, więc bez przesady. Z resztą nie było anibpotrzeby ani okazji żeby cos tu zmieniać. Wpadliśmy z Szalonym Naukowcem z krótką wizytą raz czy dwa, ale sami wiecie: to bardzo drogie miasto, zakwaterowanie kosztuje krocie. Akademik młodszej siostry nie nadawał się do przyjmowania gości, a ile razy można się zwalać na głowę parze znajomych?

Teraz jednak moja młodziutka Szwagierka jest już pełnowymiarową, poważną Panią Inżynier, mieszka tu na stałe, jest o krok od naturalizacji i nie zamierza się stąd ruszać. W związku z czym my mamy wygodną, sympatyczną i łatwo dostępną bazę blisko lotniska i 30min od centrum. Wygląda na to, że Paryż i ja, będziemy się często widywać.

A po ostatniej wizycie i 100 tysiącach kroków zrobionych po jego ulicach w ciagu 4 dni (być może wiecej niż w ciagu jednego z tamtych pamiętnych miesięcy) dziś muszę stwierdzić, że po 11 latach przerwy, znowu naprawdę zaczęłam lubić to miasto.

Katedra Notre Dame, chwilowo w renowacji po pożarze
Tour Saint-Jacques
Lody Amorino zawsze w formie kwiatka
Pride w dzielnicy Marais
Plac des Vosges
Bercy
Budynek Instytutu Archeologicznego niedaleko ogrodów Luksemburskich
Montmartre
Montmartre
Pola Elizejskie
Pola Elizejskie

Idź się leczyć! W Maroku

Sezon wakacyjny w pełni, COVID chwilowo w lekkim odwrocie, a turystyka trochę powstaje z kolan. Coraz więcej ludzi wybiera się znowu do Maroka, niektórzy po raz pierwszy. W związku z tym zaprosiłam do współpracy moją Szwagierkę, która jest Panią Doktor i przygotowałam dla Was kilka podstawowych informacji dotyczących chorowania i leczenia się w Maroku.

Lecz się sam

Pierwsza odpowiedź, jaką uzyskałam na moje pytania dotyczące leczenia się w Maroku od S. (to od „szwagierka”) brzmiała „najlepiej przywieźć własne leki”. Jako, że Polska plasuje się w czołówce Europy jeśli chodzi o leczenie się na własną rękę, nie sądzę żeby dla kogokolwiek stanowiło to problem 🙂


Co do zasady nie ma problemu z wwożeniem leków do Maroka. Wszystko co nie zawiera substancji nielegalnych (jak np. konopie), można mieć – oczywiście na użytek własny. W teorii, jeśli wieziecie ze sobą leki wymagające recepty, lepiej tę receptę mieć ze sobą, ale o ile wiem, raczej nikt tego nie sprawdza. No chyba, że korzystacie z bardzo specyficznych leków zawierających opiaty czy inne substancje bliskie narkotykom, wtedy jednak lepiej się zabezpieczyć.

Tyle tytułem wstępu, teraz pomyślmy co – poza lekami, które bierzecie regularnie – warto wrzucić do wakacyjnej apteczki.

Faraon atakuje w Maroku

Jednym z najczęstszych pytań dotyczących potencjalnych problemów zdrowotnych w krajach Afryki Północnej (i nie tylko) jest słynna zemsta faraona, czyli po prostu reakcja przewodu pokarmowego na nieznane bakterie obecne m.in. w wodzie. Są ludzie, którzy nie wierzą w jej istnienie. Są też tacy, jak moja osobista Mama, na której faraon (albo jakiś inny monarcha) mści się nawet w innych krajach Europy.

Moja S. twierdzi, że najpopularniejszymi problemami zdrowotnymi dotykającymi turystów w Maroku są te związane z układem pokarmowym.

Jeśli wiecie, że was to nie dotyczy, spokojnie możecie pominąć ten akapit.

Ci z nas, którzy są podatni na podstępne knowania egipskiego władcy, mogą się spróbować zabezpieczyć. Już dwa tygodnie przed wyjazdem można zacząć brać probiotyk* – i kontynuować zażywanie go aż do końca wakacji. Na wyjazd warto spakować leki takie jak Nifuroksazyd* i Smecta*. Podczas pobytu dobrze jest unikać picia wody z kranu, napojów z lodem (kostki lodu = woda z kranu). Najostrożniejsi mogą też nie jeść świeżych warzyw i owoców – przynajmniej tych, których nie obiera się ze skórki. Warto też ostrożnie podchodzić do street foodów. Wiem, że wiele osób z nich korzysta i żyje. Wiem też, że inni korzystają i nadal żyją, tylko przez jakiś mniej komfortowo i w bliskiej relacji z toaletą 🙂

…wilk też

Pamiętacie powiedzonko Nie siadaj na zimnym bo dostaniesz wilka? Nie do końca wiadomo, czym jest ten wilk, ale jedną z interpretacji jest zapalenie pęcherza lub inne infekcje układu moczowego czyli UTI. Z tego co mówi S. – bardzo częste w Maroku. Toalety publiczne w tym kraju bywają różne. Jedne nie odbiegają standardem od znanych nam w Polsce dworców czy centr handlowych, inne… cóż, inne odbiegają. Możecie się na przykład spotkać z wiaderkiem zamiast spłuczki i… papieru toaletowego. Bo w krajach muzułmańskich popularne jest podmywanie się zamiast podcierania. Czasami wiaderka napełnia się z kraników zainstalowanych nad podłogą kabiny, a czasami z beczek… naturalnie zarówno beczki jak i wiaderka nie są bynajmniej jednorazowego użytku. Nikt ich też regularnie nie dezynfekuje. Ja z nich nie korzystam (chusteczki przy sobie to must), moja S także – ona w ogóle unika toalet publicznych w Maroku właśnie ze względu na stan ich higieny.
No więc ze złapaniem takiej infekcji trzeba się w Maroku liczyć, a – co ważne – jedyne leki, którymi najczęściej leczy się tę przypadłości i które znajdziecie w aptece to antybiotyki. Dlatego dobrze jest mieć ze sobą jeden z dostępnych w Polsce bez recepty preparatów takich jak Furaginum*.

Co już w Maroku?

No a co jeśli rozchorujecie się w Maroku i nie macie żadnych leków?
Na tę okoliczność przygotowałyśmy dla was nazwy kilku najbardziej podstawowych preparatów, które możecie kupić bez recepty w marokańskich aptekach*:

  • Smecta+intetrix for diarrhea (na biegunkę)
  • Spasfon for cramps (na skurcze)
  • Omiz: omeprazole for stomach ache (na ból brzucha)
  • Eucarbon for constipation (na zaparcia)
  • Doliprane=paracetamol
  • Mucol sirup for cough (syrop na kaszel)
  • Quinolones – UTI (infekcje układu moczowego)/antybiotyk

Na dzień dzisiejszy w teorii antybiotyki są w Maroku dostępne bez recepty (chociaż nie w nieograniczonych ilościach), natomiast farmaceuta może odmówić ich sprzedania jeśli jej nie posiadacie – to jednak raczej dotyczy tych rzadziej stosowanych. Naturalnie z farmaceutą właśnie, zawsze możecie (i powinniście!) skonsultować swoje objawy i poprosić w o pomoc w dobraniu leku.

Swoją drogą wiecie co jeszcze jest dostępne w Maroku bez recepty? Pigułki dzień po – na przykład Norlevo albo Ellaone. Ciekawe, prawda?

A gdy apteka nie pomaga?

Jeśli leki dostępne w aptece nie pomagają, zawsze można wybrać się do lekarza. Najlepiej będzie skorzystać z wizyty w prywatnym gabinecie. Jak taki gabinet znaleźć? Są dwie opcje: możecie zapytać w recepcji hotelu/Riadu w którym się zatrzymaliście. W Maroku wszystko działa przy pomocy poczty pantoflowej i znajomości. Niezależnie od tego, czy szukacie lekarza, kobiety, która wykonuje hennę, sprzedawcy ceramiki, przewodnika po mieście, czy czego jeszcze, na pewno osoba, którą zapytacie albo będzie znała kogo trzeba, albo kogoś kto zna kogoś… wiecie o co chodzi.

Jeśli nie chcecie albo nie macie kogo zapytać, możecie poszukać na google maps. Mówię poważnie. To samo rozwiązanie rekomenduje zarówno S. jak i mój Kolega Małżonek. No więc ustawiacie na mapie swoją lokalizację i przeszukujecie okolice pod hasłem „doctor”. Gabinety prywatne rozpoznacie po tym, że mają w nazwie imię i nazwisko lekarza.

Przypadkowe poszukiwania gabinetu lekarskiego w Marakeszu

Do takiego prywatnego gabinetu zazwyczaj nie musicie się zapisywać, możecie wejść z ulicy, ale liczcie się z tym, że trzeba będzie poczekać w kolejce. Za wizytę (w mieście) zapłacicie ok 100-150 dirhamów, czyli jakieś 40-60zł.

Uwaga: Język angielski nie jest w tej chwili obowiązkowy na studiach medycznych w Maroku, więc nie ma gwarancji, że traficie na angielskojęzycznego lekarza.

A co potem?

Jeśli już dostaliście od lokalnego lekarza jakieś leki, zachowajcie receptę (w Maroku się jej nie oddaje farmaceucie), gdyż możecie zostać o nią zapytani podczas opuszczania kraju.

Mam nadzieję, że nasz poradnik okaże się użyteczny, ale że wcale Wam się nie przyda, bo wszyscy będziecie zdrowi. Na wypadek gdybyście jednak nie byli i mieli doświadczenia z leczeniem w Maroku, które uzupełnią to co tutaj napisałąm – koniecznie opiszcie je w komentarzach!


*Nie jestem lekarzem. Moja szwagierka co prawda jest, ale ani nie przyjmuje w Polsce ani nie widziała żadnego z was na oczy. Leki które tutaj podaję są tylko przykładami (te polskie: wziętymi z mojego własnego doświadczenia). Nie traktujcie tego wpisu jako porady lekarskiej, czytajcie ulotki, a najlepiej skonsultujcie się z lekarzem lub farmaceutą.

A jedenaście lat temu…

Dokładnie 11 lat temu był jeden z najważniejszych dni mojego życia. Obroniłam swój dyplom magisterski.

Zanim zaczniecie się śmiać, że po tylu latach, całkiem udanej karierze totalnie niezwiązanej z kierunkiem studiów, trzech ślubach i niezliczonych wspaniałych podróżach, nadal tak odbieram ten dzień, pozwólcie, że zarysuję Wam pewne tło: Większość studiów spędziłam w depresji. Co prawda nikt jej nigdy nie zdiagnozował (bo nie poszłam do żadnego specjalisty), ale wiem na jej temat dość dużo, żeby mieć 90% pewności.

Zapewne nie było to bez związku z faktem, że prawie całe studia spędziłam również w związku, który był bardzo, ale to bardzo toksyczny. Przemoc psychiczna, gaslighting, szantaże emocjonalne, zaborczość, kontrola, kłamstwa, prawdopodobnie zdrada. A to wszystko ten człowiek był w stanie zrobić w zasadzie ignorując mnie przez zdecydowaną większość czasu (bo zawsze miał coś ważniejszego na głowie). Ale przecież TAK mnie kochał, a ja tylko musiałam być ciut bardziej wyrozumiała. Bo wiecie, on przecież właśnie budował od zera swoje życie w nowym kraju (zdecydowaną większość czasu byliśmy parą na odległość), a ja sobie wygodnie mieszałam z rodzicami i studiowałam.

Łykałam wszystkie jego bzdury, szantaże, i cały syf jak młody pelikan i czułam się coraz gorzej.
Czas studiów, który w teorii powinien być czasem zabawy, zbierania doświadczeń i zawierania przyjaźni na całe życie, ja spędzałam prawie wyłącznie czekając na telefon i rozważając z przyjaciółką czemu on się tak zachowuje. Czułam się szara, moja samoocena była w totalnej ruinie, pewność siebie właściwie nie istniała – co tłumaczy czemu to wszystko przyjmowałam – w końcu i tak „nikogo lepszego nie znajdę” (tak, to cytat). Na szczęście nie zawaliłam studiów.

No i te 11 lat temu, w pierwszym możliwym terminie obroniłam swoją pracę mgr na 5.

Ten dzień zmienił moje życie.

Dał mi taki boost pewności siebie, że w ciągu pięciu dni (dosłownie) odwołałam całe plany na wakacje (wyjazd do ex, do Francji) i zakończyłam ponad 4-letni koszmarny związek. Kilka tygodni później zaczęłam żyć, wychodzić do ludzi, chodzić na imprezy, robić różne fajne rzeczy i wreszcie obcięłam włosy (on zawsze naciskał żebym zapuściła, co oczywiście zrobiłam).

Ps. Zdjęcie zrobione na Festiwalu Nauki na który wybrałam się sama (to był niemalże sukces, przecież przez ostatnie lata ja właściwie nigdzie nie chodziłam, a już na pewno nie sama) niedługo później.

Moda na brzydotę

Wracałam wczoraj z Bieszczad i pisałam posta na temat wycieczki. Potem zabrałam się do wyboru zdjęć i przez dobrych kilka minut szukałam takiego na jakim wyglądam „akceptowalnie” – tak, po kilku godzinach marszu po górach. A potem, kiedy odzyskałam zasięg, wrzuciłam posta i zaczęłam przeglądać IG. I naturalnie, jak chyba wszyscy, dowiedziałam się o panującej rzekomo „modzie na brzydotę”.
Od kiedy pamiętam miałam kompleksy na punkcie swojego wyglądu. Jako nastolatka nie chowałam się na zdjęciach za włosami – chowałam się przed zdjęciami. A oglądanie tych, przed którymi nie udało mi się schować, było dramatem. Z reszta nie byłam w tym bardzo odosobniona. Wtedy nie było instagrama. Nie było influencerek i profili, które pokazywały normalne, nieidealne ciała ani #bodypositivity – a chowanie się i kompleksy i tak były. Niespodzianka, nie? Czyżby to jednak NIE DLATEGO?
To co zostało nazwane modą na brzydotę tak naprawdę jest próbą normalizacji normalnego, nieidealnego, nie zawsze pasującego do kanonu ciała. Swoją drogą czy to nie absurd, że normalność wymaga normalizacji? To próba budowy świata, w którym kobiety i dziewczynki mogą być takie jakie są i skupiać się na innych rzeczach niż dążenie do idealnego wyglądu.
Bo hej, nie wiem czy wiecie, ale jest wiele ścieżek rozwoju i wzrostu. Dążenie do pewnego, arbitralnie narzuconego i mocno wyśrubowanego, wzorca piękna zapewne jest jedną z nich, ale nie jedyną. Ani bynajmniej nie najlepszą (jakby mnie kto pytał). Dla wielu osób wzrost będzie leżał w rozwijaniu pasji, budowaniu kariery, doskonaleniu różnych umiejętności, osiąganiu nowych kompetencji, walce z wewnętrznymi demonami czy właśnie w wyzwalaniu się spod obowiązku pogoni za jakimś wyglądem.
I wiecie co jeszcze? Mniejsze parcie na dopasowanie się do jakiegoś tam wzorca wyglądu pozostawia więcej miejsca na wszystkie te inne rzeczy i po prostu na bycie szczęśliwym.
A konta pokazujące normalność pomagają w tym dużo bardziej niż wpisy zachęcające do bycia „wyjątkową i niepowtarzalną” opatrzone zdjęciem buzi jakich pełno na okładkach magazynów i do tego tak przerobionej mejkapem i fotoszopem, ze ciezko mi było ją rozpoznać.

Nic marokańskiego

(poza ciastkami od Teściowej)

Ostatnio ktoś mi powiedział, że schowałam się cała w krzakach, a na blogu nie ma nic marokańskiego.

I wiecie co? Taka jest prawda. Odnalazłam na nowo dawną pasję, która mnie (w tym momencie) uszczęśliwia. Krzątanie się dookoła roślin, doglądanie ich, obserwowanie jak rosną, czytanie o nich – no i kupowanie nowych oczywiście – sprawia mi radość i zajmuje ostatnio sporo mojego czasu. Co przekłada się naturalnie na moją aktywność na IG (a dla tych, którzy nie śledzą mnie na IG i właśnie poczuli się nie w temacie: wrzucę parę zdjęć na końcu tego posta).

Wracając do komentarza wyżej: pomyślałam sobie wtedy, że my po prostu nie robimy niczego marokańskiego, wiec czemu miałabym pisać na siłę? Przecież nie o to w tym chodzi.
Celem tego bloga od początku było pokazywanie okruchów naszego życia takim jakie jest. A tak się składa, że narodowość mojego męża po prostu nie gra w nim kluczowej roli. Tak, oczywiście, fakt, że tworzymy związek mieszany, ja pochodzę z Polski, a on z Maroka jest jakąś tam częścią naszego życia. Czasami wywołuje we mnie przemyślenia i refleksje, czasami mnie czegoś uczy czy wystawia na nowe doświadczenia. To jest fajne, ciekawe, pouczające i rozwijające. Ale w żaden sposób nas ani naszego życia nie definiuje ani nie wyznacza.

Przede wszystkim jesteśmy Basią i Szalonym Naukowcem, a nie Polką i Marokańczykiem. Żyjemy po swojemu i to nasze życie jest tak naprawdę zupełnie normalne.

A w pandemii także trochę nudne.
Pracujemy, oglądamy filmy i seriale (głównie amerykańskie), czytamy, gramy w gry wideo (no dobra, on gra), Marzymy o podróżach, tęsknimy za życiem towarzyskim (a w normalnych czasach podróżujemy i spotykamy się ze znajomymi), czasem się kłócimy, czasem dyskutujemy do 4 rano (tak było wczoraj). Nie obchodzimy Ramadanu ani Wielkanocy, za to ubieramy choinkę, mamy cale pudło dekoracji na Halloween. W ważne dla nas daty chodzimy na sushi i otwieramy dwie butelki wina, bo każde z nas lubi inne. Nie gotujemy ani za często ani po polsku, ani po marokańsku (chociaż czasem trafi się kiełbasa z grilla, czy danie z soczewicy), chętnie próbujemy jedzenia z różnych zakątków świata. Nie pijamy codziennie marokańskiej herbaty. Ani wódki.
Wyznajemy podobne wartości, mamy zbliżony światopogląd i przekonania. Zupełnie niezależnie od tego, że pochodzimy z różnych krajów. Nikt nie jest o nikogo zazdrosny, nikt nikogo nie kontroluje, nikt nikomu nie dyktuje jak ma się zachowywać czy ubierać. Nikt nie ma problemu, kiedy druga osobą wychodzi sama czy ze znajomymi – także jeśli ci znajomi są przeciwnej płci (bo serio, jakie to ma znaczenie).

I nie zrozumcie mnie źle, nie próbuję nas tutaj kreować na parę, która nie ma żadnych problemów. Mamy problemy, jak każdy. Czasem się kłócimy, czasem się do siebie nie odzywamy, czasem zmagamy się z trudnymi decyzjami i wyborami, a czasami (może nawet często) z małymi upierdliwościami. Tylko że to wszystko są normalne rzeczy jak w każdym związku. Talerz wstawiony do zlewu po raz milionowy bez zalania; kocie kłaki na kołdrze, które kogoś wkurzają, (podczas gdy ktoś inny wpuszcza kota do łóżka); ktoś kogoś akurat nie słuchał; ktoś nie rozwiesił prania; koszty remontu wykraczają poza wcześniej planowane ramy; ktoś musi podjąć ważną i trudną decyzję zawodową.
Normalne, zwykłe życie.
Także nawet gdybym chciała pisać wam tutaj o egzotyczności, marokańskości czy nawet wyzwaniach związku mieszanego – po prostu często nie mam o czym. Naprawdę.

I w pewnym sensie o to w moim blogu właśnie chodzi, wiecie? O to, że związek to przede wszystkim dwie osoby i to co każda z nich ma w głowie.

Więc moi drodzy: sorry, not sorry. Nic na siłę.


Ale jeśli tęsknicie za marokańskością, mam dla was wiadomość:

Niedługo moja szwagierka wychodzi za mąż, więc szykuje się kolejne Wielkie Marokańskie Wesele. Jeśli tylko uda mi się tam dotrzeć i nie umrę z gorąca (trzymajcie kciuki za obie te rzeczy, bo to ma być koniec czerwca…), na pewno z chęcią pokażę wam jak to wygląda z perspektywy gościa (co będzie dla mnie bardzo miłą odmianą). Będzie marokańska muzyka, marokańskie jedzenie, Panna Młoda w księżniczkowych takchitach (nie wiem jeszcze ilu) migocząca od biżuterii, lektyki. A no i bonus: tym razem Pan Młody jest z importu. Więc będzie ciekawie.


No dobra, a na koniec, dla tych, którzy mnie nie śledzą na IG albo sledzą ale po prostu lubią oglądać roślinki: