Nic marokańskiego

(poza ciastkami od Teściowej)

Ostatnio ktoś mi powiedział, że schowałam się cała w krzakach, a na blogu nie ma nic marokańskiego.

I wiecie co? Taka jest prawda. Odnalazłam na nowo dawną pasję, która mnie (w tym momencie) uszczęśliwia. Krzątanie się dookoła roślin, doglądanie ich, obserwowanie jak rosną, czytanie o nich – no i kupowanie nowych oczywiście – sprawia mi radość i zajmuje ostatnio sporo mojego czasu. Co przekłada się naturalnie na moją aktywność na IG (a dla tych, którzy nie śledzą mnie na IG i właśnie poczuli się nie w temacie: wrzucę parę zdjęć na końcu tego posta).

Wracając do komentarza wyżej: pomyślałam sobie wtedy, że my po prostu nie robimy niczego marokańskiego, wiec czemu miałabym pisać na siłę? Przecież nie o to w tym chodzi.
Celem tego bloga od początku było pokazywanie okruchów naszego życia takim jakie jest. A tak się składa, że narodowość mojego męża po prostu nie gra w nim kluczowej roli. Tak, oczywiście, fakt, że tworzymy związek mieszany, ja pochodzę z Polski, a on z Maroka jest jakąś tam częścią naszego życia. Czasami wywołuje we mnie przemyślenia i refleksje, czasami mnie czegoś uczy czy wystawia na nowe doświadczenia. To jest fajne, ciekawe, pouczające i rozwijające. Ale w żaden sposób nas ani naszego życia nie definiuje ani nie wyznacza.

Przede wszystkim jesteśmy Basią i Szalonym Naukowcem, a nie Polką i Marokańczykiem. Żyjemy po swojemu i to nasze życie jest tak naprawdę zupełnie normalne.

A w pandemii także trochę nudne.
Pracujemy, oglądamy filmy i seriale (głównie amerykańskie), czytamy, gramy w gry wideo (no dobra, on gra), Marzymy o podróżach, tęsknimy za życiem towarzyskim (a w normalnych czasach podróżujemy i spotykamy się ze znajomymi), czasem się kłócimy, czasem dyskutujemy do 4 rano (tak było wczoraj). Nie obchodzimy Ramadanu ani Wielkanocy, za to ubieramy choinkę, mamy cale pudło dekoracji na Halloween. W ważne dla nas daty chodzimy na sushi i otwieramy dwie butelki wina, bo każde z nas lubi inne. Nie gotujemy ani za często ani po polsku, ani po marokańsku (chociaż czasem trafi się kiełbasa z grilla, czy danie z soczewicy), chętnie próbujemy jedzenia z różnych zakątków świata. Nie pijamy codziennie marokańskiej herbaty. Ani wódki.
Wyznajemy podobne wartości, mamy zbliżony światopogląd i przekonania. Zupełnie niezależnie od tego, że pochodzimy z różnych krajów. Nikt nie jest o nikogo zazdrosny, nikt nikogo nie kontroluje, nikt nikomu nie dyktuje jak ma się zachowywać czy ubierać. Nikt nie ma problemu, kiedy druga osobą wychodzi sama czy ze znajomymi – także jeśli ci znajomi są przeciwnej płci (bo serio, jakie to ma znaczenie).

I nie zrozumcie mnie źle, nie próbuję nas tutaj kreować na parę, która nie ma żadnych problemów. Mamy problemy, jak każdy. Czasem się kłócimy, czasem się do siebie nie odzywamy, czasem zmagamy się z trudnymi decyzjami i wyborami, a czasami (może nawet często) z małymi upierdliwościami. Tylko że to wszystko są normalne rzeczy jak w każdym związku. Talerz wstawiony do zlewu po raz milionowy bez zalania; kocie kłaki na kołdrze, które kogoś wkurzają, (podczas gdy ktoś inny wpuszcza kota do łóżka); ktoś kogoś akurat nie słuchał; ktoś nie rozwiesił prania; koszty remontu wykraczają poza wcześniej planowane ramy; ktoś musi podjąć ważną i trudną decyzję zawodową.
Normalne, zwykłe życie.
Także nawet gdybym chciała pisać wam tutaj o egzotyczności, marokańskości czy nawet wyzwaniach związku mieszanego – po prostu często nie mam o czym. Naprawdę.

I w pewnym sensie o to w moim blogu właśnie chodzi, wiecie? O to, że związek to przede wszystkim dwie osoby i to co każda z nich ma w głowie.

Więc moi drodzy: sorry, not sorry. Nic na siłę.


Ale jeśli tęsknicie za marokańskością, mam dla was wiadomość:

Niedługo moja szwagierka wychodzi za mąż, więc szykuje się kolejne Wielkie Marokańskie Wesele. Jeśli tylko uda mi się tam dotrzeć i nie umrę z gorąca (trzymajcie kciuki za obie te rzeczy, bo to ma być koniec czerwca…), na pewno z chęcią pokażę wam jak to wygląda z perspektywy gościa (co będzie dla mnie bardzo miłą odmianą). Będzie marokańska muzyka, marokańskie jedzenie, Panna Młoda w księżniczkowych takchitach (nie wiem jeszcze ilu) migocząca od biżuterii, lektyki. A no i bonus: tym razem Pan Młody jest z importu. Więc będzie ciekawie.


No dobra, a na koniec, dla tych, którzy mnie nie śledzą na IG albo sledzą ale po prostu lubią oglądać roślinki:

Na Kozetce z Oszustem – Po drugiej stronie. Historia Marysi.

W dzisiejszym odcinku Kozetki poznacie Marysię (imię zmienione). W przeciwieństwie do moich dwóch poprzednich rozmówczyń (jakby ktoś chciał nadrobić zaległości, zapraszam TU i TU), Marysia nigdy nie poznała Yassina osobiście, pierwsze spotkanie było dopiero przed nimi, ale nigdy do niego nie doszło. Dlaczego? Czytajcie a się dowiecie!
Kiedy zaczęłyśmy rozmawiać, sądziłam, że to właśnie Yassin jest tytułowym oszustem i głównym (anty)bohaterem tego wywiadu. Z czasem odkryłam, że przez życie Marysi przewinął się nie jeden, ale dwóch szemranych dżentelmenów. Który z nich bardziej zasługuje na potępienie? Czy Yassin był oszustem, czy może po prostu się pogubił? Koniecznie dajcie znać co myślicie. Jak zawsze proszę tylko – pamiętajcie, że to prawdziwa historia, prawdziwej osoby, która będzie czytała Wasze komentarze.


Oczko: Bardzo dziękuję, że się zgodziłaś na rozmowę i mam nadzieję, że to co razem zdziałamy komuś pomoże!

Marysia: Też mam taką nadzieję.

Może zacznijmy od początku: kim on jest i jak się poznaliście?

Ma na imię Yassin. Poznaliśmy się na portalu: nie wiem czy to randkowy tylko, ale chyba większość tego właśnie tam szuka. Ma teraz 33 lata, mieszkał w Maroku całe życie, no a teraz od początku roku jest w Hiszpanii.

Rozumiem, że skoro miałaś konto na portalu randkowym, to byłaś otwarta na nowe znajomości. On do Ciebie napisał?

To może ja najpierw o sobie coś powiem.

Świetny pomysł!

Więc tak: mam dwójkę dzieci jestem jeszcze mężatką, ale tylko na papierze, bo wszystko się ciągnie, jak krew z nosa. Mieszkam w Norwegii, tu procedury rozwodowe są bardzo długie. Z moim mężem Bengalczykiem nie układało nam się od razu po pierwszej ciąży. Nigdy o mnie nie dbał, a ja dla niego zrobiłabym wszystko. Załamka była jak pierwszy raz powiedział do mnie, że jestem „bezczelnym draniem” i to praktycznie bez powodu. Załamałam się i powiedziałam mu prosto z mostu, że już na mnie nie zasługuje.
I wtedy właśnie założyłam sobie konto na tym portalu żeby z kimś sobie pogadać, a konkretnie z mężczyzną muzułmaninem tylko z innego otoczenia. Widziałam go tam [„go” czyli Yassina – przyp. Oczko], ale w ogóle jednak nie korzystałam z tego portalu. Mąż mnie przepraszał i błagał o szansę. Mówił, że może się zdecydujemy na drugie dziecko i ono wszystko naprawi. Dałam mu szansę. Zaszłam w ciążę po miesiącu i wszystko się zaczęło od nowa – znowu byłam ze wszystkim sama. Na porodówce był, ale zaraz mnie zostawił bo musiał iść do pracy. Po 3 tygodniach żadnej pomocy z jego strony powiedziałam: koniec. No i tak właśnie weszłam na ten portal, bo chciałam kogoś poznać. No i po dwóch dniach on mi napisał „cześć jak się masz”. Ja nie odpisałam od razu ale pamiętałam go sprzed półtora roku. Odpisałam na drugi dzień, a on mnie zaprosił na Facebooku, bo powiedział że wszedł tam na ten portal żeby usunąć to konto. No i tak się zaczęło na Facebooku.

A powiedz mi, ten Twój mąż to był już w Norwegii jak się poznaliście?

Nie, z moim mężem poznałam się na Cyprze. Byłam tam, bo moja koleżanka pracowała tam i załatwiła mi pracę. Ona miała męża z Bangladeszu i to był kolega jej męża. Spotkaliśmy się tam u niej, poznaliśmy i tak jakoś znajomość się rozkręcała. Po trzech miesiącach ze względu na to, że straciłam mieszkanie, on zaproponował mi mieszkanie u niego i od tego czasu już mieszkaliśmy razem.

I on też tam pracował?

On pracował i się uczył.

Wiem że on nie ma być tematem tej rozmowy, ale jednak dopytam: pomagałaś mu jakoś w dostaniu się do Norwegii i uregulowaniu pobytu?

Powiem tak: z nim to nie było tak, że my się hajtnęliśmy dla wizy.

Z jego perspektywy też? Bo to co napisałaś na początku nie wskazuje na faceta zaangażowanego w związek

Ogólnie to było tak, że mieliśmy już od samego początku zgrzyty, ponieważ on zawsze był samolubny. Mieliśmy robić to, co on lubi robić, czyli na przykład w dzień wolny od pracy idziemy do jego znajomych, no bo przecież on nie będzie sam ze mną na plaży siedział, jak można dziecięciu Bengalczyków znajomych wziąć i nawijać w swoim języku. A ja mogę siedzieć sama jak palec.
To chyba kultura tutaj była problemem, bo on niby dużo mówił, a robił inaczej no i cały czas Bangladesz i jego rodzina w Bangladeszu byli na pierwszym miejscu.  Zawsze to co odłożył, to wysyłał tam, bo ma braci którzy się uczą itp. i trzeba wysyłać, bo oni nie będą pracować za małe pieniądze, bo to wstyd. Więc to była następna sprawa, dlaczego mieliśmy sprzeczki, bo on potrafił chodzić w zniszczonych butach, ale tam wysyłał, bo mama mu kazała, bo przecież on w Europe jest więc jak może nie mieć pieniędzy?
Często też było tak, że on nie potrafił przeprosić, jak było coś nie tak. Nie potrafił dać czegoś od siebie, jak przygotować polską potrawę, kupić upominek, nauczyć się polskiego słowa, tak żeby sprawić mi przyjemność, bo mnie kocha. Ja kupowałam zawsze coś od siebie, gotowałam bengalskie potrawy z youtube’a, uczyłam się języka, zawsze chciałam żeby on czuł, że ja go kocham i lubię sprawiać mu przyjemność. Ale to było jednostronne.  Ja się dwoiłam i troiłam, a on z siebie nic nie dawał. Jak byłam w ciąży, też za bardzo się nie przejmował, że źle się czułam, bo chodził do pracy od rana do wieczora.  Pod koniec ciąży pojechałam do Polski, bo  tam chciałam być. I byłam sama 9 miesięcy – wtedy on uzbierał trochę pieniędzy i spotkaliśmy się w Norwegii.

Czyli spotkaliście się w Norwegii jak pierwsze dziecko miało ponad pół roku, ale byliście już po ślubie czy jeszcze nie? I w ogóle czemu akurat tam?

Ślub cywilny wzięliśmy na Cyprze, po półtora roku, a nikah w meczecie 3 miesiące wcześniej. W ciążę zaszłam po 5 miesiącach od ślubu.
Jak dostaliśmy dokumenty na Cyprze, że on może wyjechać, to wybrał kraj, w którym ja nie chciałam być, bo tu nikogo nie miałam, ale on mówił, że tu jest tak pięknie, takie zarobki, że mam się niczym nie martwić. W ogóle zawsze było tak, że ja nic nie rozumiem i wymagam za dużo. Przyjechaliśmy tutaj i musiałam szukać pracy: z synem 8 miesięcy na ręku z nim i z jego kolegą w deszczu chodziłam roznosić cv, bo ja musiałam mieć pracę żeby on mógł się zarejestrować. W domu nie robił nic,  dzieckiem zajmował się tak, że dawał bajki na tablecie, jak byłam w pracy. Nawet jak wytłumaczyłam, co ma mu dać jeść, to robił co innego. Potem, jak zaczął pracę, to ja pracowałam po nocach i wrześnie rano i cały dzień z synem w domu. Nigdy nie był ze mną w Polsce na wakacje, bo on sobie wolnego z pracy nie weźmie.

Czekaj, to kiedy Ty spałaś?

Nie pamiętam! Ciężko było.

Wyobrażam sobie… Zwłaszcza bez wsparcia

Czułam, że ja męża nie mam. Miłość wygasała powoli do momentu, kiedy nazwał mnie „bezczelnym draniem” – wtedy we mnie coś pękło totalnie. Nie wiem, dlaczego uwierzyłam w te jego słowa, że wszystko się zmieni na lepsze, jak postaramy się o drugie dziecko.
Było tylko gorzej byłam totalnie sama zero zainteresowania z jego strony podczas całej ciąży, no a jak już przyszło do porodu, on był w pracy na noc: dzwonię do niego o 4 rano, on nie odbiera a termin właśnie był na ten dzień. W końcu oddzwonił i pyta, czy nie mogę poczekać do 7aż on skończy zmianę. Mówię mu czy ty się dobrze czujesz tu nie ma na co czekać, jadę sama do szpitala. Zaraz oddzwonił, powiedział, że już jedzie. Na porodówce był ze mną, ale lepiej jakby go nie było, bo zasypiał na krześle – tłumaczył się, że on jest przecież po nocnej zmianie. Zostawił mnie po paru godzinach, bo mówił, że jedzie do domu się przespać. I tak następne 2 dni byłam sama, bo on pracował, no bo były to święta i płacili podwójnie, więc jak on może sobie wolne wziąć?
Dużo było sytuacji takich, że ja już dawno powinnam była go zostawić, ale jakoś zawsze miałam nadzieję, że może będzie inaczej i może to ja za dużo wymagam. Ale jak urodził się drugi synek, właśnie on mi ogóle nic nie pomagał: zero nawet nie wziął go sam na ręce, jak płakał a ja zasypiałam ze zmęczenia. Czułam, że to koniec, że ja tak nie chcę, bo i tak wszystko robię sama. On zawsze myślał, że ja żartuję, jak mu powtarzałam: obudź się, bo tak wiecznie nie będzie, jak ty mi w niczym nie pomagasz i nie interesujesz się mną ogóle.
Jak powiedziałam mojemu mężowi, że to koniec, to niby się załamał, ale zaproponował mi żebym została z nim jeszcze rok i on będzie płacił moje rachunki itp., bo właśnie mu się kończy karta pobytu tutaj. Normalny człowiek by tego nie proponował

Czyli jednak też o to mu po części chodziło

No na to wychodzi, choć mówi, że on tylko chce tu zostać żeby widzieć dzieci. Ale ja w to nie wierzę.

I właśnie w tamtym momencie poznałaś Yassina, prawda? Chciałaś poznać kogoś nowego żeby się z nim związać? Czy bardziej szukałaś odskoczni i pogawędki do oderwania myśli?

Bardziej chciałam sobie z kimś pogadać i poznać, jak inni faceci myślą, chodziło mi o muzułmanów. Bo kto z 3 tygodniowym dzieckiem myśli o nowym związku? Ale nie powiem: brakowało mi tej uwagi ze strony mężczyzny.

Z drugiej strony wybrałaś jednak portal randkowy a nie grupę dyskusyjną czy coś.

No w sumie tak, masz racje.

Dużo miałaś innych wiadomości poza tymi od niego? Napisał coś co cię zainteresowało i sprawiło, że odpisałaś właśnie jemu?

Dużo było wiadomości, ale ja nawet ich nie otwierałam. Nie wiem, jakoś tak wchodziłam tam i wychodziłam, niby chciałam pogadać, ale jakoś coś mnie blokowało. Jak zobaczyłam jego zdjęcie i pamiętałam go i to jakoś mnie pchnęło żeby mu odpisać.

A kiedy to właściwie było?

Poznaliśmy się 18 lipca 2019 na tej stronie, a na Facebooku pisaliśmy od 21ego lipca, czyli  tak koło półtora roku

I jakie były początki tej znajomości?

Pierwsza moja wiadomość była taka, że opisałam mu w jakiej sytuacji jestem. Że jestem mężatką z dwójką dzieci i to wszystko. On mówił, że nigdy nie spotkał dziewczyny, z którą kontakt by się utrzymał dłużej niż tydzień. No i tak pisaliśmy, co lubimy robić, jak to nasze życie wyglądało. On pracował, chodził na siłownię, więc nie pisaliśmy dużo jakieś 3 pierwsze tygodnie.

Wyjawił czemu nigdy nie spotkał dziewczyny, z którą utrzymałby dłuższy kontakt?

Mówił, że znajomość się urywała bo on nie czuł takiej potrzeby, że nikt go nie zainteresował i nie czuł, że może coś z tego być.

A z dzisiejszej perspektywy myślisz, że to była prawda, czy manipulacja?

Sama nie wiem, ciężko mi powiedzieć bo tak sobie myślę, że wszystko to mogły być kłamstwa. Ale było jeszcze coś, co powiedział mi po półtora miesiąca.

Co takiego?

Powiedział, że pisał z jedną Polką, ale on traktował ją tylko jako koleżankę. On zajmuje się rysowaniem, a ona bardzo go wspierała. No i mówił, że ona chciała z nim być, ale że była starsza, to on o tym nie myślał. W końcu kontakt się urwał, bo on myślał, że ona pisze z innymi facetami. Tylko że później ona do niego napisała. On mi o tym powiedział, no to ja mówię: pokaż mi co napisała. A on nie chciał, mówił że to nie ma sensu. W końcu mi pokazał. I powiem ci, że mogłam już wtedy coś pomyśleć, bo ona mu napisała, że załatwiła mieszkanie w Polsce żeby go sprowadzić, a on teraz już jej nie kocha.

Zapytałaś go o to?

On mówił, że oni nie byli parą, że on nie wie, czemu ona do niego mówi „kochanie” itp.

Uwierzyłaś?

On jej wtedy napisał coś w rodzaju przepraszam Anna

, ale ja sobie układam życie z inną kobietą. Wtedy uwierzyłam. Bo on tak mówił, że jakby go coś z nią łączyło, to by mi w ogóle o niczym nie powiedział. Powtarzał, że gdyby coś robił na boku, to nawet by mi nie mówił o tych rzeczach, a on mi mówi, a ja mu jeszcze jazdy robię

No w pewnym sensie logiczne… Jak myślisz, czemu ci powiedział?

Teraz z perspektywy czasu, myślę, że chciał żebym mu ufała. Ale wtedy byłam ślepa.

Sprytny. A powiedz, szybko się zaczęły wyznania miłości?

Po półtora miesiąca powiedział, że on tego nigdy nie czuł do nikogo i że nie chce mnie nigdy stracić, bo mnie kocha.

I co Ty na to?

Zszokowało mnie to trochę. Nie powiem, też mi był bliski i też jakoś tak inaczej wszystko było… powiedziałam mu  słuchaj, zatkało mnie i nie wiem, co mam ci powiedzieć. A on na to: nie mów nic tylko bądź ze mną.

Ujęło Cię to?

Wtedy trochę tak, tym bardziej, że ja mu powiedziałam słuchaj, ja będę mogła się rozwieść, za półtora roku dopiero, wiec ja nawet nie wiem, kiedy my moglibyśmy razem być. Ale on mówił, że to nie problem, on będzie czekał.

A czemu dopiero za 1,5 roku?

No bo niestety tu w Norwegii jest takie prawo. Wszystko się ciągnie, jak krew z nosa. On wiedział od samego początku jak to jest ze mną. I ja mu mówiłam mnóstwo razy słuchaj, ułóż sobie życie z inną kobietą nie ma na co czekać. Bo mówił mi, że mama chce go ożenić tam w Maroku, ale on nie chce Marokanki.

Czemu nie chciał Marokanki?

Bo mówił, że te kobiety, to są tylko za pieniędzmi i że jakoś on nie chciałby się ożenić z taką. A druga sprawa, to że on nie pochodzi z bogatej rodziny i ciężko by było znaleźć jakąś odpowiednią. Powtarzał, że są bardzo ładne, ale on jakoś by nie chciał z Marokanką się ożenić. Dlatego powiedział swojej mamie o mnie. I tu się zaczęły problemy. Najpierw powiedział swojej siostrze jak był u niej i ona była za mną. Mówiła, że to nie problem, że ja mam dzieci, jak jestem dobra itp. Chociaż nie wiem teraz sama, czy to prawda. Za to mama powiedziała, że absolutnie nie. Lepiej wziąć Żydówkę bez dzieci niż muzułmankę z dziećmi po rozwodzie. Więc zerwaliśmy znajomość na jeden dzień. Ale tak mnie to zabolało, że musiałam do niego napisać na drugi dzień. Powiedziałam, że to nie fair. Że ja nie jestem gorsza od innych i że w islamie jest dozwolone wziąć kobietę po rozwodzie. Dlaczego ma tak być skoro sam prosił mnie żebym go nigdy nie zostawiła?

W jakim momencie to było? po jakim czasie pisania?

To było gdzieś po 2 miesiącach

I co było dalej?

No i po długiej rozmowie tego właśnie dnia, mówi do mnie nie chcę cię stracić, dlatego będę jakoś ukrywał się z tobą i z pisaniem przed rodzicami i zobaczymy, kiedy możemy się spotkać itp

Czy to ukrywanie się wpłynęło jakoś na wasz kontakt? Stał się mniej dostępny czy coś?

W sumie nie, bo przeważnie pisaliśmy wieczorami albo jak był w pracy, albo gdzieś na dworze. Mówił, że problem w tym, że ja nadal jestem mężatką.

A gadaliście też na video albo przez telefon?

Video nie gadaliśmy ale wysyłaliśmy sobie krótkie filmiki. Ale to dlatego ze ja jakoś nie czułam tego żeby romantycznie na kamerce rozmawiać. Przez telefon czasami.

I co było dalej? Kiedy się spotkaliście?

My się nie spotkaliśmy w realu, bo ciężko było: po pierwsze mi z dziećmi jechać plus koronawirus, praca i wszystkie moje problemy tutaj. Mieliśmy się spotkać w Hiszpanii, jak dojedzie no ale… Wszystko się zmieniło.

Aha, czyli cały romans był online.

Tak.

Zanim doszło do konkretnych planów w Hiszpanii, to jak w ogóle to wszystko się rozwijało? Wcześniej mówiłaś, że był cudowny, rozwiniesz trochę temat?

Ogólnie to był bardzo opiekuńczy, pytał o rodzinę, o dzieci, o mnie: na przykład czy jadłam, czy nie. Zawsze mówił, że jak jestem zmęczona, możemy popisać później itp. Zawsze jak mówiłam, że u mnie ciężko, pytał co i jak, doradzał, mówił, że mu ciężko że nie może mi pomóc. Czułam, że on jest inny, że może mu zależy. Tym bardziej ze on mi mówił często hbiba ja cię nigdy nie zostawię, nigdy się nie poddam, bo jesteś dla mnie wyjątkowa. Uczył się polskiego ode mnie, a ja od niego darija [darija to dialekt marokański – przyp. Oczko].

Czyli tak naprawdę udzielał ci dużo wsparcia.

Tak bardzo dużo. Naprawdę tak jakoś fajnie było, że ciężko teraz to ogarnąć. Mówił, że on chce ze mną być i tylko czeka jak się stamtąd wyrwać.

Miał na to jakiś plan? Czym on się w ogóle zajmował?

On ogólnie rysuje – to jego pasja, a na co dzień zajmował się budowlanką. Od początku do końca domy stawiali aż do kładzenia kafelków i malowania. Jak korona zaatakowała, to ciężko było z pracą, ale nigdy nie prosił o pieniądze, mówił, że to wstyd. On miał plan. Mówił, że on życia nie ma w Maroku. Tym bardziej jak chce ze mną być to musi stamtąd wyjechać

I jaki to był plan?

Dostać się do Turcji samolotem, a potem przez jakieś lasy iść tydzień żeby gdzieś tam do Grecji się dostać. Albo nielegalnie łódką do Hiszpanii, bo to małe pieniądze były, żeby zapłacić komuś, kto przemyca ludzi.

Co Ty myślałaś o tych planach?

Ja mówiłam, że dla mnie to jest w ogóle nie do pomyślenia. Bałam się o niego. Mówiłam mu: poczekaj, jakoś to będzie, jak chcesz ze mną być. Spotkamy się, zobaczymy jak to jest w realu i jak twoja rodzina reaguje. Ale nigdy nie mówiłam czekaj na mnie ja cię sprowadzę ani niczego podobnego. On wiedział, że moja separacja została odrzucona tutaj i nawet jakbym miała środki na koncie, nie mogłabym aplikować o wizę dla niego.

Jak on reagował na to, co mówiłaś żeby poczekać i że zobaczycie, jak się poznacie?

Mówił, że dobrze, że to nie problem bo on i tak na razie nie widzi żadnej ucieczki stamtąd. Ale wszystko się zmieniło gdzieś tak w połowie zeszłego roku. Jakoś inaczej się nam rozmawiało. Czasem pytałam co się dzieje, mówił tylko, że jego sytuacja go dobija. Mniej rozmawialiśmy i on mniej okazywał uczucia.

A teraz jak myślisz, co to było?

Teraz wiem, że on wiedział, że stamtąd wyjedzie, bo jego brat pojechał pierwszy do Hiszpanii kilka miesięcy temu nielegalnie.

A ty nic nie wiedziałaś o tych planach, dopóki się nie ziściły?

On mi powiedział, jak jego brat już tam dojechał a o sobie powiedział mi tydzień wcześniej, że rodzice załatwili pieniądze. On – z tego co mi powiedział – miał jechać jako pierwszy, ale czekał na mnie, że może ja coś wykombinuję dlatego oddał kolejkę dla brata. Tak mi powiedział tydzień temu* jak dojechał tam i wszystko sobie wyjaśniliśmy. On mi po prostu powiedział tak: jakbyś to ty załatwiła wizę dla mnie żebym mógł dojechać do Europy, jakoś bym rodziców, a szczególnie mamę, udobruchał, ale to oni mi pieniądze załatwili także teraz to nie ma szans na nas.

*[nasza pierwsza rozmowa odbywała się na początku stycznia – Oczko]

Nie mam pojęcia o procesach wizowych w Norwegii, jest tak naprawdę jakaś procedura, która miałaby w ogóle szanse powodzenia w takim przypadku?

Ciężko jest tutaj. Tym bardziej, że jestem w separacji i mam dwójkę dzieci ze sobą, a tu aplikacja dla faceta z Maroka. Wątpię żeby to się udało. Ale mówiłam, że on też tam może aplikować, to odpowiadał, że on na bank nie dostanie.

Ale że ty mu załatwisz, to był pewien? Co ci faceci mają w głowach… Wyjaśnił w jaki sposób wyobrażał sobie, że to zrobisz?

No mówił że na zaproszenie. Chociaż ja powtarzałam, że nie mam takich środków na koncie. Jak już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to on mi powiedział, wiedziałem, że to nie ma szans, ale nie mogłem ci tego powiedzieć żeby cię nie zranić.

I co o tym myślisz?

Zabolało jak cholera. Bo ja miałam nadzieję. I pytałam mnóstwo razy czy jemu się chce czekać na mnie? Mówiłam mu może zakończmy to teraz, to ja sobie jakoś z tym poradzę, bo później będzie mi bardzo ciężko. Mówiłam: jak nie jesteś pewien, zakończ znajomość, bo ja nie dam rady później. Ale on odpowiadał: nie, nie hbiba, jak przyrzekłem, że się nie poddam, to dotrzymam słowa. I nawet tydzień przedjego wyjazdem zapytałam go: Jak dojedziesz do Hiszpanii i będziesz czuł się zmęczony mną, powiedz od razu, nie chciałabym być zastąpiona inną kobietą. A on mi powiedział to samo: hbiba ja cię nigdy nie zostawię i wyrzuć te myśli ze swojej głowy. Ale dojechał tam i się wszystko zmieniło. Prosto z mostu mi powiedział co i jak.

Ile czasu mu zajęła zmiana zdania? 2 tygodnie?

Nawet nie, bo tydzień.

Czyli tak od razu pierwsza rzecz po przyjeździe?

To było tak: oni tam jechali prawie dwa dni. Dojechał tam i pierwsze co zrobił, to napisał mi dojechałem ale nie mam internetu. Wiedziałam, że jest zmęczony, ale martwiłam się też. To był Sylwester. Wieczorem napisał do mnie jak tam? około 18. Jakoś chciałam z nim rozmawiać, ale nie wiedziałam o czym. Spytał się, co się stało, ja na to, że nie mam nastroju. Siedziałam sama w pokoju i myślałam. O 22.30 napisałam do niego, spytałam, czy świętują i takie tam. Pisaliśmy o normalnych rzeczach, bez całusków i wyznań miłości. Północ. Złożyłam mu życzenia: żeby mu się tam lepiej żyło i żeby spełniły mu się jego wszystkie marzenia i to czego najbardziej pragnie. Myślałam, że napisze, że teraz to już będzie wszystko okej, bo jak by nie było, wyjechał stamtąd i jest w Europie. Ale on odpisał mi życzę ci też żeby twoje marzenia się spełniły. Tak jakoś dziwnie mi było.

Nie tego się spodziewałaś.

Tak dokładnie. Skończyliśmy rozmowę.

Na drugi dzień, jak co rano napisałam dzień dobry jak spałeś itp. Odpisał, że okej  i spytał jak ja się czuję. A ja jego zapytałam słuchaj, jak to teraz będzie? On mnie pyta ale z czym? Ja mowie z nami. A on mi na to pisze: teraz to już nie ma sensu, bo mówiłem ci, że jak rodzice mnie wyślą, to ja nie będę mógł z tobą być. Wyobrażasz sobie reakcję mojej mamy, jakby się dowiedziała, że ja za ich pieniądze przyjechałem i z tobą się zwiążę? Więc ja zapytałam:  jak to? Przecież mówiłeś, że czekasz żeby wyjechać stamtąd, a teraz co? On powiedział tylko, że to nie ma sensu. Spytałam go dlaczego mnie tak zranił, mógł mi to wcześniej powiedzieć. On mówił, że myślał, że ja rozumiem jaka jest sytuacja, że jak ja go nie sprowadzę do Europy to już nie mam szans.

A czy Ty kiedykolwiek wcześniej to słyszałaś od niego?

Powiem tak: jak ja pytałam, jak on sobie to wyobraża, to on mówił mi parę razy, że jeśli rodzice mnie nie zaakceptują, to albo będzie musiał ze mnie zrezygnować, albo z rodziców żeby być ze mną. Jak zapytałam, co ma na myśli, to mówił, że jak będzie ze mną i założy rodzinę, to po prostu swojej mamie i tacie nie powie nic dopóki nie będą na tak jeżeli chodzi o mnie. Mówił, że jak będziemy mieli dziecko, to pojedziemy do jego rodziców, tylko żebym nie zabierała swoich starszych dzieci, bo nie wie, jak jego rodzina by na nie zareagowała. Ale nie mówił nic o tym, że my się nigdy nie pobierzemy, jak to nie ja będę tą osobą, która go przywiezie do Europy. Nigdy tego nie powiedział. Tylko mówił że będzie ciężko ich udobruchać. Planował jak nasz ślub będzie wyglądał, mówił mi, że chciałby mieć ze mną dzieci, bo widzi we mnie swoją żonę i matkę własnych dzieci. Mówił, że jego siostry mnie na pewno polubią itp. Tak naprawdę ja bym się tego nigdy nie spodziewała, że to się tak odwróci. Wychodzi na to, że wszystko to co mówił, nic nie znaczyło.

Przypomniałaś mu te wszystkie deklaracje włącznie z tą z tydzień przed wyjazdem, kiedy przecież wiedział, że jedzie za pieniądze rodziców i to mu nie przeszkadzało mówić że nigdy cię nie opuści?

On tak zakręcał, że nie chciał na to odpowiadać w ogóle. Tylko przepraszał, że tak się stało. Potem zaproponował mi układ. To było po dwóch dniach, bo ja skończyłam tamtą rozmowę nagle, usunęłam go ze znajomych, moje komentarze na jego profilu też usunęłam, zdjęcia i wszystko inne też – tak mnie to trawiło. No i po dwóch dniach napisał do mnie – uwaga – że dlaczego ja go tak zostawiłam?

Słucham?

Śmiać mi się teraz chce. Powiedziałam kto tu kogo zostawił i że nas już nic nie łączy, bo on już wybrał. A on wtedy powiedział, że on nie może o mnie zapomnieć i żebyśmy tego tak łatwo nie kończyli. I wtedy zaproponował ten układ: powiedział, że jak chcę z nim być, on będzie na mnie czekał aż się rozwiodę, ale o ślubie nie ma mowy ani o dzieciach też, bo on będzie musiał się ożenić w Maroku, jak mu mama żonę wybierze. No i tak będzie musiał ukrywać, że ze mną jest.

Co mu na to powiedziałaś?

Szok dla mnie totalny, niezły agent z niego. Tym bardziej, że jak on sobie to wyobraża? Związek haram, przed bogiem żeby tylko mamę uszczęśliwić? Powiedziałam, że jakby mnie kochał, to by to tak nie wyglądało. To ja będę tylko zabawką w ukryciu a w Maroku żona z dziećmi? To tak jakbym się związała z żonatym facetem, że mam w ukryciu siedzieć, a on swoja żonę tam będzie miał. Przecież to jest komedia jakiej w kinach nie grali.

Oburzył się na Twoją odmowę?

Zamknął się, ale nadal mówił żebyśmy tego nie kończyli, że jak nie chcę z nim być, to żebyśmy chociaż pisali czasem. Powiedziałam mu, że to nie ma sensu, bo on już wybrał swoją przyszłość.

A powiedz mi jak teraz to wszystko widzisz? Myślisz, że to wszystko było oszustwo dla wizy, czy raczej faktycznie jakieś uczucia były i życie/rodzina go przytłoczyły?

Pół na pół. Wyjaśnię ci o co mi chodzi: rozumiem, że kultura robi swoje. Wiem, że w islamie to nie jest zła rzecz być z rozwódką, ale z drugiej strony nie rozumiem, jak można się ożenić z kimś, kogo totalnie nie znasz, nie masz do niego żadnych uczuć, bo tak rodzice ci każą. Przecież on jest facetem, a nie kobietą, ma swoje zdanie. Jeżeli by mnie kochał, to wydaje mi się, że by się wstawił za mną i próbował rękami i nogami, żeby ze mną być. Z drugiej strony myślę, że on po prostu wiedział, że ja zawsze będę. Jak mnie poznał, mówił, że jeszcze nikt tak się o niego nie troszczył i nie pytał. Może on po prostu wiedział, jaka jestem i że jakby do mnie dołączył to miałby dobrze i to go trzymało? Ciężko powiedzieć. Ja czuję się oszukana i zraniona.

Wcale mnie to nie dziwi. Też bym się tak czuła – zwłaszcza w obliczu tak diametralnej zmiany.

Jak rozmawialiśmy już ostatni raz, zapytałam go, co dla niego jest ważne: czy wiza, czy miłość. Powiedział, że paszport, miłość i przyszłość, ale że miłość to nie wszystko. I że on nic nie może na to poradzić.

Trochę brzmi jakby sam się pogubił, a trochę jakby od początku wszystko robił z wyrachowania.

Tez tak pomyślałam. Ale jeżeli by chciał ze mną być i kochał szczerze nie mówiłby od razu słuchaj mówię ci ślubu nie będzie, nie ma mowy, bo ja będę musiał tam się ożenić i ze dzieci nie i nic. Kto tak planuje wszystko od razu?

Najdziwniejsze jest to, że tydzień wcześniej mówił coś całkiem innego.

No właśnie. Jakby wcześniej już mówił, że to będzie problem…

Ale z tego co zrozumiałam, nie powiedział nigdy nic takiego? Tylko tyle, że się będzie ukrywał?

Tak on tylko mówił, że będziemy się ukrywać, czyli wiesz, portale społecznościowe. Bo brat jego i kuzyn niby o mnie wiedzieli. On nawet mówił, że nigdy się nie podda. Że nie będzie słuchał rodziców, że jak założymy swoją rodzinę, to pojedziemy do Maroka, ale żebym tylko swoich dzieci nie brała, to wtedy wszystko będzie inaczej wyglądało, jak zobaczą nas razem z naszym dzieckiem. Że mnie polubią. Same słodkości mówił. Byle stamtąd wyjechać i z czasem rodzice będą okej.

Myślisz że kłamał?

Myślę, że tak, bo to za szybko się odkręciło. Przecież on nawet nie próbuje tylko z góry założył, że mam być jako zabawka. To co to ma znaczyć? Ciężko coś więcej powiedzieć teraz, bo minął dopiero tydzień. Może potrzebuję więcej czasu na rozkminkę, co to w ogóle było?

Rozumiem. Bardzo świeża sprawa. Przejdźmy może do pytania, które zadaję wszystkim moim rozmówczyniom, czyli: co byś z dzisiejszej perspektywy wskazała jako sygnały ostrzegawcze?

To, że on to wszystko ukrywał. Niby mówił mój kolega wie o tobie, ten wie, tamten wie, siostra wie i wspiera ale jak przyszło do rodziców, to cisza i on nawet nie próbował jakoś pokazać, że on będzie walczył, żeby ich udobruchać.
I jeszcze to, że jak pytałam go często o screeny z kim pisze na Fb lub WhatsApp, to zawsze mu to jakoś dużo czasu zajmowało i pytał ale po co i na co, żeby tylko to przeciągnąć i chyba pousuwać wiadomości – teraz do mnie to dochodzi. Nawet kiedyś nie chciał mi pokazać kogo ma zablokowanego na fb, bo mówił, że to jego prywatna sprawa. Więc wydaje mi się, że każde ukrywanie czegoś powinno być takim głównym powodem do zmartwień.

A  co byś doradziła kobietom, które poznają takiego egzotycznego absztyfikanta w Internecie?

Po pierwsze życzyłabym, żeby poświęcić więcej czasu na rozmowy, poznanie drugiej osoby w realu, jego rodziny i znajomych, żeby widzieć, jak ta osoba się zachowuje w innym otoczeniu, nie tylko z nami. I nie wierzyć w każde słowo, bo w moim przypadku mogę powiedzieć, że nie tylko na początku były kłamstwa żebym się złapała, ale potem kontynuował i zagłębiał się w tym wszystkim, a ja naprawdę w to wierzyłam.

Bardzo ci dziękuję za rozmowę.

Jak to jest być w związku mieszanym?

Jako szczęśliwa (zazwyczaj) posiadaczka Męża z Importu, często spotykam się z pytaniami o to jak to jest być w związku mieszanym i czy doświadczam(y) wielu problemów związanych z różnicami kulturowymi.
Odpowiedź brzmi: tak naprawdę to nie wiem. Nie wiem jak to jest ogólnie być w związku mieszanym, bo nie wiem jak jest innych związkach, gdyż każdy z nich ma przecież swoją specyfikę.
Mogę mówić tylko o swoim, a kiedy już o nim mówię, mam wrażenie, że część osób jest zaskoczona, albo przepełniona niedowierzaniem, gdy stwierdzam, że dla mnie mój związek mieszany jest taki sam jak każdy inny związek. Różnice między nami owszem, występują, jak w każdej parze, ale nie nazwałabym ich różnicami kulturowymi.


Kącik psychologiczny

W psychologii od dawna trwa debata zwana „Nature vs Nurture”, która dotyczy próby ustalenia, co bardziej kształtuje człowieka: geny czy środowisko? Czytałam kiedyś książkę poświęconą badaniom na ten temat i wynikało z nich, że wpływ ten rozkłada się mniej więcej pół na pół. Warto jednak zaznaczyć, że określenie środowisko w tej debacie jest bardzo szerokie i obejmuje wszystko, co nie jest genami: od oddziaływań hormonalnych w okresie prenatalnym, przez składniki odżywcze w diecie, klimat, status socjo-ekonomiczny, ilość i kolejność rodzeństwa, wychowanie, socjalizację, wpływy rówieśników, mediów itd itd. Dlaczego o tym mówię? Żeby pokazać, że o ile kultura niewątpliwie jest ważna i wpływa na człowieka, to jest zaledwie jednym z wielu elementów. Czynników, które nas kształtują jest dużo i wpływają one nie tylko na nas ale też na siebie nawzajem. I to do tego stopnia, że wpływ środowiska może regulować ekspresję genów albo uaktywniać genetyczne skłonności. Na przykład wykluczenie pewnego składnika diety, może całkowicie wyciszyć objawy fenyloketonurii, która jest chorobą o podłożu genetycznym.


No ale wracając do rzeczy.
Skoro już wiemy, że kultura jest zaledwie jednym z czynników, które nas kształtują i że te czynniki oddziałują na siebie nawzajem, łatwo dojść do wniosku, że nie na każdego będzie ona miała taki sam wpływ. I na nas chyba po prostu ma niezbyt duży – stąd brak odczuwalnych różnic.

Ale jak to? Pytacie?

Już Wam to opisuję bardziej szczegółowo. Zacznę od takich bardziej „powierzchniowych” elementów:
Ja nie lubię za bardzo polskiej muzyki i mam odruch wymiotny na dźwięk disco-polo (w ogóle jestem raczej amuzykalna, ale to inna sprawa). Szalony Naukowiec nie lubi muzyki marokańskiej poza paroma wyjątkami. Ja nie przepadam za polskimi filmami i rzadko je oglądam. O kinie marokańskim nawet od niego nie słyszałam. Słuchamy muzyki amerykańskiej (ja) amerykańskiej, irlandzkiej i ścieżek dźwiękowych (on), oglądamy filmy i seriale amerykańskie, czasem wpadnie kino europejskie albo jakiś hiszpańskojęzyczny horror (to ja) oraz anime (on). Każde z nas raczej lubi kuchnię swojego kraju, lubimy też kuchnię tajską, włoską, meksykańską, portugalską, sushi, steki (to on), burgery i tak dalej. Ubieramy się oboje w klimacie dżinsy + tshirt i bluza.

Na kulturę składa się dużo więcej niż jedzenie, stroje, muzyka i filmy. Przejdźmy więc na głębszy poziom:
Mamy z Kolegą Małżonkiem podobny sposób myślenia, oboje jesteśmy mocno racjonalni, logiczni i krytyczni, nie mamy skłonności do myślenia magicznego, przyjmowania rzeczy na wiarę. Mamy podobny stosunek do planowania oraz do czasu i punktualności – na przykład wolimy umawiać się z wyprzedzeniem i na konkretną godzinę niż działać na spontanie. Oboje nie znosimy się spóźniać. Wyznajemy podobne wartości: mamy podobne podejście do pieniędzy, takie same przekonania dotyczące ról płci w społeczeństwie i w rodzinie (oboje jesteśmy zwolennikami partnerskiego modelu związku i uważamy, że obie strony w parze powinny być w stanie być finansowo niezależne i samodzielne. Dzielimy się po równo obowiązkami domowymi i nie funkcjonuje u nas pojęcie „faceta pomagającego kobiecie w domu”). Łączą nas też przekonania na wiele różnych tematów od aborcji, przez eutanazję, stosunek do szczepionek, LGBT, adopcji LGBT, praw kobiet, po religię (oboje jesteśmy ateitami) itd. Mimo, że nie mamy dzieci, jesteśmy raczej zgodni, co do tego jak miałyby być one wychowywane. Tak, zamiłowanie do dyskusji o charakterze teoretycznym i abstrakcyjnym też mamy wspólne 😉

Oczywiście czasem się zdarza, że jedno z nas nie łapie odniesienia do jakiejś książki, czy filmu, czy wydarzenia historycznego, ale w takich sytuacjach widzę to raczej w kategoriach odmiennych doświadczeń indywidulanych niż różnic kulturowych.

Czy tak jest w każdym związku mieszanym? Nie sądzę. Każdy związek jest inny, ba, każdy człowiek jest inny. Na jednych kultura i tradycja oddziałuje silniej, na innych słabiej. I to jest ok. Doświadczanie różnic kulturowych też jest ok. Nie ma przecież żadnej recepty na udany związek, która by głosiła, że takich różnic być nie powinno. Wiele par ich doświadcza i doskonale sobie z nimi radzi. Jedyne co jest ważne to włąśnie to jak do tego wszystkiego podejdziemy. Dlatego warto w taką relację wchodzić z otwartą głową. Liczyć się z tym, że różnice kulturowe mogą się pojawić, ale nie bać się ich i nie doszukiwać ich na siłę (bo kto szuka ten znajdzie, nie?).

Chwytanie chwil

Kiedy założyłam tego bloga prawie dwa lata temu, jeszcze tylko na Facebooku, służył mi on w znacznym stopniu jako pamiętnik. Chwytałam i uwieczniałam fragmenty naszego życia, a od czasu do czasu rozpisywałam się o jakichś swoich przemyśleniach. Z czasem, zwłaszcza od kiedy przeniosłam się na platformę blogerską i zaczęłam używać instagrama, zgubiłam trochę swój oryginalny zamysł. Okruchy życia trafiają teraz na IG i czasem na facebooka, a na blogu rządzą dłuższe artykuły. Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy mi się to podoba. W ogóle ciężko mi odnaleźć równowagę pomiędzy wszystkimi platformami, na jakich teraz funkcjonuję. Czy wrzucanie tej samej treści na trzy jednocześnie, to dobry pomysł czy uciążliwy spam? A przecież od początku celem tego bloga miało być pokazywanie fragmentów naszego życia. Cel nieco się rozwinął, ale to nie znaczy, że chcę całkiem odejść od korzeni. I dlatego wymyśliłam, że na razie – póki nie wpadnę na lepsze rozwiązanie – będę te wszystkie okruchy zbierała w tym jednym, dedykowanym do tego poście.



Jak zostać strollowanym przez kota? 🐈

1. Namierz posłanko, z którego kocica od dawna nie korzystała;
2. Skoro nie korzysta, to nie zauważy chwilowego braku, prawda?
3. Wrzuć je do prania;
4. Odłóż 💧 mokre 💧posłanko do wyschniecia;
5. Znajdź kota w środku.

09.12.2020


Jako szczęśliwa posiadaczka Męża z Importu, czesto spotykam sie z pytaniami o to jak mu się podoba Polska, jak mu (i nam razem) sie tu żyje, czy lubi polskie jedzenie itd.
O moim mężu i polskim jedzeniu jeszcze kiedys napiszę, podobnie jak o tym, jak nam się tu żyje. Dziś będzie o tym, co podoba mu się najbardziej.

W kategorii „miasta”, w prywatnym rankingu Szalonego N. prowadzą Wrocław i Gdańsk.
Natomiast w kategorii ogólnej, absolutnym faworytem są #bieszczady
Ja także się w nich zakochalam, ale o ile na mnie największe wrażenie zrobiły Połoniny, o tyle mój mąż kocha lasy. Więc z okazji #instaftorek_kfs z @kobiecafotoszkola proszę bardzo: konkretny #las który jak dotad najbardziej go zauroczył.
Do tego stopnia, że zdążyliśmy juz omówić pomysł działki, a nawet pracy zdalnej (w koncu w czasach zarazy czemu nie?) z bieszczadzkiej głuszy.

Czyli innymi slowy, mąż mój najwyrazniej jest hipsterem który mógłby #rzucićwszystkoiwyjechaćwbieszczady

A co Waszym Facetom z Importu (i lokalnym, nie dyskryminujmy) najbardziej podoba się w Polsce?

08.12.2020


Wczoraj była Barbórka – imieniny Barbary. Czyli moje, chociaż zazwyczaj robię co mogę, zeby trzymać się od pelnej wersji mojego imienia z daleka. Swoją drogą praca w amerykanskim korpo jest super, w Polsce raczej by nie przeszło podpisywanie sluzbowych maili „Basia”, prawda?

No ale wracając do rzeczy. Nie wiem jak Wy, ale ja wychodzę z założenia, że im więcej okazji do świętowania (i prezentow!) tym lepiej. 🎁🎉🎈
Proponowałam nawet Szalonemu Naukowcowi, żeby przyjął sobie jakieś polskie imię tylko po to żeby też mieć imieniny, ale nie chciał.
Nie rozumiem czemu🤔

W tym roku jesteśmy na progu remontu i generalnie staramy się zminimalizować nasz stan posiadania i pomieścić cały dobytek w ograniczonej liczbie kartonów, wiec zarówno Barbórce jak i Gwiazdce przyświecać ma motto „mniej znaczy wiecej”.
Mniej nie oznacza jednak zero, prawda?

I tak sobie myślę, że to trochę znak naszych czasów, że człowiek sie cieszy z akcesoriów do home office, ktore dostał w prezencie 😅🤣

05.12.2020


W tym tygodniu stuknęło nam 7 lat razem. 7 lat wygłupów, śmiechu, goracych dyskusji, przygód, poznawania świata, siebie nawzajem i samych siebie w całkiem nowy sposób.
7 lat odkrywania nowych miejsc, robienia nowych rzeczy i próbowania nowego jedzenia. 7 lat nieprzerwanej rozmowy, zasypiania w swoich objęciach, budzenia się razem, wspólnych śniadań, kolacji i przekąsek o północy. Setki godzin obejrzanych filmów, dziesiatki godzin spędzonych w samolocie razem lub do siebie. Trochę mniejszych i większych sporów i zarwanych nocy. Tańczenie na środku salonu do naszej piosenki, kibicowanie jego ulubionej drużynie, ocieranie mi łez kiedy po raz kolejny oglądam The Notebook albo Star is Born, ściskanie się za ręce na rollercoasterach i wymienianie spojrzeń z dwoch stron parkietu w nocnym klubie. 11 odwiedzonych razem krajów, 3 śluby, 7 sukienek.

Są takie osoby, z którymi bycie jest proste jak oddychanie (bez koronawirusa), a nawet trudności i problemy dzielą się przez dwa. Są takie osoby, z którymi dobrze się jest nawet kłócić, bo po prostu wiesz, ze za chwilę i tak się bedziecie z tego śmiać. Są takie osoby, z którymi można być w 100% sobą w swojej najprawdziwszej, surowej, totalnie szczerej wersji bez lęku przed krytyką i osądzaniem.

Podobno w siódmym roku przychodzi kryzys, ale ja żadnego nie zauważyłam. #happyasever 💙

03.10.2020


CISZA.
Tematem dzisiejszego wyzwania #instawtorek_kfs z @kobiecafotoszkola jest cisza.
Zdjęcie, które widzicie zrobiłam na szczycie lodowca Hintertux w Austrii, na wysokości ok 3300m. O ile akurat nie wieje wiatr i nie krzyczą narciarze (a oni raczej krzyczą na niżyszch poziomach), panuje tam cisza niemal doskonała.

Ci z Was, którzy czytają mnie nieco dłużej, wiedzą, że okolice Hintertux są jednym z moich ulubionych miejsc na świecie i że wiążę z nimi duży sentyment ponieważ były świadkiem naszych zaręczyn💙 Być może wiecie też, że od kiedy się znamy (a właściwie o rok dłużej) Szalony Naukowiec przyjeżdżał tu co roku w związku z pracą – a ja czasami z nim na doczepkę. W tym roku też pojechaliśmy i była to nasza ostatnia podróż w świecie przed pandemią, a także – dla mnie – ostatnia dłuższa niż przedłużony weekend 🥺
W tej sytuacji możecie sobie wyobrazić, że bardzo liczyłam na to, że już za kilka miesięcy pojedziemy tam znowu… Niedawno dowiedzieliśmy się jednak, że przyszłoroczna edycja Warsztatów Szalonych Naukowców się nie odbędzie, więc pewnie będziemy musieli poczekać kolejny rok.

Ale wiecie co? Nie ma tego złego! Niewiele później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy chyba jedynymi ludźmi w Polsce, których ekipa budowlana jest dostępna WCZEŚNIEJ niż to było oryginalnie planowane 💪🏻💪🏻 w związku z czym teraz przynajmniej remont i wyjazd nie będą wchodziły w kolizję.
Także Rozczarowanie Mode: off i Pannic Mode: on 🤯😱


29.09.2020


Dziś będzie o pierscionkowej ironii losu. Takiej malutkiej.

Wiecie że białe złoto wcale nie jest białe, ale słomkowo żółte? Srebrny kolor, który widzimy (i który ja uwielbiam) zawdzięczamy warstwie rodu. A ta sie czasami wyciera, ukazując żółtawą rzeczywistość. Miesiąc temu oddałam swój ukochany zaręczynowy pierscionek do ponownego rodowania (i czyszczenia przy okazji). Wreszcie wczoraj do mnie wrócił 😍 wyznam Wam na marginesie, że bardzo się cieszę, że Szalony Naukowiec wybrał tanzanit a nie diament, jakoś wolę niebieskie kamienie💙
A Wy wolicie „typowe” pierścionki zaręczynowe z brylantem, czy może jakies inne?

No ale gdzie ta obiecana ronia? Otóż tego samego dnia, kiedy odebralam lsniacy nowością pierscionek zareczynowy, podczas video rozmowy z rodziną męża, chłopak mojej starszej szwagierki zapowiedział, że niedługo możemy się spodziewać imprezy zaręczynowej w Maroku 😲😲😲 i zaraz potem wlasciwie poprosił teściów o jej rękę 😲 Zaskoczył tym chyba wszystkich, zwłaszcza, że (jeszcze) się wcale nie oświadczył. No ale teraz to już kwestia czasu. Więc wygląda na to, że całkiem niedługo będę miała nowego całkiem francuskiego szwagra i przestanę być jedyną bladą twarzą w najbliższej rodzinie🎉🎉
Bardzo jestem ciekawa jaki on wybierze 💍?

24.09.2020


To zdjęcie może nie jest jakieś superimponujące, ale weźcie pod uwagę, że zostało zrobione w środku nocy komórką!
Jednym z powodów, dla których wybrałam wlasnie Bieszczady na Urodzinową Wyprawę jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu calkowicie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia obserwować gwiazdy, więc takie okoliczności przyrody stanowiły doskonałe tło dla jego urodzinowego prezentu. Jak myślicie? Co dostał?

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!)jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Wczoraj wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!

20.09.2020


Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razow niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: że przeżywamy razem cos nowego dla obojga. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę.

A mówię o tym dlatego, że właśnie, z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam wycieczkę-nieslodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczukra, który spędził ostatnie pół roku na Home Office. Dziś wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszlismy na Połoninę Witlińską. 4 godziny łażenia po górach, a w bezpośrednich wysokosciach pokonaliśmy chyba ok 500m! Może to niedużo, ale ja jestem z nas dumna! Pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jedniczesnie chłodno (jakies 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie idealna pogoda do wdrapywania się pod górę.

18.09.2020


Wczoraj pojechaliśmy oglądać wrzosowisko Mostówka. Najpierw trochę się błąkaliśmy po lesie, który pachniał zupełnie jak podczas moich wakacji w dzieciństwie, a kiedy w końcu dotarliśmy do celu (idźcie wzdłuż torów jeśli nie interesują was spacery polesie), widoki były naprawdę świetne, mimo, że chyba załapaliśmy się na samą końcówkę kwitnienia. Z resztą sami widzicie.
___
No ale ja nie o tym chciałam. Chciałam napisać o tym, że w pewnym momencie soboty, dużo nie brakowało, żeby wycieczka nie doszła do skutku, bo mocno się z Szalonym Naukowcem pokłóciliśmy o kompletną głupotę. Zaczęło się od nieporozumienia, ale dyskusja na jego temat rozrosła się do dość absurdalnych rozmiarów. Dziś rano z kolei przeczytałam na facebooku posta, w którym autorka wspomniała, że zazwyczaj nieporozumienia z mężem zamiata pod dywan, bo one nie szkodzą dopóki – no właśnie – się nie rozrosną. Zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Ale wiecie co? Jednak to nie jest podejście dla mnie. Dla mnie każde nieporozumienie jest jak mikroskopijna igiełka wbita w palec (miałam kiedyś takiego kaktusa, którego najmniejsze igiełki były cieniutkie jak włos, a jednak wbijały się w skórę bez problemu): sama w sobie nieszkodliwa, ale jak się jej nie usunie, a pojawią się kolejne, to w końcu boli przy najmniejszym dotyku. Dlatego każde nieporozumienie wyjaśniamy do dna, niezależnie od tego ile czasu to zajmuje (a czasami potrafi zajmować bardzo dużo).

14.09.2020


Odświeżyłam post na temat finansów w związku mieszanym (i nie tylko), a wiąże się z nim taka oto anegdotka:
Żeby zrobić zdjęcie, które widzicie niżej użyłam swojego portfela i – oczywiście – zapomniałam potem odłożyć go do torebki. Zdałam sobie sprawę z tego faktu – oczywiście – w sklepie.
Wyobraźcie to sobie:
W sklepie kolejka na 5 osób, działa akurat tylko jedna kasa. Moje zakupy już skasowane, w torbie mam między innymi lody. Sięgam po portfel… Nie ma. Na szczęście mogę zapłacić telefonem. Kiedyś można było zrobić to po prostu uruchamiając NFC i otwierając aplikację bankową, ale od tego czasu sporo się zmieniło: teraz najpierw trzeba skonfigurować Google Pay, czego wcześniej celowo nie zrobiłam. Teraz jednak nie mam wyboru, piszę więc do męża żeby mi podesłał numer mojej karty ASAP. On oczywiście nie może jej znaleźć, o co nawet ciężko go winić, bo zostawiłam portfel na toaletce (no co, potrzebowałam białego tła). W końcu znalazł. Niestety nie zrozumiał, że pisząc „my card” miałam na myśli kartę do mojego rachunku indywidualnego („no przecież obie są twoje”), a że poszłam po normalne zakupy spożywcze, wysłał mi numer karty do wspólnego konta. W innym banku (to będzie ważne za moment). Wpisuję. Jeszcze trzeba cvc i datę ważności… Czekam. Pani za kasą się niecierpliwi, lody się rozmrażają. W końcu dosłał, wpisuję. Gotowe!
Próbuję zapłacić.
Ups.
“Ta karta nie obsługuje tego typu płatności”
Nie bez powodu chciałam użyć innej. Piszę znowu, żeby dosłał mi dane drugie karty jeszcze bardziej ASAP. Babka za kasą się coraz bardziej niecierpliwi, ludzie w kolejce jakby też. Dobra, wysłał. Wpisuję.
Już przykładam telefon… a tu jeszcze jedna autoryzacja.
W tym momencie kasjerka traci cierpliwość i anuluje moje zakupy.
5 sek. później: konfiguracja zakończona. Mogę wrócić na koniec kolejki.
___
No więc mam nadzieję, że post który mnie kosztował tyle nerwów się Wam podoba.

11.09.2020


W weekend pojechaliśmy ze znajomymi korzystać z ostatnich dni lata. Pewnie widzieliście już na stories, ale skoro Instagram robi teraz za taki mój quasi pamiętnik, to wrzucam pamiątkę i tutaj. Było bardzo fajnie, pomimo tłumów ludzi ochoczo zbijających się w stad(k)a na ulicach Kazimierza, jakby wirusa nie było. Pogoda była świetna (chwilami aż nawet zbyt gorąca), towarzystwo też niczego sobie😎 Zwiedziliśmy Park Zdrojowy w Nałęczowie, Zajrzelismy do Parku Czartoryskich w Puławach, przespacerowaliśmy się bulwarami w Kazimierzu i Wąwozem Korzennym, wdrapaliśmy się też do ruin zamku i na Górę Trzech Krzyży. Przy tej okazji o mało nie wyzionęłam ducha – najwyraźniej codzienne chodzenie na stepperze nie utrzymuje mojej kondycji na takim poziomie na jaki liczyłam. No i naprawdę słabo znoszę upały.

Tak czy inaczej naprawdę fajnie było się tak na chwilę wyrwać z miasta!
___
Z innej beczki: Ostatnio cierpię na lekki niedobór weny blogowej. Mam kilka pomysłów, miedzy innymi kolejną rozmowę w ramach Kozetki albo post o tym czy to prawda, że faceci z importu zmieniają się, kiedy wrócą do kraju ojczystego (i dlaczego) i kilka innych, ale chętnie bym przygarnęła jakieś sugestie/pomysły. Więc jeśli jest coś o czym chcecie poczytać: to jest dobry moment, żeby się tym podzielić.

To miłego poniedziałku moi drodzy! Mam nadzieję, że Wasz będzie lepszy niż mój, bo ja (jak zwykle ostatnio) poszłam za późno spać, gdyż się zaczytałam🤦🏼‍♀️

07.09.2020


Idzie nowe.
Zapowiadałam Wam wczoraj, we wrześniu zaczyna się dla nas nowy etap. Zanim powiem Wam jaki, wspomnę tylko, że nigdy nie lubiłam zmian, a już zwłaszcza takich dużych. Na przykład przeprowadziłam się tylko raz w życiu. To było prawie 8 lat temu, kiedy skończyłam studia, szkolenia, staże i wreszcie dostałam pracę, za której wykonywanie ktoś chciał mi zapłacić. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po podpisaniu umowy po okresie próbnym, było spakowanie się i wyniesienie od rodziców. Od tego czasu mieszkam tu gdzie mieszkam.
Po trochę ponad roku w moim życiu pojawił się Szalony Naukowiec i – jak już może wiecie – dość szybko zaczęliśmy razem pomieszkiwać. Oficjalnie zamieszkaliśmy razem 6 lat temu. I od tego czasu zaczęły się „problemy”, bo on – w przeciwieństwie do mnie – zmiany lubi, a w kwestii aranżacji wnętrz przywiązuje znacznie większą wagę do estetyki niż ja (wtedy). I ciągle mu coś nie pasowało.
Jeśli interesuje Was więcej szczegółów na temat mojej wyprowadzki, początków mieszkania samej i tego co wynikło z tego, że Szalonemu ciągle coś nie pasowało: zapraszam na bloga #linkwbio. Spokojnie, tam też doczytacie co to za nowe idzie. Ale jeśli wolicie doczytać tu to proszę bardzo: po MIESIĄCACH dyskusji, sporów i kłótni podjęliśmy w końcu decyzję: zabieramy się do Wielkiego Generalnego Remontu. Zdecydowaliśmy się skorzystać z profesjonalnego wsparcia architekta wnętrz i właśnie już za kilka dni zaczynamy prace nad projektem koncepcyjnym!

1.09.2020


Jak szybko i łatwo ugotować mężowi jego ulubione danie (czyli penne w sosie brokułowo-śmietanowo-serowym – jeśli to ma jakieś znaczenie)?

1. Wstaw osoloną wodę w dwóch garnkach;
2. Powiedz mężowi, że idziesz pod prysznic i żeby wstawił brokuły i makaron jak woda się zagotuje;
3. A w ogóle to będzie potrzebny zlew i czy mógłby go opróżnić (czytaj: włożyć naczynia do zmywarki);
4. Przyjdź wykąpana, podgrzej śmietanę (12 lub 18% im mniej tłuszczu tym będzie bardziej kwaśne, a jak wiadomo, od kwaśnego mniej rośnie tyłek) w rondelku, dorzuć 3 trójkąciki serka topionego i pomieszaj. Muszą się roztopić, to chwilę potrwa;
5. Idź zanotować pomysł na post na bloga, po drodze wspomnij mężowi (który kończy ładować zmywarkę) że będzie potrzebny starty ser;
6. Wróć do kuchni, kiedy usłyszysz, że mąż właśnie odlewa makaron;
7. Pomieszaj w rondelku, dodaj starty ser. Powiedz mężowi że źle go starł;
8. Odlej brokuły, rozgnieć widelcem, dodaj do sosu, pomieszaj, wylej na makaron, ktory już czeka na talerzach;
9. Voila, ulubione danie męża gotowe
___
Czy u Was w domu też najpierw każdy ustala, ile gramów makaronu chce na obiad, a potem ktoś go odważa przed i po ugotowaniu i przelicza właściwe proporcje porcji, które trafiają na talerz? Czy to tylko Szaleni Naukowcy tak mają, a normalni ludzie gotują – niedajborze – na oko??

27.08.2020


Zaczął się ostatni tydzień sierpnia, a to oznacza, ze wakacje są oficjalnie prawie za nami. Ja w tym roku (no, od lutego) nie miałam okazji nigdzie wyjechać na dłużej niż przedłużony weekend. Kocham podróżować i dopiero od niedawna zaczynałam bardziej rozwijać skrzydła w tym zakresie, a i tak wiecznie coś stało na drodze: a to finanse, a to oczekiwanie na kolejną kartę pobytu Szalonego Naukowca, któryś kolejny ślub albo jeszcze coś innego. Mimo to co roku udawało nam się wyjechać przynajmniej na ten jeden około-dwutygodniowy urlop, a najczęściej jeszcza na jakieś pomniejsze wycieczki. Ten rok miał być pierwszym bez żadnych przeszkód, ba! ironicznie: zaczął się na wyjeździe. I co? Wyszło jak wyszło. Więc jeśli ktoś wierzy w powiedzonko „Nowy Rok jaki, cały tok taki” to uprzejmie informuję, że ono nie działa.
Siedzę więc w domu, tęsknię za wakacjami i rozmyślam o kierunku w jakim zmierza moje życie. Może za jakiś czas będzie z tego jakiś post. Ale na razie nie ma. Na razie jest jedno z ostatnich zdjęć jakie zrobiłam podczas ostatniego wyjazdu weekendowego na Mazury: pomiędzy Ostródę, a Elbląg (konkretnie: okolice wsi Pozorty). To tak w ramach pocieszania się, że wyjechałam GDZIEKOLWIEK, a przy okazji w ramach tematu na dzisiejszy #instawtorek z @kobiecafotoszkola jakim jest „Polska jest piękna”. Na zdjęciu chwia przed deszczem, który miał być ale jednak nie mógł się zdecydować. Droga która (jak mogłoby się wydawać) prowadzi donikąd.
Wszelkie odniesienia do rozmyślań egzystencjalnych jakie dziś uprawiam są niezamierzone i totalnie przypadkowe.

25.08.2020


Jak to jest, że kiedy za oknem przejeżdża kolumna pojazdów na bardzo głośnym sygnale, kotu nawet ucho nie drgnie podczas drzemki, ale dźwięk telefonu podnoszonego rano z szafki przy łóżku, wyrywa ją z najgłębszego snu i momentalnie aktywizuje? Nawet juz nie budzik: ledwo wezmę rano do ręki telefon żeby sprawdzić, która godzina, Kota natychmiast materializuje się koło łóżka i w bardzo głośny sposób domaga śniadania. #kotytakiesą 🐱
Poza tym zawsze, ale to zawsze psuje mi zdjęcie 📸 Albo w ostatniej chwili się ruszy, albo w ogóle zmieni pozycję (nawet pogrążona w najgłębszym śnie), kiedy się tylko zbliżę z aparatem, albo zignoruje wszystkie dźwięki, które z siebie wydaję żeby tylko spojrzała w obiektyw. Albo rzuca mi takie właśnie spojrzenia z góry. Nie wiem, czy to pasuje do #wyzwaniezkłaczkiem bo mina raczej nie jest śmieszna, ale co ja poradzę, że ta modelka NIGDY nie współpracuje?
Wasze czworonogi też tak mają?

24.08.2020

Temat na dzisiejszy #instawtorek u @kobiecafotoszkola jest moje najlepsze/ulubione zdjęcie.
Wyznam Wam szczerze, że marna ze mnie fotografka. Dla mnie zdjęcia to głównie pamiątki. Uwielbiam selfies, często cykam fotki pysznemu jedzeniu, prezentom, które daję lub dostaję, różnym miłym chwilom no i niemal nie wypuszczam telefonu z rąk, kiedy podróżujemy. Staram się uchwycić jak najwięcej pięknych chwil żeby móc do nich później wracać. Czasem ciężko mi nawet utrzymać równowagę między chwytaniem momentów, a przeżywaniem ich. Średnio w tym wszystkim zwracam uwagę na takie rzeczy jak kadrowanie, kompozycja a nawet obiektywna ciekawość tematu.

Kiedy poznałam dzisiejszy temat, najpierw przyszły mi do głowy zdjęcia z Zanzibaru – są takie piękne! Ale potem pomyślałam, że to przecież w 100% zasługa tych widoków, które same z siebie robią całą robotę. I wtedy przypomniałam sobie tą fotę, którą widzicie wyżej, zrobioną NA PUSTYNI (tak, dobrze czytacie). Byłam z siebie strasznie dumna, że uchwyciłam takie ciekawe ujęcie. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam, że zrobiłam naprawdę ciekawe, dobre (nie tylko ze względu na swoją pamiątkową wartość) zdjęcie.

Do dziś nie wiem, jaka historia kryje się za tymi łódkami leżącymi na środku marokańskiej pustyni Agafay, czyli jakieś 150km w linii prostej od oceanu. Może są tam od potopu?

18.08.2020

Strategie reprodukcyjne a Maryja dziewica

Oglądaliście Jane The Virgin? Pamiętacie scenę z pogniecionym kwiatkiem?

Maja z Miłość w Czasach strefowych w swoim ostatnim poście wezwała mnie do podzielenia się ze światem moją (no dobra, nie jest ona tylko moja, ale dowiedziałam się o tym dopiero później) teorią na temat pochodzenia męskich zapędów do kontrolowania kobiecej seksualności.

tl;dr
Robią to, bo każe im biologia 😉

Zacznijmy od podstaw: człowiek to zwierzę.

Zwierzęta mają różne strategie reprodukcyjne. Strategia reprodukcyjna to taki system cech i zachowań, które umożliwiają przetrwanie gatunkowi. Czyli w uproszczeniu: wszystko co odpowiada na pytanie co zrobić żeby skutecznie przekazać geny dalej? I to skutecznie jest tu ważne, bo nie chodzi tylko o to, żeby narobić potomstwa, ale o to, żeby to potomstwo przeżyło i mogło rozmnażać się dalej.

W pewnym uproszczeniu, w naturze występują ich dwa rodzaje: oparte na ilości i oparte na jakości (powiedzmy). Strategie oparte na ilości polegają na tym, że produkuje się jak najwięcej młodych z nadzieją, że jak będzie ich wystarczająco dużo, to ileś przeżyje. Ma to sens w przypadku potomstwa, które przychodzi na świat względnie gotowe do samodzielnego życia, dlatego ten typ strategii obserwujemy np. u ryb czy płazów1. Kojarzycie pewnie z lekcji biologii rybie tarło, czyli samice składające niezapłodnione jeszcze jajeczka i odpływające w siną dal, a samce polewające je potem mleczem (czyli rybim nasieniem) i także odpływające w sobie tylko znanym kierunku. W przypadku tego typu rozrodu większość młodych osobników nie przeżywa, ale jest ich na tyle dużo, że nikt się tym nie przejmuje.

Jeśli chodzi o ten drugi typ, który roboczo nazwałam opartym na jakości, występuje on w przypadku gatunków, których młode wymagają opieki zanim osiągną stopień rozwoju pozwalający na samodzielne przeżycie. W tym przypadku bardziej opłaca się sprowadzić na świat mniejszą ilość potomstwa i zainwestować w lepszą opiekę, co znacząco podnosi jego szanse na przeżycie1. Z tą strategią mamy do czynienia w przypadku ssaków czy ptaków, chociaż szczegóły też będą się tu różniły w zależności od gatunku.

Inwestycje rodzicielskie czyli kogo ile kosztuje przedłużanie genów

Wspomniana opieka i zapewnianie przetrwania, nazywana jest inwestycją rodzicielskią2 i oznacza wszystko, co robi rodzic/rodzice żeby zwiększyć szanse przetrwania młodych – wchodzi w to zarówno czas i zasoby poświęcone na utrzymanie potomstwa przy życiu i uczenie go różnych życiowych umiejętności jak polowanie czy latanie, ale także: stratega doboru partnera. O ile w większości przypadków – zwłaszcza wśród ssaków – to samica ponosi inwestycję w sensie poświęcania czasu i zasobów (tzw. exclusive paternal care czyli opieka nad młodymi w wykonaniu samego samca jest dość rzadka w świecie zwierząt; zapłodnienie, ciąża, poród dzieją się kosztem organizmu samicy), o tyle samiec: niekoniecznie. Sądzę, że wynika to z faktu, ze samice zazwyczaj dysponują znacznie mniejszą ilością gamet niż samce3, w związku z czym w ich interesie leży optymalizacja ich wykorzystania. Dlatego o ile samica nie za bardzo ma tu różne możliwości, o tyle dla samca – w uproszczeniu – możliwe są znowu dwie opcje: na ilość i na jakość. Czyli albo może próbować zapłodnić tyle samic ile się da, albo raczej skupić się na jednej i na wspólnej opiece nad potomstwem (co w naturze zdarza się rzadziej).
To wszystko nie jest aż takie proste i zerojedynkowe, ale na potrzeby tego wpisu nie będę się bardziej zagłębiała w szczegóły.

Nawiasem mówiąc, czyli czy to prawda, że faceci wolą młodsze, a kobiety bogatych?

Swoją drogą, skoro już mowa o doborze partnera, są badania, które pokazują, że mężczyzn pociąga w potencjalnym partnerkach seksualnych płodność (czyli kobiety młode, zdrowe, z wyraźnie zaznaczonymi cechami płciowymi – takie które wyglądają na zdolne do łatwego zajścia w ciążę i urodzenia dziecka), a kobiety pociąga capacity to provide czyli zasoby i możliwości ich zapewnienia (czyli mężczyźni, który będą w stanie więcej zainwestować w wychowywanie ludzkiego młodego)4.

No ale wracając do tematu.

Odnosząc to wszystko do człowieka: nasz gatunek wymaga jednych z największych inwestycji rodzicielskich w naturze. Ludzie młode potrzebuje absurdalnie dużo czasu i zasobów aby osiągnąć niezależność, a samodzielne doprowadzenie go do tego stanu jest niezbyt łatwe (czyli: mało opłacalne). Ogólnie rzecz biorąc: jest to inwestycja długoterminowa i absorbująca dużą ilość zasobów. I tak właśnie przechodzimy clu programu i pointy tego wpisu: o ile samica ma pewność, że inwestuje w swoje geny, o tyle samiec jej nie ma. Z punktu widzenia biologii i strategii reporodukcyjnej (której celem – w uproszczeniu – jest przedłużenie własnych a nie cudzych genów) jest to poważny problem. I stąd w psychologii ewolucyjnej pojawia się pojęcie sexual jalousy4,5. Co ciekawe, ale wcale nie zaskakujące biorąc pod uwagę, wszystko co napisałam, badania sugerują, że mężczyźni są bardziej zazdrośni o seks, a kobiety o relację – zapewne dlatego, że największym ryzykiem dla samca jest inwestycja w wychowywanie cudzego potomstwa, a dla kobiety: zostanie z potomstwem bez zasobów dostarczanych przez samca5,6.

Dylemat ojcostwa

W różnych gatunkach samce różnie sobie radzą z potencjalną niepewnością w zakresie ojcostwa. Czasem tworzą grupy poligamiczne jak lwy (jeden, maksymalni dwa samce plus grupa samic), czasem walczą o prawo do reprodukcji, a samiec, który pokona innych zyskuje dostęp do wszystkich samic (różne antylopy, żyrafy), czasem tworzą hierarchię, która pozwala tylko jednemu samcowi prokreować (goryle, wilki). Oczywiście w świecie zwierząt to wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym i instynktownym.

W przypadku człowieka to wszystko robi się znacznie bardziej skomplikowane, bo na biologię i instynkty nakłada się w naszym gatunku świadomość, wiedza, kultura, normy społeczne, wychowania i to wszystko co znacznie mniej determinuje życie zwierząt. I dlatego samiec człowieka opracował całe mnóstwo norm kulturowych i religijnych, których celem jest kontrola kobiecej seksualności i – tym samym – zapewnienie sobie pewności co do ojcostwa. Skupiają się one przede wszystkim dookoła kultu dziewictwa, czystości, niewinności, nieskalania, ale obejmują także zakrywania kobiecych ciał (żeby nie zainteresowały konkurenta), przekonanie że popęd i przyjemność seksualna są domeną wyłącznie mężczyzny, podczas gdy kobieta powinna realizować obowiązek małżeński, zamknąć oczy i myśleć o Anglii. No i wychowywać dzieci. Wiadomo, że jak kobieta nie ma dzieci to coś z nią nie tak. Seksualność (a raczej jej brak) została w świadomości społecznej połączona z oceną moralną kobiety jako osoby i stała się jej głównym wyznacznikiem, co pozwoliło przez wieki kontrolować kobiece zachowania8 poprzez stygmatyzację, piętnowanie, ostracyzm społeczny, i innego typu kary łącznie z zabójstwami honorowymi.
Na tym gruncie narodził się też kult Maryi: matki i dziewicy w jednym, czy obsesja na temat dziewictwa Królowej Elżbiety I (wiecie, że stan Wirginia podobno zawdzięcza swoją nazwę Queen Virgin – Królowej Dziewicy?).

A propos: to przekonanie, że kobieta nie powinna czerpać przyjemności z seksu wraz z kultem dziewictwa w niektórych rejonach świata doprowadziło aż do tradycji do okaleczania kobiecych narządów płciowych (tzw. obrzezanie dziewczynek).

No to w końcu to wszystko wina Maryi czy nie?

Jeśli przeczytaliście tekst Mai, o którym wspominałam na samym początku, wiecie, że jej Książę rzucił w pewnym momencie żartem Virgin Mary fucked it all up. Ale czy tak naprawdę to jej wina?
Chyba wszyscy wiemy, że trzy wielkie religie monoteistyczne jak najbardziej wpisują się w nurt kultu dziewictwa. Żeby być całkiem fair dodam, że w teorii zachowanie czystości do ślubu obowiązuje obie płcie, jakoś jednak nikt nie traktuje męskiego seksu przedmałżeńskiego jako hańby dla rodziny, a w klinikach medycyny estetycznej nie oferuje się zabiegów przywracania prawictwa… Zanim w tym momencie zaprotestujecie, że przecież mężczyźni nie mają błony dziewiczej uprzedzam, że do tematu tego mitu jeszcze wrócimy.

Wracając do wielkich religii monoteistycznych: wiemy, że wszystkie są zgodne co do tego, że cudzołóstwo czyli seks pozamałżeński (przedmałżeński także) jest grzechem, a kobieca czystość: wielką wartością, cnotą. Ale tak naprawdę nie ma tu nic oryginalnego.

Trochę wybiórczego przeglądu historii wierzeń

Na przykład: w starożytnej Mezopotamii funkcjonowało pojęcie tłumaczone jako undeflowered girl (powiedzmy: nierozdziewiczona dziewczyna), a nawet istnieją starobabilońskie teksty sugerujące istnienie testów na dziewictwo. Babilończycy, to jednak byli ludzie tolerancyjni, za seks przedmałżeński (w przeciwieństwie do zdrady) nie groziła kara śmierci!9.

W Starożytnej Grecji z kolei możemy zaobserwować poprzedniczkę Maryi czyli Artemidę, która była boginią Księżyca, młodych dziewcząt, czystości (a także porodu…)10, i która ślubowała wieczne panieństwo, a podobno nawet prosiła ojca (czyli Zeusa) o dar wiecznego dziewictwa11. Artemidę w Starożytnym Rzymie nazywano Dianą i tam nadal pozostała boginią-dziewicą i patronką narodzin dziecka12. Także ten: nihil novi sub sole, nie? A skoro już mowa o Starożytnym Rzymie, to oprócz Diany, mamy tam jeszcze kult Westalek: niewinnych kapłanek bogini Westy, które składały trzydziestoletnie śluby czystości13 – swoją drogą Westalki wypracowały sobie całkiem silną pozycję w społeczeństwie. Przypadek?

Żeby puścić trochę basen Morza Śródziemnego i najbliższe okolice:
Sikhizm zakazuje seksu pozamałżeńskiego14, 15
Hinduizm oczekuje od panny młodej dziewictwa15, 16, jest tam nawet specjalna ceremonia Kanyadan czyli: przekazanie dziewicy (chociaż co ciekawe, pochodzi ona dopiero z XV wieku)17.

… może starczy. Chyba już łapiecie o co chodzi.

Defloracja i mit błony dziewiczej

To co jest w tym wszystkim najbardziej fascynujące, to fakt, że tak naprawdę nie istnieje żadna jednoznaczna (nie wspominając o naukowej) definicja dziewictwa. Jest ich wiele i tak naprawdę, każdy może sobie wymyślić własną8.
A mimo to, w którymś momencie powstała koncepcja błony dziewiczej, którą zaczęto przedstawiać jako coś w rodzaju pieczęci czystości zabezpieczającej kobiecą pochwę, która pęka i krwawi podczas pierwszego stosunku.
Jestem przekonana, że większość z Was to doskonale wie, ale na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości: błona dziewicza, jako coś co pęka i krwawi przy pierwszym stosunku seksualnym i w ten sposób dowodzi, czy kobieta już uprawiała seks, czy nie to pic na wodę, fotomontaż. Czyli mit, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością18.
Mit ten był (i nadal jest!) tak poważnie traktowany i głęboko zakorzeniony, że w wielu kulturach zbudowano całe rytuały skupiające się na sprawdzaniu bielizny/prześcieradła pary młodej po ślubie, a nawet przeszukiwania panny młodej na okoliczność przemytu szpilek do alkowy (na wypadek gdyby chciała oszukiwać). Po dziś dzień dziewictwo „sprawdza się” m.in. przy pomocy tzw. metody dwóch palców w ok 20 krajach na świecie. Zarówno WHO jak i Organizacja Narodów Zjednoczonych określają te praktyki jako łamanie praw człowieka i przemoc względem kobiet18,19.
Oczywiście nie muszę wspominać, że zabiegi medycyny estetycznej polegające na „przywracaniu dziewictwa” są w niektórych rejonach świata całkiem popularne.

Naturalnie w męskiej anatomii żadnej mitycznej błony prawiczej nie ma.


Na koniec chciałabym wyjaśnić dwie rzeczy.

Po pierwsze, wszystkie te biologiczne teorie traktuję jako wyjaśnienia źródeł pewnych zjawisk, co bynajmniej nie znaczy, że stanowią one też usprawiedliwienie jakichś zachowań. Człowiek tym się różni od lwa czy wilka, że jest w stanie dowolnie decydować o swoich zachowaniach i nie musi się poddawać nakazom biologii. I o ile czasami trudniej ją (tę biologię) pokonać – np. nie do końca jesteśmy w stanie zapanować nad tym, kto nas pociąga seksualnie – o tyle jesteśmy w stanie (i mamy obowiązek!) kontrolować to co robimy. (I w domyśle: robić rzeczy, bo uważamy je za słuszne, a nie z innych powodów).
Co prowadzi mnie do drugiej kwestii: to wszystko co tu napisałam nie oznacza, że w jakikolwiek sposób krytykuję osoby, dla których czekanie z seksem do ślubu jest ważne. Nie. W pewnym sensie, podziwiam tych, którzy się na to decydują i traktuję to jako dowód na to, o czym pisałam przed chwilą: triumf umysłu nad biologią.
Omawiam (i krytykuję) konstrukty społeczne, które wtłaczają ludzi (w tym wypadku: kobiety) w pewne schematy i wymuszają pewne zachowania, stygmatyzując coś całkowicie normalnego, co powinno być źródłem przyjemności i sposobem na budowanie więzi i nadając temu absurdalny wymiar moralny, służący tylko i włącznie do kontroli. Nie wypowiadam się o indywidualnych decyzjach osób, które miały wolny wybór (pozbawiony presji społecznej, lęku przed ostracyzmem, karą, wizją przyniesienia hańby, a nawet zabójstwem honorowym).


Przypisy

1 https://pl.wikipedia.org/wiki/Strategia_%C5%BCyciowa
2 https://en.wikipedia.org/wiki/Parental_investment
3 https://www.nature.com/scitable/knowledge/library/mating-systems-in-sexual-animals-83033427/
4https://pdfs.semanticscholar.org/621c/1402a8b6e64793703bddd349a115e5ae5961.pdf
5 https://en.wikipedia.org/wiki/Sexual_jealousy#Explanations
6https://www.researchgate.net/publication/285913868_Sexual_Jealousy
7 https://medium.com/the-establishment/a-quick-and-dirty-history-of-virginity-9ceb24b7e08a
8 https://rampages.us/univ200sp2015boaz/wp-content/uploads/sites/4763/2015/01/Valenti-The-Cult-of-Virginity.pdf
9 https://krieger2.jhu.edu/neareast/pdf/jcooper/jc%20Virginity.pdf
10 https://en.wikipedia.org/wiki/Artemis
11 https://www.ephesus.us/ephesus/mythology_of_artemis.htm#:~:text=Being%20associated%20with%20chastity%2C%20Artemis,dishonor%20her%20in%20any%20form.
12 https://en.wikipedia.org/wiki/Diana_(mythology)
13 https://en.wikipedia.org/wiki/Vestal_Virgin#:~:text=In%20ancient%20Rome%2C%20the%20Vestals,not%20allowed%20to%20go%20out.
14 https://en.wikipedia.org/wiki/Chastity
15 https://en.wikipedia.org/wiki/Virginity#Social_norms_and_legal_implications
16 https://www.bbc.co.uk/bitesize/guides/zmct92p/revision/4
17 https://en.wikipedia.org/wiki/Kanyadan
18https://www.who.int/reproductivehealth/publications/eliminating-virginity-testing-interagency-statement/en/
19https://www.who.int/news/item/17-10-2018-united-nations-agencies-call-for-ban-on-virginity-testing



Czy on się zmieni?

Pewnie większość dziewczyn w związkach mieszanych usłyszało kiedyś jedną z takich przepowiedni: poczekaj, on się zmieni po ślubie; zmieni się jak pojawi się dziecko; zmieni się jak pojedziecie do jego kraju. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych, które można odnieść do w zasadzie każdego, to trzecie stwierdzenie dotyczy tylko Facetów z Importu i na nim dziś chciałabym się skupić: Czy egzotyczny absztyfikant zmieni się czy się nie zmieni, kiedy pojedziecie do jego kraju?

Poznali się w Europie. On co prawda pochodził z muzułmańskiego kraju, ale wydawał się bardzo zachodni: nie modlił się, nie chodził do meczetu, nie przestrzegał ramadanu, pił alkohol, chodził na imprezy, z seksem bez ślubu też nie miał problemu. A do tego był czuły, troskliwy, obsypywał komplementami, kwiatami i prezentami, mówił pięknie o uczuciach i w ogóle sprawiał, że ona czuła się wyjątkowo – jak nigdy wcześniej z nikim. Zakochali się w sobie i zaczęli być parą. Wszystko układało się świetnie, związek kwitł. W końcu postanowili pojechać do jego kraju i odwiedzić jego rodzinę. I tu zaczęły się schody: najpierw poprosił ją żeby zmieniła trochę styl ubierania i zakryła więcej ciała, „z szacunku do rodziców”, potem dał do zrozumienia, że powinna spędzać więcej czasu w kuchni z jego mamą, oraz zmywać po posiłkach (w czym sam nie brał udziału), potem zniknął na kilka wieczorów w kawiarni z kolegami nie zabierając jej ze sobą. Kiedy już wyszli gdzieś razem, nie zamawiał alkoholu i krzywo patrzył, gdy ona to robiła. Znowu prosił aby bardziej się zakryła, tym razem też w miejscach publicznych „żeby ludzie się nie gapili na jego kobietę”. Kontaktował się ze „starymi koleżankami”, ale coraz mniej mu się podobało, że ona pisze z kolegami. No po prostu zmienił się.

Brzmi znajomo? Jest całkiem sporo takich historii. 

Czy to znaczy, że każdy cudzoziemiec poznany w Europie zmienia się drastycznie, jak tylko jego stopa dotknie rodzimej ziemi? Oczywiście, że nie.  Jest równie wiele (a może i więcej?) historii, w których ukochany z importu wcale się nie zmienia. Czemu więc z niektórymi tak jest i czy da się przewidzieć, czy akurat Twojemu ukochanemu się przydarzy?

Żeby wyjaśnić mechanizm, który (moim zdaniem) stoi za tym zjawiskiem, przywołamy niejakiego Heliodora Muszyńskiego, który oprócz opracowania całkiem popularnego systemu edukacyjnego w szkołach socjalistycznych, stworzył także ciekawą koncepcję rozwoju moralnego człowieka. Opisuje ona konkretne etapy przyswajania norm moralnych przez człowieka. Z grubsza przebiega to tak: na początku  (czyli w wieku dziecięcym), głównym mechanizmem i powodem przestrzegania norm moralnych jest dążenie do uniknięcia kary i otrzymania nagrody. Z czasem czynnikiem motywującym staje się podziw, akceptacja i uznanie innych, a dziecko (właściwie to wczesny nastolatek) zaczyna przyjmować obowiązujące w grupie normy – bez traktowania ich jeszcze jako własnych. Dopiero później normy moralne zostają stopniowo zinternalizowane*, a następnie poddane krytyce aby ostatecznie dorosły już człowiek mógł osiągnąć stan świadomej, wewnętrznie spójnej, refleksyjnej moralności, która pozwala samodzielnie rozstrzygać konflikty moralne.

*Internalizacja, czyli uwewnętrznianie to proces przyjmowania za własne norm, zasad, wartości pochodzących z zewnątrz.

Tyle wstępu teoretycznego. Co z tego wynika?

Często mam wrażenie, że wiele osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych zatrzymuje się gdzieś na etapie  dostosowywania się do panujących norm (tak już jest/powinno być i już; bo co ludzie powiedzą), bez porządnego uwewnętrznienia danych zasad, a już na pewno bez etapu ich krytycznej analizy i wypracowania sobie własnej, dojrzałej moralności. Być może wynika to z tego, że konserwatywne otoczenie i wychowanie nie za bardzo zostawia miejsce na krytykę i wypracowywanie własnych zasad.

W każdym razie, w praktyce znaczy to tyle, że człowiek przyjmuje normy  normy narzucane przez środowisko i funkcjonuje w zgodzie z nimi po prostu bo tak jest i już, bez jakiegoś głębszego zastanowienia się nad ich słusznością. I spoko. Ale co się stanie, gdy taki facet zmieni otoczenie na znacznie bardziej liberalne – np. wyjedzie do Europy – a widmo dezaprobaty społecznej lekko się rozwieje otwierając przed nim całkiem nowe możliwości? Według mnie sytuacja może się rozwinąć czworako:
1. Delikwent może zacząć dowoli próbować wszelkich zakazanych owoców nie poświęcając temu jednak za wielu refleksji. Oczywista zmiana w jego zachowaniach, nie będzie się wiązała z żadną głębszą ewolucją na poziomie wartości. Będzie to raczej coś jak wyjadanie cukierków, kiedy matka nie widzi.

Może się też zdarzyć, że konfrontacja z nowymi ideami, wartościami, stylem życia pobudzi człowieka do refleksji, a liberalne środowisko stworzy mu miejsce, do podjęcia niemożliwej wcześniej, krytycznej analizy norm i wartości, wpojonych przez środowisko pochodzenia. I tutaj sprawa może (w uproszczeniu) przyjąć trzy formy:
Stare” normy mogą zostać odrzucone i zastąpione nowymi zasadami, które człowiek sam sobie wypracuje – w tym przypadku można powiedzieć, że zmiany w zachowaniu będą towarzyszyły przemianom na poziomie światopoglądowym i w efekcie powstanie z tego spójna całość. To – można by powiedzieć – jest przypadek Szalonego Naukowca. Nadamy mu numer 2.

Może też stać się tak, że „stare” normy zostaną zrewidowane i uznane za słuszne. W optymistycznym wariancie (nr 3) osobnik pozostanie wierny zasadom, które mu wpojono (teraz już uwewnętrznionym) niezależnie od tego na co pozwala nowe środowisko. To będzie ten facet, który chodzi na spotkania ze znajomymi, ale na nich nie pije, przestrzega ramadanu, nawet jeśli wszyscy dookoła niego jedzą w pracy lunch itd. Tego typu nie będziemy tu dalej rozważać, ponieważ nie pasuje do tematu tego posta. W pesymistycznym (ale nierzadkim) wariancie (4) pojawi się rozdźwięk między przekonaniami (konserwatywnymi) a zachowaniami. Wiecie: taki koleś, który potępia dane zjawisko, ale zawsze znajdzie jakąś wymówkę (bo człowiek jest słaby; bo każdemu zdarzy się błądzić;  bo pokusa była taka silna, ale bardzo żałuje; bo moja sytuacja jest inna).

I co dalej?

No dobrze. Wiemy już z grubsza, jak może przebiec ewolucja zachowań i/lub poglądów przy okazji migracji do bardziej liberalnego otoczenia. A co będzie po powrocie do ojczyzny?
Łatwo się chyba domyślić, że przeniesieni znowu w konserwatywne środowisko typ 1 i 4 porzucą swoją „zachodniość” i wrócą do dawnych norm, które nawet – w przypadku typu 4 – mogą ulec zaostrzeniu w ramach mniej czy bardziej uświadomionej pokuty za grzechy. Jeśli chodzi o typ 2, można oczekiwać, że jego sposób funkcjonowania i zachowanie pozostanie raczej niezmienione.
Czemu raczej a nie całkiem?
Bo jest różnica pomiędzy wyznawaniem swojego świadomego, wewnętrznie spójnego systemu wartości, a szacunkiem do zasad panujących w danym miejscu. Czyli na przykład czym innym jest unikanie nadmiernego kontaktu fizycznego w miejscach publicznych, ze względu na lokalne normy obyczajowe, a czym innym jest unikanie kontaktu fizycznego czy seksu, bo przed ślubem nie wolno. Albo czym innym jest niepicie alkoholu podczas rodzinnego obiadu (w kraju w którym alkohol nie jest społecznie akceptowany, nie w Polsce), a czym innym: całkowite unikanie alkoholu bo jest haram i oczekiwanie, że partnerka nie zamówi drinka w restauracji, która je serwuje.

Ok, ale jak ocenić, z który typem się spotykasz?

Cóż. To będzie truizm, ale przede wszystkim: rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Poznać dobrze człowieka z którym jesteśmy.
I nie mówię tu o rozmowach na tematy z życia codziennego i wymianie komplementów. Mówię o poważnych, głębokich dyskusjach na tematy światopoglądowe. Bo tak naprawdę zachowania opisane w przykładzie na początku tego tekstu to coś niezwykle powierzchownego. Fajnie wiedzieć, że facet z którym się spotykasz pije alkohol i chętnie uprawia seks, ale ta wiedza nie wystarczy żeby poznać z jakim typem (ani w ogóle: z jakim człowiekiem) masz do czynienia. W tym celu trzeba zejść znacznie głębiej, poznać jego system wartości, jego przekonania, poglądy, opinie
I nie tylko to. Trzeba się liczyć z tym, że każdy człowiek deklaruje jakieś wartości i przekonania, ale niekoniecznie dokładnie te, które tak naprawdę wyznaje. Ludzie zaskakująco często kłamią na temat swoich poglądów: robią to nawet w anonimowych badaniach psychologicznych i sondażach – ogólnie w każdej sytuacji, w której chcą dobrze wypaść: a do takich zdecydowanie należy tak zwany okres zalotów. Bywa też, że po prostu za bardzo się nad różnymi rzeczami nie zastanawiają (bo to dla nich oczywiste tak jest i koniec) dopóki ktoś ich o to nie zapyta i nie zacznie drążyć tematu.

Dlatego jedna rozmowa nie wystarczy. Tych rozmów musi być wiele, muszą być różne, muszą podchodzić do danego tematu z różnych stron, przy różnych okazjach. I trzeba w nich zachować pewien krytycyzm, pamiętać, co on mówił wcześniej, patrzeć jak to się ma do tego, co mówi teraz w innym kontekście. Zwracać uwagę na rozjazdy i sprzeczności. Dopytywać, wyjaśniać, drążyć. No i konfrontować to wszystko z obserwacjami z życia.
Przykład: konserwatywny system wartości zazwyczaj wiąże się z pewnym konkretnym podejściem do modelu związku i podziału ról na męskie i kobiece. Wyobraź sobie więc, że rozmawiasz ze swoim egzotycznym ukochanym, tym który sprawia takie „zachodnie” wrażenie: pije, nie pości, chodzi na imprezy itd. Do tego deklaruje, że jak najbardziej popiera robienie przez Ciebie kariery. Jaki wspierający prawda? Tylko, że w innej rozmowie wychwala i stawia Ci za wzorzec żonę brata, która nigdy nie pracowała zawodowo, a wyłącznie zajmuje się domem i dziećmi. Albo wspomina o tym, że gotowanie, pranie i sprzątanie to są czynności typowo kobiece, i facetowi nie przystoi się nimi zajmować. Albo absolutnie nie daje się przekonać do skorzystania z odkurzacza bo to babskie zajęcie.

Próbując poznać faktyczny, a nie deklaratywny, system wartości drugiego człowieka dobrym pomysłem jest zwracać uwagę jak on komentuje zachowania innych ludzi. Często w stosunku do samych siebie/bliskich osób jesteśmy bardziej pobłażliwi, podczas gdy innych oceniamy surowiej. 
Przykład: Twój egzotyczny ukochany chętnie chodzi z Tobą na imprezy i zupełnie mu nie przeszkadza, że nosisz mini i głębokie dekolty. Super, prawda? Taki zachodni, taki otwarty! A tymczasem słyszysz, że tamta dziewczyna, która rozmawia z jego kolegą, ubrana niemal tak jak Ty, wygląda slutty.

Im więcej nieścisłości i niezgodności między jedną wersją, a drugą albo między słowami i czynami zaobserwujesz, tym większe szanse, że masz do czynienia z typem pierwszym lub czwartym, czyli człowiekiem, którego system wartości albo nie jest zbyt dobrze ukształtowany, albo po prostu nie idzie w parze z zachowaniem. I w tym wypadku niestety musisz się liczyć z tym, że przy okazji wizyty w jego kraju ojczystym, będziesz miała okazję poznać nie tylko rodzinę ale także inną twarz ukochanego. A ta może Ci się nie spodobać.

Historia pewnego plakatu, czyli o agresji w trakcie protestów

Tego posta kierują w szczególności do tych, którzy mają problem z „agresywnym tłumem” protestujących.

Oto ja i mój plakat. Nie jest wulgarny ani agresywny, prawda? Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć jak wygląda z tyłu.

Z tym plakatem pod pachą, mężem i grupą znajomych udałam się dziś na protest. Szliśmy w gigantycznym tłumie ludzi, niedaleko platformy grającej muzykę. Od czasu do czasu tłum skandował dwa znane wszystkim hasła z użyciem wyrazów powszechnie uznanych za nieparlamentarne. Inne hasła też były, podobnie jak kilkukrotne „Dziękujemy” pod adresem mijanych ratowników medycznych.
Wandalizm, agresja? Nie.

W pewnym momencie uznałam, że pora wracać do domu. Oddzieliliśmy się więc we dwoje od marszu i ruszyliśmy przez jedne z głównych ulic Warszawy omijając rejony, o których już wiedzieliśmy, że chwilowo nie są zbyt bezpieczne. Byliśmy właśnie na rondzie ONZ, kiedy z przeciwka nadeszła grupka Rycerzy Ojczyzny. Było ich kilku, ale szli jacyś tacy rozproszeni, że nawet nie wiedzieliśmy, że są razem. W ogóle nie zwróciliśmy na nich uwagi dopóki pierwszy nie szarpnął za mój plakat – na tyle mocno, że aż się odwróciłam. Gdy tak patrzyliśmy za jego oddalającymi się plecami, nadszedł następny i on już wyrwał mi baner z ręki i rzucił nim o ziemię. Mój Mąż z Importu zareagował błyskawicznie: doskoczył do kolesia i z okrzykiem „Ej! Co kurwa?” zaszarżował na niego (nadal nie nauczył się, że mówi się „co jest k..wa”). Wywiązała się przepychanka, kolesi nagle zrobiło się trzech i ogólnie sytuacja mogła się zrobić naprawdę nieprzyjemna. Na szczęście w pobliżu była policja. Nie żeby cos zrobili, chyba nawet niczego nie zauważyli, ale ich obecność ostudziła zapały dzielnych rycerzy.

Agresywne tłum protestujących mówicie? Nie ma to jak prawdziwi mężczyźni, obrońcy Jedynych Słusznych Wartości, napadający na kobiety. No ale może mnie można, zdrajczynię ojczyzny, która poszła z Arabem.

Aha, jak to było? “Będziemy bronić polskich kobiet przed imigrantami”?

Ps. Plakat przetrwał zawieruchę w stanie nienaruszonym, jestem niesamowicie dumna!

#prochoice

Pisałam o tym już w piętek na Instagramie, ale tam liczą się głównie obrazki, a ja chciałabym jednak się wypowiedzieć. Więc napiszę to jeszcze raz.Jestem #prochoiceBezwarunkowo. Uważam, że o tym co się dzieje z ciałem danej osoby może decydować tylko właściciel/ka (o ile jest intelektualnie zdolny/a do takich decyzji) i lekarz (w sytuacjach zagrożenia życia).
Nie podoba mi się wartościowanie powodów: dana decyzja w takiej sytuacji jest ok, ale już w innej już nie. Prawo do decydowania o swoim ciele – i o tym komu lub czemu (nie wdając się w dyskusje naukowo-filozoficzne o tym, kiedy zaczyna się człowiek) jest ono użyczane – powinno być nadrzędne i niezależne od motywacji.Serio, gdyby debata dotyczyła oddania nerki, albo szpiku do przeszczepu, też byśmy się zastanawiali nad tym, czy jedna odmowa jest bardziej uprawniona od innej?Ci, którzy czytają mnie dłużej, wiedzą, że w ogóle nie jestem wielką fanką kompromisów. A tzw. kompromisu aborcyjnego to już w ogóle. Rozumiem jednak skąd się wziął i widzę że zmiana, która w czwartek została przypieczętowana, jest logiczną i naturalną konsekwencją ideologii, która w ogóle do niego doprowadziła.Z jednej strony jestem wkurzona tym, że ta decyzja jednak zapadła, a Sejm, miłościwie nam panujący prezes i banda kolesi w sukienkach (czyli de facto niemal sami faceci) może jeszcze bardziej deptać prawa połowy społeczeństwa.Z drugiej strony… one i tak już były podeptane: nie tylko tym pseudokompromisem, ale dodatkowo także swobodą w zakresie domowy jego realizacji. Każdy chyba czytał o sławetnej klauzuli sumienia, odmowach wykonania aborcji w sytuacjach (dotychczas) dozwolonych przez prawo, o przypadkach opóźniania procesu diagnostycznego, żeby minąć magiczną granicę „możliwości przeżycia poza organizmem kobiety”.Jednocześnie kliniki w Czechach i na Słowacji już od jakiegoś czasu prowadzą strony internetowe po polsku. Działają Women on Web. Myślę, że gdybym zdecydowała się usunąć ciążę ze względu na którykolwiek z tych „kompromisowych” powodów i tak nie robiłabym tego w publicznej placówce, a może w ogóle kraju. Sądzę, że wiele z nas myśli podobnie.
Dlatego de facto wczoraj zmieniło się niewiele.A jednak tak DUŻO, prawda?
Czwartkową decyzję TK odbieram bardziej jako demonstrację siły ideologii niż cokolwiek innego. I to naprawdę mnie przeraża, na równi z okolicznościami, w jakich ona nastąpiła. Nie bez powodu wyrok nastąpił właśnie teraz, gdy panuje pandemia, a związane z nią ograniczenia, które sprawiają, że społeczeństwo nie ma możliwości wyrazić swojego zdania i zaprotestować bez ryzykowania zdrowia i łamania prawa.
Jak dotąd nie powstrzymuje to ludzi przed wychodzeniem na ulicę. Ale czy to cokolwiek zmieni? Szczerze mówiąc, bardzo wątpię…

Na Kozetce z Oszustem – The Four Star General

Dzisiejszy odcinek Kozetki będzie rozrywkowy. Poznacie w nim pewnego amerykańskiego generała na misji w Jemenie. Część z Was już może pamięta początek tej fascynującej znajomości z mojego Instagrama. Niezależnie od tego, czy już go kojarzycie, czy jeszcze nie: zapraszam do zabawy.


Nie wiem jak mnie znalazł, podejrzewam, że oni obserwują jakieś hashtagi, w każdym razie zaczął od polubienia kilku zdjęć, a potem – jak na GENERAŁA przystało – natychmiast przystąpił do ofensywy.

Świetny angielski jak na Amerykanina, prawda?

Szybko załatwiliśmy wstępną gadkę-szmatkę i przeszliśmy do pierwszego punktu z Checklisty Scamu Na Amerykańskiego Żołnierza, czyli do przeniesienia na inną platformę komunikacji. Najwyraźniej słusznie przewidywał, że zablokują mu konto: dwa ostatnie screeny dorobiłam dla Was niedawno, jak widać konto już nie istnieje. Zastanawiam się, czemu amerykańskim żołnierzom tak blokują te konta, podczas, gdy cała masa innych oszustów ma swoje całymi miesiącami. Może dlatego, że kradną cudze zdjęcia? Jak myślicie?


Po zabezpieczeniu się na wypadek usunięcia konta, Pan Amerykański Żołnierz, kontynuował zaprzyjaźnianie. Rozmowa była raczej rozciągnięta w czasie, bo ja na swojego blogowego Hangouta zaglądam raczej rzadko, więc nie będę Wam tu wrzucała całości, poprzestanę na bardziej interesujących fragmentach w kolejności chronologicznej.
To jedziemy:


Tak się składa, że mam kolegę, który interesuje się wojskowością. Mam też googla. Kwestią minut było dowiedzenie się, że:
a. Cudzoziemiec raczej nie może obejmować stopni oficerskich w Armii Amerykańskiej
b. 4 Star general to jest de facto najwyższy stopień wojskowy jaki istnieje w tej armii, a lista wszystkich osób, które go posiadają jest dostępna w internecie. Razem z datami uzyskania. Postanowiłam więc trochę podrążyć. Musiałam pytać wielokrotnie, bo bardzo, ale to bardzo unikał odpowiedzi, ale w końcu się udało


Jakby ktoś się zastanawiał, nie istnieje coś takiego jak 6 stars general. Co do Pięciu gwiazdek: formalnie owszem, ale nie zostały one nadane gdzieś tak od czasów Drugiej Wojny Światowej.
Rozmowa rozwijała się niezwykle ciekawie, jednak spotkał ją niespodziewany i gwałtowny koniec.


Jedną z rzeczy, których nie ogarniam, jeśli chodzi o tych ludzi, jest ciągłe wypytywanie o to, która jest godzina. Rozumiem, że gadają z tyloma kobietami na raz, że nie sposób zapamiętać, która jest skąd i sprawdzać godzinę w Internecie. Ale po co w ogóle pytać? W każdym razie jakoś odechciało mi się ciągnąć tę rozmowę, najwyraźniej byłam na to za głupia!

Powrót Generała

Myślałam, że to już koniec i faktycznie przez miesiąc panowała cisza. Ale chyba skończyły mu się ofiary, albo przynajmniej zapanował jakiś przestój, bo kilka dni temu Generał powrócił.


W tym momencie zaczęliśmy się zbliżać do punktu kulminacyjnego. Pan Generał jednak jeszcze o tym nie wie i decyduje się uderzyć w słodkie słówka. To nowa strategia, czyżby nastąpiła zmiana personalna po drugiej stronie klawiatury?


Wielki Finał

Jak widzicie, zaczęłam od sprawdzenia, czy nadal pamięta gdzie niby jest i skąd pochodzi. O dziwo tak było, a skoro tak, postanowiłam więc go trochę podpuścić…
To co z tego wynikło, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.


THE END

Podzielcie się wrażeniami 🙂

Oszustka

Disclaimer: ten post będzie zawierał pewną dozę generalizacji. Zjawisko o którym chciałabym napisać nie dotyczy WSZYSTKICH kobiet lub mężczyzn, ale części (większości?). Dla wygody będę pisała „kobiety” i „mężczyźni – pamiętajcie, proszę, że nie mam tu na myśli dosłownie wszystkich.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym mężczyźni mają być silni, przebojowi i pewni siebie, a kobiety: skromne, ciche i pokorne.

Wychowywałam się w społeczeństwie w którym mówienie o sobie dobrze na jakikolwiek temat (zwłaszcza przez kobiety) jest odbierane jako przechwałki i w ogóle coś negatywnego (w końcu wiodącą kobiecą cnotą jest skromność, prawda?). A mówienie lub – nie daj boże – wydawanie poleceń (tylko przez kobiety) z pewnością siebie i przekonaniem jest odbierane jako arogancja, przemądrzałość lub rządzenie się.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym ambicja może być jednocześnie czymś dobrym i świadczącym o zaangażowaniu i profesjonalizmie (u mężczyzny) i złym, czyniącym z kobiety (a jakże) zimną i pozbawioną uczuć… sami sobie dopowiedzcie. Z resztą akurat jeśli o to chodzi, możemy obserwować to zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, na przykładzie potencjalnej pani wiceprezydent Kamali Devi Harris.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym na cześć, co u ciebie? nie odpowiada się dobrze, a u ciebie?, bo mówienie dobrze to prawie przechwalanie się. Zamiast tego pojawia się litania i licytacja narzekania. No wiecie:
Co u ciebie?
Kochana, okropnie! W pracy mnie nie doceniają, dziecko znowu przeziębione, a mąż złamał nogę i teraz cały dom na mojej głowie na najbliższy miesiąc. A co u ciebie?
Oj kochana jeszcze gorzej! Z pracy mnie wylali, dziecko ma zapalenie płuc i różyczkę na raz, a mąż mnie zostawił dla młodszej!

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym kobiety przyjmują komplementy w taki sposób:
Ładnie dziś wyglądasz!
Daj spokój z tym sianem na głowie/z tymi pryszczami/z tymi workami pod oczami?
Albo:
O jaka ładna sukienka!
Ta stara szmata? Powinnam przestać ją nosić pogrubia mnie.
Bo przecież przyjęcie ich inaczej to w sumie ZGODZENIE SIĘ z pozytywnym zdaniem na swój temat a to nie wypada.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym wiele kobiet nie jest w stanie zaakceptować braku perfekcji. W kraju, w którym nastolatki (dziewczynki) zajmują pierwsze spośród czterdziestu trzech miejsce pod względem negatywnej oceny swojego ciała1, a 84% dorosłych kobiet poddałoby się operacji plastycznej gdyby tylko było je na to stać2. Badania przeprowadzone co prawda w nieco innych społeczeństwach, ale nadal w szeroko pojętym kręgu kultury „zachodniej” wskazują, że kobiety wykazują także perfekcjonizm w życiu zawodowym3,4. Mowa jest także o związku między kobiecym perfekcjonizmem a wysokim poziomem samokrytyki3.

Trochę o mnie, czyli życie w cieniu Syndromu Oszusta (Impostor Syndrome)

Wiecie co to jest Impostor Sydrome czyli Syndrom Oszusta? To jest takie zjawisko, kiedy człowiek, pomimo swoich kompetencji, a wręcz dowodów na ich istnienie, jest przekonany, że nie zasługuje na swoją pozycję zawodową/ocenę na egzaminie/sukces, że tak naprawdę zawdzięcza to fartowi lub sprzyjającym okolicznościom, a lada chwila wszystko się wyda. Jakoś mnie nie zaszokowało, gdy wyczytałam, że są badania wskazujące na częstsze występowanie tego syndromu u kobiet5 (chociaż, żeby być całkowicie szczerą: są też takie, które nie wskazują na różnice między płciami w tym zakresie).

Tyle jeśli chodzi o badania i statystyki, przejdźmy do studium przypadku

Mam trzy dyplomy (jeden magisterski i dwa ze studiów podyplomowych), a podczas całej swojej przygody akademickiej oblałam jeden egzamin. JEDEN. Przez całe studia miałam stypendium naukowe. A mimo to przed większością egzaminów byłam przekonana, że nie zdam, a po otrzymaniu większości wyników: że po prostu miałam szczęście z pytaniami.

Dwa razy całkowicie się przebranżowiłam, między innymi dlatego, że byłam przekonana, że kompletnie nie nadaję się do tego, co akurat robiłam. Gdy weszłam na ścieżkę kariery, na której jestem obecnie, ciągle miałam wrażenie, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki komuś: najpierw dzięki koleżance, która podesłała moje CV do HRu (co nie sprawiło, że ominął mnie którykolwiek z etapów rekrutacji, ale ja i tak uważałam, że nawet by mnie na nią nie zaproszono, gdyby nie ona), potem dzięki fartowi. Przy kolejnych awansach myślałam, że udały się tylko dlatego, że ktoś mnie polecił na nowe stanowisko. Całe lata zajęło mi zrozumienie, że jeśli ktoś, z kim pracowałam mnie poleca, to robi to dlatego, że jest zadowolony z poziomu mojej pracy, z mojej wiedzy, moich kompetencji, sposobu w jaki sposób wykonuję swoje zadania, a nie dlatego, że chce być miły.

Przez wiele lat wątpiłam w swoją ocenę na tyle, że nie byłam w stanie określić, jaka właściwie jest moja opinia na różne tematy, bo przecież na pewno nie wzięłam czegoś pod uwagę, nie uwzględniłam jakichś ważnych czynników i co ja w ogóle na ten temat wiem? Każdy, kto mówił z pewnością siebie był w stanie przekonać mnie do swoich racji, bo tak bardzo nie wierzyłam w swoje własne. Co oczywiście nie skończyło się dla mnie zbyt dobrze, kiedy weszłam w związek z mężczyzną tak pewnym siebie, jak toksycznym, który świetnie umiał wykorzystać całą tę moją niepewność na swoją korzyść.

Dobrych parę lat zajęło mi zbudowanie pewnych zrębów pewności siebie (przynajmniej na gruncie intelektualnym) i rozwinięcie wiary w swoje opinie i przemyślenia. W swój umysł. W pewnym sensie ten blog jest trochę narzędziem, które mi w tym pomaga. Ciągle się uczę wyrażania swoich poglądów z pewnością siebie i nie popadania w samozwątpienie za każdym razem, gdy ktoś się ze mną nie zgodzi. Większość tekstów, które tu piszę poprzedzonych jest godzinami przemyśleń, rozmów z innymi ludźmi, zbierania opinii, doświadczeń, a czasem nawet i lekturami. Na początku wyzwaniem dla mnie było pisanie z przekonaniem. Teraz, po prawie dwóch latach przychodzi mi to dużo łatwiej.
Cień zwątpienia zawsze czai się w głębi mojego umysłu i tak chyba już zostanie, ale nauczyłam się go lubić, bo dzięki niemu jestem otwarta na krytykę (moich poglądów i opinii, z innymi rzeczami to inna historia) i dyskusję. A to dobrze, bo to cecha, którą wysoko cenię u innych. Chociaż czasem przyjmuje ona u mnie formę nieco zbyt ekstremalną, kiedy jedno zdanie innej osoby potrafi wpędzić mnie w godzinę przemyśleń i analiz.

Biorąc pod uwagę pierwszą część tego tekstu podejrzewam, że nie ja jedna tak mam.
Dlatego następnym razem, kiedy powiesz (o) kobiecie, że jest arogancka, przemądrzała, nadmiernie ambitna lub coś w tym rodzaju, zastanów się, czy aby na pewno taka jest (może faktycznie), czy może tylko ci się tak wydaje, bo też wychowałeś/łaś się w społeczeństwie, które nauczyło cię, że kobiety powinny być ciche, skromne i spolegliwe. Zadaj sobie pytanie czy powiedziałbyś/łabyś to samo (o) mężczyźnie? I pomyśl, że może za tą pewnością siebie, która cię tak razi, kryją się lata pracy nad sobą.


1za: https://imid.med.pl/en/news/jakie-sa-polskie-nastolatki-raport-hbsc-2020
2za: 3https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1703878,1,polki-mysla-ze-sa-najbrzydsze-w-europie-dlaczego.read
4https://www.smh.com.au/lifestyle/health-and-wellness/women-more-likely-to-be-perfectionistic-anxious-at-work-20180412-p4z971.html
5https://en.wikipedia.org/wiki/Impostor_syndrome#:~:text=Impostor%20syndrome%20(also%20known%20as,exposed%20as%20a%20%22fraud%22.