Strategie reprodukcyjne a Maryja dziewica

Oglądaliście Jane The Virgin? Pamiętacie scenę z pogniecionym kwiatkiem?

Maja z Miłość w Czasach strefowych w swoim ostatnim poście wezwała mnie do podzielenia się ze światem moją (no dobra, nie jest ona tylko moja, ale dowiedziałam się o tym dopiero później) teorią na temat pochodzenia męskich zapędów do kontrolowania kobiecej seksualności.

tl;dr
Robią to, bo każe im biologia 😉

Zacznijmy od podstaw: człowiek to zwierzę.

Zwierzęta mają różne strategie reprodukcyjne. Strategia reprodukcyjna to taki system cech i zachowań, które umożliwiają przetrwanie gatunkowi. Czyli w uproszczeniu: wszystko co odpowiada na pytanie co zrobić żeby skutecznie przekazać geny dalej? I to skutecznie jest tu ważne, bo nie chodzi tylko o to, żeby narobić potomstwa, ale o to, żeby to potomstwo przeżyło i mogło rozmnażać się dalej.

W pewnym uproszczeniu, w naturze występują ich dwa rodzaje: oparte na ilości i oparte na jakości (powiedzmy). Strategie oparte na ilości polegają na tym, że produkuje się jak najwięcej młodych z nadzieją, że jak będzie ich wystarczająco dużo, to ileś przeżyje. Ma to sens w przypadku potomstwa, które przychodzi na świat względnie gotowe do samodzielnego życia, dlatego ten typ strategii obserwujemy np. u ryb czy płazów1. Kojarzycie pewnie z lekcji biologii rybie tarło, czyli samice składające niezapłodnione jeszcze jajeczka i odpływające w siną dal, a samce polewające je potem mleczem (czyli rybim nasieniem) i także odpływające w sobie tylko znanym kierunku. W przypadku tego typu rozrodu większość młodych osobników nie przeżywa, ale jest ich na tyle dużo, że nikt się tym nie przejmuje.

Jeśli chodzi o ten drugi typ, który roboczo nazwałam opartym na jakości, występuje on w przypadku gatunków, których młode wymagają opieki zanim osiągną stopień rozwoju pozwalający na samodzielne przeżycie. W tym przypadku bardziej opłaca się sprowadzić na świat mniejszą ilość potomstwa i zainwestować w lepszą opiekę, co znacząco podnosi jego szanse na przeżycie1. Z tą strategią mamy do czynienia w przypadku ssaków czy ptaków, chociaż szczegóły też będą się tu różniły w zależności od gatunku.

Inwestycje rodzicielskie czyli kogo ile kosztuje przedłużanie genów

Wspomniana opieka i zapewnianie przetrwania, nazywana jest inwestycją rodzicielskią2 i oznacza wszystko, co robi rodzic/rodzice żeby zwiększyć szanse przetrwania młodych – wchodzi w to zarówno czas i zasoby poświęcone na utrzymanie potomstwa przy życiu i uczenie go różnych życiowych umiejętności jak polowanie czy latanie, ale także: stratega doboru partnera. O ile w większości przypadków – zwłaszcza wśród ssaków – to samica ponosi inwestycję w sensie poświęcania czasu i zasobów (tzw. exclusive paternal care czyli opieka nad młodymi w wykonaniu samego samca jest dość rzadka w świecie zwierząt; zapłodnienie, ciąża, poród dzieją się kosztem organizmu samicy), o tyle samiec: niekoniecznie. Sądzę, że wynika to z faktu, ze samice zazwyczaj dysponują znacznie mniejszą ilością gamet niż samce3, w związku z czym w ich interesie leży optymalizacja ich wykorzystania. Dlatego o ile samica nie za bardzo ma tu różne możliwości, o tyle dla samca – w uproszczeniu – możliwe są znowu dwie opcje: na ilość i na jakość. Czyli albo może próbować zapłodnić tyle samic ile się da, albo raczej skupić się na jednej i na wspólnej opiece nad potomstwem (co w naturze zdarza się rzadziej).
To wszystko nie jest aż takie proste i zerojedynkowe, ale na potrzeby tego wpisu nie będę się bardziej zagłębiała w szczegóły.

Nawiasem mówiąc, czyli czy to prawda, że faceci wolą młodsze, a kobiety bogatych?

Swoją drogą, skoro już mowa o doborze partnera, są badania, które pokazują, że mężczyzn pociąga w potencjalnym partnerkach seksualnych płodność (czyli kobiety młode, zdrowe, z wyraźnie zaznaczonymi cechami płciowymi – takie które wyglądają na zdolne do łatwego zajścia w ciążę i urodzenia dziecka), a kobiety pociąga capacity to provide czyli zasoby i możliwości ich zapewnienia (czyli mężczyźni, który będą w stanie więcej zainwestować w wychowywanie ludzkiego młodego)4.

No ale wracając do tematu.

Odnosząc to wszystko do człowieka: nasz gatunek wymaga jednych z największych inwestycji rodzicielskich w naturze. Ludzie młode potrzebuje absurdalnie dużo czasu i zasobów aby osiągnąć niezależność, a samodzielne doprowadzenie go do tego stanu jest niezbyt łatwe (czyli: mało opłacalne). Ogólnie rzecz biorąc: jest to inwestycja długoterminowa i absorbująca dużą ilość zasobów. I tak właśnie przechodzimy clu programu i pointy tego wpisu: o ile samica ma pewność, że inwestuje w swoje geny, o tyle samiec jej nie ma. Z punktu widzenia biologii i strategii reporodukcyjnej (której celem – w uproszczeniu – jest przedłużenie własnych a nie cudzych genów) jest to poważny problem. I stąd w psychologii ewolucyjnej pojawia się pojęcie sexual jalousy4,5. Co ciekawe, ale wcale nie zaskakujące biorąc pod uwagę, wszystko co napisałam, badania sugerują, że mężczyźni są bardziej zazdrośni o seks, a kobiety o relację – zapewne dlatego, że największym ryzykiem dla samca jest inwestycja w wychowywanie cudzego potomstwa, a dla kobiety: zostanie z potomstwem bez zasobów dostarczanych przez samca5,6.

Dylemat ojcostwa

W różnych gatunkach samce różnie sobie radzą z potencjalną niepewnością w zakresie ojcostwa. Czasem tworzą grupy poligamiczne jak lwy (jeden, maksymalni dwa samce plus grupa samic), czasem walczą o prawo do reprodukcji, a samiec, który pokona innych zyskuje dostęp do wszystkich samic (różne antylopy, żyrafy), czasem tworzą hierarchię, która pozwala tylko jednemu samcowi prokreować (goryle, wilki). Oczywiście w świecie zwierząt to wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym i instynktownym.

W przypadku człowieka to wszystko robi się znacznie bardziej skomplikowane, bo na biologię i instynkty nakłada się w naszym gatunku świadomość, wiedza, kultura, normy społeczne, wychowania i to wszystko co znacznie mniej determinuje życie zwierząt. I dlatego samiec człowieka opracował całe mnóstwo norm kulturowych i religijnych, których celem jest kontrola kobiecej seksualności i – tym samym – zapewnienie sobie pewności co do ojcostwa. Skupiają się one przede wszystkim dookoła kultu dziewictwa, czystości, niewinności, nieskalania, ale obejmują także zakrywania kobiecych ciał (żeby nie zainteresowały konkurenta), przekonanie że popęd i przyjemność seksualna są domeną wyłącznie mężczyzny, podczas gdy kobieta powinna realizować obowiązek małżeński, zamknąć oczy i myśleć o Anglii. No i wychowywać dzieci. Wiadomo, że jak kobieta nie ma dzieci to coś z nią nie tak. Seksualność (a raczej jej brak) została w świadomości społecznej połączona z oceną moralną kobiety jako osoby i stała się jej głównym wyznacznikiem, co pozwoliło przez wieki kontrolować kobiece zachowania8 poprzez stygmatyzację, piętnowanie, ostracyzm społeczny, i innego typu kary łącznie z zabójstwami honorowymi.
Na tym gruncie narodził się też kult Maryi: matki i dziewicy w jednym, czy obsesja na temat dziewictwa Królowej Elżbiety I (wiecie, że stan Wirginia podobno zawdzięcza swoją nazwę Queen Virgin – Królowej Dziewicy?).

A propos: to przekonanie, że kobieta nie powinna czerpać przyjemności z seksu wraz z kultem dziewictwa w niektórych rejonach świata doprowadziło aż do tradycji do okaleczania kobiecych narządów płciowych (tzw. obrzezanie dziewczynek).

No to w końcu to wszystko wina Maryi czy nie?

Jeśli przeczytaliście tekst Mai, o którym wspominałam na samym początku, wiecie, że jej Książę rzucił w pewnym momencie żartem Virgin Mary fucked it all up. Ale czy tak naprawdę to jej wina?
Chyba wszyscy wiemy, że trzy wielkie religie monoteistyczne jak najbardziej wpisują się w nurt kultu dziewictwa. Żeby być całkiem fair dodam, że w teorii zachowanie czystości do ślubu obowiązuje obie płcie, jakoś jednak nikt nie traktuje męskiego seksu przedmałżeńskiego jako hańby dla rodziny, a w klinikach medycyny estetycznej nie oferuje się zabiegów przywracania prawictwa… Zanim w tym momencie zaprotestujecie, że przecież mężczyźni nie mają błony dziewiczej uprzedzam, że do tematu tego mitu jeszcze wrócimy.

Wracając do wielkich religii monoteistycznych: wiemy, że wszystkie są zgodne co do tego, że cudzołóstwo czyli seks pozamałżeński (przedmałżeński także) jest grzechem, a kobieca czystość: wielką wartością, cnotą. Ale tak naprawdę nie ma tu nic oryginalnego.

Trochę wybiórczego przeglądu historii wierzeń

Na przykład: w starożytnej Mezopotamii funkcjonowało pojęcie tłumaczone jako undeflowered girl (powiedzmy: nierozdziewiczona dziewczyna), a nawet istnieją starobabilońskie teksty sugerujące istnienie testów na dziewictwo. Babilończycy, to jednak byli ludzie tolerancyjni, za seks przedmałżeński (w przeciwieństwie do zdrady) nie groziła kara śmierci!9.

W Starożytnej Grecji z kolei możemy zaobserwować poprzedniczkę Maryi czyli Artemidę, która była boginią Księżyca, młodych dziewcząt, czystości (a także porodu…)10, i która ślubowała wieczne panieństwo, a podobno nawet prosiła ojca (czyli Zeusa) o dar wiecznego dziewictwa11. Artemidę w Starożytnym Rzymie nazywano Dianą i tam nadal pozostała boginią-dziewicą i patronką narodzin dziecka12. Także ten: nihil novi sub sole, nie? A skoro już mowa o Starożytnym Rzymie, to oprócz Diany, mamy tam jeszcze kult Westalek: niewinnych kapłanek bogini Westy, które składały trzydziestoletnie śluby czystości13 – swoją drogą Westalki wypracowały sobie całkiem silną pozycję w społeczeństwie. Przypadek?

Żeby puścić trochę basen Morza Śródziemnego i najbliższe okolice:
Sikhizm zakazuje seksu pozamałżeńskiego14, 15
Hinduizm oczekuje od panny młodej dziewictwa15, 16, jest tam nawet specjalna ceremonia Kanyadan czyli: przekazanie dziewicy (chociaż co ciekawe, pochodzi ona dopiero z XV wieku)17.

… może starczy. Chyba już łapiecie o co chodzi.

Defloracja i mit błony dziewiczej

To co jest w tym wszystkim najbardziej fascynujące, to fakt, że tak naprawdę nie istnieje żadna jednoznaczna (nie wspominając o naukowej) definicja dziewictwa. Jest ich wiele i tak naprawdę, każdy może sobie wymyślić własną8.
A mimo to, w którymś momencie powstała koncepcja błony dziewiczej, którą zaczęto przedstawiać jako coś w rodzaju pieczęci czystości zabezpieczającej kobiecą pochwę, która pęka i krwawi podczas pierwszego stosunku.
Jestem przekonana, że większość z Was to doskonale wie, ale na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości: błona dziewicza, jako coś co pęka i krwawi przy pierwszym stosunku seksualnym i w ten sposób dowodzi, czy kobieta już uprawiała seks, czy nie to pic na wodę, fotomontaż. Czyli mit, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością18.
Mit ten był (i nadal jest!) tak poważnie traktowany i głęboko zakorzeniony, że w wielu kulturach zbudowano całe rytuały skupiające się na sprawdzaniu bielizny/prześcieradła pary młodej po ślubie, a nawet przeszukiwania panny młodej na okoliczność przemytu szpilek do alkowy (na wypadek gdyby chciała oszukiwać). Po dziś dzień dziewictwo „sprawdza się” m.in. przy pomocy tzw. metody dwóch palców w ok 20 krajach na świecie. Zarówno WHO jak i Organizacja Narodów Zjednoczonych określają te praktyki jako łamanie praw człowieka i przemoc względem kobiet18,19.
Oczywiście nie muszę wspominać, że zabiegi medycyny estetycznej polegające na „przywracaniu dziewictwa” są w niektórych rejonach świata całkiem popularne.

Naturalnie w męskiej anatomii żadnej mitycznej błony prawiczej nie ma.


Na koniec chciałabym wyjaśnić dwie rzeczy.

Po pierwsze, wszystkie te biologiczne teorie traktuję jako wyjaśnienia źródeł pewnych zjawisk, co bynajmniej nie znaczy, że stanowią one też usprawiedliwienie jakichś zachowań. Człowiek tym się różni od lwa czy wilka, że jest w stanie dowolnie decydować o swoich zachowaniach i nie musi się poddawać nakazom biologii. I o ile czasami trudniej ją (tę biologię) pokonać – np. nie do końca jesteśmy w stanie zapanować nad tym, kto nas pociąga seksualnie – o tyle jesteśmy w stanie (i mamy obowiązek!) kontrolować to co robimy. (I w domyśle: robić rzeczy, bo uważamy je za słuszne, a nie z innych powodów).
Co prowadzi mnie do drugiej kwestii: to wszystko co tu napisałam nie oznacza, że w jakikolwiek sposób krytykuję osoby, dla których czekanie z seksem do ślubu jest ważne. Nie. W pewnym sensie, podziwiam tych, którzy się na to decydują i traktuję to jako dowód na to, o czym pisałam przed chwilą: triumf umysłu nad biologią.
Omawiam (i krytykuję) konstrukty społeczne, które wtłaczają ludzi (w tym wypadku: kobiety) w pewne schematy i wymuszają pewne zachowania, stygmatyzując coś całkowicie normalnego, co powinno być źródłem przyjemności i sposobem na budowanie więzi i nadając temu absurdalny wymiar moralny, służący tylko i włącznie do kontroli. Nie wypowiadam się o indywidualnych decyzjach osób, które miały wolny wybór (pozbawiony presji społecznej, lęku przed ostracyzmem, karą, wizją przyniesienia hańby, a nawet zabójstwem honorowym).


Przypisy

1 https://pl.wikipedia.org/wiki/Strategia_%C5%BCyciowa
2 https://en.wikipedia.org/wiki/Parental_investment
3 https://www.nature.com/scitable/knowledge/library/mating-systems-in-sexual-animals-83033427/
4https://pdfs.semanticscholar.org/621c/1402a8b6e64793703bddd349a115e5ae5961.pdf
5 https://en.wikipedia.org/wiki/Sexual_jealousy#Explanations
6https://www.researchgate.net/publication/285913868_Sexual_Jealousy
7 https://medium.com/the-establishment/a-quick-and-dirty-history-of-virginity-9ceb24b7e08a
8 https://rampages.us/univ200sp2015boaz/wp-content/uploads/sites/4763/2015/01/Valenti-The-Cult-of-Virginity.pdf
9 https://krieger2.jhu.edu/neareast/pdf/jcooper/jc%20Virginity.pdf
10 https://en.wikipedia.org/wiki/Artemis
11 https://www.ephesus.us/ephesus/mythology_of_artemis.htm#:~:text=Being%20associated%20with%20chastity%2C%20Artemis,dishonor%20her%20in%20any%20form.
12 https://en.wikipedia.org/wiki/Diana_(mythology)
13 https://en.wikipedia.org/wiki/Vestal_Virgin#:~:text=In%20ancient%20Rome%2C%20the%20Vestals,not%20allowed%20to%20go%20out.
14 https://en.wikipedia.org/wiki/Chastity
15 https://en.wikipedia.org/wiki/Virginity#Social_norms_and_legal_implications
16 https://www.bbc.co.uk/bitesize/guides/zmct92p/revision/4
17 https://en.wikipedia.org/wiki/Kanyadan
18https://www.who.int/reproductivehealth/publications/eliminating-virginity-testing-interagency-statement/en/
19https://www.who.int/news/item/17-10-2018-united-nations-agencies-call-for-ban-on-virginity-testing



Czy on się zmieni?

Pewnie większość dziewczyn w związkach mieszanych usłyszało kiedyś jedną z takich przepowiedni: poczekaj, on się zmieni po ślubie; zmieni się jak pojawi się dziecko; zmieni się jak pojedziecie do jego kraju. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych, które można odnieść do w zasadzie każdego, to trzecie stwierdzenie dotyczy tylko Facetów z Importu i na nim dziś chciałabym się skupić: Czy egzotyczny absztyfikant zmieni się czy się nie zmieni, kiedy pojedziecie do jego kraju?

Poznali się w Europie. On co prawda pochodził z muzułmańskiego kraju, ale wydawał się bardzo zachodni: nie modlił się, nie chodził do meczetu, nie przestrzegał ramadanu, pił alkohol, chodził na imprezy, z seksem bez ślubu też nie miał problemu. A do tego był czuły, troskliwy, obsypywał komplementami, kwiatami i prezentami, mówił pięknie o uczuciach i w ogóle sprawiał, że ona czuła się wyjątkowo – jak nigdy wcześniej z nikim. Zakochali się w sobie i zaczęli być parą. Wszystko układało się świetnie, związek kwitł. W końcu postanowili pojechać do jego kraju i odwiedzić jego rodzinę. I tu zaczęły się schody: najpierw poprosił ją żeby zmieniła trochę styl ubierania i zakryła więcej ciała, „z szacunku do rodziców”, potem dał do zrozumienia, że powinna spędzać więcej czasu w kuchni z jego mamą, oraz zmywać po posiłkach (w czym sam nie brał udziału), potem zniknął na kilka wieczorów w kawiarni z kolegami nie zabierając jej ze sobą. Kiedy już wyszli gdzieś razem, nie zamawiał alkoholu i krzywo patrzył, gdy ona to robiła. Znowu prosił aby bardziej się zakryła, tym razem też w miejscach publicznych „żeby ludzie się nie gapili na jego kobietę”. Kontaktował się ze „starymi koleżankami”, ale coraz mniej mu się podobało, że ona pisze z kolegami. No po prostu zmienił się.

Brzmi znajomo? Jest całkiem sporo takich historii. 

Czy to znaczy, że każdy cudzoziemiec poznany w Europie zmienia się drastycznie, jak tylko jego stopa dotknie rodzimej ziemi? Oczywiście, że nie.  Jest równie wiele (a może i więcej?) historii, w których ukochany z importu wcale się nie zmienia. Czemu więc z niektórymi tak jest i czy da się przewidzieć, czy akurat Twojemu ukochanemu się przydarzy?

Żeby wyjaśnić mechanizm, który (moim zdaniem) stoi za tym zjawiskiem, przywołamy niejakiego Heliodora Muszyńskiego, który oprócz opracowania całkiem popularnego systemu edukacyjnego w szkołach socjalistycznych, stworzył także ciekawą koncepcję rozwoju moralnego człowieka. Opisuje ona konkretne etapy przyswajania norm moralnych przez człowieka. Z grubsza przebiega to tak: na początku  (czyli w wieku dziecięcym), głównym mechanizmem i powodem przestrzegania norm moralnych jest dążenie do uniknięcia kary i otrzymania nagrody. Z czasem czynnikiem motywującym staje się podziw, akceptacja i uznanie innych, a dziecko (właściwie to wczesny nastolatek) zaczyna przyjmować obowiązujące w grupie normy – bez traktowania ich jeszcze jako własnych. Dopiero później normy moralne zostają stopniowo zinternalizowane*, a następnie poddane krytyce aby ostatecznie dorosły już człowiek mógł osiągnąć stan świadomej, wewnętrznie spójnej, refleksyjnej moralności, która pozwala samodzielnie rozstrzygać konflikty moralne.

*Internalizacja, czyli uwewnętrznianie to proces przyjmowania za własne norm, zasad, wartości pochodzących z zewnątrz.

Tyle wstępu teoretycznego. Co z tego wynika?

Często mam wrażenie, że wiele osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych zatrzymuje się gdzieś na etapie  dostosowywania się do panujących norm (tak już jest/powinno być i już; bo co ludzie powiedzą), bez porządnego uwewnętrznienia danych zasad, a już na pewno bez etapu ich krytycznej analizy i wypracowania sobie własnej, dojrzałej moralności. Być może wynika to z tego, że konserwatywne otoczenie i wychowanie nie za bardzo zostawia miejsce na krytykę i wypracowywanie własnych zasad.

W każdym razie, w praktyce znaczy to tyle, że człowiek przyjmuje normy  normy narzucane przez środowisko i funkcjonuje w zgodzie z nimi po prostu bo tak jest i już, bez jakiegoś głębszego zastanowienia się nad ich słusznością. I spoko. Ale co się stanie, gdy taki facet zmieni otoczenie na znacznie bardziej liberalne – np. wyjedzie do Europy – a widmo dezaprobaty społecznej lekko się rozwieje otwierając przed nim całkiem nowe możliwości? Według mnie sytuacja może się rozwinąć czworako:
1. Delikwent może zacząć dowoli próbować wszelkich zakazanych owoców nie poświęcając temu jednak za wielu refleksji. Oczywista zmiana w jego zachowaniach, nie będzie się wiązała z żadną głębszą ewolucją na poziomie wartości. Będzie to raczej coś jak wyjadanie cukierków, kiedy matka nie widzi.

Może się też zdarzyć, że konfrontacja z nowymi ideami, wartościami, stylem życia pobudzi człowieka do refleksji, a liberalne środowisko stworzy mu miejsce, do podjęcia niemożliwej wcześniej, krytycznej analizy norm i wartości, wpojonych przez środowisko pochodzenia. I tutaj sprawa może (w uproszczeniu) przyjąć trzy formy:
Stare” normy mogą zostać odrzucone i zastąpione nowymi zasadami, które człowiek sam sobie wypracuje – w tym przypadku można powiedzieć, że zmiany w zachowaniu będą towarzyszyły przemianom na poziomie światopoglądowym i w efekcie powstanie z tego spójna całość. To – można by powiedzieć – jest przypadek Szalonego Naukowca. Nadamy mu numer 2.

Może też stać się tak, że „stare” normy zostaną zrewidowane i uznane za słuszne. W optymistycznym wariancie (nr 3) osobnik pozostanie wierny zasadom, które mu wpojono (teraz już uwewnętrznionym) niezależnie od tego na co pozwala nowe środowisko. To będzie ten facet, który chodzi na spotkania ze znajomymi, ale na nich nie pije, przestrzega ramadanu, nawet jeśli wszyscy dookoła niego jedzą w pracy lunch itd. Tego typu nie będziemy tu dalej rozważać, ponieważ nie pasuje do tematu tego posta. W pesymistycznym (ale nierzadkim) wariancie (4) pojawi się rozdźwięk między przekonaniami (konserwatywnymi) a zachowaniami. Wiecie: taki koleś, który potępia dane zjawisko, ale zawsze znajdzie jakąś wymówkę (bo człowiek jest słaby; bo każdemu zdarzy się błądzić;  bo pokusa była taka silna, ale bardzo żałuje; bo moja sytuacja jest inna).

I co dalej?

No dobrze. Wiemy już z grubsza, jak może przebiec ewolucja zachowań i/lub poglądów przy okazji migracji do bardziej liberalnego otoczenia. A co będzie po powrocie do ojczyzny?
Łatwo się chyba domyślić, że przeniesieni znowu w konserwatywne środowisko typ 1 i 4 porzucą swoją „zachodniość” i wrócą do dawnych norm, które nawet – w przypadku typu 4 – mogą ulec zaostrzeniu w ramach mniej czy bardziej uświadomionej pokuty za grzechy. Jeśli chodzi o typ 2, można oczekiwać, że jego sposób funkcjonowania i zachowanie pozostanie raczej niezmienione.
Czemu raczej a nie całkiem?
Bo jest różnica pomiędzy wyznawaniem swojego świadomego, wewnętrznie spójnego systemu wartości, a szacunkiem do zasad panujących w danym miejscu. Czyli na przykład czym innym jest unikanie nadmiernego kontaktu fizycznego w miejscach publicznych, ze względu na lokalne normy obyczajowe, a czym innym jest unikanie kontaktu fizycznego czy seksu, bo przed ślubem nie wolno. Albo czym innym jest niepicie alkoholu podczas rodzinnego obiadu (w kraju w którym alkohol nie jest społecznie akceptowany, nie w Polsce), a czym innym: całkowite unikanie alkoholu bo jest haram i oczekiwanie, że partnerka nie zamówi drinka w restauracji, która je serwuje.

Ok, ale jak ocenić, z który typem się spotykasz?

Cóż. To będzie truizm, ale przede wszystkim: rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Poznać dobrze człowieka z którym jesteśmy.
I nie mówię tu o rozmowach na tematy z życia codziennego i wymianie komplementów. Mówię o poważnych, głębokich dyskusjach na tematy światopoglądowe. Bo tak naprawdę zachowania opisane w przykładzie na początku tego tekstu to coś niezwykle powierzchownego. Fajnie wiedzieć, że facet z którym się spotykasz pije alkohol i chętnie uprawia seks, ale ta wiedza nie wystarczy żeby poznać z jakim typem (ani w ogóle: z jakim człowiekiem) masz do czynienia. W tym celu trzeba zejść znacznie głębiej, poznać jego system wartości, jego przekonania, poglądy, opinie
I nie tylko to. Trzeba się liczyć z tym, że każdy człowiek deklaruje jakieś wartości i przekonania, ale niekoniecznie dokładnie te, które tak naprawdę wyznaje. Ludzie zaskakująco często kłamią na temat swoich poglądów: robią to nawet w anonimowych badaniach psychologicznych i sondażach – ogólnie w każdej sytuacji, w której chcą dobrze wypaść: a do takich zdecydowanie należy tak zwany okres zalotów. Bywa też, że po prostu za bardzo się nad różnymi rzeczami nie zastanawiają (bo to dla nich oczywiste tak jest i koniec) dopóki ktoś ich o to nie zapyta i nie zacznie drążyć tematu.

Dlatego jedna rozmowa nie wystarczy. Tych rozmów musi być wiele, muszą być różne, muszą podchodzić do danego tematu z różnych stron, przy różnych okazjach. I trzeba w nich zachować pewien krytycyzm, pamiętać, co on mówił wcześniej, patrzeć jak to się ma do tego, co mówi teraz w innym kontekście. Zwracać uwagę na rozjazdy i sprzeczności. Dopytywać, wyjaśniać, drążyć. No i konfrontować to wszystko z obserwacjami z życia.
Przykład: konserwatywny system wartości zazwyczaj wiąże się z pewnym konkretnym podejściem do modelu związku i podziału ról na męskie i kobiece. Wyobraź sobie więc, że rozmawiasz ze swoim egzotycznym ukochanym, tym który sprawia takie „zachodnie” wrażenie: pije, nie pości, chodzi na imprezy itd. Do tego deklaruje, że jak najbardziej popiera robienie przez Ciebie kariery. Jaki wspierający prawda? Tylko, że w innej rozmowie wychwala i stawia Ci za wzorzec żonę brata, która nigdy nie pracowała zawodowo, a wyłącznie zajmuje się domem i dziećmi. Albo wspomina o tym, że gotowanie, pranie i sprzątanie to są czynności typowo kobiece, i facetowi nie przystoi się nimi zajmować. Albo absolutnie nie daje się przekonać do skorzystania z odkurzacza bo to babskie zajęcie.

Próbując poznać faktyczny, a nie deklaratywny, system wartości drugiego człowieka dobrym pomysłem jest zwracać uwagę jak on komentuje zachowania innych ludzi. Często w stosunku do samych siebie/bliskich osób jesteśmy bardziej pobłażliwi, podczas gdy innych oceniamy surowiej. 
Przykład: Twój egzotyczny ukochany chętnie chodzi z Tobą na imprezy i zupełnie mu nie przeszkadza, że nosisz mini i głębokie dekolty. Super, prawda? Taki zachodni, taki otwarty! A tymczasem słyszysz, że tamta dziewczyna, która rozmawia z jego kolegą, ubrana niemal tak jak Ty, wygląda slutty.

Im więcej nieścisłości i niezgodności między jedną wersją, a drugą albo między słowami i czynami zaobserwujesz, tym większe szanse, że masz do czynienia z typem pierwszym lub czwartym, czyli człowiekiem, którego system wartości albo nie jest zbyt dobrze ukształtowany, albo po prostu nie idzie w parze z zachowaniem. I w tym wypadku niestety musisz się liczyć z tym, że przy okazji wizyty w jego kraju ojczystym, będziesz miała okazję poznać nie tylko rodzinę ale także inną twarz ukochanego. A ta może Ci się nie spodobać.

Historia pewnego plakatu, czyli o agresji w trakcie protestów

Tego posta kierują w szczególności do tych, którzy mają problem z „agresywnym tłumem” protestujących.

Oto ja i mój plakat. Nie jest wulgarny ani agresywny, prawda? Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć jak wygląda z tyłu.

Z tym plakatem pod pachą, mężem i grupą znajomych udałam się dziś na protest. Szliśmy w gigantycznym tłumie ludzi, niedaleko platformy grającej muzykę. Od czasu do czasu tłum skandował dwa znane wszystkim hasła z użyciem wyrazów powszechnie uznanych za nieparlamentarne. Inne hasła też były, podobnie jak kilkukrotne „Dziękujemy” pod adresem mijanych ratowników medycznych.
Wandalizm, agresja? Nie.

W pewnym momencie uznałam, że pora wracać do domu. Oddzieliliśmy się więc we dwoje od marszu i ruszyliśmy przez jedne z głównych ulic Warszawy omijając rejony, o których już wiedzieliśmy, że chwilowo nie są zbyt bezpieczne. Byliśmy właśnie na rondzie ONZ, kiedy z przeciwka nadeszła grupka Rycerzy Ojczyzny. Było ich kilku, ale szli jacyś tacy rozproszeni, że nawet nie wiedzieliśmy, że są razem. W ogóle nie zwróciliśmy na nich uwagi dopóki pierwszy nie szarpnął za mój plakat – na tyle mocno, że aż się odwróciłam. Gdy tak patrzyliśmy za jego oddalającymi się plecami, nadszedł następny i on już wyrwał mi baner z ręki i rzucił nim o ziemię. Mój Mąż z Importu zareagował błyskawicznie: doskoczył do kolesia i z okrzykiem „Ej! Co kurwa?” zaszarżował na niego (nadal nie nauczył się, że mówi się „co jest k..wa”). Wywiązała się przepychanka, kolesi nagle zrobiło się trzech i ogólnie sytuacja mogła się zrobić naprawdę nieprzyjemna. Na szczęście w pobliżu była policja. Nie żeby cos zrobili, chyba nawet niczego nie zauważyli, ale ich obecność ostudziła zapały dzielnych rycerzy.

Agresywne tłum protestujących mówicie? Nie ma to jak prawdziwi mężczyźni, obrońcy Jedynych Słusznych Wartości, napadający na kobiety. No ale może mnie można, zdrajczynię ojczyzny, która poszła z Arabem.

Aha, jak to było? “Będziemy bronić polskich kobiet przed imigrantami”?

Ps. Plakat przetrwał zawieruchę w stanie nienaruszonym, jestem niesamowicie dumna!

#prochoice

Pisałam o tym już w piętek na Instagramie, ale tam liczą się głównie obrazki, a ja chciałabym jednak się wypowiedzieć. Więc napiszę to jeszcze raz.Jestem #prochoiceBezwarunkowo. Uważam, że o tym co się dzieje z ciałem danej osoby może decydować tylko właściciel/ka (o ile jest intelektualnie zdolny/a do takich decyzji) i lekarz (w sytuacjach zagrożenia życia).
Nie podoba mi się wartościowanie powodów: dana decyzja w takiej sytuacji jest ok, ale już w innej już nie. Prawo do decydowania o swoim ciele – i o tym komu lub czemu (nie wdając się w dyskusje naukowo-filozoficzne o tym, kiedy zaczyna się człowiek) jest ono użyczane – powinno być nadrzędne i niezależne od motywacji.Serio, gdyby debata dotyczyła oddania nerki, albo szpiku do przeszczepu, też byśmy się zastanawiali nad tym, czy jedna odmowa jest bardziej uprawniona od innej?Ci, którzy czytają mnie dłużej, wiedzą, że w ogóle nie jestem wielką fanką kompromisów. A tzw. kompromisu aborcyjnego to już w ogóle. Rozumiem jednak skąd się wziął i widzę że zmiana, która w czwartek została przypieczętowana, jest logiczną i naturalną konsekwencją ideologii, która w ogóle do niego doprowadziła.Z jednej strony jestem wkurzona tym, że ta decyzja jednak zapadła, a Sejm, miłościwie nam panujący prezes i banda kolesi w sukienkach (czyli de facto niemal sami faceci) może jeszcze bardziej deptać prawa połowy społeczeństwa.Z drugiej strony… one i tak już były podeptane: nie tylko tym pseudokompromisem, ale dodatkowo także swobodą w zakresie domowy jego realizacji. Każdy chyba czytał o sławetnej klauzuli sumienia, odmowach wykonania aborcji w sytuacjach (dotychczas) dozwolonych przez prawo, o przypadkach opóźniania procesu diagnostycznego, żeby minąć magiczną granicę „możliwości przeżycia poza organizmem kobiety”.Jednocześnie kliniki w Czechach i na Słowacji już od jakiegoś czasu prowadzą strony internetowe po polsku. Działają Women on Web. Myślę, że gdybym zdecydowała się usunąć ciążę ze względu na którykolwiek z tych „kompromisowych” powodów i tak nie robiłabym tego w publicznej placówce, a może w ogóle kraju. Sądzę, że wiele z nas myśli podobnie.
Dlatego de facto wczoraj zmieniło się niewiele.A jednak tak DUŻO, prawda?
Czwartkową decyzję TK odbieram bardziej jako demonstrację siły ideologii niż cokolwiek innego. I to naprawdę mnie przeraża, na równi z okolicznościami, w jakich ona nastąpiła. Nie bez powodu wyrok nastąpił właśnie teraz, gdy panuje pandemia, a związane z nią ograniczenia, które sprawiają, że społeczeństwo nie ma możliwości wyrazić swojego zdania i zaprotestować bez ryzykowania zdrowia i łamania prawa.
Jak dotąd nie powstrzymuje to ludzi przed wychodzeniem na ulicę. Ale czy to cokolwiek zmieni? Szczerze mówiąc, bardzo wątpię…

Na Kozetce z Oszustem – The Four Star General

Dzisiejszy odcinek Kozetki będzie rozrywkowy. Poznacie w nim pewnego amerykańskiego generała na misji w Jemenie. Część z Was już może pamięta początek tej fascynującej znajomości z mojego Instagrama. Niezależnie od tego, czy już go kojarzycie, czy jeszcze nie: zapraszam do zabawy.


Nie wiem jak mnie znalazł, podejrzewam, że oni obserwują jakieś hashtagi, w każdym razie zaczął od polubienia kilku zdjęć, a potem – jak na GENERAŁA przystało – natychmiast przystąpił do ofensywy.

Świetny angielski jak na Amerykanina, prawda?

Szybko załatwiliśmy wstępną gadkę-szmatkę i przeszliśmy do pierwszego punktu z Checklisty Scamu Na Amerykańskiego Żołnierza, czyli do przeniesienia na inną platformę komunikacji. Najwyraźniej słusznie przewidywał, że zablokują mu konto: dwa ostatnie screeny dorobiłam dla Was niedawno, jak widać konto już nie istnieje. Zastanawiam się, czemu amerykańskim żołnierzom tak blokują te konta, podczas, gdy cała masa innych oszustów ma swoje całymi miesiącami. Może dlatego, że kradną cudze zdjęcia? Jak myślicie?


Po zabezpieczeniu się na wypadek usunięcia konta, Pan Amerykański Żołnierz, kontynuował zaprzyjaźnianie. Rozmowa była raczej rozciągnięta w czasie, bo ja na swojego blogowego Hangouta zaglądam raczej rzadko, więc nie będę Wam tu wrzucała całości, poprzestanę na bardziej interesujących fragmentach w kolejności chronologicznej.
To jedziemy:


Tak się składa, że mam kolegę, który interesuje się wojskowością. Mam też googla. Kwestią minut było dowiedzenie się, że:
a. Cudzoziemiec raczej nie może obejmować stopni oficerskich w Armii Amerykańskiej
b. 4 Star general to jest de facto najwyższy stopień wojskowy jaki istnieje w tej armii, a lista wszystkich osób, które go posiadają jest dostępna w internecie. Razem z datami uzyskania. Postanowiłam więc trochę podrążyć. Musiałam pytać wielokrotnie, bo bardzo, ale to bardzo unikał odpowiedzi, ale w końcu się udało


Jakby ktoś się zastanawiał, nie istnieje coś takiego jak 6 stars general. Co do Pięciu gwiazdek: formalnie owszem, ale nie zostały one nadane gdzieś tak od czasów Drugiej Wojny Światowej.
Rozmowa rozwijała się niezwykle ciekawie, jednak spotkał ją niespodziewany i gwałtowny koniec.


Jedną z rzeczy, których nie ogarniam, jeśli chodzi o tych ludzi, jest ciągłe wypytywanie o to, która jest godzina. Rozumiem, że gadają z tyloma kobietami na raz, że nie sposób zapamiętać, która jest skąd i sprawdzać godzinę w Internecie. Ale po co w ogóle pytać? W każdym razie jakoś odechciało mi się ciągnąć tę rozmowę, najwyraźniej byłam na to za głupia!

Powrót Generała

Myślałam, że to już koniec i faktycznie przez miesiąc panowała cisza. Ale chyba skończyły mu się ofiary, albo przynajmniej zapanował jakiś przestój, bo kilka dni temu Generał powrócił.


W tym momencie zaczęliśmy się zbliżać do punktu kulminacyjnego. Pan Generał jednak jeszcze o tym nie wie i decyduje się uderzyć w słodkie słówka. To nowa strategia, czyżby nastąpiła zmiana personalna po drugiej stronie klawiatury?


Wielki Finał

Jak widzicie, zaczęłam od sprawdzenia, czy nadal pamięta gdzie niby jest i skąd pochodzi. O dziwo tak było, a skoro tak, postanowiłam więc go trochę podpuścić…
To co z tego wynikło, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.


THE END

Podzielcie się wrażeniami 🙂

Oszustka

Disclaimer: ten post będzie zawierał pewną dozę generalizacji. Zjawisko o którym chciałabym napisać nie dotyczy WSZYSTKICH kobiet lub mężczyzn, ale części (większości?). Dla wygody będę pisała „kobiety” i „mężczyźni – pamiętajcie, proszę, że nie mam tu na myśli dosłownie wszystkich.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym mężczyźni mają być silni, przebojowi i pewni siebie, a kobiety: skromne, ciche i pokorne.

Wychowywałam się w społeczeństwie w którym mówienie o sobie dobrze na jakikolwiek temat (zwłaszcza przez kobiety) jest odbierane jako przechwałki i w ogóle coś negatywnego (w końcu wiodącą kobiecą cnotą jest skromność, prawda?). A mówienie lub – nie daj boże – wydawanie poleceń (tylko przez kobiety) z pewnością siebie i przekonaniem jest odbierane jako arogancja, przemądrzałość lub rządzenie się.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym ambicja może być jednocześnie czymś dobrym i świadczącym o zaangażowaniu i profesjonalizmie (u mężczyzny) i złym, czyniącym z kobiety (a jakże) zimną i pozbawioną uczuć… sami sobie dopowiedzcie. Z resztą akurat jeśli o to chodzi, możemy obserwować to zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, na przykładzie potencjalnej pani wiceprezydent Kamali Devi Harris.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym na cześć, co u ciebie? nie odpowiada się dobrze, a u ciebie?, bo mówienie dobrze to prawie przechwalanie się. Zamiast tego pojawia się litania i licytacja narzekania. No wiecie:
Co u ciebie?
Kochana, okropnie! W pracy mnie nie doceniają, dziecko znowu przeziębione, a mąż złamał nogę i teraz cały dom na mojej głowie na najbliższy miesiąc. A co u ciebie?
Oj kochana jeszcze gorzej! Z pracy mnie wylali, dziecko ma zapalenie płuc i różyczkę na raz, a mąż mnie zostawił dla młodszej!

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym kobiety przyjmują komplementy w taki sposób:
Ładnie dziś wyglądasz!
Daj spokój z tym sianem na głowie/z tymi pryszczami/z tymi workami pod oczami?
Albo:
O jaka ładna sukienka!
Ta stara szmata? Powinnam przestać ją nosić pogrubia mnie.
Bo przecież przyjęcie ich inaczej to w sumie ZGODZENIE SIĘ z pozytywnym zdaniem na swój temat a to nie wypada.

Wychowywałam się w społeczeństwie, w którym wiele kobiet nie jest w stanie zaakceptować braku perfekcji. W kraju, w którym nastolatki (dziewczynki) zajmują pierwsze spośród czterdziestu trzech miejsce pod względem negatywnej oceny swojego ciała1, a 84% dorosłych kobiet poddałoby się operacji plastycznej gdyby tylko było je na to stać2. Badania przeprowadzone co prawda w nieco innych społeczeństwach, ale nadal w szeroko pojętym kręgu kultury „zachodniej” wskazują, że kobiety wykazują także perfekcjonizm w życiu zawodowym3,4. Mowa jest także o związku między kobiecym perfekcjonizmem a wysokim poziomem samokrytyki3.

Trochę o mnie, czyli życie w cieniu Syndromu Oszusta (Impostor Syndrome)

Wiecie co to jest Impostor Sydrome czyli Syndrom Oszusta? To jest takie zjawisko, kiedy człowiek, pomimo swoich kompetencji, a wręcz dowodów na ich istnienie, jest przekonany, że nie zasługuje na swoją pozycję zawodową/ocenę na egzaminie/sukces, że tak naprawdę zawdzięcza to fartowi lub sprzyjającym okolicznościom, a lada chwila wszystko się wyda. Jakoś mnie nie zaszokowało, gdy wyczytałam, że są badania wskazujące na częstsze występowanie tego syndromu u kobiet5 (chociaż, żeby być całkowicie szczerą: są też takie, które nie wskazują na różnice między płciami w tym zakresie).

Tyle jeśli chodzi o badania i statystyki, przejdźmy do studium przypadku

Mam trzy dyplomy (jeden magisterski i dwa ze studiów podyplomowych), a podczas całej swojej przygody akademickiej oblałam jeden egzamin. JEDEN. Przez całe studia miałam stypendium naukowe. A mimo to przed większością egzaminów byłam przekonana, że nie zdam, a po otrzymaniu większości wyników: że po prostu miałam szczęście z pytaniami.

Dwa razy całkowicie się przebranżowiłam, między innymi dlatego, że byłam przekonana, że kompletnie nie nadaję się do tego, co akurat robiłam. Gdy weszłam na ścieżkę kariery, na której jestem obecnie, ciągle miałam wrażenie, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki komuś: najpierw dzięki koleżance, która podesłała moje CV do HRu (co nie sprawiło, że ominął mnie którykolwiek z etapów rekrutacji, ale ja i tak uważałam, że nawet by mnie na nią nie zaproszono, gdyby nie ona), potem dzięki fartowi. Przy kolejnych awansach myślałam, że udały się tylko dlatego, że ktoś mnie polecił na nowe stanowisko. Całe lata zajęło mi zrozumienie, że jeśli ktoś, z kim pracowałam mnie poleca, to robi to dlatego, że jest zadowolony z poziomu mojej pracy, z mojej wiedzy, moich kompetencji, sposobu w jaki sposób wykonuję swoje zadania, a nie dlatego, że chce być miły.

Przez wiele lat wątpiłam w swoją ocenę na tyle, że nie byłam w stanie określić, jaka właściwie jest moja opinia na różne tematy, bo przecież na pewno nie wzięłam czegoś pod uwagę, nie uwzględniłam jakichś ważnych czynników i co ja w ogóle na ten temat wiem? Każdy, kto mówił z pewnością siebie był w stanie przekonać mnie do swoich racji, bo tak bardzo nie wierzyłam w swoje własne. Co oczywiście nie skończyło się dla mnie zbyt dobrze, kiedy weszłam w związek z mężczyzną tak pewnym siebie, jak toksycznym, który świetnie umiał wykorzystać całą tę moją niepewność na swoją korzyść.

Dobrych parę lat zajęło mi zbudowanie pewnych zrębów pewności siebie (przynajmniej na gruncie intelektualnym) i rozwinięcie wiary w swoje opinie i przemyślenia. W swój umysł. W pewnym sensie ten blog jest trochę narzędziem, które mi w tym pomaga. Ciągle się uczę wyrażania swoich poglądów z pewnością siebie i nie popadania w samozwątpienie za każdym razem, gdy ktoś się ze mną nie zgodzi. Większość tekstów, które tu piszę poprzedzonych jest godzinami przemyśleń, rozmów z innymi ludźmi, zbierania opinii, doświadczeń, a czasem nawet i lekturami. Na początku wyzwaniem dla mnie było pisanie z przekonaniem. Teraz, po prawie dwóch latach przychodzi mi to dużo łatwiej.
Cień zwątpienia zawsze czai się w głębi mojego umysłu i tak chyba już zostanie, ale nauczyłam się go lubić, bo dzięki niemu jestem otwarta na krytykę (moich poglądów i opinii, z innymi rzeczami to inna historia) i dyskusję. A to dobrze, bo to cecha, którą wysoko cenię u innych. Chociaż czasem przyjmuje ona u mnie formę nieco zbyt ekstremalną, kiedy jedno zdanie innej osoby potrafi wpędzić mnie w godzinę przemyśleń i analiz.

Biorąc pod uwagę pierwszą część tego tekstu podejrzewam, że nie ja jedna tak mam.
Dlatego następnym razem, kiedy powiesz (o) kobiecie, że jest arogancka, przemądrzała, nadmiernie ambitna lub coś w tym rodzaju, zastanów się, czy aby na pewno taka jest (może faktycznie), czy może tylko ci się tak wydaje, bo też wychowałeś/łaś się w społeczeństwie, które nauczyło cię, że kobiety powinny być ciche, skromne i spolegliwe. Zadaj sobie pytanie czy powiedziałbyś/łabyś to samo (o) mężczyźnie? I pomyśl, że może za tą pewnością siebie, która cię tak razi, kryją się lata pracy nad sobą.


1za: https://imid.med.pl/en/news/jakie-sa-polskie-nastolatki-raport-hbsc-2020
2za: 3https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1703878,1,polki-mysla-ze-sa-najbrzydsze-w-europie-dlaczego.read
4https://www.smh.com.au/lifestyle/health-and-wellness/women-more-likely-to-be-perfectionistic-anxious-at-work-20180412-p4z971.html
5https://en.wikipedia.org/wiki/Impostor_syndrome#:~:text=Impostor%20syndrome%20(also%20known%20as,exposed%20as%20a%20%22fraud%22.

Chwytanie chwil

Kiedy założyłam tego bloga prawie dwa lata temu, jeszcze tylko na Facebooku, służył mi on w znacznym stopniu jako pamiętnik. Chwytałam i uwieczniałam fragmenty naszego życia, a od czasu do czasu rozpisywałam się o jakichś swoich przemyśleniach. Z czasem, zwłaszcza od kiedy przeniosłam się na platformę blogerską i zaczęłam używać instagrama, zgubiłam trochę swój oryginalny zamysł. Okruchy życia trafiają teraz na IG i czasem na facebooka, a na blogu rządzą dłuższe artykuły. Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy mi się to podoba. W ogóle ciężko mi odnaleźć równowagę pomiędzy wszystkimi platformami, na jakich teraz funkcjonuję. Czy wrzucanie tej samej treści na trzy jednocześnie, to dobry pomysł czy uciążliwy spam? A przecież od początku celem tego bloga miało być pokazywanie fragmentów naszego życia. Cel nieco się rozwinął, ale to nie znaczy, że chcę całkiem odejść od korzeni. I dlatego wymyśliłam, że na razie – póki nie wpadnę na lepsze rozwiązanie – będę te wszystkie okruchy zbierała w tym jednym, dedykowanym do tego poście.


W tym tygodniu stuknęło nam 7 lat razem. 7 lat wygłupów, śmiechu, goracych dyskusji, przygód, poznawania świata, siebie nawzajem i samych siebie w całkiem nowy sposób.
7 lat odkrywania nowych miejsc, robienia nowych rzeczy i próbowania nowego jedzenia. 7 lat nieprzerwanej rozmowy, zasypiania w swoich objęciach, budzenia się razem, wspólnych śniadań, kolacji i przekąsek o północy. Setki godzin obejrzanych filmów, dziesiatki godzin spędzonych w samolocie razem lub do siebie. Trochę mniejszych i większych sporów i zarwanych nocy. Tańczenie na środku salonu do naszej piosenki, kibicowanie jego ulubionej drużynie, ocieranie mi łez kiedy po raz kolejny oglądam The Notebook albo Star is Born, ściskanie się za ręce na rollercoasterach i wymienianie spojrzeń z dwoch stron parkietu w nocnym klubie. 11 odwiedzonych razem krajów, 3 śluby, 7 sukienek.

Są takie osoby, z którymi bycie jest proste jak oddychanie (bez koronawirusa), a nawet trudności i problemy dzielą się przez dwa. Są takie osoby, z którymi dobrze się jest nawet kłócić, bo po prostu wiesz, ze za chwilę i tak się bedziecie z tego śmiać. Są takie osoby, z którymi można być w 100% sobą w swojej najprawdziwszej, surowej, totalnie szczerej wersji bez lęku przed krytyką i osądzaniem.

Podobno w siódmym roku przychodzi kryzys, ale ja żadnego nie zauważyłam. #happyasever 💙

03.10.2020


CISZA.
Tematem dzisiejszego wyzwania #instawtorek_kfs z @kobiecafotoszkola jest cisza.
Zdjęcie, które widzicie zrobiłam na szczycie lodowca Hintertux w Austrii, na wysokości ok 3300m. O ile akurat nie wieje wiatr i nie krzyczą narciarze (a oni raczej krzyczą na niżyszch poziomach), panuje tam cisza niemal doskonała.

Ci z Was, którzy czytają mnie nieco dłużej, wiedzą, że okolice Hintertux są jednym z moich ulubionych miejsc na świecie i że wiążę z nimi duży sentyment ponieważ były świadkiem naszych zaręczyn💙 Być może wiecie też, że od kiedy się znamy (a właściwie o rok dłużej) Szalony Naukowiec przyjeżdżał tu co roku w związku z pracą – a ja czasami z nim na doczepkę. W tym roku też pojechaliśmy i była to nasza ostatnia podróż w świecie przed pandemią, a także – dla mnie – ostatnia dłuższa niż przedłużony weekend 🥺
W tej sytuacji możecie sobie wyobrazić, że bardzo liczyłam na to, że już za kilka miesięcy pojedziemy tam znowu… Niedawno dowiedzieliśmy się jednak, że przyszłoroczna edycja Warsztatów Szalonych Naukowców się nie odbędzie, więc pewnie będziemy musieli poczekać kolejny rok.

Ale wiecie co? Nie ma tego złego! Niewiele później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy chyba jedynymi ludźmi w Polsce, których ekipa budowlana jest dostępna WCZEŚNIEJ niż to było oryginalnie planowane 💪🏻💪🏻 w związku z czym teraz przynajmniej remont i wyjazd nie będą wchodziły w kolizję.
Także Rozczarowanie Mode: off i Pannic Mode: on 🤯😱


29.09.2020


Dziś będzie o pierscionkowej ironii losu. Takiej malutkiej.

Wiecie że białe złoto wcale nie jest białe, ale słomkowo żółte? Srebrny kolor, który widzimy (i który ja uwielbiam) zawdzięczamy warstwie rodu. A ta sie czasami wyciera, ukazując żółtawą rzeczywistość. Miesiąc temu oddałam swój ukochany zaręczynowy pierscionek do ponownego rodowania (i czyszczenia przy okazji). Wreszcie wczoraj do mnie wrócił 😍 wyznam Wam na marginesie, że bardzo się cieszę, że Szalony Naukowiec wybrał tanzanit a nie diament, jakoś wolę niebieskie kamienie💙
A Wy wolicie „typowe” pierścionki zaręczynowe z brylantem, czy może jakies inne?

No ale gdzie ta obiecana ronia? Otóż tego samego dnia, kiedy odebralam lsniacy nowością pierscionek zareczynowy, podczas video rozmowy z rodziną męża, chłopak mojej starszej szwagierki zapowiedział, że niedługo możemy się spodziewać imprezy zaręczynowej w Maroku 😲😲😲 i zaraz potem wlasciwie poprosił teściów o jej rękę 😲 Zaskoczył tym chyba wszystkich, zwłaszcza, że (jeszcze) się wcale nie oświadczył. No ale teraz to już kwestia czasu. Więc wygląda na to, że całkiem niedługo będę miała nowego całkiem francuskiego szwagra i przestanę być jedyną bladą twarzą w najbliższej rodzinie🎉🎉
Bardzo jestem ciekawa jaki on wybierze 💍?

24.09.2020


To zdjęcie może nie jest jakieś superimponujące, ale weźcie pod uwagę, że zostało zrobione w środku nocy komórką!
Jednym z powodów, dla których wybrałam wlasnie Bieszczady na Urodzinową Wyprawę jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu calkowicie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia obserwować gwiazdy, więc takie okoliczności przyrody stanowiły doskonałe tło dla jego urodzinowego prezentu. Jak myślicie? Co dostał?

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!)jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Wczoraj wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!

20.09.2020


Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razow niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: że przeżywamy razem cos nowego dla obojga. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę.

A mówię o tym dlatego, że właśnie, z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam wycieczkę-nieslodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczukra, który spędził ostatnie pół roku na Home Office. Dziś wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszlismy na Połoninę Witlińską. 4 godziny łażenia po górach, a w bezpośrednich wysokosciach pokonaliśmy chyba ok 500m! Może to niedużo, ale ja jestem z nas dumna! Pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jedniczesnie chłodno (jakies 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie idealna pogoda do wdrapywania się pod górę.

18.09.2020


Wczoraj pojechaliśmy oglądać wrzosowisko Mostówka. Najpierw trochę się błąkaliśmy po lesie, który pachniał zupełnie jak podczas moich wakacji w dzieciństwie, a kiedy w końcu dotarliśmy do celu (idźcie wzdłuż torów jeśli nie interesują was spacery polesie), widoki były naprawdę świetne, mimo, że chyba załapaliśmy się na samą końcówkę kwitnienia. Z resztą sami widzicie.
___
No ale ja nie o tym chciałam. Chciałam napisać o tym, że w pewnym momencie soboty, dużo nie brakowało, żeby wycieczka nie doszła do skutku, bo mocno się z Szalonym Naukowcem pokłóciliśmy o kompletną głupotę. Zaczęło się od nieporozumienia, ale dyskusja na jego temat rozrosła się do dość absurdalnych rozmiarów. Dziś rano z kolei przeczytałam na facebooku posta, w którym autorka wspomniała, że zazwyczaj nieporozumienia z mężem zamiata pod dywan, bo one nie szkodzą dopóki – no właśnie – się nie rozrosną. Zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Ale wiecie co? Jednak to nie jest podejście dla mnie. Dla mnie każde nieporozumienie jest jak mikroskopijna igiełka wbita w palec (miałam kiedyś takiego kaktusa, którego najmniejsze igiełki były cieniutkie jak włos, a jednak wbijały się w skórę bez problemu): sama w sobie nieszkodliwa, ale jak się jej nie usunie, a pojawią się kolejne, to w końcu boli przy najmniejszym dotyku. Dlatego każde nieporozumienie wyjaśniamy do dna, niezależnie od tego ile czasu to zajmuje (a czasami potrafi zajmować bardzo dużo).

14.09.2020


Odświeżyłam post na temat finansów w związku mieszanym (i nie tylko), a wiąże się z nim taka oto anegdotka:
Żeby zrobić zdjęcie, które widzicie niżej użyłam swojego portfela i – oczywiście – zapomniałam potem odłożyć go do torebki. Zdałam sobie sprawę z tego faktu – oczywiście – w sklepie.
Wyobraźcie to sobie:
W sklepie kolejka na 5 osób, działa akurat tylko jedna kasa. Moje zakupy już skasowane, w torbie mam między innymi lody. Sięgam po portfel… Nie ma. Na szczęście mogę zapłacić telefonem. Kiedyś można było zrobić to po prostu uruchamiając NFC i otwierając aplikację bankową, ale od tego czasu sporo się zmieniło: teraz najpierw trzeba skonfigurować Google Pay, czego wcześniej celowo nie zrobiłam. Teraz jednak nie mam wyboru, piszę więc do męża żeby mi podesłał numer mojej karty ASAP. On oczywiście nie może jej znaleźć, o co nawet ciężko go winić, bo zostawiłam portfel na toaletce (no co, potrzebowałam białego tła). W końcu znalazł. Niestety nie zrozumiał, że pisząc „my card” miałam na myśli kartę do mojego rachunku indywidualnego („no przecież obie są twoje”), a że poszłam po normalne zakupy spożywcze, wysłał mi numer karty do wspólnego konta. W innym banku (to będzie ważne za moment). Wpisuję. Jeszcze trzeba cvc i datę ważności… Czekam. Pani za kasą się niecierpliwi, lody się rozmrażają. W końcu dosłał, wpisuję. Gotowe!
Próbuję zapłacić.
Ups.
“Ta karta nie obsługuje tego typu płatności”
Nie bez powodu chciałam użyć innej. Piszę znowu, żeby dosłał mi dane drugie karty jeszcze bardziej ASAP. Babka za kasą się coraz bardziej niecierpliwi, ludzie w kolejce jakby też. Dobra, wysłał. Wpisuję.
Już przykładam telefon… a tu jeszcze jedna autoryzacja.
W tym momencie kasjerka traci cierpliwość i anuluje moje zakupy.
5 sek. później: konfiguracja zakończona. Mogę wrócić na koniec kolejki.
___
No więc mam nadzieję, że post który mnie kosztował tyle nerwów się Wam podoba.

11.09.2020


W weekend pojechaliśmy ze znajomymi korzystać z ostatnich dni lata. Pewnie widzieliście już na stories, ale skoro Instagram robi teraz za taki mój quasi pamiętnik, to wrzucam pamiątkę i tutaj. Było bardzo fajnie, pomimo tłumów ludzi ochoczo zbijających się w stad(k)a na ulicach Kazimierza, jakby wirusa nie było. Pogoda była świetna (chwilami aż nawet zbyt gorąca), towarzystwo też niczego sobie😎 Zwiedziliśmy Park Zdrojowy w Nałęczowie, Zajrzelismy do Parku Czartoryskich w Puławach, przespacerowaliśmy się bulwarami w Kazimierzu i Wąwozem Korzennym, wdrapaliśmy się też do ruin zamku i na Górę Trzech Krzyży. Przy tej okazji o mało nie wyzionęłam ducha – najwyraźniej codzienne chodzenie na stepperze nie utrzymuje mojej kondycji na takim poziomie na jaki liczyłam. No i naprawdę słabo znoszę upały.

Tak czy inaczej naprawdę fajnie było się tak na chwilę wyrwać z miasta!
___
Z innej beczki: Ostatnio cierpię na lekki niedobór weny blogowej. Mam kilka pomysłów, miedzy innymi kolejną rozmowę w ramach Kozetki albo post o tym czy to prawda, że faceci z importu zmieniają się, kiedy wrócą do kraju ojczystego (i dlaczego) i kilka innych, ale chętnie bym przygarnęła jakieś sugestie/pomysły. Więc jeśli jest coś o czym chcecie poczytać: to jest dobry moment, żeby się tym podzielić.

To miłego poniedziałku moi drodzy! Mam nadzieję, że Wasz będzie lepszy niż mój, bo ja (jak zwykle ostatnio) poszłam za późno spać, gdyż się zaczytałam🤦🏼‍♀️

07.09.2020


Idzie nowe.
Zapowiadałam Wam wczoraj, we wrześniu zaczyna się dla nas nowy etap. Zanim powiem Wam jaki, wspomnę tylko, że nigdy nie lubiłam zmian, a już zwłaszcza takich dużych. Na przykład przeprowadziłam się tylko raz w życiu. To było prawie 8 lat temu, kiedy skończyłam studia, szkolenia, staże i wreszcie dostałam pracę, za której wykonywanie ktoś chciał mi zapłacić. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po podpisaniu umowy po okresie próbnym, było spakowanie się i wyniesienie od rodziców. Od tego czasu mieszkam tu gdzie mieszkam.
Po trochę ponad roku w moim życiu pojawił się Szalony Naukowiec i – jak już może wiecie – dość szybko zaczęliśmy razem pomieszkiwać. Oficjalnie zamieszkaliśmy razem 6 lat temu. I od tego czasu zaczęły się „problemy”, bo on – w przeciwieństwie do mnie – zmiany lubi, a w kwestii aranżacji wnętrz przywiązuje znacznie większą wagę do estetyki niż ja (wtedy). I ciągle mu coś nie pasowało.
Jeśli interesuje Was więcej szczegółów na temat mojej wyprowadzki, początków mieszkania samej i tego co wynikło z tego, że Szalonemu ciągle coś nie pasowało: zapraszam na bloga #linkwbio. Spokojnie, tam też doczytacie co to za nowe idzie. Ale jeśli wolicie doczytać tu to proszę bardzo: po MIESIĄCACH dyskusji, sporów i kłótni podjęliśmy w końcu decyzję: zabieramy się do Wielkiego Generalnego Remontu. Zdecydowaliśmy się skorzystać z profesjonalnego wsparcia architekta wnętrz i właśnie już za kilka dni zaczynamy prace nad projektem koncepcyjnym!

1.09.2020


Jak szybko i łatwo ugotować mężowi jego ulubione danie (czyli penne w sosie brokułowo-śmietanowo-serowym – jeśli to ma jakieś znaczenie)?

1. Wstaw osoloną wodę w dwóch garnkach;
2. Powiedz mężowi, że idziesz pod prysznic i żeby wstawił brokuły i makaron jak woda się zagotuje;
3. A w ogóle to będzie potrzebny zlew i czy mógłby go opróżnić (czytaj: włożyć naczynia do zmywarki);
4. Przyjdź wykąpana, podgrzej śmietanę (12 lub 18% im mniej tłuszczu tym będzie bardziej kwaśne, a jak wiadomo, od kwaśnego mniej rośnie tyłek) w rondelku, dorzuć 3 trójkąciki serka topionego i pomieszaj. Muszą się roztopić, to chwilę potrwa;
5. Idź zanotować pomysł na post na bloga, po drodze wspomnij mężowi (który kończy ładować zmywarkę) że będzie potrzebny starty ser;
6. Wróć do kuchni, kiedy usłyszysz, że mąż właśnie odlewa makaron;
7. Pomieszaj w rondelku, dodaj starty ser. Powiedz mężowi że źle go starł;
8. Odlej brokuły, rozgnieć widelcem, dodaj do sosu, pomieszaj, wylej na makaron, ktory już czeka na talerzach;
9. Voila, ulubione danie męża gotowe
___
Czy u Was w domu też najpierw każdy ustala, ile gramów makaronu chce na obiad, a potem ktoś go odważa przed i po ugotowaniu i przelicza właściwe proporcje porcji, które trafiają na talerz? Czy to tylko Szaleni Naukowcy tak mają, a normalni ludzie gotują – niedajborze – na oko??

27.08.2020


Zaczął się ostatni tydzień sierpnia, a to oznacza, ze wakacje są oficjalnie prawie za nami. Ja w tym roku (no, od lutego) nie miałam okazji nigdzie wyjechać na dłużej niż przedłużony weekend. Kocham podróżować i dopiero od niedawna zaczynałam bardziej rozwijać skrzydła w tym zakresie, a i tak wiecznie coś stało na drodze: a to finanse, a to oczekiwanie na kolejną kartę pobytu Szalonego Naukowca, któryś kolejny ślub albo jeszcze coś innego. Mimo to co roku udawało nam się wyjechać przynajmniej na ten jeden około-dwutygodniowy urlop, a najczęściej jeszcza na jakieś pomniejsze wycieczki. Ten rok miał być pierwszym bez żadnych przeszkód, ba! ironicznie: zaczął się na wyjeździe. I co? Wyszło jak wyszło. Więc jeśli ktoś wierzy w powiedzonko „Nowy Rok jaki, cały tok taki” to uprzejmie informuję, że ono nie działa.
Siedzę więc w domu, tęsknię za wakacjami i rozmyślam o kierunku w jakim zmierza moje życie. Może za jakiś czas będzie z tego jakiś post. Ale na razie nie ma. Na razie jest jedno z ostatnich zdjęć jakie zrobiłam podczas ostatniego wyjazdu weekendowego na Mazury: pomiędzy Ostródę, a Elbląg (konkretnie: okolice wsi Pozorty). To tak w ramach pocieszania się, że wyjechałam GDZIEKOLWIEK, a przy okazji w ramach tematu na dzisiejszy #instawtorek z @kobiecafotoszkola jakim jest „Polska jest piękna”. Na zdjęciu chwia przed deszczem, który miał być ale jednak nie mógł się zdecydować. Droga która (jak mogłoby się wydawać) prowadzi donikąd.
Wszelkie odniesienia do rozmyślań egzystencjalnych jakie dziś uprawiam są niezamierzone i totalnie przypadkowe.

25.08.2020


Jak to jest, że kiedy za oknem przejeżdża kolumna pojazdów na bardzo głośnym sygnale, kotu nawet ucho nie drgnie podczas drzemki, ale dźwięk telefonu podnoszonego rano z szafki przy łóżku, wyrywa ją z najgłębszego snu i momentalnie aktywizuje? Nawet juz nie budzik: ledwo wezmę rano do ręki telefon żeby sprawdzić, która godzina, Kota natychmiast materializuje się koło łóżka i w bardzo głośny sposób domaga śniadania. #kotytakiesą 🐱
Poza tym zawsze, ale to zawsze psuje mi zdjęcie 📸 Albo w ostatniej chwili się ruszy, albo w ogóle zmieni pozycję (nawet pogrążona w najgłębszym śnie), kiedy się tylko zbliżę z aparatem, albo zignoruje wszystkie dźwięki, które z siebie wydaję żeby tylko spojrzała w obiektyw. Albo rzuca mi takie właśnie spojrzenia z góry. Nie wiem, czy to pasuje do #wyzwaniezkłaczkiem bo mina raczej nie jest śmieszna, ale co ja poradzę, że ta modelka NIGDY nie współpracuje?
Wasze czworonogi też tak mają?

24.08.2020

Temat na dzisiejszy #instawtorek u @kobiecafotoszkola jest moje najlepsze/ulubione zdjęcie.
Wyznam Wam szczerze, że marna ze mnie fotografka. Dla mnie zdjęcia to głównie pamiątki. Uwielbiam selfies, często cykam fotki pysznemu jedzeniu, prezentom, które daję lub dostaję, różnym miłym chwilom no i niemal nie wypuszczam telefonu z rąk, kiedy podróżujemy. Staram się uchwycić jak najwięcej pięknych chwil żeby móc do nich później wracać. Czasem ciężko mi nawet utrzymać równowagę między chwytaniem momentów, a przeżywaniem ich. Średnio w tym wszystkim zwracam uwagę na takie rzeczy jak kadrowanie, kompozycja a nawet obiektywna ciekawość tematu.

Kiedy poznałam dzisiejszy temat, najpierw przyszły mi do głowy zdjęcia z Zanzibaru – są takie piękne! Ale potem pomyślałam, że to przecież w 100% zasługa tych widoków, które same z siebie robią całą robotę. I wtedy przypomniałam sobie tą fotę, którą widzicie wyżej, zrobioną NA PUSTYNI (tak, dobrze czytacie). Byłam z siebie strasznie dumna, że uchwyciłam takie ciekawe ujęcie. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam, że zrobiłam naprawdę ciekawe, dobre (nie tylko ze względu na swoją pamiątkową wartość) zdjęcie.

Do dziś nie wiem, jaka historia kryje się za tymi łódkami leżącymi na środku marokańskiej pustyni Agafay, czyli jakieś 150km w linii prostej od oceanu. Może są tam od potopu?

18.08.2020

Na Kozetce z Oszustem – odcinek 2. Wielki powrót Davida.

Pamiętacie Davida z posta jakiś czas temu? Jeśli nie, to szybko nadróbcie zanim będziecie czytać dalej.

A teraz usiądźcie wygodnie i bawcie się dobrze!


Niedługo po wydarzeniach opisanych wcześniej, odezwał się do mnie znowu:

This image has an empty alt attribute; its file name is screenshot_20200803-001252_instagram.jpg
Widzicie tę pierwszą wiadomość? Chyba nie ogarnął, że już rozmawialiśmy
This image has an empty alt attribute; its file name is screenshot_20200803-001258_instagram.jpg

Tu nastąpiła dość długa i szalenie nudna dyskusja, na temat tego jak to biedakowi ciągle włamują się na konto i w związku z tym koniecznie muszę mu podać adres mailowy żebyśmy mogli dalej prowadzić rozmowy na hangoucie. Zrobimy fast-forward do momentu, kiedy przeszedł do konkretów:

Co za nudziarz, prawda? Postanowiłam więc troszkę ubarwić naszą konwersację.

Jak Wam się podoba mój pomysł?
David chyba się zirytował, więc postanowiłam iść za ciosem.

Brzmi na wkurzonego, nie? Ale pożycz od męża?? Oj kolega David chyba w nerwach przestał być ostrożny! Jestem przekonana, że w Podręczniku Internetowych Oszustów jest specjalny rozdział poświęcony zapobieganiu angażowaniu rodziny ofiary w te rozmowy. Wyobrażacie sobie faceta, który daje żonie kasę, żeby mogła wysłać ją jakiemuś gościowi poznanemu przez sieć?
No ale idźmy dalej:

Chyba trochę zaczął żałować, że się do mnie odezwał, nie sądzicie? Ale trzeba mu przyznać, że się nie poddaje tak łatwo. Bezzębna kobieta, która wdaje się w bójki uliczne i zarabia w kartkach na wódkę, a on dalej drąży temat. Zrobił się chyba nawet trochę podejrzliwy…

Naprawdę wczułam się w rolę!
Nie odpisał już tego dnia, więc sądziłam, że temat jest zamknięty, ale gdzie tam… Wrócił już dzień czy dwa później z nową strategią. Postanowił mnie tym razem brać na litość.

(Tak, jedną wiadomość tam skasował, pojęcia nie mam czemu).
Końcówkę chyba Wam daruję, bo jest to jakieś 8 screenów powtarzającego się na przemian please my friend, without you I’m nothing, ubarwionych smutnymi wspominkami o zmarłej żonie, upadającym biznesie i kuszącymi obietnicami odwiedzenia mnie w Polsce. W końcu stwierdziłam, że materiału na ten wpis mam aż nadto, więc zablokowałam.


Jak Wam się podobało?
Jeśli macie podobne przygody – wesołe lub smutne – odezwijcie się do mnie, chętnie je opiszę ku rozrywce albo ku przestrodze.

Rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Bieszczady

Zwracacie uwagę na pierwsze razy? Bo ja tak. Kiedyś mi przeszkadzało, że jako bardziej doświadczona związkowo niż Szalony Naukowiec, mam mniej pierwszych razów niż on, a tym samym: mamy ich mniej wspólnie. W sensie: takich pierwszych razów, kiedy przeżywamy razem coś nowego dla obojga – gdzie samo przeżycie jest nowością, a nie „tylko” towarzystwo. Jakiś czas się tym przejmowałam, potem trochę mi przeszło, ale nadal zwracam na to uwagę. A mówię o tym dlatego, że z okazji jego zbliżających się urodzin, zorganizowałam mężowi Urodzinową Wycieczkę-Niespodziankę w Bieszczady i to jest taki właśnie wspólny pierwszy raz, bo – wstyd się przyznać – jako dziecko wychowane przez miłośnika Tatr, nigdy wcześniej tu nie byłam! A szkoda. Bieszczady są przepiękne, a do tego znacznie mniej onieśmielające dla korposzczurka, który spędził ostatnie pół roku na Home Office.

Wyruszyliśmy w czwartek rano i po 15 byliśmy już na miejscu. Na bazę noclegową wybrałam dom gościnny położony nad jeziorem Myczkowskim, kilka kilometrów od Soliny. Dom posiadał piękny, duży ogród i zejście bezpośrednio do jeziora, a jego lokalizacja w oddaleniu od jakiejkolwiek innej zabudowy, gwarantowała na absolutną ciemność w nocy. Do tematu ciemności i tego co z niej wynika jeszcze wrócę.

Po szybkim rozpakowaniu się (nie wiem jak Wy, ale ja zawsze natychmiast po przyjeździe rozpakowuję walizkę, nawet jeśli mam być w danym miejscu tylko dwa dni) wybraliśmy się obejrzeć zaporę na Solinie. Mój mąż uwielbia tamy więc to była taka dodatkowa mini atrakcja. Zapora faktycznie jest imponująca, ale sama miejscowość Solina nieco nas rozczarowała, głównie ze względu na to, że gdy już do niej dotarliśmy w okolicach 17.30 prawie wszystko było pozamykane (od straganów z pamiątkami po budki z lodami, goframi, smażoną rybą itp), a całość sprawiała lekko opuszczone wrażenie. Dopiero dwa dni później mieliśmy okazję zobaczyć ją w pełnej turystycznej krasie, ale w tamtym momencie wieczorem, nawet się martwiłam, że nie znajdziemy miejsca na obiad. Na szczęście znaleźliśmy. Z racji tego, gdzie zaparkowaliśmy odbyliśmy tego dnia dwa spacery po zaporze: za dnia i w nocy.

W piątek wybraliśmy się na objazd Pętlą Bieszczadzką, a także weszliśmy na Połoninę Wetlińską. Planując ten wyjazd zakładałam, że udamy się na jakieś piesze wycieczki, ale ta Połonina przyszła mi do głowy dopiero na miejscu, trochę dzięki inspiracji naszej Pani Gospodyni (szkoda, gdybym wiedziała, że czekają nas takie wyprawy, zdecydowanie wziełabym inne buty). Całość zajęła nam jakieś 4 godziny, w sumie pokonaliśmy chyba z 500m w górę, a niektóre podejścia naprawdę boleśnie przypominały mi o tym, że pandemiczny tryb życia nie pozostaje bez wpływu na kondycję. No, ale było warto wypluć płuca, bo widoki na górze były niesamowite. Do tego pogoda udała nam się genialna, było słonecznie, a jednocześnie chłodno (jakieś 10 stopni w cieniu) i lekko (a czasami: bardzo) wietrznie – dla mnie warunki idealne do wdrapywania się pod górę.

Kiedy w końcu dotarliśmy do samochodu, byliśmy raczej zmęczeni, postanowiliśmy jednak dokończyć naszą pętlę bieszczadzką. Na koniec dnia zaserwowaliśmy sobie zasłużone posiłki i padliśmy.


W sobotę postanowiliśmy wysilać się nieco mniej, zwłaszcza, że mieliśmy też plany na noc, dlatego szukaliśmy jakiegoś krótszego szlaku. Średnio nam to wyszło, bo skończyło się trzema godzinami szybkiego marszu na szczyt Chryszczata. O ile ja zakochałam się w Połoninie, o tyle Kolega Małżonek zachwycił się ścieżką przez las, w okolicach Chryszczatej. Faktycznie szlak był przepiękny, mało uczęszczany, lekko dziki. Całą frajdę lekko psuły tylko czarne wizje związane ze znakiem, który napotkaliśmy po drodze…

Stargazing in Bieszczady, czyli czemu ciemność jest fajna

To zdjęcie może nie jest jakieś superimponujące, ale weźcie pod uwagę, że zostało zrobione w środku nocy komórką!


Jednym z powodów, dla których na Urodzinową Wyprawę-Niespodziankę, wybrałam właśnie Bieszczady jest całkowity brak zanieczyszczenia światłem w tym regionie, co oznacza, że noce są tu absolutnie czarne i umożliwia bardzo dobrą obserwację nocnego nieba. Kolega Małżonek, jak na Szalonego Naukowca przystało, uwielbia oglądać gwiazdy (i inne ciała niebieskie). Jak wspominałam na początku, nasze zakwaterowanie było położone na uboczu, z dala od jakichkolwiek miasteczek i osad, które generują światło, a także miało ogród. Te wszystkie okoliczności przyrody tworzyły doskonałe tło do prezentu urodzinowego:

tadaaam!

Tak więc poza zwiedzaniem okolicy, łażeniem po górach (prawie 50 tysięcy kroków w dwa dni!) jedzeniem żurku i golonki oraz piciem gorącej czekolady, spędzaliśmy wieczory gapiąc się w niebo. Poza sobotą, o której za moment, robiliśmy to właśnie w ogrodzie naszych gospodarzy. Niebo było widać genialnie nawet gołym okiem, a do tego dodatkowych wrażeń dostarczyły nam bardzo głośne ryki niosące się z drugiej strony jeziora… Najpierw pomyśleliśmy, że to niedźwiedzie! Mimo bezpiecznej odległości i dzielącej ans wody, ciarki przeszły mi po plecach. Na szczęście okazało się, że to żadne niedźwiedzie, a jelenie na rykowisku. Ach to bycie mieszczuchem…
Jak wspomniałam, na sobotę mieliśmy konkretne nocne plany: wzięliśmy udział w pokazie organizowanym przez Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady, podczas którego przez 2h, uzbrojeni w lunetki astronomiczne, usadzeni na leżakach, oglądaliśmy Drogę Mleczną i uczyliśmy się rozpoznawać różne konstelacje. Pokaz odbywał się na Przełęczy Wyżniańskiej niedaleko szlaku na Połoninę Wetlińską. Wrażenie było niesamowite i niezapomniane, zwłaszcza, że przełęcz ta znajduje się na wysokości ok 900m, a temperatura w nocy wynosiła około 5-7°C. Ale było warto!

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Wyprawa w Bieszczady nie należy do wyjątków. Opuściliśmy to miejsce z silnym niedosytem i jeszcze silniejszym postanowieniem, że będziemy wracać regularnie.

Na Kozetce z Oszustem – Po drugiej stronie. Historia Asi.

Witajcie w kolejnym odcinku Kozetki! Dziś chciałabym przedstawić Wam Asię (imię zmienione), która napisała do mnie i zaproponowała, że podzieli się swoją historią. W przeciwieństwie do mojej poprzedniej rozmówczyni, która – można powiedzieć – uciekła oszustowi sprzed ołtarza, Asia nie tylko wyszła za Mahmouda, ale także pomogła mu sprowadzić się do Polski.
Tego, że Mahmoud okazał się oszustem i kanalią, zapewne już się domyśliliście (inaczej nie byłby bohaterem rozmowy w ramach tego cyklu), ale jeśli chcecie się dowiedzieć, jak cała historia się potoczyła, kiedy wyszło szydło z worka i czym to wszystko się skończyło: zapraszam do lektury. Uprzedzam, że historia, którą przeczytacie, może wywołać w Was różne emocje – we mnie na pewno poruszyła wiele strun, kiedy ją pisałam. Mam nadzieję, że podzielicie się swoimi przemyśleniami, ale proszę, róbcie to z szacunkiem dla Asi, która na pewno będzie czytać Wasze komentarze.


Asiu, przede wszystkim dziękuję ci, że się do mnie odezwałaś i że jesteś gotowa podzielić się swoimi doświadczeniami. Może na początek opowiesz nam, jak to się wszystko zaczęło?

Zapoznałam go na Badoo przez profil pracownicy mojej w pracy… sama go nie miałam. Podczas jednej z rutynowych kontroli w pracy, zauważyłam ze pisze z telefonu służbowego, jak się okazało na aplikacji Badoo. Nie skasowała jej, zostawiła w telefonie, następnego dnia miała wolne, a on zaczął pisać. Odpisałam i  tak się zaczęło. Nawet nie skojarzył z kim pisze, wyjaśniłam mu, ale jemu wcale to nie przeszkadzało. A ja to traktowałam jako zabawę. Potem przenieśliśmy się na Viber i Messengera. Świetnie mi się z nim rozmawiało… na każdy temat. Spędzał ze mną dużo czasu… był zabawny, zawsze wesoły, bez problemów z mega wielkim poczuciem humoru, zawsze myślący pozytywnie. Nawet mu nie przeszkadzało, że mój angielski był wtedy średni. Pochodził z dobrej rodziny…uporządkowanej, z wartościami. Tata oficer armii, siostra miała firmę kosmetyczną. On był managerem IT. Tak mówił.

Myślisz, ze kłamał?

Oczywiście. Ale nie do końca. Rzeczywiście pracował w IT, jego tata gdzieś tam kiedyś pracował w jakimś wywiadzie ale może z 15 lat temu. A siostra bawi się w sprzedaż na stronie internetowej, a nie „ma firmę” – coś jak Avon u nas.

Czyli podkoloryzował tu i tam…

Dokładnie. Dowiedział się, że ja jestem managerem, wiec nie mógł być gorszy. Tak go odebrałam. Trenował boks w Egipcie. Nagle pojawiłam się ja: manager z dobrą koleżanką, której były mąż ma znajomości w Europie w MMA. Był bardzo zainteresowany karierą w Polsce, więc byłam idealnym celem. Zadawałam mu różne pytania….mieszał się w odpowiedziach.

Nie wydawało Ci się to podejrzane?

Oczywiście, ale nie wierzyłam. Dawałam szansę i patrzyłam co dalej.

Mówisz, że był zainteresowany karierą w Polsce: narzekał na pracę w Egipcie i na Egipt?

Niezupełnie. Miał pracę, mówił dobrze o swoim kraju i życiu. Zmyliło mnie to. Zaproponowałam, że w takim razie ja będę w stanie zrezygnować z pracy i zostać w Egipcie.

Faktycznie brałaś pod uwagę przeprowadzkę do Egiptu, czy tylko go sprawdzałaś?

Sprawdzałam. A on nagle dostał propozycję pracy, rzekomo w Kuwejcie, wiec stwierdził, że musi wyjechać gdyż będziemy lepiej żyć. Myślę, że zrobił to dlatego, że ja od początku twierdziłam, że chcę żyć w Polsce. Dużo rozmawialiśmy, wybadał mnie a potem działał. Niby chciał jechać ze mną do tego Kuwejtu – wiedział że się nie zgodzę, bo to rygorystyczny kraj.

Opowiedz nam, jak rozwijała się ta znajomość. Poznaliście się przez Internet latem 2016 i co było dalej?

Zanim spotkałam go w realu minęło ok pół roku. W styczniu 2017 zobaczyliśmy się w Egipcie.

I potem często się widywaliście?

Co miesiąc leciałam na parę dni, nawet raz bez zapowiedzi – w celu sprawdzenia reakcji i zachowania.

Udało Ci się go na czymś przyłapać?

Nie, nie udało, był sam. Ale natychmiast wyszedł z psem, a jego telefon był ma Viberze zajęty. Później wszystko skasował.

Jak wyglądały te wasze spotkania?

Na pierwszym spotkaniu w styczniu, kiedy zabierał mnie z lotniska jakaś panienka na Viber wysłała mu buziaka. Stwierdził, że to stara znajomość, a dziewczyna zakochana i nie chce dać mu spokoju. Za pierwszym razem płacił za wszystko, ale tylko dwa dni. Potem spytał, czy kolejne dwa możemy zostać w domu, bo mu na życie nie starczy. Nie zapłaciłam za nic – zostaliśmy w domu.

W domu? Gdzie się zatrzymywaliście, u jego rodziny?

Rodzinę poznałam w dniu, kiedy braliśmy ślub, wcześniej tylko rozmawiałam na Messengerze z mamą i siostrą, bo ojciec znal tylko arabski. Zatrzymywaliśmy się w wynajmowanym przez niego mieszkaniu, w którym mieszkał. Przy pierwszym spotkaniu ja chciałam się zatrzymać w hotelu, ale on nalegał żebyśmy zostali w jego mieszkaniu. Również chciał seksu, ale nie dałam <śmiech>.

Jak przyjął odmowę?

Poszedł spać do drugiego pokoju obrażony. Ale rano przyszedł ze śniadaniem w normalnym nastroju, jakby nic się nie stało, nawet nie chciał o tym gadać – mówił ze jest nowy dzień. Właściwie z każdą rozmową tak było. Jak można nie rozmawiać o problemie? Nie można… a jego założenie było, że „było minęło”, nie wracamy dziś jest nowy dzień. Spływało po nim jak po kaczce.

Kolejne spotkania były w lutym i w marcu?

Tak. Drugie spotkanie: luty. Krytyczna sytuacja… ciągle brak gotówki po jednej wizycie na plaży. Był smutny, przygnębiony, rozczarowany. Zostawiłam mu 200$, szkoda mi się go zrobiło. W marcu zaczął strategię mówienia o pracy: że „shit szef”, że ekipa nie za bardzo, że chyba musi poszukać innej. I skupienie się na treningach, bo w międzyczasie zapisał się na trening MMA. Ja przyjeżdżam, a on mnie ciągnie na treningi. Poza tym był wiecznie zamyślony, w innym świecie. Jak wracałam do Polski, całe noce spędzał online na fb. Mówił ze spać nie może Innym razem, że to niemożliwe albo, że ktoś mu pisze wiadomość dlatego robi się online. Kłamał oczywiście jak się okazało później.

A wtedy w to uwierzyłaś?

Nie. Nie do końca. Były różne dziwne sytuacje. Prosiłam żeby zadzwonił, jak wychodzi z treningu. Nie zrobił tego. Zapytany, dlaczego, odpowiedział, że przecież gadaliśmy. Mówię, że na pewno nie ze mną, a on na to …. „aaaaa może z mama gadałem”. W międzyczasie jakaś kobieta była u niego w domu… pijana… kolejna „zakochana”. Pokazywał mi video.

I mimo tego wszystkiego poleciałaś znowu w kolejnym miesiącu?

Tak. W kwietniu byłam z przyjaciółką, która miała męża Egipcjanina. Znali się, odebrali nas wspólnie z lotniska. Oświadczył się na tym lotnisku w o obecności znajomej z którą byłam. Byłam  szczęśliwa… uwierzyłam że mnie kocha i chce dzielić życie.

Ten mąż przyjaciółki też się okazał oszustem?

Tak. Na lotnisku jego znajomy wziął mnie na bok i powiedział że Mahmoud rozmawiał z inną kobietą. Zapytałam o to – powiedział ze z siostrą.

Powiedział ci to ten sam znajomy, który oszukiwał Twoja koleżankę?

Tak.

Dziwne, ciekawe czemu to zrobił?

Oni się potem pokłócili, Mahmoud i jego kolega. Nie odzywali się do siebie, nie spędzaliśmy czasu razem. Jeden gadał na drugiego, a sam udawał porządnego.

I co było dalej?

Podczas mojej wizyty w kwietniu: nic specjalnego. Prosił żebym zostawiła mu pieniądze na wynajęcie mieszkania. Zostawiłam. A po moim powrocie do Polski stracił pracę. A raczej sam się zwolnił, bo miał problemy z szefem. Nie lubili się. Co ciekawe, szef po jego przylocie jego do Polski komentował mu zdjęcia na Facebooku – bardzo życzliwie, jakby się przyjaźnili.

A potem w maju wzięliście ślub i przy tej okazji poznałaś jego rodzinę, tak? Jak cię przyjęli?

Ślub w maju, tak. Rodzina mnie zaakceptowała, byli mili, nawet bardzo, troskliwi i opiekuńczy, czułam się jak księżniczka. Wcześniej miałam już kontakt miałam z mamą i siostrą. Po ślubie wróciłam do domu i  zaczęłam starać się o sprowadzenie go do Polski. Nalegałam też na wesele. Nie sprzeciwiał się… rodzinie musiał pokazać że to ślub z miłości a nie dla wizy.

Czyli myślisz, że ich tez oszukał?

Tak. Oszukał rodzinę również i to rodzina zapłaciła za wesele, nie on. On starał się wyłudzić pieniądze mówiąc że mama chora. Ale rodzina mówiła nie i że zapłacą.

A jak wam się układało po ślubie? Jak wyglądało wesele i podróż poślubna?

Wesele w Kairze, w wolnej przestrzeni: pięknie, romantycznie. Wesele w Egipcie przebiega podobnie do naszego, lecz bez alkoholu i panie bawią się razem, a panowie oddzielnie. Później miesiąc miodowy w Marsa Matruh, a tam znowu: jak wzięłam jego telefon do ręki… znowu pisanie z laskami… wszystko widziałam. Wyparł się, powiedział, że to kolega pisał z jego telefonu, nie on.
Potem sprawy urzędowe: załatwiałam ja w Polsce, on w Egipcie. Zostawiałam mu pieniądze. Nigdy nie miał. Od maja do sierpnia bez pracy. W tym okresie bawił się z kobietami: pisanie, zapraszanie do domu na wakacje pań z Europy. Moi znajomi spotkali go w barze z panią za rękę i z jakimiś dokumentami.

A skąd wiesz o tym pisaniu i zapraszaniu? Kiedy to odkryłaś?

Przejrzałam jego telefon. To było już po ślubie, ale jeszcze był w Egipcie.

Skonfrontowałaś go na temat tego, co znalazłaś?

Tak. Wyparł się: „to nie tak jak myślisz”.

Uwierzyłaś?

Pół na pół. Zawsze robił tak, abym wierzyła, ale rozum mówił, co innego. Później, na naszym miesiącu miodowym dowiedziałam się że zapraszał dziewczynę z Polski na seks trzy dni przed weselem. Ona mnie znalazła na Facebooku, opowiedziała wszystko, wysłała screeny rozmów. On się wyparł. Powiedział, że specjalnie to zrobił z zemsty, bo ona go kiedyś zostawiła i zaczęła spotykać się z innym. Mówił, że to wszystko było przed weselem, że teraz już będzie inny. Byłam już w ciąży więc… Uznałam, że jak to ściągnę do Polski to się zmieni: będzie dom, rodzina… Pomyślałam, że będzie ok.

Co jeszcze się działo przed jego przyjazdem do Polski?

Nic szczególnego. Zwykle narzekanie. Po weselu do lutego był w rodzinnym domu, bez pracy, chodził na treningi. Do lutego byłam u niego co miesiąc: kamuflował się świetnie. Kasował aplikacje, a kiedy wracałam do Polski pobierał na nowo: Badoo, Vk, Datezone i inne.

Skąd wiesz ze na nowo je pobierał i ich używał?

Zamontowałam mu aplikację. Wirusa, którego wysyła się za pośrednictwem wiadomości lub obrazka i dzięki niemu mamy podgląd w czyjś telefon. Więc widziałam wszystko. Poza tym kasował rozmowy, ale nie kasował polaczeń i historii.

Kiedy mu to zainstalowałaś?

Raz w Egipcie i drugi raz w Polsce.

A w Egipcie kiedy?

Na drugim spotkaniu.

I co odkryłaś?

Miał wiele aplikacji rożnego rodzaju, pisał z pannami, zapraszał je na sex, wyłudzał kasę, a jak nie chciały dać to straszył.

I robił to wszystko przed ślubem?

Tak. Kamuflował się wymyślając bajki w miarę wiarygodne. Na przykład: była znajoma, koleżanka z pracy, ktoś poprosił go o pomoc. Mówił, że to stare historie albo, że żartował, bo mu się nudzi, jak ja jestem w pracy. I o co ja w ogóle pytam? To nic, zwykle gadki, a ja mam problem. A skoro mam problem powinnam się leczyć. Zawsze, jak pytałam o coś, to mówił, że ja za dużo mówię. I jeszcze mówił, że to nie tak jak myślę, że muszę mu wierzyć i zaufać. Nie zagłębiał się w temat, zbywał mnie odpowiedziami.

A co Ty o tym myślałaś?

Ze kłamie… na bank… ale historie były w miarę dobre, uwierzyłam, bo pracował jako IT informatyk w hotelach, więc mówił, że ma kontakt z wieloma turystami.

I mimo to załatwiałaś papiery żeby go ściągnąć?

Tak. Miał dobrą rodzinę, uważałam że go zmienię, że nie możliwe, żeby taki był. Wierzyłam, że to jego praca i kontakty z turystami po prostu go zepsuły, że zgubił go ten świat, czułam że mogę go zmienić, jak się od tego wszystkiego odetnie.

I co było dalej? Ciężko go było go tu sprowadzić?

Nie, łatwo poszło, bezproblemowo. Przyleciał w lutym 2018. Jak załatwiałam dokumenty nie mógł się doczekać, popędzał, niecierpliwy był, nalegał. Mówił, że musimy być jak najszybciej razem. Trenował MMA w Egipcie, myślę, że dowiedział się że mam znajomości i mogę pomóc. Wykorzystał swoją szansę.

Myślisz, że traktował poważnie to MMA? Pomogłaś mu z tym?

Traktował to poważnie. Chciał zarobić kasę w Polsce, wiedział, że mam kontakty więc uważał, że mu pomogę. Nie pomogłam, bo to po przylocie do Polski stało się jego priorytetem. Czułam się, jak sponsor jego, a nie żona ani partnerka. Poza tym laski wokół niego dookoła – uznałam że nie warto. A z resztą jakby zrobił karierę MMA ściągnąłby do Polski rodzinę albo zgarnął kasę i wyjechał.

Rozumiem. Wróćmy jeszcze do lutego. Przyjechał i jak wyglądały początki waszego wspólnego życia?

Po przyjedzie do Polski od razu był obrażony, jeszcze na lotnisku. Spadł śnieg, byłam w ciąży: spóźniłam się 40 minut. Dla niego to wszystko nie było ważne, powinnam być o czasie. Kolejna rzecz: oczekiwał, że on będzie prowadzić auto, nie ja. W śnieg i mróz, bez doświadczenia w takich warunkach atmosferycznych. Nie ustąpiłam. Ja prowadziłam, a on był obrażony pół drogi. Poczuł się jak nie-mężczyzna – jakże kobieta może prowadzić auto, a facet obok. To było dla niego niewyobrażalne.

Trzy dni po przylocie nie był nawet zainteresowany miastem, niczym. 24h na dobę telefon i telewizja. Cztery dni później szukał miejsca na trening MMA. W ciąży w siódmym miesiącu musiałam z nim jeździć po klubach. Jak mówiłam, że się źle czuję, to był obrażony i mówił, że mu nie pomagam, nie wspieram itp. Interesował się tylko treningami i swoją karierą. Wymuszał na mnie różne rzeczy: ubrania nie ma, plecaka, butów na trening i tak dalej. Ale nie pomyślał, że za trzy miesiące będzie dziecko, które też nic nie ma, nawet łóżeczka. Ogarniałam wszystko sama – dosłownie wszystko.

Przyjechał bez żadnych oszczędności?

Nie. Miał 500 dolarów, które mi oddal, ale zaraz sobie odebrał.

Jak to?

Dał mi pieniądze, a za kilka dni trzeba było płacić za trening, suplementy, jego ubrania, mieszkanie, rachunki. Wiec, co z tego ze dał? Wydalam na niego dwa razy więcej. Zawsze używał tej metody (skutecznie), było to widać jak na tacy.

A powiedz, były problemy z kartą pobytu?

Nie, w sierpniu dostał.

Dopóki nie miał karty nie mógł pracować, a potem?

Kolega z Niemiec załatwił mu pracę w polskiej firmie. Pracował pól roku jako informatyk. Nie potrafił porozumieć się z zespołem, szef miał z nim problemy, takie same, jak ja w domu. Czyli że jest mądrzejszy, lepiej wie, lepiej rozumie. I chciał zarządzać jak manager. Nie potrafił wykonywać poleceń przełożonego, bo twierdził że tamten nie ma racji. Wszystko miało być tak jak on chce, a przełożony był głupi.

A jak wam się układało, jak już zaczął pracę?

Po dwóch miesiącach pracy wysłał 2000 zł do Egiptu, twierdził, że musi oddać za dokumenty, jakie szykował do Polski. Powiedziałam: „nie! Dziecko i dom są ważniejsze”. Obraził się, nazwał mnie materialistką i i tak wysłał. Mówił, że pieniądze są dla mnie najważniejsze. Wcześniej, zanim zaczął pracę, w lipcu zmarła jego mama. Zapłaciłam za całą podróż. Umówiliśmy się że będzie mi oddawał. A on wysłał 2000 zł do Egiptu. Ręce opadają
Zawsze słyszałam, że go nie wspieram. Ale jak? Finansowo. Zapewniłam mu start w Europie, stworzyłam dom za swoje pieniądze, zapewniłam mu normalne, godne życie, a on stwierdził, że go nie wspieram, bo mu rękawiczek ma trening za 200 zł nie kupiłam. Intercyzy też nie chciał podpisać. Mówił, że ma mieszkanie w Egipcie, jak przyjechał do Polski, prosiłam żebyśmy sprzedali. Nie zgodził się, bo rzekomo był problem z gruntem.

A powiedz, jak było z dzieckiem? Urodziło się w maju, prawda?

Tak w maju. Pomagał do sierpnia, dopóki nie zaczął pracy. W domu z dzieckiem był jak idealny mąż. Wszystko się zmieniło, jak zaczął pracę. Miał wszystko gdzieś, mówił że on pracuje i koniec. Po pracy jeździł na treningi, wracał o 23 albo później do domu. Pomagała mi moja rodzina w obowiązkach domowych. Dziecko musiało być cicho bo hrabia śpi. Mówił, że to jego dom, bo za niego płaci, więc mamy się podporządkować. Dziecko, które miało cztery czy sześć miesięcy, ma być cicho; może powinnam buzię jej zatkać, by pana nie obudzić, bo on ma pracę. Jak rano mama zakupy przyniosła to wyszedł z pokoju i kazał jej wyjść bo za głośno rozmawiamy, a on przecież śpi, bo on ma pracę.

Mówił że to jego dom, bo za niego płaci – i faktycznie póki pracował, utrzymywał dom?

Tak, oddawał całą wypłatę, ale za moment miał swoje potrzeby: suplementy za 1000 zł, trening za 150, dietetyk, ubrania, bo co chwilę niszczył. Miesięcznie kosztował ok 2,5 tysiąca, a zarabiał 4000, wiec w sumie oddawał mało. Drugie tyle dokładałam ja.

I co było dalej?

W listopadzie, pół roku po jego przyjeździe do Polski… policja u drzwi. Mąż oskarżony o gwałt. Spadlam z krzesła. Tak jeździł po pracy na treningi, że wylądował z dziwką w lesie. Nie zapłacił jej za usługi, wiec zemściła się na nim.

Jak on to tłumaczył?

„Pomyłka”… on nie chciał, to ja go do tego popchnęłam, stracił kontrolę itp. Chodził potem, jak w zegarku, skakał koło mnie jakbym była królową Polski, pomagał prawie we wszystkim. Ale nie trwało to długo: tylko dopóki nie wybaczyłam zdrady i nie zaczęłam normalnie z nim rozmawiać. A wybaczyłam tylko ze względu na dziecko.

Mówiłaś, że po pół roku stracił tę pracę: co było potem?

W lutym byłam w szpitalu. W tym samym czasie szef mu nie przedłużył umowy. Stracił tę pracę, bo nie potrafił się dogadać z zespołem i z szefem, był mądrzejszy nawet od prezesa. Jego szef kontaktował się ze mną wielokrotnie, prosił o wyjaśnienia sytuacji i jego zachowań, opowiadał mi wszystko, prosił żebym z nim porozmawiała. Irytował go strasznie [szefa – przyp. Oczko], nie dało rady z nim pracować, był bardzo trudny. Ale Mahmoud rozpowiedział swojej i mojej rodzinie, że szef zwolnił go, gdyż żona była w szpitalu, a on musiał zająć się nią i dzieckiem w domu. Zawsze wszystko przedstawiał tak, aby wszyscy mu wierzyli. Ale sorry nie ja – i to był jego problem. Nie lubił, jak o coś pytam, nie lubił się tłumaczyć. Twierdził, że nie będę go kontrolować.
Potem rok czasu spędził w domu, bez pracy, bez szukania – życie na lajcie. Żadna praca mu nie pasowała, nie była dobra dla niego. Telewizor, telefon i sofa. Kiedy nie miał pracy, owszem pomagał w domu, ale to było zawsze w zamian za coś. Czyli jeśli dałam na trening albo mu coś kupiłam, to odwdzięczył się np. zniesieniem wózka córki ma dół. Albo 3 dni pomagał, a później: „my love suplementy will finish”. Jedna wielka masakra. Ja szukałam mu pracy, on wchodził na aplikacje, pokazywał, że rzekomo szuka, ale to trwało może 5 min, a potem odpalał Facebooka i gale MMA. Ja wysyłałam CV, on zabawiał się z panienkami. Znajdowałam w plecaku ukryte numery telefonu.

I co wtedy robiłaś?

Rozmawiałam, ale zbywał mnie. Zwykle wymówką „To nie tak jak myślisz kochanie”.

Zajmował się dzieckiem?

Tak. Na swój sposób: wiedział wszystko lepiej niż lekarz i położna. Wszystko konsultował z rodziną w Egipcie, a oni zawsze mieli rację i on zawsze wiedział lepiej wszystko.

Kłóciliście się o to?

Tak. Bardzo. W ogóle były ciągłe kłótnie o wszystko, każdego dnia o coś: posiłki, czas, dziecko, spędzanie czasu itd.

Zdawałaś sobie z tych wszystkich różnic sprawę zanim za niego wyszłaś?

Tak. Znałam Egipt, wiedziałam co może mnie czekać. Obserwowałam. I nie myliłam się: te same sytuacje powtarzające się u wielu innych.

Zrobiłabyś to drugi raz?

Nie.

A co z tym oskarżeniem o gwałt? Była sprawa w sądzie?

Umorzyli, bo to był seks za pieniądze. Dziewczyna się zemściła bo nie chciał jej zapłacić.

Czyli zapłacił i wycofała oskarżenie?

Chyba tak. Miałam tylko protokół z policji, wiec raczej prawdy od niego się nie dowiem.  On powie prawdę, jak się pomyli.

Czy miał jeszcze potem jakąkolwiek pracę?

Rok nie pracował. Nie chciał iść do pracy dorywczej, bo on jest informatykiem. Utrzymywałam nas oboje. W styczniu tego roku rozpoczął pracę. Dałam mu na wszystko… na bilet, został ubrany itp. Dostał wypłatę i oddał tylko na opłaty bo stwierdził ze nie jest moim niewolnikiem. Wysyłał pieniądze do swojego kraju twierdząc ze musi oddać za dokumenty i za opłaty za wizę 8000 zł. Oszukiwał na pieniądze, wymyślał przeróżne rzeczy. Więc zobaczyłam tak naprawdę, jaki jest, jak pracę ma i jaki jest, jak jej nie ma.
Mieliśmy wiele… bardzo wiele sytuacji, które wskazywały, że jest tu tylko dla wizy… interesował się tylko swoimi sprawami i na sobie skupiał całą uwagę. Było to widać jak na talerzu.

I jak to się wszystko skończyło?

W lutym poprosiłam żeby opuścił dom. Podjęłam decyzję, miałam go dość. Zaczęłam też szukać przyczyn takiego zachowania: zapisałam się do różnych grup o związkach mieszanych, dla obcokrajowców i znalazłam odpowiedzi: zwykły toksyczny człowiek, manipulant zakłamany. Byłam jego wizą do Polski, a dziecko przepustką na zostanie w naszym kraju. Powiedziałam mu o tym i prosiłam żeby się wprowadził i żył sam, skoro nie żyje z nami. Odmówił. Powiedział, że nie wprowadzi się sam, bo będzie na niego, że to on zostawił rodzinny dom. Powiedział, że jak pokażę mu pozew rozwodowy, to się wyniesie.

Niestety padłam ofiara dobrego a nawet bardzo dobrego manipulanta. Lecz pomylił się. Miałam na studiach 2 lata psychologii, widać było, że jest toksyczny i włada wieloma technikami manipulacji. Oczekiwał, a nie dawał niczego w zamian. Zawsze, w każdej sprawie.

W lutym zaczęłam przygotowywać się do rozwodu, zgłosiłam sprawę do Urzędu Wojewódzkiego. Przerwał mi COVID-19

A złożyłaś pozew?

Tak.

On nadal z Toba mieszka?

Nie. Wyszedł w obecności policji w lipcu i uznał, że jak wyjdzie to nie wróci. I tak zrobił.

Dlaczego policji?

Codzienne kłótnie i awantury, któregoś dnia mnie popchnął. Wezwałam policję, więc kazali mu wyjść i się przewietrzyć. Uznał, że jak wyjdzie to nie wróci. Jego decyzja i słuszna, jak się okazało. Teraz jest spokój i cisza bez niego. Mózg mi odpoczął.

On teraz prowadzi życie jak w Egipcie. Zwykły pies na baby: jedna wychodzi z domu druga wchodzi. Ciągle dziwki dookoła, a przede mną zgrywa wielkiego muzułmanina. Wstyd. Jestem w trakcie rozwodu, pewnie zostanie jeszcze walka o dziecko, bo ja nie jestem muzułmanką, wiec według niego nie mogę dziecka mieć. Czyli pewnie to jeszcze nie koniec.

Kilka dni temu zadzwonił do mnie i pyta mnie, czy nie pożyczę mu auta, bo on ma trening w innym mieście i czy wezmę na siebie dla niego  telefon. I oczywiście jak nie dostał tego, czego chciał, mówi do mnie „f.ck yourself see you on court”. Mówi, że pochodzi z „hight level family”, wysoko postawionej rodziny, a jest dupkiem zwykłym, rodzina powinna wstydzić się za niego.

Myślisz ze będzie chciał odebrać Ci dziecko?

Dziecko, jak powtarzał, należy do rodziny, nie do mnie. Myślę że nie będzie próbował, ale zobaczymy. Czas pokaże.

Wow. Bardzo ciężka historia. Chciałbym żebyś mi jeszcze na koniec powiedziała, patrząc z dzisiejszej perspektywy na wszystko, co się wydarzyło: jakie były pierwsze sygnały alarmowe, co cię powinno było zaniepokoić?

Chwali się, że ma wszystko, że jest z bogatej i porządnej rodziny, mówi, że woli zostać w swoim kraju, ale dopiero po tym, jak cię doskonale pozna i będzie wiedział, że ty nie chcesz. Wyłudzenie od ciebie jak najwięcej informacji; brak pieniędzy – na początku ma, a później już nie; myślenie o sobie; brak rozwiązywania wspólnie problemów i brak powrotu do tematu, czyli drugi dzień koniec rozmowy – nowy dzień, problem znikł sam. Szybkość rozwoju związku; gniew obrażanie się, agresja jeśli nie chcesz czegoś dla niego zrobić; zmienność nastroju.

Aaaaa i jeszcze najważniejsza rzecz: brak reakcji na twoje problemy albo mówienie „Inshaallah” czyli „Bóg da”

A powiedz jeszcze. Jakbyś miała poradzić cos kobietom, które poznały kogoś przez Internet, to co byś powiedziała?

Patrzeć na czyny, nie słowa; real najlepszy… nigdy nie wiemy, kto jest po drugiej stronie; nigdy za wiele o sobie nie opowiadać; więcej słuchać i analizować; nie pokazywać całej ja; po prostu być czujnym. Oni zawsze czegoś chcą od ciebie, prędzej, czy później, wpędzają w poczucie winy, grają biednych i pokrzywdzonych. A my kobiety się litujemy – nie warto. Powinniśmy znać swoją wartość. A poza tym według Islamu żaden muzułmanin nie weźmie od kobiety nawet 1 zł, nie poprosi o pomoc. Trzeba poznać kulturę i oczy się otworzą – szczególnie jeśli chodzi o muzułmanów.

Jak to ujęłaś w naszej rozmowie, w moim przypadku to była jedna wielka kopalnia manipulacji w którą NIE udało mu się mnie wkręcić

No chyba trochę się udało skoro za niego wyszłaś i tyle czasu go utrzymywałaś/wspierałaś finansowo…

Noooooo niestety. Ważne ze zobaczyłam kim jest naprawdę. Lepiej późno niż wcale. Zostałam z nim tylko ze względu na dziecko, myślałam ze będzie inny. Ale niestety nie.