Moje Wielkie Marokańskie Wesele – tak właśnie było

Jeśli ktoś myśli, że polskie wesela są męczące lub ciężkie, powinien wybrać się na marokańskie. Najlepiej w charakterze panny młodej.
Bo rolą panny młodej na weselu w Maroku jest dostarczenie rozrywki gościom (moim skromnym zdaniem ma im to zrekompensować brak powszechnie dostępnych w dużych ilościach napojów wyskokowych), a robi to ona wg bardzo napiętego harmonogramu, który surowo i bezwzględnie egzekwują Panie do Pomocy (zapamiętajcie je, jeszcze wielokrotnie o nich usłyszycie). Jeśli chodzi o pana młodego to spełnia on rolę czegoś w rodzaju koniecznego, ale niezbyt istotnego akcesorium, plączącego się w okolicach panny młodej.

Negocjacje przedweselne
Po dwóch ślubach w Polsce, właśnie wtedy, gdy osiągnęłam pełną saturację (żeby nie powiedzieć: przesyt) jeśli chodzi o potrzebę celebrowania związku z Szalonym Naukowcem (i wydawania na ten cel pieniędzy) przyszła pora na wymarzone przez moją Teściową wesele w Maroku. Z racji tego, że w tamtym czasie ja mieszkałam w Polsce, a Szalony Naukowiec krążył między mną, a pracą w Niemczech, żadne z nas nie miało czasu na liczne podróże do Maroka. Tym samym to Teściowa zajęła się organizacją całości z nami konsultując tylko najbardziej kluczowe kwestie. Mój mąż na przykład miał okazję obejrzeć i zaakceptować salę, ja: wyrazić sugestie, co do jedzenia. Udało nam się także uniknąć samej ceremonii zaślubin (na czym zależało zwłaszcza mojemu mężowi) oraz widma białej, księżniczkowatej kiecki a la Hollywood (na czym z kolei zależało mnie), a także paru innych „zachodnich” zwyczajów, takich jak rzucanie bukietem.
Absolutnie nie udało nam się zaingerować w kwestię lektyk (ani ich być albo nie być, ani ich ilości), wybór zespołu i wodzireja, a nawet w takie sprawy jak mejkap i fryzura. Chociaż nie, w przypadku tej ostatniej pozostawiono mi pewien wybór – niestety w zakresie bardzo odległym od moich preferencji. Ale jeszcze do tego dojdziemy.
Podobnie nie było szans na jakikolwiek wpływ na ilość przewidzianych dla Panny Młodej strojów. W Maroku panuje pod tym względem ogólna zasada: im więcej tym lepiej – chociaż zazwyczaj nie przekracza się siedmiu sztuk, zwłaszcza podczas wesela jednodniowego. Jak przeczytacie ten post do końca, zrozumiecie czemu.
Nawiasem mówiąc strój, który nosi panna młoda na marokańskim weselu nazywa się takchita, ale nie jest to fason zarezerwowany tylko i wyłącznie na śluby.
Ale wracając do rzeczy: na etapie planowania imprezy powiedziano mi, że będę miała trzy. Teściowa zamówiła je u krawca, a ja nawet mogłam wypowiedzieć się w sprawie koloru jednej z nich (szaleństwo). Z czasem jednak okazało się, że trzy to chyba za mało…

Trzy dni przed
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po przylocie do Marrakeszu było, naturalnie, zmierzenie czekających już na mnie gotowych, uszytych na zamówienie takchit*, żeby zaraz następnego dnia pojechać z teściową i szwagierką  do sklepu wynajmującego akcesoria ślubne aby wypożyczyć kolejne dwie.
Wynajmowanie kiecek i akcesoriów jest dość popularnym rozwiązanie w Maroku z racji kosztów wiążących się z kupnem tego wszystkiego – jedna sukienka sama w sobie to duży koszt, a do każdej dochodzi naprawdę duża ilość biżuterii, nie wspominając nawet o lektykach i takich sprawach
*Jeśli w tym momencie zaczęłyście się zastanawiać jak to mierzyłam gotowe kiecki, skoro nie było mnie przy zamawianiu ich, o żadnych przymiarkach nie wspominając, to dobrze myślicie!
Teściowa zamówiła je sama, nie spytawszy mnie nawet o wymiary – możecie sobie wyobrazić z jakim stresem to się dla mnie wiązało, biorąc pod uwagę, że nie należę do osób o filigranowej budowie, na których wszystko świetnie leży i jestem tego doskonale świadoma. Na szczęście okazało się, że nie jest to problem, a naturalna forma takchity, która ma postać dość luźnej, prostej szaty, jest raczej uniwersalna rozmiarowo. Jakim cudem do każdej kobiety pasuje jak ulał? Cierpliwości. Czytajcie dalej.
Poza wyborem dodatkowych sukienek, akcesoriów i lektyk, obejrzeliśmy jeszcze salę i zjeździliśmy milion salonów fryzjerskich w poszukiwaniu doczepów w kolorze zbliżonym do moich włosów.
Poza tym wszystko było już przygotowane, dlatego bez zbędnego tracenia czasu przejdźmy wreszcie do samego Dnia Wesela.

Przygotowania

Dla ciekawskich nazwa

Jak mówiłam, nie pozostawiono mi za bardzo nic do powiedzenia w kwestii makijażu i fryzury. Co o znaczy? Ano to, że nie było mowy, że sama się tym zajmę: o nie. Zarezerwowano i mnie i obu szwagierkom wizytę w bardzo wypasionym salonie piękności. Byłyśmy tam na godzinę 16 (impreza miała rozpocząć się ok 20). Najpierw trafiłam do makijażystki. Szłam tam lekko zaniepokojona, gdyż moja karnacja jednak znacząco różni się od kolorytu lokalnych klientek i obawiałam się, że kosmetyki o odpowiednim stopniu  bladości (odcień: duch) mogą w ogóle nie istnieć na rynku marokańskim. Muszę powiedzieć, że byłam pozytywnie zaskoczona! Nie dość, że znalazł się odpowiednio jasny podkład, to jeszcze pani makijażystka mówiła po angielsku, skonsultowała ze mną co ma zamiar zrobić i nie próbowała mnie na siłę umalować w typowy dla marokańskich panien młodych sposób (bardzo, bardzo ciemne oko), ale naprawdę zadbała o to aby makijaż pasował do mojej karnacji.
Potem trafiłam na fotel fryzjerki i tu już nie było tak fajnie. Ani nie była miła, ani nie mówiła po angielsku, ani nie była zachwycona, że musi instalować doczepy na moich krótkich włosach. W tym ostatnim akurat się zgadzałyśmy.
To chyba dobry moment żeby wyjaśnić kulisy doczepów.
Jestem i zawsze byłam wielką fanką krótkich włosów. Wiele lat nosiłam fryzurkę pixie i ją uwielbiałam. W momencie, kiedy się zaręczyliśmy, uznałam, że trzeba jednak ciut włosy zapuścić coby mieć jakąkolwiek szansę jakoś je ułożyć tak aby na ślubie, się czymkolwiek od stanu normalnego. Zapuszczałam je więc jakieś 1,5 roku – to nie jest bardzo dużo.
Na pewnym etapie planowania wesela mąż przekazał mi że muszę się liczyć z fryzurą z doczepami. Wiadomość tę przyjęłam źle: krótkie włosy to moja tożsamość i czułam się nieakceptowana i zmieniana siłą na obraz i podobieństwo jakiś wyobrażeń Teściowej.
Rzeczywistość okazała się bardziej przyziemna: obowiązkowym elementem każdego stroju panny młodej w Maroku jest korona lub też tiara. Ciężki obiekt, który po prostu musi mieć solidną bazę, jakiej nie zapewniają krótkie włosy. I tyle.
Niemniej nie byłam zachwycona tym faktem, a aspekty bólowe całego procesu (czułam się jakby fryzjerka próbowała zerwać mi skalp z głowy) nie poprawiały mojego samopoczucia. Ostateczny efekt był jednak raczej zadowalający.
Cały proces (nie tylko mój, moje szwagierki również poddawały się zabiegom upiększającym) trwał ledwie 3,5h. Po wyjściu udałyśmy się prosto na salę – dotarłyśmy tam przed godziną 20, czyli zgodnie z planem, jako że impreza miała rozpocząć się o 20 – to znaczy, że o tej porze spodziewano się przybycia gości, po czym mieliśmy z Szalonym Naukowcem dokonać naszego Wielkiego Wejścia.
Rzeczywistość wyglądała jednak nieco inaczej.

Tak wyglądało wejście do sali weselnej. Byłam bardzo rozczarowana, gdy się dowiedziałam,
że nie będziemy wjeżdżać na tych koniach

Oczekiwanie na Wielkie Wejście
Jak już wiecie marokańska panna młoda ma kilka sukienek, oczywiste więc jest, że sala weselna musi dysponować miejscem, w którym będzie można je spokojnie zmieniać. Pan młody zazwyczaj ma swoją przebieralnię, ale w naszym przypadku był to jeden wspólny pokój – z drugiego korzystały kobiety z rodziny (moja teściowa i szwagierki miały po dwie kreacje). Całe to zaplecze znajdowało się w oddzielnej części budynku sali weselnej, a z salą właściwą (gdzie mieli być goście) łączył je korytarz. Tym samym goście mogli zobaczyć nas dopiero kiedy byliśmy absolutnie gotowi, natomiast my gości nie widzieliśmy prawie wcale – przynajmniej na żywo, bo nasza przebieralnia była zaopatrzona w ekran, który – jak się okazało sporo później – na bieżąco wyświetlał to, co kręcił kamerzysta.
Tam też zamelinowaliśmy się czekając na znak, że pora się szykować do wyjścia (nie będę przecież siedziała i gniotła kiecki). I tak czekaliśmy jakieś 1,5h aż liczba gości osiągnie wymagany pułap. Goście – jak to w Maroku – się nie spieszyli. Kiedy już uzbierało się ich wystarczająco dużo, przyszła pora przywdziać pierwszy strój i ruszyć do boju.

Pierwsza była zielona takchita wyszywana złotymi nićmi – zielony to kolor uznawany w Maroku za królewski i jest zawsze wybierany specjalnie do henny (o której za moment) i dlatego podczas tej części imprezy wszystko było zielone.

Pamiętacie Panie do Pomocy (PdP), o których wspomniałam na początku? Było ich pięć, a sens ich pojawienia się w naszym pokoju przygotowawczym był dla mnie z początku raczej niejasny. Zakładałam, że po prostu założę sukienkę, a one może pomogą mi dopiąć pasek – paski to typowy i kluczowy element każdego uroczystego kobiecego stroju marokańskiego: często są szerokie i sznurowane z tyłu niczym gorset.
Ewentualnie brałam pod uwagę ich pomoc w instalacji tiary na głowie.
Jakże się myliłam!
PdP pełnią na marokańskim weselu rolę absolutnie kluczową. Co tam wodzirej, panna młoda, rodzice, nie mówiąc już nawet o panu młodym! Prawdziwa władza i kontrola nad przebiegiem wypadków leży w rękach Pań do Pomocy. Jak już wspominałam i jak za chwilę się przekonacie, cała impreza toczy się dookoła przebierania i wystawiania na pokaz panny młodej. Już z tego względu do PdP, które za to przebieranie odpowiadają (czytajcie dalej, przekonacie się jak), zarządzają tym samym czasem wszystkich wejść i wyjść – cała reszta, czyli takie nieistotne sprawy jak jedzenie, czy zabawa gości, jest pochodną tego harmonogramu. Po drugie zarządzają także fotografem i kamerzystą: filmować i fotografować wolno tylko wtedy, kiedy one na to zezwolą. Po trzecie zarządzają każdym ruchem pary młodej: dyktują kto, gdzie, kiedy, w jakiej pozycji i jak długo ma stać, siedzieć lub iść. Poza tym przy pomocy bardzo głośno śpiewanej inkantacji anonsują każde pojawienie się panny młodej oraz wiele innych istotnych wydarzeń, nakazując tym samym gościom przerwać to co akurat robili i skupić się na tym co ISTOTNE.
PdP były mocno niezadowolone, że sama założyłam pierwszą takchitę (więcej nie popełniłam tego błędu) i natychmiast obstąpiły mnie ze wszystkich stron z naręczem szpilek i zaczęły układać, dopasowywać, poprawiać i upinać na mnie warstwy stroju. Warstwy bo takchita składa się z dwóch warstw – w przeciwieństwie do kaftanu.
Tak: odpowiedź na pytanie: w jaki sposób strój, który oryginalnie ma formę prostej, luźnej i neutralnej rozmiarowo szaty, leży jak ulał na każdym, kto go włoży, tkwi w odpowiedniej liczbie szpilek.
Po udrapowaniu na mnie materiału, zapięły mi złoty wysadzany zielonymi kamieniami pas (pozbawiając mnie możliwości oddychania), zainstalowały na głowie złotą wysadzaną zielonymi kamieniami koronę (zainstalowały czyli nie tylko położyły, ale przypięły licznymi, strategicznie rozmieszczonymi wsuwkami), a na czole łańcuszek (pozbawiając mnie tym samym w większości możliwości ruchu głową). Następnie zawiesiły mi na szyi wielki, ciężki złoty naszyjnik wysadzany zielonymi kamieniami i pozwoliły samej założyć ciężkie kolczyki (zgadnijcie w jakich kolorach). Na koniec wpięły mi we włosy coś w rodzaju welonu, który spłynął mi po plecach i został poprowadzony przodem aż do ramion i na nich upięty specjalnymi spinkami (co już naprawdę zredukowało ruchomość mojej głowy do zera, bo całość wraz z tymi nieszczęsnymi doczepami koszmarnie ciągnęła).
W międzyczasie przebrał się też Szalony Naukowiec: jasne, kremowe spodnie i  (powiedzmy koszula), a na to coś co nazywają jebador, czyli takie, hm, giezło. Oczywiście zielone. Pan młody na weselu marokańskim naprawdę pełni rolę niewiele znaczącego dodatku do panny młodej.

Akt 1. Wielkie Wejście i henna
Kiedy już byliśmy oboje gotowi, PdP (ubrane w tym momencie w zielone kaftany i zielone chustki) zawezwały Kolesi od Lektyki (ubranych w zielone kubraczki i śmieszne czapeczki Mikołaja) oraz rozpoczęły bardzo swoją inkantację Następnie posadziły mnie w zielonej (naturalnie) lektyce i…. znowu zaatakowały szpilkami, żeby ułożyć wszystkie fałdy materiału w optymalny do siedzenia sposób – co pozbawiło mnie jakiejkolwiek możliwości ruchu poza machaniem ręką – to było pożądane, a wręcz oczekiwane. Następnie zostałam obfotografowana i…. zaczęło się. Kolesie od Lektyki mnie podnieśli: najpierw na wysokość mniej więcej pasa (czyli tak jak pozwalały spuszczone wzdłuż ciała ręce), aby potem zarzucić mnie sobie na ramiona. Potem ruszyli w kierunku tej części sali, gdzie byli goście. Mój małżonek miał defilować o własnych siłach przed nami.
Wszystkie doświadczenia z jazdą konną i na wielbłądzie prowadziły mnie do tego momentu w życiu: do bycia zarzucaną na ramiona i balansowania w lektyce na ramionach czterech facetów, którzy tańczyli.
A raczej: podrygiwali.
W ten sposób okrążyliśmy całą salę: ja się uśmiechałam i machałam gościom, ci wiwatowali, a ich żeńska część wydawała z siebie to typowe między innymi dla Maroka wycie (sorry, nie wiem jak to inaczej nazwać), które w marokańskim dialekcie nazywa się zgharit. Jeśli chcecie usłyszeć o co mi chodzi KLIKNIJCIE.
Po kilku takich okrążeniach przyszedł czas na sesję fotograficzną z mężem i najbliższą rodziną: lektyka z ramion Kolesi od Lektyki przeniosła się na ich ugięte kolana, a mąż, teściowie i szwagierki przystawali lub przysiadali obok do zdjęć.
W końcu zostałam (wraz z lektyką) postawiona na podłodze, a PdP rzuciły się odpinać szpilki, abym mogła wstać, wejść po 3 stopniach na specjalne podium dla pary młodej i usiąść na kanapie (zielonej!). Tam zaraz zostałam znowu zaatakowana szpilkami aby dostosować fałdy materiału do tej pozycji. Żaden centymetr materiału nie miał prawa drgnąć.
Potem zaczęła się henna.
Ozdabianie henną dłoni (i ewentualnie stóp) panny młodej to tradycja tak samo popularna w Maroku jak i w Indiach, Pakistanie czy Nepalu. Zazwyczaj przyjmuje albo formę henna night, kiedy w malowaniu biorą udział także inne zaproszone na ślub kobiety, albo jest fragmentem wesela. W tym przypadku panna młoda (czyli ja) siedzi na podium na zielonej kanapie i na oczach wszystkich gości ma robione zdobienia. Po ich nałożeniu bohaterka dnia siedzi sztywno (bo szpilki nie pozwalają jej drgnąć), czekając aż henna wyschnie i eksponując dłonie, a goście podchodzą robić sobie z nią (i panem młodym) zdjęcia.
Ledwo moja henna zaczęła zasychać, już jedna z PdP zabrała się do jej zmywania (za szybko! Prawie nie złapała! Ale kto by tam mnie pytał o zdanie), a potem zdjęto ze mnie szpilki, tak abym mogła wstać: wtedy też PdP ułożyły fałdy mojej kiecki w kolejny odpowiedni sposób i nastąpiła część stojąca sesji zdjęciowej. A dużo ludzi chce robić zdjęcia z panną młodą w każdej pozycji.
Nas koniec zeszliśmy z podium, wolnym krokiem przeszliśmy przez całą salę i udaliśmy się do naszej przebieralni.

Akt 2. Podwójna Lektyka
Tam PdP (przebrane już tymczasem w kremowo-złote kaftany i chusty – tak zostało już do końca) rzuciły się mnie rozbierać. Zarówno zdejmowanie jak i – jak się okazało chwilę później – zakładanie tych sukienek wymagało zarzucenia mi na głowę chustki abym nie wypaćkała czegoś makijażem albo nie rozwaliła fryzury. Naturalnie proces rozbierania zaczął się od zdjęcia „welonu”, odczepienia umocowanej na mojej głowie korony i łańcuszka, zdjęcia paska i reszty biżuterii. Potem przyszedł czas na wyjęcie wszystkich szpilek i wypakowanie mnie ze wszystkich warstw tkaniny aż do bielizny.  Wszystkiemu temu towarzyszył ciągły strumień werbalnych i niewerbalnych (PdP nie mówiły w żadnym znanym mi języku, ale gestykulowały nader wymownie) komend:  usiądź, wstań, pochyl głowę, ręka tu, ręka tam. Wszystko to odbywało się bardzo sprawnie i w lekkim pośpiechu. 
Ledwo pozwoliły mi skoczyć do łazienki zanim zaczęły pakować mnie w następny strój.
Druga takchita była żółta, ozdabiana z przodu kolorowymi kryształkami i perełkami. Towarzyszyła jej kolejna korona, ciężki naszyjnik, wielkie kolczyki i pasek wysadzane kamieniami pasującymi do kryształków na sukience. Proces pakowania mnie w to wszystko i upinania materiału przebiegł bardzo podobnie do poprzedniego razu. Może brzmi to szybko, gdy to czytacie, ale bynajmniej nie trwało to krótko.
Gdy już byłam gotowa, czekała mnie najpierw samotna jazda w dużej, dwuosobowej lektyce – naturalnie gdy tylko do niej weszłam zostałam surowo poinstruowana jak mam usiąść, a potem PdP znowu poupinały fałdy materiału na moich nogach w odpowiedni sposób. Kolesie od Lektyki w międzyczasie także pozbyli się zielonych kubraczków i przebrali się na biało, chociaż nie zrezygnowali z czapeczek Mikołaja. Po chwili dołączył do mnie małżonek w garniturze (jemu także dostała się połajanka odnośnie sposobu siedzenia). Ja już zdążyłam się przyzwyczaić do tego uczucia, ale on nie był zachwycony, kiedy nas podniesiono i  robiliśmy tych kilka rund dookoła sali podrygując na ramionach Kolesi od Lektyki.
Kolejne etapy także się powtarzały: szybkie wyjęcie szpilek abym mogła wstać – sesja fotograficzna na stojąco – szpilki zapinane na kolanach na kanapie – sesja na siedząco na kanapie, która tym razem nie była zielona a złota – odpięcie szpilek – spacer do szatni.

Antrakt
Nie dla nas oczywiście, my nie mieliśmy chwili przerwy przez całą noc.
Na ten moment na pewno już ogarniacie mniej więcej rytm w jakim wszystko się działo: okresy, kiedy para młoda była na sali z gośćmi, przeplatały się z okresami, kiedy jej nie było (bo się przebierała). Jak to wszystko miało się do siebie czasowo? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czas leciał tak błyskawicznie, że nie miałam nawet, kiedy patrzeć na zegarek. Myślę, że na jedną sukienkę przypadało trochę mniej niż dwie godziny, z czego może 1/3 poświęcona była ubieraniu i rozbieraniu.
Co się działo w przebieralni w tych momentach, już mniej więcej wiecie. Co się działo na sali? Dzięki ekranowi połączonemu z kamerzystą mieliśmy szansę podglądać trochę gości: zajmowali się głównie tańcami do muzyki granej na żywo i oklaskiwaniem wodzireja, który zagrzewał wszystkich do zabawy i jednocześnie śpiewał.

Akt 3. Jedzenie.
Trzecia była takchita w kolorze szafirowego nieba zdobiona srebrnym haftem i kryształkami jak gwiazdy. Do niej oczywiście dopasowana, srebrno-niebieska biżuteria i pasek. Mąż mój w tym czasie przebrał się w biało-niebieski jebador. Logistyka całego przebierania była identyczna, jednak tym razem dla odmiany wyszliśmy na własnych nogach i udaliśmy się na obchód stolików żeby pozdrowić gości. W tym celu byliśmy prowadzeni przez kogoś w rodzaju mistrza ceremonii (nie mylić z wodzirejem), który później także dyrygował wnoszeniem kolejnych potraw. Przy każdym stoliku zatrzymywaliśmy się na jakieś 15 sekund i ruszaliśmy dalej – raczej ku uciesze ludzi, bo było już grubo po północy, a nikt jeszcze nie dostał niczego konkretnego (poza ciastem, ciasteczkami i owocami) do jedzenia*. Do tych 15 sekund na stolik (no i do licznych sesji zdjęciowych) właściwie ograniczyły się nasze interakcje z gośćmi innymi niż sześć osób, z którymi dzieliliśmy stolik.

Na stoły wieżdża bastila

W końcu dotarliśmy do naszego stołu i usiedliśmy na tronach (jakże by inaczej) i wszyscy dostali długo wyczekiwany obiad.

Porcja bastili

Wnoszenie kolejnych dań było show samym w sobie. Kelnerzy obnosili kolejne naczynia dookoła sali przy dźwiękach specjalnej muzyki. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, będziecie mieli okazję zobaczyć jak to wyglądało.
Na pierwsze danie podano rybną bastile**: marokańskie ciasto warka – czyli takie cieniutkie platy jak ciasto filo czy francuskie, tylko jeszcze cieńsze – uformowane w taki jakby placek (pie), wypełnione chińskim makaronem, owocami morza i kawałkami ryby.
Potem była tangia (tradycyjne danie z regionu Marakeszu: wołowina w przyprawach zapakowana do glinianych naczyń, które następnie są zagrzebywane na kilka godzin w gorącym popiele). Na koniec pieczony kurczak. Potem jeszcze deser (ciasto lodowe) i owoce i już znowu spacerowaliśmy przez salę do naszej przebieralni.

Tak wjeżdżała na stoły tangia, a ten po lewej w pelerynie to nasz Mistrz Ceremonii, a po prawej w czerwonych pelerynach: zespół

* Na Marokańskich weselach nie zaczyna się od serwowania posiłku, jak u nas, po pierwsze dlatego, że część gości mogłaby sobie przedwcześnie pójść, ale (wg mnie) także dlatego, że (oficjalnie) nie potrzeba przecież podkładki pod picie.
** niektórzy czytelnicy może pamiętają jak skończyło się moje pierwsze spotkanie z tym daniem – nic dziwnego, że walczyłam przeciwko niemu jak mogłam. Jak widać: bezskutecznie.

Akt 4. Dwie lektyki
Gdy tylko weszliśmy do naszej przebieralni, PdP znowu obstąpiły mnie ze wszystkich stron, i wedle tego samego schematu, przebrały mnie w kreację nr 4: jasnoniebieską, ozdabianą kryształkami i złotymi haftami, której towarzyszyła kolejna złota korona, naszyjnik, kolczyki i pas.
Pan Młody założył w tym czasie kremową jelabę (długą męską szatę z kapturem).
Przyszła pora na lektykę numer 3 (i 4). Tym razem byliśmy noszeni oboje, ale oddzielnie. Ja oczywiście unieruchomiona milionem szpilek powstrzymujących poły takchity od rozjechania się, a mnie od ruszania się. Za to mój mąż wręcz przeciwnie – był bardzo ruchomy, bo pewnym momencie kazano mu (zgadnijcie, kto mu kazał) wstać i balansując na rączkach mojej lektyki – nadal oboje wisieliśmy w powietrzu – pocałować mnie w czoło. Dobrze, że nie spadł, to była niezła akrobacja.
Potem już standardowo: odszpilkowanie – kilka kroków – złota kanapa – znowu szpilki – zdjęcia – wyjęcie szpilek – spacer do przebieralni.

Akt 5. Tort i Wielkie Wyjście
Na ostatni akt tego przedstawienia mój mąż założył (znowu) garnitur, a ja białą takchitę haftowaną na srebrzysto-biało z aplikacjami z perełek. Wyglądała nieco jak kimono, a do niej dopasowane były znacznie delikatniejsze niż wcześniej srebrne akcesoria – chyba najbardziej w moim stylu ze wszystkich: nie było też kolejnej korony, ale tylko lekka, śliczna ozdoba do włosów.

Tort, soczek, a w tle nasze podium i złota kanapa

Ubrani przedefilowaliśmy przez salę aż do czekającego na nas stołu z tortem. Pokroiliśmy go, nakarmiliśmy się nim nawzajem, wypiliśmy brudeshaft soczkiem (nie, w Maroku nie oznacza on tego samego, co u nas) i udaliśmy się do naszego stolika, gdzie obok tortu czekała też harira (zupa) i śniadanie gdyż była już prawie 5 rano.

Weselne śniadanie: croissanty, bahrir, msemen
i z jakiegoś powodu ciasteczka ramadanowe

Czas zleciał niesamowicie szybko!
Już myśleliśmy, że to koniec, ale nie: jeszcze musieliśmy zatańczyć. Nie żeby z innymi: na marokańskim weselu najwyraźniej interakcje z innymi nie są za bardzo przewidziane. Taniec miał się odbyć we dwoje, ku uciesze tłumów, na malutkim kwadratowym podium dookoła którego bawili się goście przez ten czas kiedy my się przebieraliśmy. Na szczęście trwało tylko kilka minut, ale i tak mało z niego nie spadłam.

Gdy już zaspokoiliśmy potrzeby wszystkich gości dając pokaz umiejętności tanecznych, zeszliśmy ze sceny i przedefilowaliśmy przez całą salę aż do samochodu, a na potrzeby zdjęć i filmu nawet nim odjechaliśmy – jakieś 10m. Potem się zatrzymaliśmy a PdP przybiegły odebrać pasek, kolczyki i ozdobę do włosów, które były wynajęte razem z resztą akcesoriów, lektykami, Kolesiami od Lektyk i samymi PdP.
W międzyczasie nasze rzeczy zostały spakowane i wpakowane do bagażnika, my pożegnaliśmy się z tymi gośćmi, którzy wyszli za nami na zewnątrz i odjechaliśmy przy trąbieniu klaksonów – tym razem naprawdę.

Była prawie 6 rano.

Zagadka trzech ślubów

Zgodnie z obietnicą dziś przedstawiam kulisy wydarzeń, które doprowadziły nas do posiadania trzech rocznic ślubu.

Za górami, za lasami…
Wszystko zaczęło się na początku 2018 roku, kiedy po ponad 4 latach bycia i mieszkania ze sobą zaczęliśmy nowy rozdział, czyli związek na odległość. Wynikło to z – dawno przewidywanego i nieuniknionego – etapu kariery Szalonego Naukowca.
Niedługo po tym jak wyjechał i urządził się w nowym miejscu, gdzie miał spędzić na pewno 10 miesięcy, a prawdopodobnie 1,5 roku (co będzie ważne w dalszej części historii) spotkaliśmy się w jednych z naszych najukochańszych miejsc czyli w tyrolskiej miejscowości Hintertux położonej u stóp lodowca o tej samej nazwie. On oddawał się tam rozrywkom zawodowo-intelektualnym, a ja kontemplacji miejsca nagrania klipu do jednej z moich ulubionych piosenek Eda Sherana. W przerwach natomiast chodziliśmy na wycieczki. Podczas jednej z nich, w sobotę 24 lutego, pojechaliśmy kolejką na lodowiec aby następnie z niego zejść ścieżką, która zapewnia zapierające dech w piersiach widoki:

Było pięknie: lazurowe niebo, śnieg skrzący w słońcu jak pole diamentów (tak, wiem, że diamenty nie rosną na polach, ale gdyby rosły, skrzyłyby się w słońcu właśnie tak). No i w tej scenerii, w okolicach małego mostku (acz przezornie nie na nim – licho nie śpi) Szalony Naukowiec zadał swoje Wielkie Pytanie, na które ja odrzekłam tak romantycznie jak rezolutnie myślę, że tak. Może dlatego, że nie padł na kolano.

TEN mostek, zdjęcie zrobione rok później
Myślę, że tak najwyraźniej wystarczyło, żeby dostać pierścionek

Miłe złego początki
Nawiasem mówiąc, dla tych, którzy jeszcze tego nie wiedzą:  ja nie chciałam w ogóle wesela. Ba, bardzo długo nie interesował mnie nawet ślub, a nawet gdy zmieniłam w tym temacie zdanie dość niedługo przed opisanymi wyżej wydarzeniami (dla ciekawych, refleksje na ten temat znajdziecie tutaj), nadal uważałam wydawanie grubych pieniędzy na – bądź co bądź – po prostu imprezę, za średnio interesujący pomysł. Wolałam te fundusze przeznaczyć na długą podróż. Fakt, że w ogóle zdecydowaliśmy się na coś więcej niż ceremonię we dwoje na tropikalnej plaży (wersja idealna acz nierealna) czy podpisanie papierów w urzędzie w dżinsach (równie kusząca i bardziej realistyczna opcja) to wyłącznie robota (wina? zasługa?) mojego męża. To on nalegał żebyśmy ten Ważny Dzień celebrowali z bliskimi nam ludźmi i to on argumentował, że ściąganie rodziny i przyjaciół z 4 kontynentów i kilku-kilkunastu krajów tylko na uroczystość w USC to absurd. Z tym ostatnim nie mogłam się oczywiście nie zgodzić, a to pierwsze po prostu przyjęłam, bo w końcu jeśli coś jest takie ważne dla osoby, którą kocham, to dla mnie też nabiera znaczenia. Ustaliliśmy więc ogólne ramy (ślub cywilny, ceremonia w plenerze, skromnie, na luzie, bez powozów, koni, dronów, gołębi, oczepin i białych księżniczkowatych kiecek itd) i klamka zapadła.
Tym sposobem w ogóle doszło do planu pod tytułem Ślub i Wesele
Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Podzieliliśmy się dobrą nowiną z rodziną i przyjaciółmi – a ci naturalnie zaczęli pytać o datę. Zaczęliśmy więc – w naszym pojęciu było to logiczne – od próby wybrania tejże. Celowaliśmy w rok 2019. Cały proces był niełatwy z racji wielu koniecznych do uwzględnienia aspektów, począwszy od zwykłych preferencji temperaturowo-estetyczno-pogodowych (ślub zimowy jakoś nas nie interesował, upałów nie znoszę, a jeszcze marzył nam się ogród więc jesień i przedwiośnie też raczej odpadały), przez zagadnienia takie jak logistyka wizowa, ramadan (o ile pamiętam wypadał w maju), a także to, że połowa planowanych gości pracuje za granicą i z racji wykonywanego zawodu ma raczej sztywne kalendarze uniemożliwiające podróże w pewnych okresach roku.

Przyszłe miejsce akcji

W tym momencie do akcji wkroczyły moje niezastąpione koleżanki uświadamiając mnie, nie tylko, że data nie zależy bynajmniej tylko od takich błahostek jak nasze preferencje, a od dostępności pożądanej miejscówki, fotografa, zespołu i całej masy tego typu czynników, ale też, że załatwianie tego wszystkiego z rocznym wyprzedzeniem to bardzo PÓŹNO.
Szybko przystąpiliśmy więc do rzeczy i zaczęliśmy poszukiwania najważniejszego, czyli sali. Dość sprawnie udało nam się znaleźć fajne miejsce, nie salę – jakże sztywno to brzmi – ale mały dworek w stylu lekko staropolskim (z polecenia) i umówić datę (czerwiec 2019), a nawet wstępnie ją zarezerwować w urzędzie. To ostatnie nie jest takie oczywiste jak mogłoby się wydawać, bo formalnie termin w USC można zaklepać maksymalnie z półrocznym wyprzedzeniem, a w naszym przypadku: z trzymiesięcznym (co wynika z ważności dokumentów). 
W tym momencie mogliśmy wysłać Save The Dates – wszyscy goście z wymagającymi kalendarzami zostali poinformowani ze stosownym wyprzedzeniem, a my mogliśmy odetchnąć. Siłą rozpędu znaleźliśmy jeszcze fotografa (też z polecenia) i w tym momencie nasz zapał lekko osłabł. W końcu mieliśmy sporo ponad rok na ogarnięcie wszystkiego.

Biurokracyjno-administracyjne tło nadchodzących wydarzeń
W ramach wyjaśnienia dla tych, którzy nie mieli przyjemności związać życia z cudzoziemcem i to takim z poza EU: Jeśli ktoś nie jest obywatelem EU, potrzebuje podstawy żeby przebywać w danym kraju członkowskim. W przypadku mojego jeszcze-wtedy-nie-męża taką podstawą była praca, chociaż w tej roli sprawdza się również małżeństwo (z obywatelem danego kraju), studia i parę innych rzeczy. Bez podstawy pobytu nie ma pozwolenia. Jak pamiętacie, Szalony Naukowiec w tamtym okresie przebywał w Niemczech i stan ten miał się utrzymywać przynajmniej do końca listopada, a tak naprawdę to do okolic marca. Cały nasz plan opierał się na następujących założeniach:
– projekt, to którego jest zatrudniony do końca listopada zostanie (zgodnie z zapowiedzią) przedłużony o kilka miesięcy, o które mój przyszły mąż wydłuży sobie kartę pobytu w Niemczech;
– te same kilka miesięcy później ruszy inny projekt, w Warszawie, w ramach którego zostanie on zatrudniony jak tylko zakończy projekt niemiecki.
W takiej sytuacji Szalony Naukowiec miał wrócić do Warszawy kilka miesięcy przed naszą czerwcową datą i wyrobić kartę pobytu na podstawie pracy (jak robił to dotąd).
Nadążacie?
To idźmy dalej.

Komplikacje
Kolejne miesiące po dogadaniu naszego dworku i fotografa spędziliśmy skupiając się na innych sprawach – aż w końcu zaczęliśmy sobie zauważać chmury zbierające się na horyzoncie. Coraz bardziej zaczęliśmy sobie uświadamiać, że kombinacja narodowości Szalonego N i idącego za tym uciążliwego obowiązku legalizowania pobytu z pracą zawodową w trybie projektowym nie jest najlepszym życiowo połączeniem.
Przedłużenie projektu w Niemczech się opóźniało, podobnie jak decyzja o momencie startu projektu w Polsce – jego karta pobytu natomiast wygasała niezmiennie z końcem listopada.
Wreszcie zdaliśmy sobie sprawę, że być może będziemy musieli zmienić plany. No bo wiecie: bez podstawy pobytu nie ma pobytu. O ile projekt w Polsce prędzej czy później i tak by się zaczął (pytanie tylko kiedy), o tyle bez czegoś na pokrycie miesięcy dzielących nas od jego rozpoczęcia, mój jeszcze-wtedy-nie-mąż musiałby wrócić do Maroka. Nie żebyśmy się bali o jego kolejny wjazd do Polski – tu nie byłoby problemu. Ale nie chcieliśmy się rozstawać i to na cholera-wie-jak-długo. Niemcy odległe o 1,5h lotu to wystarczająco daleko.
Zaczęliśmy więc – bardzo niechętnie – brać pod rozwagę inną datę ślubu – tak żeby zdążyć z nim przed końcem ważności tej nieszczęsnej karty i zdążyć aplikować o nową – w Polsce na podstawie małżeństwa. Potem odkryliśmy, że taka opcja w ogóle ma więcej sensu, ze względu na okres na jaki wydawane są karty „na pracę” i „na ślub”. Ale to już inny temat.
Nazwaliśmy to planem „C” (planem A i B pozostawały różne opcje planów zawodowych, których detale już Wam tu odpuszczę) i od początku podchodziliśmy do tego jak do jeża. Zwłaszcza on. No przecież już wysłaliśmy StD, mamy super miejsce z pięknym ogrodem idealnym na ślub plenerowy w czerwcu i w ogóle!
Na szczęście jestem jeszcze ja z moimi control issues i zamiłowaniem do planowania. Uznałam, że potrzebujemy zabezpieczenia, i wymusiłam przygotowanie się na wszelki wypadek na opcję C, przynajmniej od strony papierologicznej, która – niezaplanowana odpowiednio wcześnie – mogłaby być tzw show stopperem i przysporzyć nam sporo problemów. Nie brzmi to może, jak coś wymagającego wielkiego wysiłku organizacyjnego, ale jednak ślub z cudzoziemcem wymaga nieco papierkowej gimnastyki i dobrego rozegrania w czasie. Jeśli kogoś interesują detale tego procesu, znajdziecie je TU.
Wtedy to jeszcze cały czas było tylko dmuchanie na zimne. Przecież Niemcy to Niemcy, jeśli ma być przedłużenie projektu to będzie, prawda? Ostatecznych wieści w tej sprawie spodziewaliśmy się teraz na przełomie września i października. Ale jako, że we wrześniu i tak mieliśmy zaplanowany wyjazd do Maroka, z odpowiednim wyprzedzeniem pobrałam wszystkie potrzebne papiery z urzędu i wyrobiłam na wszelki wypadek zaproszenia, na podstawie których rodzina narzeczonego mogłaby aplikować o wizę, gdyby zaszła taka potrzeba. Potem do grafiku na ten tydzień obok pustyni i Menara Garden dodaliśmy przebieżkę po urzędach celem zebrania potrzebnych dokumentów.
Tak na wszelki wypadek, bo przezorny zawsze ubezpieczony.
Wróciliśmy z wakacji w okolicach 6 października. Wieści o przedłużeniu projektu nadal nie było, a czas tak jakby się kończył. Trzeba było puścić w ruch plan C, gdyż datę ślubu w polskim USC należy zaklepać z min. miesięcznym wyprzedzeniem – są od tego jakieś wyjątki, ale nie mieliśmy ochoty sprawdzać, czy zostaniemy potraktowani jako jeden z nich. Nie mówiąc już nawet o czasie potrzebnym na wydanie wiz dla rodziny Pana Młodego.
W ciągu kilku dni od powrotu Szalony Naukowiec biegał więc do ambasady i tłumacza, a ja obdzwaniałam urzędy celem zidentyfikowania takiego, który dysponowałby wolnym terminem w pasującej nam dacie (a w grę wchodziły w tym momencie już tylko 2 soboty listopada). Jeśli myślicie sobie teraz kto bierze ślub w listopadzie, na pewno było pełno miejsc w urzędach to jesteście w błędzie. To było kilka bardzo stresujących dni.
W końcu udało nam się to wszystko dopiąć od strony organizacyjnej, pozostało tylko pojechać do wstępnie już umówionego UC w Serocku i podpisać dokumenty.
Tylko co z tego? To była połowa października, termin za jakieś 5 tygodni, a my mieliśmy przygotowane kompletnie NIC. Co więcej, nasi znajomi (przypominam: rozsiani po świecie i dysponujący sztywnymi kalendarzami) na pewno nie dadzą rady dotrzeć, a jeszcze przecież miał być ogród, wesele… Ogarniając wszystkie formalności ciągle łudziliśmy się że tylko zabezpieczamy sobie tyły i że będzie nam dane wrócić do planu A.
Przygotowywanie się do tak ważnego dnia na wszelki wypadek ze świadomością, że nie do końca chcemy żeby się odbył, były szczerze mówiąc dość obciążające psychicznie. Dlatego w dniu podpisywania dokumentów w urzędzie podjęliśmy ostateczną decyzję że pobieramy się w listopadzie niezależnie od wszystkiego.
Jednocześnie (pomimo moich sugestii) zdecydowaliśmy się nie odwoływać daty czerwcowej, ale w ustalonym od pół roku terminie zorganizować ślub humanistyczny, dokładnie po naszemu, z własnymi przysięgami w ogrodzie, wszystkimi gośćmi i weselem – tak jak od początku planowaliśmy.
Tak właśnie z jednego ślubu zrobiły się dwa.
A potem nastąpił ironiczny chichot losu:  piątek tydzień przed ślubem Szalony Naukowiec dostał propozycję przedłużenia kontraktu w Niemczech na kolejny rok. Gdyby ta propozycja pojawiła się 1,5 miesiąca wcześniej (wtedy kiedy powinna) nadal na tapecie byłby tylko jeden ślub.

Ten (Pierwszy) Dzień

Pan Młody przyjechał do Warszawy 4 dni przed Dniem Ś, a jego przyjaciele i rodzina już następnego dnia. Całe trzy dni były szalone: mieliśmy bardzo dużo ostatnich drobiazgów do ogarnięcia: plus opiekę nad jego rodziną, obiady z obiema rodzinami, mini panieński i mini kawalerski. Nie mieliśmy więc za wiele czasu dla siebie, zwłaszcza, że wymyśliłam sobie, że ostatnią noc spędzimy oddzielnie, więc Szalony Naukowiec wybrał się do airbnb swoich przyjaciół.
W samym Dniu Ś on z kolegami ogarniał swoją rodzinę, transporty i wszystko, podczas gdy ja skupiłam się na wcielaniu się w rolę anielsko pięknej Panny Młodej przy pomocy fryzjera i niezwykle utalentowanej makijażowo koleżanki D*. 
Godziny mijały błyskawicznie. W końcu wszyscy, którzy przyjechali ze mną wcześniej do hotelu (tak, wynajęliśmy pokój w okolicznym hotelu na tę okazję), ruszyli do USC, a ja zostałam czekać na Prawie Męża. Zaplanowaliśmy bowiem, że on po mnie przyjedzie, zobaczymy się po raz pierwszy tego dnia bez świadków (wiecie, taka intymna chwila w całym tym szaleństwie) i razem dotrzemy na miejsce przeznaczenia (na zdjęciu poniżej). Tak też się stało i to był bardzo fajny pomysł. 
USC w Serocku

Sama uroczystość cywilna była śmieszna, bo mój Już Niemal Mąż składał przysięgę po polsku. O ile normalnie jest on się w stanie – zwłaszcza przygotowany – wysłowić się w miarę normalnie, o tyle wtedy, mimo, że moja koleżanka T* spędziła całą godzinę w samochodzie ucząc go odpowiednich formułek, język plątał mu się na co drugim słowie. Czasami w dość zabawny sposób.

Po ceremonii wszyscy przejechaliśmy do restauracji, gdzie spędziliśmy kolejnych kilka godzin świętując. I to było świetne.
Jak mówiłam wcześniej, w ogóle nie chciałam wesela więc tym bardziej nie chciałam dwóch wesel ani nawet 1,5. Próbowałam (bez większej nadziei na powodzenie) namówić Szalonego Naukowca na rezygnację z planów czerwcowych, ale skoro to się nie udało – proponowałam żebyśmy ślub cywilny w potraktowali tylko jako formalność i nic poza tym. To też się nie udało, mój przyszły mąż znowu zrobił to co umie robić najlepiej, czyli odwołał się do logiki i zaapelował o chociaż obiad dla rodziny i kilkorga najbliższych przyjaciół (którzy w jego przypadku przyjechali z dość daleka). Pokonana zdroworozsądkowym podejściem uległam, a temat oczywiście ewoluował i ostatecznie obiad rozrósł się do jakiś 20-kilku osób.
Teraz mogę powiedzieć, bardzo się cieszę, że dałam się przekonać.

Mimo że mieliśmy miesiąc na ogarnięcie wszystkiego od menu, przez fotografa po usadzenie gości, ubrania oraz fryzurę i makijaż: wszystko się udało (choć stresu było sporo, a ze zdjęć nie jestem dziś zbyt zadowolona. Nie macie pojęcia ile czasu zajęło mi wyselekcjonowanie akceptowalnej fotki żeby pokazać Wam moją kieckę).
Byłam natomiast – i jestem nadal – zachwycona tym, jak bardzo wspierających ludzi oboje mamy dookoła: przyjaciele Szalonego Naukowca T&F* byli fantastyczni, a moje koleżanki były cudowne. Świadkowa D*, która pomagała koncepcyjnie na każdym kroku i której zawdzięczamy menu/winietki oraz ogarnięcie wszystkiego łącznie z fotografem w Dniu Ś. Moja koleżanka T*, która mimo, że nie była świadkową zachowywała się tak, jakby nią była, wspierając mocno w wyborze kiecki, butów, ozdób do włosów, makijażu i pomagając ogarniać różne drobiazgi i pożyczając połowę kosmetyków. Druga D*, która mnie umalowała (a nie jest to łatwe zadanie). Kolega F*, który sam z siebie nagrał całą ceremonię, za co będę mu wdzięczna do końca życia bo nie zdawałam sobie nawet sprawy jak będę się cieszyć, że mam takie nagranie. Wszystkie osoby, które natychmiast zadeklarowały gotowość jechania ponad godzinę w jedną stronę w listopadowy wieczór aby być z nami w tym dniu. Nie mówiąc nawet o rodzinie, która była gotowa rzucić wszystko aby stawić się na miejscu i pomagać w czym tylko było trzeba. Jedyne czego żałuję, to to, że w czasie, kiedy rozgrywały się wszystkie przygotowania, byłam w stanie jakiegoś głupiego focha nawet-nie-pamiętam-o-co z jedną z koleżanek, której obecności tego dnia mi zabrakło.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów. Ktoś nie pojawił się na spotkaniu „girls only” 2 dni przed ślubem  i było mi trochę przykro. W dzień ślubu niektórzy byli łaskawi się spóźnić na grupowy transport (ogólnie marokański duecik G&H* to historia na inny wpis zawierający wiele, wiele bardzo interesujących szczegółów łącznie z wycofaniem zaproszenia na ślub 2.0). Wybór sukienki to w ogóle było szaleństwo (ja i sukienki….).
Ale w ostatecznym rozrachunku, te detale nie miały znaczenia: wszystko się udało, a goście chyba fajnie się bawili i całkiem nieźle zintegrowali. Nam nie pozostało nic innego, jak zapewnić im zabawę na jeszcze lepszym poziomie w czerwcu.

* Jak może zauważyliście, staram się zachować minimum anonimowości i prywatności, więc nie będzie imion. Inicjały muszą wystarczyć.

Ten (Drugi) Dzień
Na przygotowania do Ślubu 2.0 mieliśmy znacznie więcej czasu, ale i skala przedsięwzięcia była większa. Niby ludzi nie było aż tak dużo (ok 60 osób), ale geograficzna (i dietetyczna) różnorodność zapewniła nam wiele dodatkowych wyzwań. To nie jest ani blog o tematyce ślubnej, ani post na temat przygotowań do Wielkiego Dnia więc oszczędzę Wam tu opisu szczegółów, wystarczy powiedzieć, że pierwsze półrocze roku 2019 upłynęło nam (nadal na odległość) na tematach takich jak: zaproszenia, winietki, serpentyny, kwiaty, obrusy, autokary, prezenty dla gości, hotele, airbnb, plany usadzania przy stole, muzyka, teksty przysięgi, przystawki, zupy, desery, torty, sukienki, mejkap, manikiur, budżet i wielu wielu innych.

Niby tylko trochę ozdób a zeszło się dobrych kilka godzin

Efekt tych wszystkich wysiłków był naprawdę fajny. Pomimo upału, który bardziej pasowałby do Maroka niż do Warszawy ceremonia humanistyczna odbyła się w ogrodzie, a kolega Szalonego Naukowca: F cudownie wypadł w roli Mistrza Ceremonii. Oprawa muzyczna co prawda dostała lekkiej czkawki w kluczowym momencie, ale nikt poza nami tego nie zauważył. Toast T czyli świadka był fantastyczny  rozbawił wszystkich. Strasznie żałuję, że nie mam z niego nagrania. Reszta wieczoru upłynęła na jedzeniu, piciu, tańcach, dyskusjach, ognisku i opędzaniu się od komarów. Zgodnie z moim życzeniem nie było ani jednej zabawy oczepinowej a naszych uszu nie skalał nawet jeden kawałek disco-polo.

Przy okazji Ślubu 2.0 znowu mieliśmy możliwość się przekonać jakich cudownych mamy przyjaciół. Dużo osób pomagało nam na różnych etapach: od rodziców wożących niezmotoryzowaną mnie w masę różnych miejsc i rodzinę Szalonego Naukowca, która przygotowała milion prezencików dla gości przez niekończące się wielostronne debaty w zakresie wyboru i przeróbek sukienki z nieocenionymi D, T i A,  doprowadzenie mojej twarzy do akceptowalnego stanu (pomimo tego koszmarnego upału) poprzedzone wieczorami z sushi i mejkapem kiedy z T i drugą D to testowałyśmy kolejne opcje, ogarnianie autokaru wraz z jego liczną, bardzo międzynarodową i wątpliwie punktualną zawartością przez G, produkcję winietek, planów dnia, numerków i wszelkich innych papierowych akcesoriów przez D, aż po godziny, które T&F i D spędzili z nami na dekorowaniu sali oraz oczywiście wieczór panieński i kawalerski.
…. I jeszcze trzeci

O ile mnóstwo osób udzielało nam wsparcia na najróżniejsze sposoby, Teściowa zapewniała mi także emocje zgoła innej natury. Pomijając detale takie jak spory na temat marokańskich ciasteczek (które wystąpiły w roli prezentów dla gości), padłam ofiarą poważnych różnic kulturowych w zakresie podejścia do planowania wesel.
W jakimś momencie mianowicie Teściowa zapytała, czy może zaprosić kilka najbliższych osób z rodziny. Naturalnie się zgodziliśmy, ale nie spodziewaliśmy, że coś z tego wyniknie. Zgodnie z przewidywaniami, większość zaproszonych osób odmówiła, a temat ucichł. 

Nie przyszło mi do głowy (bo i skąd?) ani nie przyszło do głowy Szalonemu Naukowcowi (który najwyraźniej tymczasowo stracił zdolność myślenia), że to nie koniec.
I tak sobie mijał czas, plany nabierały kształtów i wypełniały się detalami, termin podania ostatecznej liczby gości managerowi sali zbliżał się wielkimi krokami (co nie było problemem, bo mieliśmy ją potwierdzoną już od marca), kiedy nagle okazało się, że moja teściowa była uprzejma nie wspomnieć, że spodziewa się jeszcze tak z 8 osób. Ale w sumie to jeszcze nie wie, bo te osoby nie potwierdziły, ale tez nie odmówiły więc ona myśli, że może przyjadą.
Na 6 tygodniu przed weselem.
Na tydzień przed ostatecznym deadlinem na podanie liczby gości.
Przy kilku tygodniach czekania na spotkanie żeby aplikować o wizę i 2 tygodniach czekania na decyzję.
Ona myśli, że może OSIEM osób jeszcze dojdzie.
I w taki własnie sposób dowiedziałam się, że w Maroku nikt nie prowadzi listy gości. W Maroku dania na weselu serwowane są na wielkich półmiskach czy też w wielkich tajinach i każdy sobie nakłada ile chce. W Maroku jedzenia jest zawsze dużo za dużo, miejsce i talerz zawsze się znajdzie więc w sumie: o, poznałam fajnych ludzi na ulicy, chodźcie, wpadnijcie jutro na moje wesele, i zabierzcie znajomych.
Tak własnie wyglądają różnice kulturowe.
I tak własnie giną nierozważni mężowie, którzy nie biorą pod uwagę, że zderzenie marokańskiego luzu i polskiego został-tylko-rok-to-już-niemal-za-późno-żeby-to-ogarnąć oraz mojego niemal obsesyjnego zamiłowania do planowania z wyprzedzeniem, to przepis na katastrofę.

(Jeśli jesteście ciekawi jak skończył się ten dramat, ostatni akt znajdziecie tutaj).

Ale na tym się nie skończyło. Gdzieś w środku tych wszystkich przygotowań, jeszcze zanim zaprosiła tych nieszczęsnych członków rodziny (tak, zanim, nie po tym jak rozczarowała się ich odmową) Teściowa zaczęła bowiem przebąkiwać coś o tym, że ona to by w sumie chciała wyprawić nam takie tradycyjne, marokańskie wesele w Maroku….
Z początku zbyliśmy to krótkim mowy nie ma.
Jednak wiele burzliwych dyskusji później mój mąż wyznał, że on mimo wszystko chciałby spełnić marzenie mamusi. Bo przecież rodzina za bardzo nie bierze udziału w jego życiu już od lat, a on chciałby w ten sposób im to niejako wynagrodzić spełniając jej marzenie. W końcu to tylko jeden dzień…
I tak właśnie narodził się plan Mojego Wielkiego Marokańskiego Wesela, zwanego dla uproszczenia (choć nieco myląco) Ślubem 3.0.

Ciekawostki na koniec

  • Trzeci ślub tak naprawdę wcale nie był ślubem: w Maroku mieliśmy tylko i wyłącznie wesele. W ogóle w całym tym procesie jak ognia unikaliśmy wątków religijnych. Przyzwyczailiśmy się go nazywać ślubem, bo wygodniej było mówić „wedding” niż „wedding reception”
  • Mój mąż chciał przyjąć moje nazwisko – podczas podpisywania papierów przed ślubem cywilnym należało określić przyszłe nazwiska obojga małżonków i potencjalnych dzieci. Ja do swojego nazwiska zawsze byłam bardzo przywiązana, jednocześnie chcieliśmy mieć chociaż jakiś element wspólny, skoro mamy stworzyć oficjalnie rodzinę – tak powstał pomysł przyjęcia przez Szalonego Naukowca mojego nazwiska. Niestety w Maroku zmiana nazwiska jest niemożliwa (nawet w przypadku adoptowanych dzieci), dlatego stanęło na tym, że zdecydowałam się na nazwisko podwójne. Razem z łącznikiem ma ono 23 znaki i jest niezwykle fajne do wpisywania w różne rubryczki.
  • Mimo trzech ślubów (no dobra: dwóch i pół) i niezliczonych kompromisów na które musiałam pójść – zwłaszcza z okazji tego ostatniego, na żadnym nie miałam białej, księżniczkowatej sukienki. Na pewno umieracie z ciekawości, co w takim razie miałam na sobie. Bez dalszych ceregieli, moje kreacje ze Ślubu 1.0 i 2.0 możecie sobie obejrzeć poniżej. Stroje z Mojego Wielkiego Marokańskiego Wesela już są gdzieś w czeluściach bloga, ale jeśli nie chce się Wam szukać to nic straconego, może niedługo odświeżę temat.

Podróże a zwierzęta czyli ethical travel

W ostatnim poście opowiadałam o małpkach i wężach na placu Jamaa El Fna, wspomniałam też o jeździe na wielbłądzie. Może jeszcze tego o mnie nie wiecie, ale kocham zwierzęta (jasne, że nie wszystkie, komarów np. w ogóle) i takie poczucie „kontaktu” z nimi. Jako dziecko chciałam głaskać wszystkie możliwe pieski w parku, ratowałam biedronki i ślimaki, kiedyś chciałam nawet hodować… muchę. Uwielbiałam też jazdę wozem do Morskiego Oka (zanim mnie ochrzanicie: to było 25 lat temu). Do dziś ciągnie mnie wszędzie, gdzie są zwierzaki: sanktuarium żółwi morskich, rafa koralowa, małpia dżungla na Zanzibarze, park motyli, ośrodek bocianów w Alzacji, oceanarium w Barcelonie, ogrody zoologiczne itd. itd – tylko od cyrków trzymam się z daleka.
(Nie)stety z wiekiem stałam się bardziej świadoma, że biznes turystyczny – tak ekscytujący dla mnie – dla zwierząt wiąże się ze zgoła innymi odczuciami.
Dlatego próbuję dokonywać właściwych wyborów: nie popłynęliśmy na oglądanie delfinów na Zanzibarze, po przeczytaniu na czym ono dokładnie polega; trzymam się z dala od  wszystkich zaklinaczy węży i opiekunów małp (poza pierwszym razem, kiedy jeszcze brakowało mi świadomości zarówno przyrodniczej jak i dotyczącej marketingowych strategii Marokańczyków); dążę do odwiedzania ośrodków, które pomagają zwierzętom zamiast na nich żerować (jak kilka wspomnianych wyżej); chętnie pacę za wstęp do parków narodowych. No i już nigdy nie pojadę wozem do Morskiego Oka. W ogóle jeśli już wchodzę w jakiś kontakt z naturą – dbam o to żeby jej nie szkodzić ani bezpośrednio (niszcząc, krzywdząc osobiście), ani pośrednio (finansowo zachęcając do tego innych).
A jednak nie potrafiłam sobie odmówić przejażdżki na wielbłądzie na pustyni. Na swoją obronę dodam, że wielbłądy – w przeciwieństwie do takich np. słoni – należą do zwierząt udomowionych, a więc są przystosowane do życia i pracy z ludźmi, a te na których jechaliśmy nie wyglądały na głodne chore ani zmęczone.

Niektórzy w ogóle mówią że ze zwierzęta w ten sposób zarabiają na swoja opiekę i wyżywienie. Bez tego miałyby o wiele gorsze warunki i nie wiadomo jak by skończyły. Na pewno jest to argument, który ma sens w przypadku konkretnych zwierząt (i raczej tylko z tych udomowionych i hodowanych przez człowieka, dzikie miałyby dużo lepiej pozostając tam, gdzie przynależą) – w sensie: one zarabiają na swoje utrzymanie i możne dzięki temu nie maja źle, ale może gdyby w ogóle nie było atrakcji tego typu, nie byłoby też tej opcji „gorzej”?

Nie wiem.
Może zawsze by była. Bo jak pisałam – wielbłąd jest gatunkiem udomowionym, praca czy przebywanie z człowiekiem jest dla niego właściwie naturalna – w przeciwieństwie do słoni, dzikich kotów w klatkach i całej reszty. Wiec może akurat w przypadku wielbłądów, koni, osiołków tak naprawdę liczy się własnie to: żeby swoim wyborem wspierać etycznych opiekunów, którzy dobrze traktują zwierzęta i wyznaczać jakiś taki standard „usług”. Mam nadzieję, że tak jest i ze coraz więcej tak będzie do tego podchodzić

A skoro już mowa o etyce w turystyce, chciałabym Wam opowiedzieć o pewnym wspaniałym miejscu. Chumbe Island Coral Park to malutka wyspa po zachodniej stronie Zanzibaru i prywatny rezerwat przyrody. Na rezerwat składa się Sanktuarium Rafy Koralowej i Rezerwat Przyrody, który obejmuje porastający 90% wyspy ostatni nienaruszony zanzibarski suchy las tropikalny. Podłoże jest tu zbudowane jest z wapienia koralowego, więc rośliny, które tu rosną są bardzo wyjątkowe bo musiały się wyspecjalizować tak aby żyć właściwie bez dostępu do wód gruntowych – samą deszczówką lub wodą morską!

Namorzyny, czyli drzewa, które rosną w słonej wodzie
Krab pustelnik, czyli jeden z powodów, dla których z Zanzibaru nie wolno wywozić muszli

to są właściwie skamieliny

jak się bliżej przyjrzeć, można wypatrzeć takie cuda

Całość tworzy nienaruszający równowagi ekologicznej park, którego celem jest konserwacja przyrody (w tym rafy koralowej), badania i edukacja zarówno turystów jak i lokalnej społeczności. Na Chumbe można przyjechać tylko w ramach zorganizowanej wycieczki (bardzo ograniczona liczba miejsc) lub jako gość hoteliku, który widzicie na zdjęciu wyżej: składa się na niego kilka bungalowów, które są CAŁKOWICIE EKO: od zasilania energią słoneczną, przez zbiórkę deszczówki, naturalne jej oczyszczanie i wykorzystywanie np. w prysznicach po kompostowe toalety.

Jednodniowa wycieczka obejmuje wyprawę po wspomnianym wcześniej lesie z bardzo fajnym przewodnikiem, wejście na latarnię moską (fenomenalne widoki), snorkeling i pyszny obiad na tarasie przyrządzony z lokalnych produktów pochodzących z ekologicznie świadomych źródeł. Całość nie jest tania, ale myślę, że warto.

To ta latarnia, a niżej widzicie widoki rozciągające się z jej szczytu

Pyszności

Chumbe Island nie jest jedyną ciekawą, pro-przyrodniczą inicjatywą na Zanzibarze.
Na północy wyspy, czyli w okolicach miejscowości Nungwi można znaleźć Mnarani Marine Turtles Conservation Pond, czyli ośrodek ochrony żółwi morskich, które niestety w tej okolicy są tu celem polowań ze względu na swoje skorupy (żółwie szylkretowe) i mięso (żółwie zielone). Ośrodek zajmuje się ochroną żółwi, organizuje akcje czyszczenia i patrolowania plaży i prowadzi działania edukacyjne dla turystów i lokalnej społeczności. Na miejscu można poczytać całkiem sporo o gatunkach żółwi, ich anatomii, rozróżnianiu gatunków itd. Zobaczycie tam też szkielet humbaka.
Jeśli chodzi o żółwie i ich ochronę, to pracownicy ośrodka zbierają żółwie jaja złożone na niedalekiej wyspie (na plaży w Nungwi żółwie już ich nie składają), zwożą je do ośrodka, aby małe żółwiki mogły się w spokoju i bezpiecznie wykluć – są tu specjalne skrzynie z piaskiem, przeznaczone do tego celu. Następnie pracownicy i wolontariusze niańczą je w zasłoniętych siatką przed ptakami baliach z wodą – co stanowi przeuroczy widok –  a gdy skończą rok: w naturalnej lagunie.

Młode żółwie przypłynęły sprawdzić, czy to pora karmienia
Kiedy żółwie już podrosną na tle, że ich szanse na samodzielne przeżycie są naprawdę duże: są wypuszczane do Oceanu Indyjskiego. Ośrodek zajmuje się też zbieraniem rannych i chorych żółwi od okolicznych rybaków i leczeniem ich. One też ostatecznie są wypuszczane do oceanu.
Co ważne, niedaleko jest jeszcze drugi, pozornie podobny ośrodek, który jednak nie zajmuje się ono ochroną żółwi, ale zamiast tego po prostu trzyma je w naturalnej lagunie i oferuje możliwość pływania z nimi. Nie sądzę, żeby towarzystwo hałaśliwych, wysmarowanych kremami z filtrem ludzi było miłe tym sympatycznym stworzeniom, więc zdecydowanie polecam to pierwsze miejsce, jeśli kiedyś znajdziecie się na Zanzibarze.

Moja Marokańska Przygoda – odcinek 4. Wielki finał

Pora na finałowy odcinek Mojej Marokańskiej Przygody.

Jeśli chcecie, to poprzednie części możecie nadgonić tu i tu

Nasza pierwsza wspólna podróż do Maroka obfitowała w różnego typu przeżycia, a mój wtedy-jeszcze-nie-mąż miał okazję wykazać się jako organizator, kierowca, przewodnik, tłumacz, a nawet pielęgniarz. W ogóle taka wyprawa to ciekawy test dla związku, nie sądzicie?
Ponieważ my to my – nie obyło się bez paru przygód różnego kalibru. Ale zanim one nastąpiły, miałam wreszcie okazję poznać najbliższych kolegów Szalonego Naukowca, takich z czasów, kiedy jeszcze wcale nie zasługiwał na to miano. Jeśli to prawda, co mówią, że nasi przyjaciele świadczą w jakiś sposób o nas samych, to mój mąż jest naprawdę fajnym facetem: jego koledzy okazali się super, a od czasu wspólnej podróży po Maroku widywaliśmy się w różnym składzie przy wielu okazjach i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Wracając jednak do przygód:
Na początek w drodze z Sale do Marakeszu zjechaliśmy na złą autostradę. Zorientowaliśmy się po kilkunastu (a może i kilkudziesięciu?) kilometrach i zamiast zawrócić, postanowiliśmy (za moją namową) znaleźć drogę na skróty i przejechać pomiędzy autostradami (które rozchodziły się mniej-więcej w kształcie litery V). Zgodnie z mapą, którą odpaliłam na telefonie wyglądało to na stosunkowo proste i szybkie przedsięwzięcie. Niestety nie zauważyłam, że z racji problemów z internetem, mapa załadowała się w zbliżeniu tylko do połowy w rezultacie dając kompletnie mylne wyobrażenie nie tylko o proporcjach i odległości, ale też o kategoriach dróg oraz konkretnych skrętach, których należało dokonać… Skończyło się na jakiś 2 godzinach podskakiwania na bitych drogach w starym, małym i już wcześniej sfatygowanym samochodziku teściów oraz na poważnym stresie mojego męża, że napotkamy jakiś nie do końca przyjaźnie nastawionych do moich szortów tubylców. Jak wspominałam wcześniej Maroko jest nieco konserwatywnym krajem i o ile w miejscach turystycznych europejskie ciuchy nikogo nie rażą, o tyle na wsi może być różnie. A my zdecydowanie nie planowaliśmy tego dnia się na niej znaleźć.
Wizytę w Marrakeszu zaczęliśmy od mechanika samochodowego. Spoiler alert: nie była to jedyna wizyta u mechanika, jaka czekała nas podczas tej podróży.

Marrakesz

Wiecie, że Marrakesz jest nazywany czerwonym miastem? Wynika to z tego, że większość budynków ma tu specyficzny rdzawo-czerwony kolor, który możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.
Głównym i najbardziej turystycznym punktem miasta jest leżący w medynie Plac Jamaa El Fna. W mojej opinii jest on – wraz z przylegającymi soukami – najciekawszą częścią miasta. Część atrakcji Jamaa El Fna budzi się do życia dopiero wczesnym wieczorem, a najbardziej imponująco plac prezentuje się już po zmierzchu, kiedy też najbardziej tętni życiem, ale odwiedzić go warto zawsze.
Można się tam dostać od wielu stron, ale najbardziej naturalna dla turystów jest – powiedzmy – alejka od strony meczetu La Koutoubia.

To najstarszy meczet Marakeszu (ma prawie 900 lat!), stoi na otwartym placu na skraju medyny. Nie sposób go przegapić na żadnym planie miasta – który swoją drogą po wejściu do medyny można spokojnie schować do kieszeni ze względu na jego mocno orientacyjny charakter i fakt, że o ile ulice może i są na nim podpisane, o tyle nikt nie zawraca sobie głowy podpisywaniem ich na budynkach. Mapki dawane w w hotelach zawierają przynajmniej jakieś punkty rozpoznawcze, które trochę pomagają w nawigacji – zarówno zabytki jak i np większe hotele – ale wg mnie najlepiej zaopatrzyć się w telefon z GPSem, dobrą baterią i ściągniętą mapą miasta. Ewentualnie można się też po prostu zgubić 🙂
Samej Koutoubii nie da się zaś przeoczyć nawet bez planu, bo ze względu na dawne (chyba) przepisy, większość budynków w mieście (jeśli w ogóle nie wszystkie) jest od niej niższych. Na zdjęciu niżej możecie zobaczyć jak jej smukła sylwetka góruje nad niską zabudową miasta (a jeśli nie widzicie, poszukajcie strzałki):

ec408-blog2bmarakech (1)

Jak już dojdziemy do Placu Jamaa El Fna, pierwsze co się zapewne rzuci w oczy będzie nieprzebrany tłum ludzi. Poza tym, znajdziemy tu pełno siedzących na przenośnych krzesełkach kobiet oferujących malowanie henną.

d86cc-img_20180924_205832329

Każda posiada album ze zdjęciami pełniący rolę katalogu, więc można sobie wybrać wzorek jaki nas interesuje – chociaż nie zawsze efekt będzie zgodny z oczekiwaniami. Do wyboru mamy hennę czerwoną (jaśniejszą i mniej trwałą) i czarną (ciemniejszą i trwalszą, ale zawierającą szkodliwy barwnik – czego wtedy nie byłam świadoma). Samo malowanie trwa tylko kilka minut, schnięcie malunku: nieco dłużej. Jeśli chcecie poczytać więcej o hennie i o tym, jakie sztuczki stosują Marokanki, by utrzymać ją dłużej na skórze, zapraszam TU.

Oprócz henny, na tej części placu można zobaczyć bajarzy/bardów (coś w rodzaju marokańskiej wersji Homera), którzy opowiadają i odgrywają różne legendy i historie. No i oczywiście są małpy i węże. Ludzie z małpkami poubieranymi w spodenki (bądź pampersy), na szelkach kręcą się w tłumie: czasem łatwo ich przegapić, zwłaszcza, gdy robi się ciemno.Węży za to przeoczyć nie można, bo – podobnie jak wspomnianych bajarzy – otacza je ciągle gęsty krąg zafascynowanych widzów.

2bd05-img_20180926_203835906

W tych miejscach trzeba bardzo uważać. Po pierwsze w takim tłumie świetnie prosperują kieszonkowcy, a po drugie bardzo łatwo kończyć z wężem w charakterze naszyjnika. Oczywiście nie ma problemu, jeśli ktoś ma na to ochotę: do wyboru są węże różnych rozmiarów i kolorów, można nawet pokusić się o pogłaskanie kobry (ja nie skorzystałam akurat z tej atrakcji). Zaklinacze węży żyją jednak z wyciągania kasy z turystów i nie mają tu skrupułów. To znaczy, że najpierw wrzucają znienacka węża na ramiona niczego niespodziewającemu się turyście, a potem oczekują pieniędzy. Dlatego jeśli ktoś chce tylko popatrzeć, lepiej robić to bardzo dyskretnie, bo każdy znak zainteresowania grozi takim właśnie atakiem, abo przynajmniej gorliwym zachęcaniem do podejścia, dotknięcia, zrobienia zdjęcia.

A jeśli już chcemy pogłaskać kobrę, albo zrobić sobie wzorek z henny czy fotkę z małpką polecam targowanie się.

W każdym razie utrata – w taki czy inny sposób – kasy nie jest jedyną przygodą jaka może czekać turystę w pobliżu zaklinaczy węży. Do nas na przykład przyplątał się taki, który wyglądał na lekko nawiedzonego: nie wiem co dokładnie mówił do Szalonego Naukowca, ale kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, jak wkłada język do wężowego pyska, kaleczy o wężowy kieł, a następnie wyciska z niego kroplę krwi, którą ostatecznie umieszcza na ramieniu mojego jeszcze-wtedy-nie-męża w celu zapewnienia mu szczęścia.
Nie jestem pewna jak ze szczęściem, ale silne emocje gwarantowane.Idąc dalej w głąb dochodzimy do części, gdzie zaczynają się stragany. Jest tu pełno wysokich wozów oferujących wyciskane soki (pycha), pomiędzy nimi kryją się porozkładane na ziemi stoiska z lampkami, i różnymi dziwnymi (czasem czarnomagicznymi) przedmiotami, a także duża część gastronomiczna pod białymi parasolami, która aktywizuje się dopiero późnym popołudniem. Na zdjęciu poniżej rzęsiście oświetlona i pełna biesiadujących.

O samym souku nie będę się już tutaj rozpisywała, bo już kiedyś to zrobiłam (klik). W kilku innych postach znajdziecie też opisy tego, co warto zobaczyć w Marakeszu mając trochę więcej czasu – nie jest to naturalnie lista kompletna i jeszcze ją będę uzupełniała w przyszłości więc bądźcie czujni.

Dodam tylko jeden turystyczny protip: jeśli tak jak ja należycie do osób o pęcherzu rozmiaru orzeszka, na szlajanie się po medynie polecam sukienkę, albo spodnie z gumką na dole oraz – w obu przypadkach – chusteczki w kieszeni. W soukach można znaleźć publiczne toalety, zazwyczaj w formie dziury w ziemi i uwierzcie mi, nie będziecie sobie życzyć kontaktu ubrań z podłożem. Jeśli chodzi o chusteczki, to w Maroku – jak w chyba każdym kraju muzułmańskim – korzysta się raczej z wody niż z papieru toaletowego. W restauracjach, hotelach, na dworcach, stacjach benzynowych czy lotniskach oczywiście można liczyć i na ten drugi, ale w małych obskurnych toaletach w souku równie dobrze możecie dostać w garść wiaderko z wodą. Ewentualnie zastać w kabinie wielką beczkę wody i – a jakże – wiaderko. Osobiście nie polecam korzystania i to nie tylko ze względu na to, że nie wyobrażam sobie logistyki tego przedsięwzięcia, ale też ze względów higienicznych.

Ourika

W Marakeszu zabawiliśmy w sumie kilka dni, zwiedziliśmy jeszcze parę ciekawych miejsc, a w końcu opuściwszy czerwone miasto udaliśmy się do doliny rzeki Ourika znajdującej się jakieś 50 km dalej u stóp gór Atlas.

Można sobie tam pojechać drogą wzdłuż rzeki, w górę doliny, gdzie w końcu znajdziemy kilka knajpek oraz początek szlaku pieszo-wspinaczkowego wzdłuż w tym momencie już bardziej strumienia niż rzeki

Za pewną opłatą można wybrać się z samozwańczym przewodnikiem na wycieczkę górską i obejrzeć piękne widoki oraz kilka wodospadów. Bardzo polecam, wszystkim, którzy mają normalne obuwie, trasa nie jest bardzo ciężka, ale wymaga trochę chodzenia po skałkach, skakania po głazach i przechodzenia po wąskich, mało stabilnych mostkach.

Ja na przykład nie miałam dobrych butów. Nie, nie były to klapki ani szpilki, ale zdecydowanie miejskie tenisówki, które z trudem sobie poradziły w starciu ze wspomnianymi kamieniami. Nie obyło się też bez mini dramatu, kiedy oczekiwano ode mnie dosłownie przeskoczenia niczym kozica z jednego głazu na drugi – a ja jako człowiek w pełni świadomy swoich poważnych braków w zakresie koordynacji ruchowej zaparłam się, że nie. Utknęliśmy z Szalonym Naukowcem, jego najlepszym przyjacielem i nieco skonsternowanym przewodnikiem w stanie lekkiego impasu (No skacz, nic ci nie będzie! Nie ma mowy, złamię sobie nogę! itd). Żeby było ciekawiej, cała ta scenka nie odgrywała się nad bezdenną przepaścią, ale na głazach leżących sobie w strumieniu, który w taki sposób mieliśmy przekroczyć. W tej sytuacji zrobiłam to, co zrobiłaby każda szanująca się kobieta, czyli zażądałam transportu w ramionach ukochanego… żartuję. Nie jestem chyba prawdziwą kobietą, bo zamiast wpaść na ten pomysł, po prostu zdjęłam buty i pokonałam przeszkodę w bród.

Marrakech+%28177%29.JPG

Ci których nie interesują wędrówki górskie i zabawa w kozice, albo po prostu są spragnieni innego typu wrażeń mogą też przejechać się na wielbłądzie lub koniu po wyschniętych fragmentach koryta rzeki.

Agadir

Kolejnym punktem na naszym planie był Agadir, gdzie spędziłam swoje pierwsze – i jak dotąd jedyne – 2 czy 3 dni w hotelu typu olinkluzif. Jako, że w Agadirze nie ma za wiele do roboty poza plażowaniem i sportami wodnymi, naturalnie były to jednocześnie jedyne naprawdę mocno pochmurne dni w ciągu całych 3 tygodni w Maroku. A jak już ruszyliśmy się z plaży, gdzie czekaliśmy na słońce – ono oczywiście wyszło:

Agadir+%2887%29.JPG

Agadir został zniszczony w trzęsieniu ziemi w latach 60, jest oczywiście odbudowany, ale nie ma za bardzo walorów historycznych. Poza pięknymi plażami i licznymi, nieraz bardzo luksusowymi hotelami, jest tu bardzo fajny souk warzywno-owocowy i znany souk biżuteryjny (polecam wszystkim sroczkom). To tu po raz pierwszy spróbowałam amlou (czyli kremu na bazie miodu, oleju arganowego i mielonych prażonych migdałów). Na północnym skraju miasta, na wzgórzu z pięknym widokiem na wybrzeże i port mieszczą się ruiny się Agadir Oufella czyli kazby.

Północ Maroka

Z Agadiru bez większych przygód wróciliśmy do Sale, skąd po kolejnych kilku dniach udaliśmy się dla odmiany na północ. Na pierwszy ogień poszedł Tangier, do którego dumnie wjechaliśmy na lawecie, jako że autko teściów postanowiło doznać zapaści na środku autostrady. Czekanie na lawetę, przejazd, mechanik i cała reszta zajęła sporo czasu. Do tego właśnie w Tangierze czekało mnie pierwsze spotkanie z dalszą rodziną Szalonego Naukowca (wraz z noclegiem). W efekcie na poznanie miasta nie zostało zbyt wiele czasu – i w sumie dobrze, bo naczytałam się o nim tyle, że spodziewałam się nie wiadomo czego i lekko się rozczarowałam.Z ciekawostek agadirskich: w tej części podróży towarzyszył nam jeden z kolegów mojego męża. Z racji tego, że w Maroku obywatel nie może korzystać z pokoju hotelowego z osobą płci przeciwnej bez ślubu, chłopaki wynajęli dwuosobowy (z podwójnym łóżkiem), a ja pojedynczy. W to jak z nich korzystaliśmy nie będziemy wnikać 🙂

Podobała mi się za to krótka wycieczka na przylądek stanowiący afrykańską stronę cieśniny Gibraltar.

Tanger+%2872%29.JPG

Tanger+%2876%29.JPG

Z Tangieru udaliśmy się drogą wzdłuż wybrzeża w stronę miasteczka Tetouan. Tam odbyłam bliskie spotkanie z raczej niewdzięcznym reprezentantem Marokańskiej fauny:

Nie wiem, czy to dobrze widać, ale na środku tej drogi, pomiędzy pasami ruchu jest taki murek – coś w rodzaju wysokiego krawężnika. I właśnie w kierunku tego krawężnika, w poprzek drogi zmierzał sobie żółw. Biedak chyba nie ogarnął, że raczej nie będzie w stanie pokonać tej przeszkody. Jako osoba kochająca zwierzątka wymusiłam na Szalonym Naukowcu gwałtowne zatrzymanie się celem uratowania stworzenia spod kół pędzących samochodów (no dobra, przesadzam z tymi pędzącymi samochodami – jak widzicie na drodze poza nami i żółwiem nie ma prawie żywego ducha. Ale mógł się pojawić, prawda??). Na zdjęciu wyżej możecie sobie zobaczyć w jaki sposób to urocze stworzonko wyraziło wdzięczność za ratunek.

Tak: zostałam obsikana przez marokańskiego żółwia.

Z innych przyrodniczych atrakcji po drodze do Tetouanu natknęliśmy się na skupisko bocianów. Przejeżdżaliśmy akurat przez miasteczko Fnideq zaraz kolo Ceuty i na jego obrzeżu znaleźliśmy niesamowite bocianowe zagłębie. Na jednym budynku (chyba starej restauracji) aż 7 gniazd! I to z młodymi. Kilkadziesiąt metrów dalej kolejne gniazda na innych budynkach. A znów trochę dalej stoją dwa opuszczone, dźwigi a na nich… sami zobaczcie.
Tetuan+%2853%29.jpg

Swoją drogą bocianów w Maroku jest całkiem sporo, na przykład cała masa mieszka na szczytach wolier w zoo w Rabacie. Lekka złośliwość, nie? Zbudowały sobie gniazda NA wolierach, gdzie zoo trzyma inne ptaki.

Rabat+%28344%29.JPG

Chefchaeoun

Z Tetouanu udaliśy się do Niebieskiego Miasta czyli Chefchaeoun. Kompletnie się w nim zakochałam! Nie tylko w fantastycznych niebieskich murach, którym miasteczko zawdzięcza swój przydomek i świeżym górskim powietrzu, ale też w przepięknych wełnianych wyrobach, które swoją drogą prezentowały się niezwykle atrakcyjnie na błękitnym tle. Sami zobaczcie

Chefchaeoun+%28100%29.JPG

Fez

Ostatnim punktem na naszej trasie objazdowej był Fez, czyli jedno z najstarszych miast Maroka. Bardzo żałuję, że zdołaliśmy mu poświecić tylko kilka godzin. Jednak nawet tyle czasu pozwoliło mi stwierdzić poza wszelką wątpliwość, że uliczki w medynie się ruszają. Coś na kształt schodów w Hogwarcie: uliczka, którą właśnie się szło znika, gdy tylko z niej skręcimy i nie da się już na nią wrócić. Podejrzana sprawa.
Fez jest znany z przemysłu garbarskiego, souku skórzanego i słynnej farbiarni skór. Można ją sobie obejrzeć z jednego z sąsiadujących z nią budynków (całkiem przypadkowo trzeba w tym celu przejść przez kilkupiętrowy sklep z wyrobami skórzanymi), ale nawet nie próbujcie znaleźć jej sami, nie ma na to szans. Uczynny tubylec chętnie was tam zaprowadzi za niewielką opłatą.

Na tym właściwie mogłabym zakończyć opis mojej pierwszej wyprawy do Maroka i podsumować że poszła ona, mimo wszystko, zaskakująco gładko. No, ale moje życie obfituje w nieoczekiwane zwroty akcji. Dzięki jednemu z nich było mi dane przekonać się, że słynna Klątwa Faraona sięga aż do Maroka.
Dla tych z Was, którzy tego nie wiedzą: klątwą faraona nazywamy niepożądane rewolucje natury gastrycznej, wywołane kontaktem z nową i nieznaną florą bakteryjną. Mam w bliskiej rodzinie osobę, którą taka klątwa potrafi dotknąć nawet podczas wyjazdu do Włoch, więc byłam przygotowana na każdą możliwość. Zabrałam ze sobą chyba pół apteki. Nie piłam wody innej niż butelkowana. W restauracjach zamawiałam napoje bez lodu. Uważałam na to co jem i ograniczałam świeże produkty, które je się ze skórką (że niby bakterie z wody, którą były myte się osadzają). Ze znanych mi sposobów prewencji chyba tylko nie popijałam każdego posiłku wódką.
I wiecie co? Nawet mi się udało.
Prawie.
Samolot powrotny mieliśmy w nocy, więc planowaliśmy wyjechać na lotnisko wieczorem, a odwozić nas miał przyjaciel Szalonego Naukowca swoją ukochaną, wypieszczoną beemką o imieniu Gretchen. Tego dnia teściowa przygotowała pożegnalny obiad: ulubione danie mojego męża: bastille – w wersji z owocami morza.
I to chyba był gwóźdź do mojej trumny – a w zasadzie to sarkofagu, czy wręcz piramidy.
Oszczędzę wam tu szczegółów, powiem tylko, że jak nigdy nie lubiłam owoców morza, tak nadal ich nie lubię; Gretchen przeżyła z trudem; wymiotowanie w samolocie to wyższa szkoła jazdy. A podczas międzylądowania w Rzymie wyglądałam jak śmierć i poważnie bałam się że mnie gdzieś zamkną, bo akurat wtedy w Afryce rozszalała się epidemia wirusa Ebola.

Na szczęście nie zamknęli.

Czytaj dalej

Gwiazdka z nieba – wersja naukowa

Co jest na tym zdjęciu?

Odpowiedź znajdziecie na końcu⬇️⬇️

Od kilku dni jestem sama w domu, podczas gdy Szalony Naukowiec, nadal spędza wesoło czas w podróży. Wczoraj na Insta opublikowałam zagadkę dotyczącą tego czym to on dokładnie się zajmuje w czasie, gdy wszyscy krewni i znajomi królika, których odwiedza są w pracy. Na kolejnych zdjęciach możecie zobaczyć wyniki ankiety (zaskakujące jak Instagram dobrze zna mojego męża. Ja jednak jestem wdzięczna tym, którzy pomyśleli o prezencie dla mnie).


A jeśli interesują Was antyczne sitka, proponuję mały Tour de Louvre z Szalonym Naukowcem.

Ale wracając do tematu: nie narzekam. Cieszę się, ze wreszcie po tak długim czasie(spowodowanym 👑) ma okazję spotkać się z przyjaciółmi i rodziną, których większość jest rozsiana po świecie. Doceniam bardzo, ze znaleźliśmy się wśród tych szczęśliwców, którym #lockdown nie zniszczył wielu ważnych planów, nie rozdzielił z ukochanymi i nie odebrał pracy.

W ogole, biorąc pod uwagę, że ostatnie 4 miesiące spędziliśmy non-stop pod jednym dachem (choć często w oddzielnych pokojach), czasem doprowadzając się do szału, można by pomyśleć, że z radością powitam okres #homealone – i tak było. Naprawdę. Lubię czas dla siebie. Ale ten weekend to inna sprawa bo… Pomijając korporacyjną ekwilibrystykę związaną z planowaniem urlopów, wróciłam wcześniej, żeby właśnie w tej chwili wyjeżdżać z koleżankami na #babskiweekend. Miałyśmy pić #prosecco 🥂 robić grilla, chodzić nad jezioro i w ogóle świetnie się bawić. Niestety tak się jednak składa, że z dziewczynami dzielimy nie tylko zamiłowanie do trunków z bąbelkami ale i pracodawcę. A ten, oczekuje 2 tygodni izolacji od współpracowników po pobycie za granicą – ze względu na 👑. Także dziewczyny pojechały, a ja zostałam w domu z kotem.

➡️ Wracając do zdjęcia wyżej.
Żeby pomyśleć o czymś miłym i trochę rozproszyć mój mały #smuteczek chciałam się z Wami dziś podzielić czymś, co ostatnio przypomniało mi się dzięki Facebookowi, czyli jednym z najbardziej niezwykłych prezentów 🎁 jaki kiedykolwiek dostałam. Moja własna, osobista gwiazdka 🌟 z nieba – w naukowej postaci oczywiście – czyli wisiorek z pyłem księżycowym!
Mój mały 🌙 pochodzi z księżycowego meteorytu NWA 3136, który został kupiony (nomen omen) w Maroku.

A jakie są najbardziej romantycznie/niezwykłe czy po prostu najlepsze prezenty jakie Wy dostałyście?

Jacy są Arabowie?

Ostatnio natknęłam się w internetach na dyskusję na remat reakcji zazdrosnego Męża z Importu na facebookowych kolegów Polskiej Żony – jak łatwo można się domyślić, reakcja ta nie była pozytywna (no bo gdyby była nie byłoby o czym dyskutować). Co ciekawe, rozmowę prowadziły wyłącznie panie w związkach mieszanych, a mimo to w komentarzach pojawiły się stwierdzenia takie jak Arabowie są zazdrośni, czy oni tak mają. Podobnie na grupach poświęconych związkom multi-kulti regularnie pojawiają się pytania Jacy są panowie z kraju X? Jak poradzić sobie z Arabem? Czy wszyscy faceci z kraju Y są leniwi/mamisynkami/robią to i to i jak sprawić żeby przestali?

To jest zjawisko z którym spotykam się niestety bardzo często: posługiwanie się stereotypami i wrzucanie wszystkich facetów z danego kraju/muzułmanów/Arabów (a do nich jeszcze często na dokładkę Turków czy Pakistańczyków, bo kto by sobie zawracał głowę szczegółami) do jednego worka. I o tym chciałabym dziś napisać.

Kącik psychologiczny

Zacznijmy od odrobiny teorii.

Stereotypy to ogólne, uproszczone, pre-definiowane konstrukcje myślowe, które zawierają zbiór przekonań na temat jakiejś grupy – mogą dotyczyć wyglądu, zachowań, preferencji a nawet cech osobowości. W skrócie chodzi o przypisywanie jakiś konkretnych cech czy charakterystyk danym osobom wyłącznie z racji ich przynależności do pewnej grupy.

Rolą stereotypów jest ułatwianie funkcjonowania w świecie: pozwalają bardzo szybko upraszczać, strukturyzować i kategoryzować dostępne informacje, co umożliwia błyskawiczną reakcję, zwłaszcza w sytuacji gdy dostęp do wiedzy/informacji jest ograniczony. To oczywiście ma sens biologiczny i swego czasu ułatwiało przetrwanie – prehistoryczny człowiek spotykając niespodziewanie coś ruszającego się w jaskini musiał być w stanie w ułamku sekundy ocenić czy ma do czynienia z „wrogiem” czy „przyjacielem”. Naturalnie celem było tu ratowanie życia, więc bardziej „opłacało się” błędnie uznać kogoś za wroga niż za przyjaciela.
Niestety funkcjonowanie naszego umysłu nie zmieniło się za bardzo od tamtych czasów.
Zazwyczaj działa to w uproszczeniu tak: określamy jakąś dostrzegalną i łatwą w identyfikacji cechę charakterystyczną dla danej grupy (powiedzmy: pewien styl ubioru albo kolor skóry – jak już pisałam, stereotypy działają w oparciu o uproszczenia, generalizacje i niewystarczającą wiedzę). Na tej podstawie nasz umysł błyskawicznie decyduje, czy napotkana osoba do niej pasuje. Jeśli tak: automatycznie przypisane jej zostaną wszystkie cechy, które w naszym uproszczonym, ogólnym konstrukcie umysłowym charakteryzują tę grupę.
Dodajmy do tego jeszcze błędy poznawcze np błąd konfirmacji, który polega na tym, że nasz umysł automatycznie preferuje informacje, które potwierdzają to co już wcześniej myśleliśmy – zwłaszcza jeśli chodzi o ugruntowane poglądy lub tematy wzbudzające emocje – niezależnie od tego czy te informacje są prawdziwe. I mamy kłopot.
Co bardzo ważne: te wszystkie procesy bardzo często zachodzą w sposób kompletnie nieświadomy.

Stereotypy razem z mechanizmami ich powstawania i uprzedzeniami do których prowadzą to w ogóle bardzo szeroki i ciekawy temat, ale trochę wykracza poza cel tego artykułu, dlatego tutaj się zatrzymam dodając tylko na koniec: na szczęście stereotypom można przeciwdziałać. Najlepszym sposobem jest zwiększanie w sobie świadomości ich istnienia (poprzez pogłębioną autorefleksję, analizę automatycznych myśli i reakcji itd) no i poszerzanie wiedzy.

A teraz do rzeczy

Wszyscy chyba znamy te teksty:
(Wszyscy) Arabowie są zazdrośni, kontrolujący, leniwi, traktują kobiety źle lub przedmiotowo albo jak maszynki do robienia dzieci, lubią się targować, nie dbają o higienę, zawsze słuchają matki, są terrorystami itd itd.

Uwaga, uwaga breaking news: Arabowie są różni. W ogóle ludzie są rożni.

Zastanówcie się, czy jesteście w stanie powiedzieć Europejczycy są tacy i tacy; Europejczycy zachowują się tak i tak?
Ja nie jestem. To czemu z Arabami miałoby być inaczej?
Świat Arabski to jakieś 400 milionów ludzi, którzy mieszkają w 22 różnych krajach (i nie, to nie wszystko to samo, tak jak Europa to nie wszystko to samo), które mają różną historię, kulturę, posługują się różnymi dialektami itd. Czy naprawdę jesteśmy wstanie zidentyfikować chociaż jedną uniwersalną cechę, którą reprezentują wszyscy Arabowie? Chociaż jedno zachowanie?
No to może przynajmniej wszyscy Marokańczycy/Tunezyjczycy/Egipcjanie/Pakistańczycy są jacyś?
A czy potrafimy coś takiego powiedzieć o Polakach? Wskazać jakąś jedną uniwersalną cechę wspólną dla wszystkich Polaków?
Widzicie jak to działa? Jako Polka mam o Polakach znacznie większą wiedzę niż o innych narodach i dzięki temu wiem, że nie da się tak uogólnić – nawet mi to nie przychodzi do głowy. Natomiast w sytuacji braku wiedzy, pojawia się pewna skłonność do uzupełniania pustych miejsc stereotypami i uproszczeniami opartymi o jakiś pojedynczy przykład, albo coś co się gdzieś wyczytało. Stąd te wszystkie Arabowie są zazdrośni (wiem, bo mój były taki był); Indusi robią co im każą rodzice (wiem, bo miałam kolegę, który się tak zachowywał) itd.
Warto o tym pamiętać i w odniesieniu do siebie samego i tego, co mówią nam inni.

Zanim zaczniecie protestować: jestem świadoma istnienia czegoś takiego jak kultura, normy społeczne, standardy zachowań itd. Wiadomo, że pewne zachowania i postawy, a nawet cechy charakteru są w społeczeństwie promowane i wzmacniane, a inne: ograniczane i wyciszane, a przynajmniej spychane w ukrycie.
Zapewne dałoby się przeprowadzić jakieś badania z pogranicza socjologii i psychologii społecznej i określić pewne najpowszechniejsze postawy, preferowane społecznie, wręcz typowe zachowania, czy może nawet średni poziom reprezentacji jakiejś cechy charakteru w danej społeczności czy grupie. Ba, nawet to wszystko porównać między krajami/regionami/grupami etnicznymi.  Wyobrażam sobie, na przykład, że średnie wyniki Finów na skali intro-ekstrawersji będą bliższe biegunowi introwersji niż średnie wyniki Włochów.
Jak najbardziej można prowadzić takie badania, statystyki porównawcze i wyciągać wnioski o charakterze ogólnym. Tylko nie można takich wniosków przenosić na poziom jednostkowy.

Przenoszenie obserwacji na poziomie grupy czy społeczeństwa na poziom indywidualny nazywamy ekologicznym błędem rozumowania w interpretacji danych.

A jeśli to kogoś nie przekonuje proponuję prosty eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie ile możliwych kombinacji wyników na dziesięciostopniowej skali zaledwie 10 osób może dać daną średnią? Tę samą średnią (powiedzmy 5) da nam dziesięć osób o wyniku 5 jak i pięć osób o wyniku 9 + pięć o wyniku 1. Co więc taka średnia wartość tak naprawdę mówi nam o poszczególnych osobach?

To do czego zmierzam, to w sumie taki truizm: ludzie są różni. Na to jaka jest dana osoba wpływa kultura kraju pochodzenia, panujące w nim normy społeczne, zwyczaje, religia, ale też wychowanie, wzorce wyniesione z domu, wykształcenie, cechy osobowości i temperamentu, oraz własne krytyczne myślenie danej osoby.
Poznając faceta z innego kraju na pewno trzeba zapoznać się z lokalną kulturą, zwyczajami, religią, obowiązującymi normami itd., bo te czynniki mogą mieć na niego istotny wpływ. Natomiast patrzenie na (potencjalnego) partnera tylko przez pryzmat kultury jego kraju do niczego dobrego nie prowadzi – dużo lepiej jest podejść do niego indywidualnie: dowiedzieć się jakim jest człowiekiem, co ma w głowie, co sobą reprezentuje, jakie wartości wyznaje, jaki ma światopogląd. Może ten nowy egzotyczny ukochany okaże się najbardziej typowym przedstawicielem swojej nacji, jaki istnieje – takim wzorcem z Sevres. Może odwrotnie: okaże się totalnym przeciwieństwem, antymaterią wręcz (taki przypadek ja mam w domu). A może będzie gdzieś po środku. Bo „ludzi nie tną od metra”. W żadnym kraju.

Alzacja

Dziś,  dla odmiany od Maroka: Alzacja.
Przyjechaliśmy tu w piątek spotkać się z siostrami Kolegi Małżonka i przy okazji z potencjalnym szwagrem. Liczyłam trochę na to, że jako żonie Starszego Brata skapnie mi choć odrobina autorytetu i szansy dania (lub nie) aprobaty wybrankowi, ale Szalony Naukowiec ani myśli akceptować (lub nie)* ukochanego siostry albo w jakiś sposób odnosić się do jej decyzji. Więc niestety.
* Dopisuję wyjasnienie, bo wyglada na to, ze nie wyraziłam się jasno: nie chodzi o to, że Małżonek nie zaakceptował chlopaka siostry, a o to, ze nie mysli w tych kategoriach i nie ma zamiaru występować w pozycji osoby, której rolą jest dawanie (albo odnawianie) aprobaty w tej sprawie.
Alzacja to region na północnym wschodzie Francji, który przechodził wielokrotnie z rąk francuskich w niemieckie i odwrotnie. W związku z tym wystepuje tu specyficzny dialekt, a w nazewnictwie miast widać wyraznie silne wpływy języka niemieckiego i francuskiego. Mamy tu na przykład miasteczko Ribeauville a tuz obok Kayserberg. 
Produkowane tu są świetne lekkie biale wina (o podobnie zróżnicowanych nazwach: np. muscat, pinot gris, pinot noir, riesling, gewurztraminer). W wielu tutejszych miasteczkach jak i przy słynnej i popularnej  wsrod turystów Route des Vins jest wiele miejsc, gdzie można zajrzeć na degustację i zakupy. Poruszając się po okolicy samochodem warto pamiętać, że we Francji dopuszczalne stężenie alkoholu we krwi to 0,5 promila. Piwnice i winnice oczywiście zapewniają spluwaczki do degustowanego wina, ale nie zapominajmy, że alkohol jest trawiony już w jamie ustnej. 
Na zdjeciach poniżej miasteczka Riquewihr i Ribeauville. Prawda że sliczne? Te belkowane fasady (mur pruski) to typowa konstrukcja w tym regionie.
Riquewihr:
W ogóle to jest tutaj sklep, który caly rok sprzedaje dekoracje Świąteczne! Ma dwa poziomy, a na środku stoi wysoka na oba piętra choinka! Cały rok można tu kupić absolutnie każdą dekorację Świąteczną jaką sobie wymyslicie 😍 niestety w  środku nie wolno robić zdjęć, ale z zewnątrz wygląda tak:
Ribeauville:
Alzackie bociany.
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam bociany i uważam je wręcz za symbol Polski. Podobnie są odbierane w Alzacji. Tutaj także uważa się,  że przynoszą szczęście domowi, na którego dachu uwiły gniazdo. Podobnie jak w Polsce są też  „odpowiedz” za przynoszenie dzieci – chociaż używają innej techniki niż te nasze – w Alzacji bociek nie trzyma w dziobie becika z niemowlakiem: tu dziecko podróżuje na bocianim grzbiecie 🙂 do tego mają chronić przed piorunami i zapewniać rychłe zaręczyny dziewczynie, ktora zobaczy bociana zmierzającego w jej stronę.
 Alzackie bociany także zimują w Afryce (z czym wiąże się sporo problemów), a ich powrót w marcu jest ważnym zwiastujem wiosny.
W latach 60 i 70 bociany niemal kompletnie wyginely w Alzacji. W latach 80 stały się  gatunkiem chronionym i zaczęto prace nad przywróceniem ich obecności na alzackich dachach. Z zaledwie 148 par w roku 1960, w 2017 populacja rozrosła się aż do 850 par czyli osiągnęła rozmiar z XIX wieku. Hura! Oficjalna akcja odnawiania gatunku została zakończona, ale w Alzacji nadal funkcjonuje przynajmniej jeden bociani park, który zajmuje się ich rozmnażaniem i leczeniem, choć dziś jest raczej głównie atrakcją turystyczną i edukacyjną. Tym razem nie udało nam się  tam dotrzeć, ale byłam tam kilka lat temu i była to bardzo ciekawa wycieczka.
W tej chwili bardzo latwo wypatrzeć bociany (lub chociaż ich gniazdo) na jakimś dachu lub spacerujące po lące. 
Ponadto są jednym z głównych motywów przemysłu pamiątkowego: w prawie każdym lokalnym sklepiku z suwenirami można kupić breloczki, maskotki, magnesiki, pocztówki,  a nawet znajdzie sie zastawa stolowa udekorowana wizerunkiem tego sympatycznego ptaka. 

Moja Marokańska Przygoda – odcinek 3. Inauguracja w roli rozrywki tłumów.

A więc gdzie to ostatnio skończyliśmy?

Ach tak, na progu mieszkania przyszłych Teściów.
W tamtym okresie rodzice Szalonego Naukowca mieszkali w Sale. Przeprowadzili się tam z Marrakeszu jakieś 10 lat wcześniej, kiedy syn już od jakiegoś czasu właściwie z nimi nie mieszkał (szkoła z internatem, potem studia w innym mieście i innym kraju). Miał jednak, mimo to, swój pokój – a raczej pokoik: malutki i przerobiony ze starej łazienki. Niedługo przed naszą wizytą został on powiększony, odmalowany, a także…
I tu właśnie przechodzimy do małego szoku, który zafundowała nam teściowa w okolicach 4 czy 6 nad ranem tamtego pamiętnego majowego dnia:
…wyposażony w nowe łóżko.

..
.
Podwójne.
To, że rodzina mojego przyszłego (jak się okazało) męża nie jest konserwatywna wiedzieliśmy: ani Pani Matka ani siostry nie noszą hijabów, i ogólnie są wyemancypowane, niezależne, wykształcone. No ale bez przesady. Takiej propozycji się nie spodziewaliśmy, zwłaszcza podczas pierwszej wizyty, kiedy na żaden ślub nawet się nie zanosiło.
Nikt też nas w ogóle nie pytał o zdanie, po prostu zostaliśmy w prowadzeni do pokoju i postawieni (oraz pozostawieni – wszyscy natychmiast udali się spać) przed faktem dokonanym. Po gorączkowej, szeptanej dyskusji uznaliśmy, że warto na taki gest zareagować gestem zwrotnym i mój jeszcze-wtedy-nie-małżonek poszedł spać na kanapie. I tak już zostało na wszystkie noce pod rodzicielskim dachem w tamtym roku.
Następnych kilka dni spędziliśmy bardzo ekscytująco. Moje pierwsze doświadczenia z marokańskimi  ulicami, ludźmi, zabytkami, bazarami i przyrodą przeplatały się z inauguracją w roli rozrywki tłumów (która to rola będzie mi towarzyszyła jeszcze nie raz – podobnie jak daktyle. Często razem.) i z koncertami muzyki popularnej. Później opuściliśmy dom Teściów żeby pozwiedzać inne miasta wracając do Sale jeszcze dwukrotnie.
Ale po kolei.

Rabat

Zwiedzanie Rabatu zaczęliśmy od souku czyli – powiedzmy – bazaru. „Powiedzmy”, bo w większości składa się on ze sklepików, zlokalizowanych w parterach budynków (zazwyczaj jednopiętrowych, ale zawsze), a nie ze straganów i stoisk na ulicy (chociaż i takie są). Souki można znaleźć chyba w większości w miast Maroka, zazwyczaj w medynie (czyli „na starówce”). Czasami są wyspecjalizowane w konkretnych produktach (souk skórzany, metalowy, kaftanowy, biżuteryjny, spożywczy itd), a czasami są mieszaniną wszystkiego.
Souk w Rabacie z początku bardzo skojarzył mi się z bazarem głównie ze względu na towar: przy samym wejściu najwięcej było produktów podobnych do tego, co jest na każdym znanym mi targowisku: od ciuchów, przez okulary słoneczne, po plastikowe pojemniki do przechowywania żywności. Dopiero po głębszym zanurzeniu się w jego czeluście, zaczęliśmy napotykać coraz liczniejsze stoiska z – jak potem odkryłam – typową zawartością, czyli: przyprawami, suszonymi owocami, ceramiką, biżuterią, produktami skórzanymi, metalowymi i drewnianymi, babouchami, lampami, tradycyjnymi ubiorami itp.

Zostałam uprzedzona, że robienie zdjęć sklepikom nie jest szczególnie mile widziane (ogólnie sklepikarze za tym nie przepadają i czasem – w bardziej turystycznych miejscach –  życzą sobie nawet opłaty), więc z tej wyprawy nie mam ani jednej fotki. Zamiast tego: zdjęcia bardzo ładnej Avenue Mohammed V (czyli dziadka obecnego króla Maroka), która biegnie od głównego dworca w Rabacie (Rabat Ville) na północny wschód, w kierunku medyny, a przy której stoi budynek Parlamentu.

Kolejnym punktem na planie zwiedzania miasta była Kazba (Kasbah of the Udayas), o której wspominałam wam kilka dni temu. Kazba (Kasbah) to w krajach Maghrebu coś w rodzaju fortu czy cytadeli, czyli budynku o charakterze mieszkalno-obronnym. Ta ta konkretna pochodzi z okolic X-XII wieku. W jej wnętrzu jest jakby oddzielne mini miasto z wąziutkimi uliczkami i domami pomalowanymi na niebiesko i biało (1-1.5m od ziemi ma kolor niebieski, a wyżej: biały), a także mały ogród.

Spacerując uliczkami można dość aż do oceanu – mniej więcej, bo Rabat w przeciwieństwie do Sale – jest położony na klifie. Ze względu na to położenie, nie dość, że na klifie ale i nad samą plażą z jednej strony i rzeką z drugiej, rozciągają się stamtąd  piękne widoki:

Festiwal Mawazine

Nasz pobyt w Sale nałożył się akurat z dość znanym muzycznym festiwalem Mawazine, w którym bierze co roku udział wielu lokalnych ale i zachodnich wykonawców. W tamtym roku byli to na przykład: J Lo, Sting, Maroon 5, Usher i kilkoro innych. Moje szwagierki strasznie chciały iść na koncert Maroon 5, co z jakiś logistycznych powodów okazało się niemożliwe, dlatego ostatecznie wybraliśmy się razem zobaczyć J Lo. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, nie tylko dlatego, że ja raczej nie chodzę na koncerty, ale dlatego, że:
Po pierwsze była tam zaskakująca ilość mężczyzn – co trochę możecie zobaczyć na zdjęciu obok.

Wg Szalonego Naukowca, kobiety raczej nie czują się zbyt komfortowo chodząc w takie  miejsca same, ze względu na liczne przypadki napastowania; wg jego siostry kobiety pewnie były głównie w płatnej strefie najbliżej sceny.
Po drugie, biorąc pod uwagę styl sceniczny J Lo, można by się po ludziach z kraju – bądź co bądź – wyznaniowego spodziewać potępienia, zgorszenia itp. A tu nie: pełen entuzjazm, nie tylko ze strony męskiej widowni (co jest zrozumiałe) ale też żeńskiej: tuż za nami stała grupka dziewczyn w hijabach i wszystkie w najlepsze się bawiły, podskakiwały, śmiały i krzyczały.
Oczywiście później znalazł się ktoś się jednak oburzył  (w mediach) i nawet artystkę zaskarżył o obrazę moralności, ale ci wszyscy ludzie na koncercie nie wyglądali bynajmniej na urażonych albo zgorszonych.

Jardin Exotique

Do innych turystyczno-rozrywkowych rzeczy, które robiliśmy podczas pobytu w Sale, zaliczyła się wycieczka do pobliskiego Jardin Exotique, czyli czegoś pomiędzy parkiem, a ogrodem botanicznym. Spaceruje się tam wyznaczonym szlakiem, niemalże przez dżunglę, jest też dużo przechodzenia po wiszących mostkach albo bambusach przerzuconych nad bagienkiem. Wiele roślin jest podpisanych, są też punkty edukacyjne o ochronie przyrody, o wytwarzaniu naturalnego nawozu itd itd. Całość jest podzielona na sekcje w zależności od regionu z którego pochodzi dana roślinność. Jest nawet ogród japoński. Tam tez po raz pierwszy (i ostatni) zetknęłam się z obyczajowym konserwatyzmem w wersji hard, kiedy to strażnik ochrzanił nas za nieodpowiednie zachowanie.

A skoro już mowa o tym, jeśli chodzi o obyczajowość, mimo entuzjazmu, który rzucał się w oczy na koncercie J Lo, Maroko jest jednak krajem konserwatywnym. Nie wolno się na ulicach całować, obejmować, ani robić nic podobnego – można za to nawet zarobić mandat. Marokańczycy różnych płci nie mogą też wynajmować jednego pokoju w hotelu nie będąc małżeństwem – dotyczy to tez pary, na którą składa się jeden Marokańczyk i jedna Europejka (czy też odwrotnie). Co ciekawe, nikt nie ma problemu z dwoma facetami wynajmującymi jeden pokój, nawet z podwójnym łóżkiem 🙂

Debiut w roli rozrywki dla tłumów

Zwiedzanie i koncerty muzyki pop nie były jedynymi atrakcjami, jakie czekały mnie w tej części podróży. Oprócz nich zaliczyłam swój debiut w branży rozrywkowej – a tak naprawdę to dwa debiuty.

Najpierw odbyła się impreza z okazji przejścia na emeryturę teściowej. Moja teściowa, całe życie pracowała jako nauczycielka. Właśnie zbliżał się koniec roku szkolnego, który miał być jej ostatnim (chociaż w końcu nie był, chyba jej się nudziło w domu) i z tej okazji wyprawiono na terenie szkoły imprezę. Napisałam przed chwilą, że Maroko jest krajem konserwatywnym – jednak żeby być zupełnie precyzyjną, dodam, że jest też bardzo niejednorodne pod względem obyczajowym. Duże miasta, zwłaszcza turystyczne, są liberalniejsze niż małe miejscowości czy wieś. W takim na przykład Agadirze nikomu nawet nie drgnie powieka na widok turystek w skąpych ciuszkach. Jednak Sale jest miastem mocno konserwatywnym – wystarczy powiedzieć, że na kilkanaście (może dwadzieścia-parę) zebranych w jednym pomieszczeniu nauczycielek z przyległościami rodzinnymi, moja teściowa, jej najlepsza psiapsiółka (i szwagierka w jednym – to się nazywa ustawić sobie życie: wydać przyjaciółkę za brata) i jej córki były jedynymi, które nie zakrywały włosów chustą.
I w tym wszystkim ja: blada jak ściana (nie zdążyłam się jeszcze opalić), wysoka na 176 cm, obcięta na zapałkę, dziewczyna we wściekle różowym wdzianku (prezent od teściowej). Czy muszę dodawać, że wzbudzałam lekkie zainteresowanie i stanowiłam rekwizyt do zdjęć sezonu?
A jednak to było nic w porównaniu z tym, co teściowa zafundowała mi później. Babskie party. Ale takie poważne babskie party z zakazem wstępu dla facetów. Teść – rozsądny człowiek – wyniósł się na pół dnia z domu. Szalony Naukowiec tego przywileju nie miał, bo kategorycznie zażądałam odpowiedniej jakości wsparcia moralnego, przewidując – trafnie – swoją rolę w tym wydarzeniu. Także biedak został zamknięty w naszym pokoju ze ścisłym zakazem wychodzenia.
Czemu z zakazem? W końcu komu by przeszkadzało gdyby przemknął np do łazienki?
Ano przeszkadzałoby.
A to dlatego, że wszystkie pozakrywane koleżanki Pani Matki z chwilą przekroczenia progu salonu natychmiast pozrzucały chustki oraz jelaby (czyli takie długie okrycia, które kobiety w Maroku czasem zakładają wychodząc na zewnątrz) aby po niedługim czasie ruszyć w tany… Oczywiście, że żaden facet nie mógł tego zobaczyć.
Tak moi drodzy. Kilkanaście rozochoconych, niemówiących w żadnym znanym mi języku pań, najpierw rozsiadło się na kanapach na ploty, a potem ustawiło w kółeczku i zaczęło tańczyć.
Na trzeźwo.
Wymagając mojego czynnego udziału.
Również – siłą rzeczy – na trzeźwo.
Niewątpliwie robiłam za pewną atrakcję wieczoru (żeby nie powiedzieć: małpkę cyrkową) – chociaż muszę przyznać, że byłam przyjmowana naprawdę pozytywnie, a moje zaangażowanie w tańce czy też próby interakcji (w końcu można się porozumiewać przy pomocy mimiki i na migi) były odbierane ze sporym entuzjazmem.
Jak część z Was już może wie, rola rozrywki dla gości i gwoździa programu nadal jest moim udziałem, o czym możecie sobie poczytać w poście o Moim Wielkim Marokańskim Weselu, jeśli chce wam się go poszukać. Jeśli nie: nie uprzedzajmy faktów.
Na koniec ciekawostka:

Słyszeliście o tym, że w Maroku w wielu domach można znaleźć dwa oddzielne pomieszczenia, które (oba!) wg polskich standardów nazwalibyśmy salonem? Wiecie jak się nazywają, do czego służą i czym się od siebie różnią?