Moje Wielkie Marokańskie Wesele – tak właśnie było

Jeśli ktoś myśli, że polskie wesela są męczące lub ciężkie, powinien wybrać się na marokańskie. Najlepiej w charakterze panny młodej.
Bo rolą panny młodej na weselu w Maroku jest dostarczenie rozrywki gościom (moim skromnym zdaniem ma im to zrekompensować brak powszechnie dostępnych w dużych ilościach napojów wyskokowych), a robi to ona wg bardzo napiętego harmonogramu, który surowo i bezwzględnie egzekwują Panie do Pomocy (zapamiętajcie je, jeszcze wielokrotnie o nich usłyszycie). Jeśli chodzi o pana młodego to spełnia on rolę czegoś w rodzaju koniecznego, ale niezbyt istotnego akcesorium, plączącego się w okolicach panny młodej.

Negocjacje przedweselne
Po dwóch ślubach w Polsce, właśnie wtedy, gdy osiągnęłam pełną saturację (żeby nie powiedzieć: przesyt) jeśli chodzi o potrzebę celebrowania związku z Szalonym Naukowcem (i wydawania na ten cel pieniędzy) przyszła pora na wymarzone przez moją Teściową wesele w Maroku. Z racji tego, że w tamtym czasie ja mieszkałam w Polsce, a Szalony Naukowiec krążył między mną, a pracą w Niemczech, żadne z nas nie miało czasu na liczne podróże do Maroka. Tym samym to Teściowa zajęła się organizacją całości z nami konsultując tylko najbardziej kluczowe kwestie. Mój mąż na przykład miał okazję obejrzeć i zaakceptować salę, ja: wyrazić sugestie, co do jedzenia. Udało nam się także uniknąć samej ceremonii zaślubin (na czym zależało zwłaszcza mojemu mężowi) oraz widma białej, księżniczkowatej kiecki a la Hollywood (na czym z kolei zależało mnie), a także paru innych „zachodnich” zwyczajów, takich jak rzucanie bukietem.
Absolutnie nie udało nam się zaingerować w kwestię lektyk (ani ich być albo nie być, ani ich ilości), wybór zespołu i wodzireja, a nawet w takie sprawy jak mejkap i fryzura. Chociaż nie, w przypadku tej ostatniej pozostawiono mi pewien wybór – niestety w zakresie bardzo odległym od moich preferencji. Ale jeszcze do tego dojdziemy.
Podobnie nie było szans na jakikolwiek wpływ na ilość przewidzianych dla Panny Młodej strojów. W Maroku panuje pod tym względem ogólna zasada: im więcej tym lepiej – chociaż zazwyczaj nie przekracza się siedmiu sztuk, zwłaszcza podczas wesela jednodniowego. Jak przeczytacie ten post do końca, zrozumiecie czemu.
Nawiasem mówiąc strój, który nosi panna młoda na marokańskim weselu nazywa się takchita, ale nie jest to fason zarezerwowany tylko i wyłącznie na śluby.
Ale wracając do rzeczy: na etapie planowania imprezy powiedziano mi, że będę miała trzy. Teściowa zamówiła je u krawca, a ja nawet mogłam wypowiedzieć się w sprawie koloru jednej z nich (szaleństwo). Z czasem jednak okazało się, że trzy to chyba za mało…

Trzy dni przed
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po przylocie do Marrakeszu było, naturalnie, zmierzenie czekających już na mnie gotowych, uszytych na zamówienie takchit*, żeby zaraz następnego dnia pojechać z teściową i szwagierką  do sklepu wynajmującego akcesoria ślubne aby wypożyczyć kolejne dwie.
Wynajmowanie kiecek i akcesoriów jest dość popularnym rozwiązanie w Maroku z racji kosztów wiążących się z kupnem tego wszystkiego – jedna sukienka sama w sobie to duży koszt, a do każdej dochodzi naprawdę duża ilość biżuterii, nie wspominając nawet o lektykach i takich sprawach
*Jeśli w tym momencie zaczęłyście się zastanawiać jak to mierzyłam gotowe kiecki, skoro nie było mnie przy zamawianiu ich, o żadnych przymiarkach nie wspominając, to dobrze myślicie!
Teściowa zamówiła je sama, nie spytawszy mnie nawet o wymiary – możecie sobie wyobrazić z jakim stresem to się dla mnie wiązało, biorąc pod uwagę, że nie należę do osób o filigranowej budowie, na których wszystko świetnie leży i jestem tego doskonale świadoma. Na szczęście okazało się, że nie jest to problem, a naturalna forma takchity, która ma postać dość luźnej, prostej szaty, jest raczej uniwersalna rozmiarowo. Jakim cudem do każdej kobiety pasuje jak ulał? Cierpliwości. Czytajcie dalej.
Poza wyborem dodatkowych sukienek, akcesoriów i lektyk, obejrzeliśmy jeszcze salę i zjeździliśmy milion salonów fryzjerskich w poszukiwaniu doczepów w kolorze zbliżonym do moich włosów.
Poza tym wszystko było już przygotowane, dlatego bez zbędnego tracenia czasu przejdźmy wreszcie do samego Dnia Wesela.

Przygotowania

Dla ciekawskich nazwa

Jak mówiłam, nie pozostawiono mi za bardzo nic do powiedzenia w kwestii makijażu i fryzury. Co o znaczy? Ano to, że nie było mowy, że sama się tym zajmę: o nie. Zarezerwowano i mnie i obu szwagierkom wizytę w bardzo wypasionym salonie piękności. Byłyśmy tam na godzinę 16 (impreza miała rozpocząć się ok 20). Najpierw trafiłam do makijażystki. Szłam tam lekko zaniepokojona, gdyż moja karnacja jednak znacząco różni się od kolorytu lokalnych klientek i obawiałam się, że kosmetyki o odpowiednim stopniu  bladości (odcień: duch) mogą w ogóle nie istnieć na rynku marokańskim. Muszę powiedzieć, że byłam pozytywnie zaskoczona! Nie dość, że znalazł się odpowiednio jasny podkład, to jeszcze pani makijażystka mówiła po angielsku, skonsultowała ze mną co ma zamiar zrobić i nie próbowała mnie na siłę umalować w typowy dla marokańskich panien młodych sposób (bardzo, bardzo ciemne oko), ale naprawdę zadbała o to aby makijaż pasował do mojej karnacji.
Potem trafiłam na fotel fryzjerki i tu już nie było tak fajnie. Ani nie była miła, ani nie mówiła po angielsku, ani nie była zachwycona, że musi instalować doczepy na moich krótkich włosach. W tym ostatnim akurat się zgadzałyśmy.
To chyba dobry moment żeby wyjaśnić kulisy doczepów.
Jestem i zawsze byłam wielką fanką krótkich włosów. Wiele lat nosiłam fryzurkę pixie i ją uwielbiałam. W momencie, kiedy się zaręczyliśmy, uznałam, że trzeba jednak ciut włosy zapuścić coby mieć jakąkolwiek szansę jakoś je ułożyć tak aby na ślubie, się czymkolwiek od stanu normalnego. Zapuszczałam je więc jakieś 1,5 roku – to nie jest bardzo dużo.
Na pewnym etapie planowania wesela mąż przekazał mi że muszę się liczyć z fryzurą z doczepami. Wiadomość tę przyjęłam źle: krótkie włosy to moja tożsamość i czułam się nieakceptowana i zmieniana siłą na obraz i podobieństwo jakiś wyobrażeń Teściowej.
Rzeczywistość okazała się bardziej przyziemna: obowiązkowym elementem każdego stroju panny młodej w Maroku jest korona lub też tiara. Ciężki obiekt, który po prostu musi mieć solidną bazę, jakiej nie zapewniają krótkie włosy. I tyle.
Niemniej nie byłam zachwycona tym faktem, a aspekty bólowe całego procesu (czułam się jakby fryzjerka próbowała zerwać mi skalp z głowy) nie poprawiały mojego samopoczucia. Ostateczny efekt był jednak raczej zadowalający.
Cały proces (nie tylko mój, moje szwagierki również poddawały się zabiegom upiększającym) trwał ledwie 3,5h. Po wyjściu udałyśmy się prosto na salę – dotarłyśmy tam przed godziną 20, czyli zgodnie z planem, jako że impreza miała rozpocząć się o 20 – to znaczy, że o tej porze spodziewano się przybycia gości, po czym mieliśmy z Szalonym Naukowcem dokonać naszego Wielkiego Wejścia.
Rzeczywistość wyglądała jednak nieco inaczej.

Tak wyglądało wejście do sali weselnej. Byłam bardzo rozczarowana, gdy się dowiedziałam,
że nie będziemy wjeżdżać na tych koniach

Oczekiwanie na Wielkie Wejście
Jak już wiecie marokańska panna młoda ma kilka sukienek, oczywiste więc jest, że sala weselna musi dysponować miejscem, w którym będzie można je spokojnie zmieniać. Pan młody zazwyczaj ma swoją przebieralnię, ale w naszym przypadku był to jeden wspólny pokój – z drugiego korzystały kobiety z rodziny (moja teściowa i szwagierki miały po dwie kreacje). Całe to zaplecze znajdowało się w oddzielnej części budynku sali weselnej, a z salą właściwą (gdzie mieli być goście) łączył je korytarz. Tym samym goście mogli zobaczyć nas dopiero kiedy byliśmy absolutnie gotowi, natomiast my gości nie widzieliśmy prawie wcale – przynajmniej na żywo, bo nasza przebieralnia była zaopatrzona w ekran, który – jak się okazało sporo później – na bieżąco wyświetlał to, co kręcił kamerzysta.
Tam też zamelinowaliśmy się czekając na znak, że pora się szykować do wyjścia (nie będę przecież siedziała i gniotła kiecki). I tak czekaliśmy jakieś 1,5h aż liczba gości osiągnie wymagany pułap. Goście – jak to w Maroku – się nie spieszyli. Kiedy już uzbierało się ich wystarczająco dużo, przyszła pora przywdziać pierwszy strój i ruszyć do boju.

Pierwsza była zielona takchita wyszywana złotymi nićmi – zielony to kolor uznawany w Maroku za królewski i jest zawsze wybierany specjalnie do henny (o której za moment) i dlatego podczas tej części imprezy wszystko było zielone.

Pamiętacie Panie do Pomocy (PdP), o których wspomniałam na początku? Było ich pięć, a sens ich pojawienia się w naszym pokoju przygotowawczym był dla mnie z początku raczej niejasny. Zakładałam, że po prostu założę sukienkę, a one może pomogą mi dopiąć pasek – paski to typowy i kluczowy element każdego uroczystego kobiecego stroju marokańskiego: często są szerokie i sznurowane z tyłu niczym gorset.
Ewentualnie brałam pod uwagę ich pomoc w instalacji tiary na głowie.
Jakże się myliłam!
PdP pełnią na marokańskim weselu rolę absolutnie kluczową. Co tam wodzirej, panna młoda, rodzice, nie mówiąc już nawet o panu młodym! Prawdziwa władza i kontrola nad przebiegiem wypadków leży w rękach Pań do Pomocy. Jak już wspominałam i jak za chwilę się przekonacie, cała impreza toczy się dookoła przebierania i wystawiania na pokaz panny młodej. Już z tego względu do PdP, które za to przebieranie odpowiadają (czytajcie dalej, przekonacie się jak), zarządzają tym samym czasem wszystkich wejść i wyjść – cała reszta, czyli takie nieistotne sprawy jak jedzenie, czy zabawa gości, jest pochodną tego harmonogramu. Po drugie zarządzają także fotografem i kamerzystą: filmować i fotografować wolno tylko wtedy, kiedy one na to zezwolą. Po trzecie zarządzają każdym ruchem pary młodej: dyktują kto, gdzie, kiedy, w jakiej pozycji i jak długo ma stać, siedzieć lub iść. Poza tym przy pomocy bardzo głośno śpiewanej inkantacji anonsują każde pojawienie się panny młodej oraz wiele innych istotnych wydarzeń, nakazując tym samym gościom przerwać to co akurat robili i skupić się na tym co ISTOTNE.
PdP były mocno niezadowolone, że sama założyłam pierwszą takchitę (więcej nie popełniłam tego błędu) i natychmiast obstąpiły mnie ze wszystkich stron z naręczem szpilek i zaczęły układać, dopasowywać, poprawiać i upinać na mnie warstwy stroju. Warstwy bo takchita składa się z dwóch warstw – w przeciwieństwie do kaftanu.
Tak: odpowiedź na pytanie: w jaki sposób strój, który oryginalnie ma formę prostej, luźnej i neutralnej rozmiarowo szaty, leży jak ulał na każdym, kto go włoży, tkwi w odpowiedniej liczbie szpilek.
Po udrapowaniu na mnie materiału, zapięły mi złoty wysadzany zielonymi kamieniami pas (pozbawiając mnie możliwości oddychania), zainstalowały na głowie złotą wysadzaną zielonymi kamieniami koronę (zainstalowały czyli nie tylko położyły, ale przypięły licznymi, strategicznie rozmieszczonymi wsuwkami), a na czole łańcuszek (pozbawiając mnie tym samym w większości możliwości ruchu głową). Następnie zawiesiły mi na szyi wielki, ciężki złoty naszyjnik wysadzany zielonymi kamieniami i pozwoliły samej założyć ciężkie kolczyki (zgadnijcie w jakich kolorach). Na koniec wpięły mi we włosy coś w rodzaju welonu, który spłynął mi po plecach i został poprowadzony przodem aż do ramion i na nich upięty specjalnymi spinkami (co już naprawdę zredukowało ruchomość mojej głowy do zera, bo całość wraz z tymi nieszczęsnymi doczepami koszmarnie ciągnęła).
W międzyczasie przebrał się też Szalony Naukowiec: jasne, kremowe spodnie i  (powiedzmy koszula), a na to coś co nazywają jebador, czyli takie, hm, giezło. Oczywiście zielone. Pan młody na weselu marokańskim naprawdę pełni rolę niewiele znaczącego dodatku do panny młodej.

Akt 1. Wielkie Wejście i henna
Kiedy już byliśmy oboje gotowi, PdP (ubrane w tym momencie w zielone kaftany i zielone chustki) zawezwały Kolesi od Lektyki (ubranych w zielone kubraczki i śmieszne czapeczki Mikołaja) oraz rozpoczęły bardzo swoją inkantację Następnie posadziły mnie w zielonej (naturalnie) lektyce i…. znowu zaatakowały szpilkami, żeby ułożyć wszystkie fałdy materiału w optymalny do siedzenia sposób – co pozbawiło mnie jakiejkolwiek możliwości ruchu poza machaniem ręką – to było pożądane, a wręcz oczekiwane. Następnie zostałam obfotografowana i…. zaczęło się. Kolesie od Lektyki mnie podnieśli: najpierw na wysokość mniej więcej pasa (czyli tak jak pozwalały spuszczone wzdłuż ciała ręce), aby potem zarzucić mnie sobie na ramiona. Potem ruszyli w kierunku tej części sali, gdzie byli goście. Mój małżonek miał defilować o własnych siłach przed nami.
Wszystkie doświadczenia z jazdą konną i na wielbłądzie prowadziły mnie do tego momentu w życiu: do bycia zarzucaną na ramiona i balansowania w lektyce na ramionach czterech facetów, którzy tańczyli.
A raczej: podrygiwali.
W ten sposób okrążyliśmy całą salę: ja się uśmiechałam i machałam gościom, ci wiwatowali, a ich żeńska część wydawała z siebie to typowe między innymi dla Maroka wycie (sorry, nie wiem jak to inaczej nazwać), które w marokańskim dialekcie nazywa się zgharit. Jeśli chcecie usłyszeć o co mi chodzi KLIKNIJCIE.
Po kilku takich okrążeniach przyszedł czas na sesję fotograficzną z mężem i najbliższą rodziną: lektyka z ramion Kolesi od Lektyki przeniosła się na ich ugięte kolana, a mąż, teściowie i szwagierki przystawali lub przysiadali obok do zdjęć.
W końcu zostałam (wraz z lektyką) postawiona na podłodze, a PdP rzuciły się odpinać szpilki, abym mogła wstać, wejść po 3 stopniach na specjalne podium dla pary młodej i usiąść na kanapie (zielonej!). Tam zaraz zostałam znowu zaatakowana szpilkami aby dostosować fałdy materiału do tej pozycji. Żaden centymetr materiału nie miał prawa drgnąć.
Potem zaczęła się henna.
Ozdabianie henną dłoni (i ewentualnie stóp) panny młodej to tradycja tak samo popularna w Maroku jak i w Indiach, Pakistanie czy Nepalu. Zazwyczaj przyjmuje albo formę henna night, kiedy w malowaniu biorą udział także inne zaproszone na ślub kobiety, albo jest fragmentem wesela. W tym przypadku panna młoda (czyli ja) siedzi na podium na zielonej kanapie i na oczach wszystkich gości ma robione zdobienia. Po ich nałożeniu bohaterka dnia siedzi sztywno (bo szpilki nie pozwalają jej drgnąć), czekając aż henna wyschnie i eksponując dłonie, a goście podchodzą robić sobie z nią (i panem młodym) zdjęcia.
Ledwo moja henna zaczęła zasychać, już jedna z PdP zabrała się do jej zmywania (za szybko! Prawie nie złapała! Ale kto by tam mnie pytał o zdanie), a potem zdjęto ze mnie szpilki, tak abym mogła wstać: wtedy też PdP ułożyły fałdy mojej kiecki w kolejny odpowiedni sposób i nastąpiła część stojąca sesji zdjęciowej. A dużo ludzi chce robić zdjęcia z panną młodą w każdej pozycji.
Nas koniec zeszliśmy z podium, wolnym krokiem przeszliśmy przez całą salę i udaliśmy się do naszej przebieralni.

Akt 2. Podwójna Lektyka
Tam PdP (przebrane już tymczasem w kremowo-złote kaftany i chusty – tak zostało już do końca) rzuciły się mnie rozbierać. Zarówno zdejmowanie jak i – jak się okazało chwilę później – zakładanie tych sukienek wymagało zarzucenia mi na głowę chustki abym nie wypaćkała czegoś makijażem albo nie rozwaliła fryzury. Naturalnie proces rozbierania zaczął się od zdjęcia „welonu”, odczepienia umocowanej na mojej głowie korony i łańcuszka, zdjęcia paska i reszty biżuterii. Potem przyszedł czas na wyjęcie wszystkich szpilek i wypakowanie mnie ze wszystkich warstw tkaniny aż do bielizny.  Wszystkiemu temu towarzyszył ciągły strumień werbalnych i niewerbalnych (PdP nie mówiły w żadnym znanym mi języku, ale gestykulowały nader wymownie) komend:  usiądź, wstań, pochyl głowę, ręka tu, ręka tam. Wszystko to odbywało się bardzo sprawnie i w lekkim pośpiechu. 
Ledwo pozwoliły mi skoczyć do łazienki zanim zaczęły pakować mnie w następny strój.
Druga takchita była żółta, ozdabiana z przodu kolorowymi kryształkami i perełkami. Towarzyszyła jej kolejna korona, ciężki naszyjnik, wielkie kolczyki i pasek wysadzane kamieniami pasującymi do kryształków na sukience. Proces pakowania mnie w to wszystko i upinania materiału przebiegł bardzo podobnie do poprzedniego razu. Może brzmi to szybko, gdy to czytacie, ale bynajmniej nie trwało to krótko.
Gdy już byłam gotowa, czekała mnie najpierw samotna jazda w dużej, dwuosobowej lektyce – naturalnie gdy tylko do niej weszłam zostałam surowo poinstruowana jak mam usiąść, a potem PdP znowu poupinały fałdy materiału na moich nogach w odpowiedni sposób. Kolesie od Lektyki w międzyczasie także pozbyli się zielonych kubraczków i przebrali się na biało, chociaż nie zrezygnowali z czapeczek Mikołaja. Po chwili dołączył do mnie małżonek w garniturze (jemu także dostała się połajanka odnośnie sposobu siedzenia). Ja już zdążyłam się przyzwyczaić do tego uczucia, ale on nie był zachwycony, kiedy nas podniesiono i  robiliśmy tych kilka rund dookoła sali podrygując na ramionach Kolesi od Lektyki.
Kolejne etapy także się powtarzały: szybkie wyjęcie szpilek abym mogła wstać – sesja fotograficzna na stojąco – szpilki zapinane na kolanach na kanapie – sesja na siedząco na kanapie, która tym razem nie była zielona a złota – odpięcie szpilek – spacer do szatni.

Antrakt
Nie dla nas oczywiście, my nie mieliśmy chwili przerwy przez całą noc.
Na ten moment na pewno już ogarniacie mniej więcej rytm w jakim wszystko się działo: okresy, kiedy para młoda była na sali z gośćmi, przeplatały się z okresami, kiedy jej nie było (bo się przebierała). Jak to wszystko miało się do siebie czasowo? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czas leciał tak błyskawicznie, że nie miałam nawet, kiedy patrzeć na zegarek. Myślę, że na jedną sukienkę przypadało trochę mniej niż dwie godziny, z czego może 1/3 poświęcona była ubieraniu i rozbieraniu.
Co się działo w przebieralni w tych momentach, już mniej więcej wiecie. Co się działo na sali? Dzięki ekranowi połączonemu z kamerzystą mieliśmy szansę podglądać trochę gości: zajmowali się głównie tańcami do muzyki granej na żywo i oklaskiwaniem wodzireja, który zagrzewał wszystkich do zabawy i jednocześnie śpiewał.

Akt 3. Jedzenie.
Trzecia była takchita w kolorze szafirowego nieba zdobiona srebrnym haftem i kryształkami jak gwiazdy. Do niej oczywiście dopasowana, srebrno-niebieska biżuteria i pasek. Mąż mój w tym czasie przebrał się w biało-niebieski jebador. Logistyka całego przebierania była identyczna, jednak tym razem dla odmiany wyszliśmy na własnych nogach i udaliśmy się na obchód stolików żeby pozdrowić gości. W tym celu byliśmy prowadzeni przez kogoś w rodzaju mistrza ceremonii (nie mylić z wodzirejem), który później także dyrygował wnoszeniem kolejnych potraw. Przy każdym stoliku zatrzymywaliśmy się na jakieś 15 sekund i ruszaliśmy dalej – raczej ku uciesze ludzi, bo było już grubo po północy, a nikt jeszcze nie dostał niczego konkretnego (poza ciastem, ciasteczkami i owocami) do jedzenia*. Do tych 15 sekund na stolik (no i do licznych sesji zdjęciowych) właściwie ograniczyły się nasze interakcje z gośćmi innymi niż sześć osób, z którymi dzieliliśmy stolik.

Na stoły wieżdża bastila

W końcu dotarliśmy do naszego stołu i usiedliśmy na tronach (jakże by inaczej) i wszyscy dostali długo wyczekiwany obiad.

Porcja bastili

Wnoszenie kolejnych dań było show samym w sobie. Kelnerzy obnosili kolejne naczynia dookoła sali przy dźwiękach specjalnej muzyki. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, będziecie mieli okazję zobaczyć jak to wyglądało.
Na pierwsze danie podano rybną bastile**: marokańskie ciasto warka – czyli takie cieniutkie platy jak ciasto filo czy francuskie, tylko jeszcze cieńsze – uformowane w taki jakby placek (pie), wypełnione chińskim makaronem, owocami morza i kawałkami ryby.
Potem była tangia (tradycyjne danie z regionu Marakeszu: wołowina w przyprawach zapakowana do glinianych naczyń, które następnie są zagrzebywane na kilka godzin w gorącym popiele). Na koniec pieczony kurczak. Potem jeszcze deser (ciasto lodowe) i owoce i już znowu spacerowaliśmy przez salę do naszej przebieralni.

Tak wjeżdżała na stoły tangia, a ten po lewej w pelerynie to nasz Mistrz Ceremonii, a po prawej w czerwonych pelerynach: zespół

* Na Marokańskich weselach nie zaczyna się od serwowania posiłku, jak u nas, po pierwsze dlatego, że część gości mogłaby sobie przedwcześnie pójść, ale (wg mnie) także dlatego, że (oficjalnie) nie potrzeba przecież podkładki pod picie.
** niektórzy czytelnicy może pamiętają jak skończyło się moje pierwsze spotkanie z tym daniem – nic dziwnego, że walczyłam przeciwko niemu jak mogłam. Jak widać: bezskutecznie.

Akt 4. Dwie lektyki
Gdy tylko weszliśmy do naszej przebieralni, PdP znowu obstąpiły mnie ze wszystkich stron, i wedle tego samego schematu, przebrały mnie w kreację nr 4: jasnoniebieską, ozdabianą kryształkami i złotymi haftami, której towarzyszyła kolejna złota korona, naszyjnik, kolczyki i pas.
Pan Młody założył w tym czasie kremową jelabę (długą męską szatę z kapturem).
Przyszła pora na lektykę numer 3 (i 4). Tym razem byliśmy noszeni oboje, ale oddzielnie. Ja oczywiście unieruchomiona milionem szpilek powstrzymujących poły takchity od rozjechania się, a mnie od ruszania się. Za to mój mąż wręcz przeciwnie – był bardzo ruchomy, bo pewnym momencie kazano mu (zgadnijcie, kto mu kazał) wstać i balansując na rączkach mojej lektyki – nadal oboje wisieliśmy w powietrzu – pocałować mnie w czoło. Dobrze, że nie spadł, to była niezła akrobacja.
Potem już standardowo: odszpilkowanie – kilka kroków – złota kanapa – znowu szpilki – zdjęcia – wyjęcie szpilek – spacer do przebieralni.

Akt 5. Tort i Wielkie Wyjście
Na ostatni akt tego przedstawienia mój mąż założył (znowu) garnitur, a ja białą takchitę haftowaną na srebrzysto-biało z aplikacjami z perełek. Wyglądała nieco jak kimono, a do niej dopasowane były znacznie delikatniejsze niż wcześniej srebrne akcesoria – chyba najbardziej w moim stylu ze wszystkich: nie było też kolejnej korony, ale tylko lekka, śliczna ozdoba do włosów.

Tort, soczek, a w tle nasze podium i złota kanapa

Ubrani przedefilowaliśmy przez salę aż do czekającego na nas stołu z tortem. Pokroiliśmy go, nakarmiliśmy się nim nawzajem, wypiliśmy brudeshaft soczkiem (nie, w Maroku nie oznacza on tego samego, co u nas) i udaliśmy się do naszego stolika, gdzie obok tortu czekała też harira (zupa) i śniadanie gdyż była już prawie 5 rano.

Weselne śniadanie: croissanty, bahrir, msemen
i z jakiegoś powodu ciasteczka ramadanowe

Czas zleciał niesamowicie szybko!
Już myśleliśmy, że to koniec, ale nie: jeszcze musieliśmy zatańczyć. Nie żeby z innymi: na marokańskim weselu najwyraźniej interakcje z innymi nie są za bardzo przewidziane. Taniec miał się odbyć we dwoje, ku uciesze tłumów, na malutkim kwadratowym podium dookoła którego bawili się goście przez ten czas kiedy my się przebieraliśmy. Na szczęście trwało tylko kilka minut, ale i tak mało z niego nie spadłam.

Gdy już zaspokoiliśmy potrzeby wszystkich gości dając pokaz umiejętności tanecznych, zeszliśmy ze sceny i przedefilowaliśmy przez całą salę aż do samochodu, a na potrzeby zdjęć i filmu nawet nim odjechaliśmy – jakieś 10m. Potem się zatrzymaliśmy a PdP przybiegły odebrać pasek, kolczyki i ozdobę do włosów, które były wynajęte razem z resztą akcesoriów, lektykami, Kolesiami od Lektyk i samymi PdP.
W międzyczasie nasze rzeczy zostały spakowane i wpakowane do bagażnika, my pożegnaliśmy się z tymi gośćmi, którzy wyszli za nami na zewnątrz i odjechaliśmy przy trąbieniu klaksonów – tym razem naprawdę.

Była prawie 6 rano.

Zagadka trzech ślubów

Zgodnie z obietnicą dziś przedstawiam kulisy wydarzeń, które doprowadziły nas do posiadania trzech rocznic ślubu.

Za górami, za lasami…
Wszystko zaczęło się na początku 2018 roku, kiedy po ponad 4 latach bycia i mieszkania ze sobą zaczęliśmy nowy rozdział, czyli związek na odległość. Wynikło to z – dawno przewidywanego i nieuniknionego – etapu kariery Szalonego Naukowca.
Niedługo po tym jak wyjechał i urządził się w nowym miejscu, gdzie miał spędzić na pewno 10 miesięcy, a prawdopodobnie 1,5 roku (co będzie ważne w dalszej części historii) spotkaliśmy się w jednych z naszych najukochańszych miejsc czyli w tyrolskiej miejscowości Hintertux położonej u stóp lodowca o tej samej nazwie. On oddawał się tam rozrywkom zawodowo-intelektualnym, a ja kontemplacji miejsca nagrania klipu do jednej z moich ulubionych piosenek Eda Sherana. W przerwach natomiast chodziliśmy na wycieczki. Podczas jednej z nich, w sobotę 24 lutego, pojechaliśmy kolejką na lodowiec aby następnie z niego zejść ścieżką, która zapewnia zapierające dech w piersiach widoki:

Było pięknie: lazurowe niebo, śnieg skrzący w słońcu jak pole diamentów (tak, wiem, że diamenty nie rosną na polach, ale gdyby rosły, skrzyłyby się w słońcu właśnie tak). No i w tej scenerii, w okolicach małego mostku (acz przezornie nie na nim – licho nie śpi) Szalony Naukowiec zadał swoje Wielkie Pytanie, na które ja odrzekłam tak romantycznie jak rezolutnie myślę, że tak. Może dlatego, że nie padł na kolano.

TEN mostek, zdjęcie zrobione rok później
Myślę, że tak najwyraźniej wystarczyło, żeby dostać pierścionek

Miłe złego początki
Nawiasem mówiąc, dla tych, którzy jeszcze tego nie wiedzą:  ja nie chciałam w ogóle wesela. Ba, bardzo długo nie interesował mnie nawet ślub, a nawet gdy zmieniłam w tym temacie zdanie dość niedługo przed opisanymi wyżej wydarzeniami (dla ciekawych, refleksje na ten temat znajdziecie tutaj), nadal uważałam wydawanie grubych pieniędzy na – bądź co bądź – po prostu imprezę, za średnio interesujący pomysł. Wolałam te fundusze przeznaczyć na długą podróż. Fakt, że w ogóle zdecydowaliśmy się na coś więcej niż ceremonię we dwoje na tropikalnej plaży (wersja idealna acz nierealna) czy podpisanie papierów w urzędzie w dżinsach (równie kusząca i bardziej realistyczna opcja) to wyłącznie robota (wina? zasługa?) mojego męża. To on nalegał żebyśmy ten Ważny Dzień celebrowali z bliskimi nam ludźmi i to on argumentował, że ściąganie rodziny i przyjaciół z 4 kontynentów i kilku-kilkunastu krajów tylko na uroczystość w USC to absurd. Z tym ostatnim nie mogłam się oczywiście nie zgodzić, a to pierwsze po prostu przyjęłam, bo w końcu jeśli coś jest takie ważne dla osoby, którą kocham, to dla mnie też nabiera znaczenia. Ustaliliśmy więc ogólne ramy (ślub cywilny, ceremonia w plenerze, skromnie, na luzie, bez powozów, koni, dronów, gołębi, oczepin i białych księżniczkowatych kiecek itd) i klamka zapadła.
Tym sposobem w ogóle doszło do planu pod tytułem Ślub i Wesele
Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Podzieliliśmy się dobrą nowiną z rodziną i przyjaciółmi – a ci naturalnie zaczęli pytać o datę. Zaczęliśmy więc – w naszym pojęciu było to logiczne – od próby wybrania tejże. Celowaliśmy w rok 2019. Cały proces był niełatwy z racji wielu koniecznych do uwzględnienia aspektów, począwszy od zwykłych preferencji temperaturowo-estetyczno-pogodowych (ślub zimowy jakoś nas nie interesował, upałów nie znoszę, a jeszcze marzył nam się ogród więc jesień i przedwiośnie też raczej odpadały), przez zagadnienia takie jak logistyka wizowa, ramadan (o ile pamiętam wypadał w maju), a także to, że połowa planowanych gości pracuje za granicą i z racji wykonywanego zawodu ma raczej sztywne kalendarze uniemożliwiające podróże w pewnych okresach roku.

Przyszłe miejsce akcji

W tym momencie do akcji wkroczyły moje niezastąpione koleżanki uświadamiając mnie, nie tylko, że data nie zależy bynajmniej tylko od takich błahostek jak nasze preferencje, a od dostępności pożądanej miejscówki, fotografa, zespołu i całej masy tego typu czynników, ale też, że załatwianie tego wszystkiego z rocznym wyprzedzeniem to bardzo PÓŹNO.
Szybko przystąpiliśmy więc do rzeczy i zaczęliśmy poszukiwania najważniejszego, czyli sali. Dość sprawnie udało nam się znaleźć fajne miejsce, nie salę – jakże sztywno to brzmi – ale mały dworek w stylu lekko staropolskim (z polecenia) i umówić datę (czerwiec 2019), a nawet wstępnie ją zarezerwować w urzędzie. To ostatnie nie jest takie oczywiste jak mogłoby się wydawać, bo formalnie termin w USC można zaklepać maksymalnie z półrocznym wyprzedzeniem, a w naszym przypadku: z trzymiesięcznym (co wynika z ważności dokumentów). 
W tym momencie mogliśmy wysłać Save The Dates – wszyscy goście z wymagającymi kalendarzami zostali poinformowani ze stosownym wyprzedzeniem, a my mogliśmy odetchnąć. Siłą rozpędu znaleźliśmy jeszcze fotografa (też z polecenia) i w tym momencie nasz zapał lekko osłabł. W końcu mieliśmy sporo ponad rok na ogarnięcie wszystkiego.

Biurokracyjno-administracyjne tło nadchodzących wydarzeń
W ramach wyjaśnienia dla tych, którzy nie mieli przyjemności związać życia z cudzoziemcem i to takim z poza EU: Jeśli ktoś nie jest obywatelem EU, potrzebuje podstawy żeby przebywać w danym kraju członkowskim. W przypadku mojego jeszcze-wtedy-nie-męża taką podstawą była praca, chociaż w tej roli sprawdza się również małżeństwo (z obywatelem danego kraju), studia i parę innych rzeczy. Bez podstawy pobytu nie ma pozwolenia. Jak pamiętacie, Szalony Naukowiec w tamtym okresie przebywał w Niemczech i stan ten miał się utrzymywać przynajmniej do końca listopada, a tak naprawdę to do okolic marca. Cały nasz plan opierał się na następujących założeniach:
– projekt, to którego jest zatrudniony do końca listopada zostanie (zgodnie z zapowiedzią) przedłużony o kilka miesięcy, o które mój przyszły mąż wydłuży sobie kartę pobytu w Niemczech;
– te same kilka miesięcy później ruszy inny projekt, w Warszawie, w ramach którego zostanie on zatrudniony jak tylko zakończy projekt niemiecki.
W takiej sytuacji Szalony Naukowiec miał wrócić do Warszawy kilka miesięcy przed naszą czerwcową datą i wyrobić kartę pobytu na podstawie pracy (jak robił to dotąd).
Nadążacie?
To idźmy dalej.

Komplikacje
Kolejne miesiące po dogadaniu naszego dworku i fotografa spędziliśmy skupiając się na innych sprawach – aż w końcu zaczęliśmy sobie zauważać chmury zbierające się na horyzoncie. Coraz bardziej zaczęliśmy sobie uświadamiać, że kombinacja narodowości Szalonego N i idącego za tym uciążliwego obowiązku legalizowania pobytu z pracą zawodową w trybie projektowym nie jest najlepszym życiowo połączeniem.
Przedłużenie projektu w Niemczech się opóźniało, podobnie jak decyzja o momencie startu projektu w Polsce – jego karta pobytu natomiast wygasała niezmiennie z końcem listopada.
Wreszcie zdaliśmy sobie sprawę, że być może będziemy musieli zmienić plany. No bo wiecie: bez podstawy pobytu nie ma pobytu. O ile projekt w Polsce prędzej czy później i tak by się zaczął (pytanie tylko kiedy), o tyle bez czegoś na pokrycie miesięcy dzielących nas od jego rozpoczęcia, mój jeszcze-wtedy-nie-mąż musiałby wrócić do Maroka. Nie żebyśmy się bali o jego kolejny wjazd do Polski – tu nie byłoby problemu. Ale nie chcieliśmy się rozstawać i to na cholera-wie-jak-długo. Niemcy odległe o 1,5h lotu to wystarczająco daleko.
Zaczęliśmy więc – bardzo niechętnie – brać pod rozwagę inną datę ślubu – tak żeby zdążyć z nim przed końcem ważności tej nieszczęsnej karty i zdążyć aplikować o nową – w Polsce na podstawie małżeństwa. Potem odkryliśmy, że taka opcja w ogóle ma więcej sensu, ze względu na okres na jaki wydawane są karty „na pracę” i „na ślub”. Ale to już inny temat.
Nazwaliśmy to planem „C” (planem A i B pozostawały różne opcje planów zawodowych, których detale już Wam tu odpuszczę) i od początku podchodziliśmy do tego jak do jeża. Zwłaszcza on. No przecież już wysłaliśmy StD, mamy super miejsce z pięknym ogrodem idealnym na ślub plenerowy w czerwcu i w ogóle!
Na szczęście jestem jeszcze ja z moimi control issues i zamiłowaniem do planowania. Uznałam, że potrzebujemy zabezpieczenia, i wymusiłam przygotowanie się na wszelki wypadek na opcję C, przynajmniej od strony papierologicznej, która – niezaplanowana odpowiednio wcześnie – mogłaby być tzw show stopperem i przysporzyć nam sporo problemów. Nie brzmi to może, jak coś wymagającego wielkiego wysiłku organizacyjnego, ale jednak ślub z cudzoziemcem wymaga nieco papierkowej gimnastyki i dobrego rozegrania w czasie. Jeśli kogoś interesują detale tego procesu, znajdziecie je TU.
Wtedy to jeszcze cały czas było tylko dmuchanie na zimne. Przecież Niemcy to Niemcy, jeśli ma być przedłużenie projektu to będzie, prawda? Ostatecznych wieści w tej sprawie spodziewaliśmy się teraz na przełomie września i października. Ale jako, że we wrześniu i tak mieliśmy zaplanowany wyjazd do Maroka, z odpowiednim wyprzedzeniem pobrałam wszystkie potrzebne papiery z urzędu i wyrobiłam na wszelki wypadek zaproszenia, na podstawie których rodzina narzeczonego mogłaby aplikować o wizę, gdyby zaszła taka potrzeba. Potem do grafiku na ten tydzień obok pustyni i Menara Garden dodaliśmy przebieżkę po urzędach celem zebrania potrzebnych dokumentów.
Tak na wszelki wypadek, bo przezorny zawsze ubezpieczony.
Wróciliśmy z wakacji w okolicach 6 października. Wieści o przedłużeniu projektu nadal nie było, a czas tak jakby się kończył. Trzeba było puścić w ruch plan C, gdyż datę ślubu w polskim USC należy zaklepać z min. miesięcznym wyprzedzeniem – są od tego jakieś wyjątki, ale nie mieliśmy ochoty sprawdzać, czy zostaniemy potraktowani jako jeden z nich. Nie mówiąc już nawet o czasie potrzebnym na wydanie wiz dla rodziny Pana Młodego.
W ciągu kilku dni od powrotu Szalony Naukowiec biegał więc do ambasady i tłumacza, a ja obdzwaniałam urzędy celem zidentyfikowania takiego, który dysponowałby wolnym terminem w pasującej nam dacie (a w grę wchodziły w tym momencie już tylko 2 soboty listopada). Jeśli myślicie sobie teraz kto bierze ślub w listopadzie, na pewno było pełno miejsc w urzędach to jesteście w błędzie. To było kilka bardzo stresujących dni.
W końcu udało nam się to wszystko dopiąć od strony organizacyjnej, pozostało tylko pojechać do wstępnie już umówionego UC w Serocku i podpisać dokumenty.
Tylko co z tego? To była połowa października, termin za jakieś 5 tygodni, a my mieliśmy przygotowane kompletnie NIC. Co więcej, nasi znajomi (przypominam: rozsiani po świecie i dysponujący sztywnymi kalendarzami) na pewno nie dadzą rady dotrzeć, a jeszcze przecież miał być ogród, wesele… Ogarniając wszystkie formalności ciągle łudziliśmy się że tylko zabezpieczamy sobie tyły i że będzie nam dane wrócić do planu A.
Przygotowywanie się do tak ważnego dnia na wszelki wypadek ze świadomością, że nie do końca chcemy żeby się odbył, były szczerze mówiąc dość obciążające psychicznie. Dlatego w dniu podpisywania dokumentów w urzędzie podjęliśmy ostateczną decyzję że pobieramy się w listopadzie niezależnie od wszystkiego.
Jednocześnie (pomimo moich sugestii) zdecydowaliśmy się nie odwoływać daty czerwcowej, ale w ustalonym od pół roku terminie zorganizować ślub humanistyczny, dokładnie po naszemu, z własnymi przysięgami w ogrodzie, wszystkimi gośćmi i weselem – tak jak od początku planowaliśmy.
Tak właśnie z jednego ślubu zrobiły się dwa.
A potem nastąpił ironiczny chichot losu:  piątek tydzień przed ślubem Szalony Naukowiec dostał propozycję przedłużenia kontraktu w Niemczech na kolejny rok. Gdyby ta propozycja pojawiła się 1,5 miesiąca wcześniej (wtedy kiedy powinna) nadal na tapecie byłby tylko jeden ślub.

Ten (Pierwszy) Dzień

Pan Młody przyjechał do Warszawy 4 dni przed Dniem Ś, a jego przyjaciele i rodzina już następnego dnia. Całe trzy dni były szalone: mieliśmy bardzo dużo ostatnich drobiazgów do ogarnięcia: plus opiekę nad jego rodziną, obiady z obiema rodzinami, mini panieński i mini kawalerski. Nie mieliśmy więc za wiele czasu dla siebie, zwłaszcza, że wymyśliłam sobie, że ostatnią noc spędzimy oddzielnie, więc Szalony Naukowiec wybrał się do airbnb swoich przyjaciół.
W samym Dniu Ś on z kolegami ogarniał swoją rodzinę, transporty i wszystko, podczas gdy ja skupiłam się na wcielaniu się w rolę anielsko pięknej Panny Młodej przy pomocy fryzjera i niezwykle utalentowanej makijażowo koleżanki D*. 
Godziny mijały błyskawicznie. W końcu wszyscy, którzy przyjechali ze mną wcześniej do hotelu (tak, wynajęliśmy pokój w okolicznym hotelu na tę okazję), ruszyli do USC, a ja zostałam czekać na Prawie Męża. Zaplanowaliśmy bowiem, że on po mnie przyjedzie, zobaczymy się po raz pierwszy tego dnia bez świadków (wiecie, taka intymna chwila w całym tym szaleństwie) i razem dotrzemy na miejsce przeznaczenia (na zdjęciu poniżej). Tak też się stało i to był bardzo fajny pomysł. 
USC w Serocku

Sama uroczystość cywilna była śmieszna, bo mój Już Niemal Mąż składał przysięgę po polsku. O ile normalnie jest on się w stanie – zwłaszcza przygotowany – wysłowić się w miarę normalnie, o tyle wtedy, mimo, że moja koleżanka T* spędziła całą godzinę w samochodzie ucząc go odpowiednich formułek, język plątał mu się na co drugim słowie. Czasami w dość zabawny sposób.

Po ceremonii wszyscy przejechaliśmy do restauracji, gdzie spędziliśmy kolejnych kilka godzin świętując. I to było świetne.
Jak mówiłam wcześniej, w ogóle nie chciałam wesela więc tym bardziej nie chciałam dwóch wesel ani nawet 1,5. Próbowałam (bez większej nadziei na powodzenie) namówić Szalonego Naukowca na rezygnację z planów czerwcowych, ale skoro to się nie udało – proponowałam żebyśmy ślub cywilny w potraktowali tylko jako formalność i nic poza tym. To też się nie udało, mój przyszły mąż znowu zrobił to co umie robić najlepiej, czyli odwołał się do logiki i zaapelował o chociaż obiad dla rodziny i kilkorga najbliższych przyjaciół (którzy w jego przypadku przyjechali z dość daleka). Pokonana zdroworozsądkowym podejściem uległam, a temat oczywiście ewoluował i ostatecznie obiad rozrósł się do jakiś 20-kilku osób.
Teraz mogę powiedzieć, bardzo się cieszę, że dałam się przekonać.

Mimo że mieliśmy miesiąc na ogarnięcie wszystkiego od menu, przez fotografa po usadzenie gości, ubrania oraz fryzurę i makijaż: wszystko się udało (choć stresu było sporo, a ze zdjęć nie jestem dziś zbyt zadowolona. Nie macie pojęcia ile czasu zajęło mi wyselekcjonowanie akceptowalnej fotki żeby pokazać Wam moją kieckę).
Byłam natomiast – i jestem nadal – zachwycona tym, jak bardzo wspierających ludzi oboje mamy dookoła: przyjaciele Szalonego Naukowca T&F* byli fantastyczni, a moje koleżanki były cudowne. Świadkowa D*, która pomagała koncepcyjnie na każdym kroku i której zawdzięczamy menu/winietki oraz ogarnięcie wszystkiego łącznie z fotografem w Dniu Ś. Moja koleżanka T*, która mimo, że nie była świadkową zachowywała się tak, jakby nią była, wspierając mocno w wyborze kiecki, butów, ozdób do włosów, makijażu i pomagając ogarniać różne drobiazgi i pożyczając połowę kosmetyków. Druga D*, która mnie umalowała (a nie jest to łatwe zadanie). Kolega F*, który sam z siebie nagrał całą ceremonię, za co będę mu wdzięczna do końca życia bo nie zdawałam sobie nawet sprawy jak będę się cieszyć, że mam takie nagranie. Wszystkie osoby, które natychmiast zadeklarowały gotowość jechania ponad godzinę w jedną stronę w listopadowy wieczór aby być z nami w tym dniu. Nie mówiąc nawet o rodzinie, która była gotowa rzucić wszystko aby stawić się na miejscu i pomagać w czym tylko było trzeba. Jedyne czego żałuję, to to, że w czasie, kiedy rozgrywały się wszystkie przygotowania, byłam w stanie jakiegoś głupiego focha nawet-nie-pamiętam-o-co z jedną z koleżanek, której obecności tego dnia mi zabrakło.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów. Ktoś nie pojawił się na spotkaniu „girls only” 2 dni przed ślubem  i było mi trochę przykro. W dzień ślubu niektórzy byli łaskawi się spóźnić na grupowy transport (ogólnie marokański duecik G&H* to historia na inny wpis zawierający wiele, wiele bardzo interesujących szczegółów łącznie z wycofaniem zaproszenia na ślub 2.0). Wybór sukienki to w ogóle było szaleństwo (ja i sukienki….).
Ale w ostatecznym rozrachunku, te detale nie miały znaczenia: wszystko się udało, a goście chyba fajnie się bawili i całkiem nieźle zintegrowali. Nam nie pozostało nic innego, jak zapewnić im zabawę na jeszcze lepszym poziomie w czerwcu.

* Jak może zauważyliście, staram się zachować minimum anonimowości i prywatności, więc nie będzie imion. Inicjały muszą wystarczyć.

Ten (Drugi) Dzień
Na przygotowania do Ślubu 2.0 mieliśmy znacznie więcej czasu, ale i skala przedsięwzięcia była większa. Niby ludzi nie było aż tak dużo (ok 60 osób), ale geograficzna (i dietetyczna) różnorodność zapewniła nam wiele dodatkowych wyzwań. To nie jest ani blog o tematyce ślubnej, ani post na temat przygotowań do Wielkiego Dnia więc oszczędzę Wam tu opisu szczegółów, wystarczy powiedzieć, że pierwsze półrocze roku 2019 upłynęło nam (nadal na odległość) na tematach takich jak: zaproszenia, winietki, serpentyny, kwiaty, obrusy, autokary, prezenty dla gości, hotele, airbnb, plany usadzania przy stole, muzyka, teksty przysięgi, przystawki, zupy, desery, torty, sukienki, mejkap, manikiur, budżet i wielu wielu innych.

Niby tylko trochę ozdób a zeszło się dobrych kilka godzin

Efekt tych wszystkich wysiłków był naprawdę fajny. Pomimo upału, który bardziej pasowałby do Maroka niż do Warszawy ceremonia humanistyczna odbyła się w ogrodzie, a kolega Szalonego Naukowca: F cudownie wypadł w roli Mistrza Ceremonii. Oprawa muzyczna co prawda dostała lekkiej czkawki w kluczowym momencie, ale nikt poza nami tego nie zauważył. Toast T czyli świadka był fantastyczny  rozbawił wszystkich. Strasznie żałuję, że nie mam z niego nagrania. Reszta wieczoru upłynęła na jedzeniu, piciu, tańcach, dyskusjach, ognisku i opędzaniu się od komarów. Zgodnie z moim życzeniem nie było ani jednej zabawy oczepinowej a naszych uszu nie skalał nawet jeden kawałek disco-polo.

Przy okazji Ślubu 2.0 znowu mieliśmy możliwość się przekonać jakich cudownych mamy przyjaciół. Dużo osób pomagało nam na różnych etapach: od rodziców wożących niezmotoryzowaną mnie w masę różnych miejsc i rodzinę Szalonego Naukowca, która przygotowała milion prezencików dla gości przez niekończące się wielostronne debaty w zakresie wyboru i przeróbek sukienki z nieocenionymi D, T i A,  doprowadzenie mojej twarzy do akceptowalnego stanu (pomimo tego koszmarnego upału) poprzedzone wieczorami z sushi i mejkapem kiedy z T i drugą D to testowałyśmy kolejne opcje, ogarnianie autokaru wraz z jego liczną, bardzo międzynarodową i wątpliwie punktualną zawartością przez G, produkcję winietek, planów dnia, numerków i wszelkich innych papierowych akcesoriów przez D, aż po godziny, które T&F i D spędzili z nami na dekorowaniu sali oraz oczywiście wieczór panieński i kawalerski.
…. I jeszcze trzeci

O ile mnóstwo osób udzielało nam wsparcia na najróżniejsze sposoby, Teściowa zapewniała mi także emocje zgoła innej natury. Pomijając detale takie jak spory na temat marokańskich ciasteczek (które wystąpiły w roli prezentów dla gości), padłam ofiarą poważnych różnic kulturowych w zakresie podejścia do planowania wesel.
W jakimś momencie mianowicie Teściowa zapytała, czy może zaprosić kilka najbliższych osób z rodziny. Naturalnie się zgodziliśmy, ale nie spodziewaliśmy, że coś z tego wyniknie. Zgodnie z przewidywaniami, większość zaproszonych osób odmówiła, a temat ucichł. 

Nie przyszło mi do głowy (bo i skąd?) ani nie przyszło do głowy Szalonemu Naukowcowi (który najwyraźniej tymczasowo stracił zdolność myślenia), że to nie koniec.
I tak sobie mijał czas, plany nabierały kształtów i wypełniały się detalami, termin podania ostatecznej liczby gości managerowi sali zbliżał się wielkimi krokami (co nie było problemem, bo mieliśmy ją potwierdzoną już od marca), kiedy nagle okazało się, że moja teściowa była uprzejma nie wspomnieć, że spodziewa się jeszcze tak z 8 osób. Ale w sumie to jeszcze nie wie, bo te osoby nie potwierdziły, ale tez nie odmówiły więc ona myśli, że może przyjadą.
Na 6 tygodniu przed weselem.
Na tydzień przed ostatecznym deadlinem na podanie liczby gości.
Przy kilku tygodniach czekania na spotkanie żeby aplikować o wizę i 2 tygodniach czekania na decyzję.
Ona myśli, że może OSIEM osób jeszcze dojdzie.
I w taki własnie sposób dowiedziałam się, że w Maroku nikt nie prowadzi listy gości. W Maroku dania na weselu serwowane są na wielkich półmiskach czy też w wielkich tajinach i każdy sobie nakłada ile chce. W Maroku jedzenia jest zawsze dużo za dużo, miejsce i talerz zawsze się znajdzie więc w sumie: o, poznałam fajnych ludzi na ulicy, chodźcie, wpadnijcie jutro na moje wesele, i zabierzcie znajomych.
Tak własnie wyglądają różnice kulturowe.
I tak własnie giną nierozważni mężowie, którzy nie biorą pod uwagę, że zderzenie marokańskiego luzu i polskiego został-tylko-rok-to-już-niemal-za-późno-żeby-to-ogarnąć oraz mojego niemal obsesyjnego zamiłowania do planowania z wyprzedzeniem, to przepis na katastrofę.

(Jeśli jesteście ciekawi jak skończył się ten dramat, ostatni akt znajdziecie tutaj).

Ale na tym się nie skończyło. Gdzieś w środku tych wszystkich przygotowań, jeszcze zanim zaprosiła tych nieszczęsnych członków rodziny (tak, zanim, nie po tym jak rozczarowała się ich odmową) Teściowa zaczęła bowiem przebąkiwać coś o tym, że ona to by w sumie chciała wyprawić nam takie tradycyjne, marokańskie wesele w Maroku….
Z początku zbyliśmy to krótkim mowy nie ma.
Jednak wiele burzliwych dyskusji później mój mąż wyznał, że on mimo wszystko chciałby spełnić marzenie mamusi. Bo przecież rodzina za bardzo nie bierze udziału w jego życiu już od lat, a on chciałby w ten sposób im to niejako wynagrodzić spełniając jej marzenie. W końcu to tylko jeden dzień…
I tak właśnie narodził się plan Mojego Wielkiego Marokańskiego Wesela, zwanego dla uproszczenia (choć nieco myląco) Ślubem 3.0.

Ciekawostki na koniec

  • Trzeci ślub tak naprawdę wcale nie był ślubem: w Maroku mieliśmy tylko i wyłącznie wesele. W ogóle w całym tym procesie jak ognia unikaliśmy wątków religijnych. Przyzwyczailiśmy się go nazywać ślubem, bo wygodniej było mówić „wedding” niż „wedding reception”
  • Mój mąż chciał przyjąć moje nazwisko – podczas podpisywania papierów przed ślubem cywilnym należało określić przyszłe nazwiska obojga małżonków i potencjalnych dzieci. Ja do swojego nazwiska zawsze byłam bardzo przywiązana, jednocześnie chcieliśmy mieć chociaż jakiś element wspólny, skoro mamy stworzyć oficjalnie rodzinę – tak powstał pomysł przyjęcia przez Szalonego Naukowca mojego nazwiska. Niestety w Maroku zmiana nazwiska jest niemożliwa (nawet w przypadku adoptowanych dzieci), dlatego stanęło na tym, że zdecydowałam się na nazwisko podwójne. Razem z łącznikiem ma ono 23 znaki i jest niezwykle fajne do wpisywania w różne rubryczki.
  • Mimo trzech ślubów (no dobra: dwóch i pół) i niezliczonych kompromisów na które musiałam pójść – zwłaszcza z okazji tego ostatniego, na żadnym nie miałam białej, księżniczkowatej sukienki. Na pewno umieracie z ciekawości, co w takim razie miałam na sobie. Bez dalszych ceregieli, moje kreacje ze Ślubu 1.0 i 2.0 możecie sobie obejrzeć poniżej. Stroje z Mojego Wielkiego Marokańskiego Wesela już są gdzieś w czeluściach bloga, ale jeśli nie chce się Wam szukać to nic straconego, może niedługo odświeżę temat.

Nazwisko a normy społeczne

Może cześć z was nie wie, że w krajach muzułmańskich (a przynajmniej tych z okolic basenu Morza Śródziemnego – nie wiem jak np. w Indonezji – kobieta nie zmienia nazwiska po ślubie (facet z resztą też). W islamie ważne jest zachowanie jasności w kwestii linii krwi, dlatego nawet adoptowane dzieci nie zmieniają nazwiska. Podobnie nikt nie zmienia nazwiska w Hiszpanii (i chyba krajach Ameryki Łacińskiej): tam ma się po dwa nazwiska – po każdym z rodziców (chociaż nie mam pojęcia jak to działa, skoro każde z rodziców też ma dwa). We Włoszech również nikt nazwiska nie zmienia*. Natomiast w Polsce (między innymi), jak zapewne wszyscy wiecie, wychodząc za mąż kobieta przyjmuje nazwisko męża. Jest to – w mojej skromnej opinii – tradycja zakorzeniona mocno w patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta była przekazywana spod opieki (władzy) ojca pod opiekę (władzę) męża, a nazwisko w pewnym sensie wskazywało na jej przynależność.
Jak może zdołaliście się zorientować, nie jestem wielką fanką tradycji dla samej tradycji („tradition – peer pressure from dead people” hehehe), jednak, kiedy musieliśmy z Szalonym Naukowcem zdecydować w temacie naszych przyszłych nazwisk, doszłam do wniosku, że podoba mi się idea posiadanie jednego, wspólnego. Widzę to jako symbol tego, że tworzymy teraz rodzinę, drużynę i że przynależymy do siebie. Z drugiej strony: pod czyim banerem to się odbędzie, nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jako, że zawsze byłam przywiązana do swojego (panieńskiego) nazwiska, naturalnie zaproponowałam jeszcze-wtedy-nie-mężowi, żeby je przejął -na co on chętnie by przystał – gdyby nie to, że w Maroku nie ma prawnej możliwości zmiany nazwiska, z powodów, które podałam wyżej. I tak oto dorobiłam się nazwiska podwójnego.

A teraz do rzeczy.
Jako dziecko social mediów, niedługo po tym jak się zaręczyliśmy, zapisałam się do dużej, popularnej grupy facebookowej o tematyce ślubno-weselnej. I na tej grupie wspomniałam, o pomyśle przyjęcia przez (jeszcze wtedy) przyszłego małżonka mojego nazwiska. Mało mnie tam kobiety nie zjadły żywcem. Padały argument o męskości, o kastrowaniu faceta, o demonstrowaniu na siłę swojej niezależności oraz o leczeniu kompleksów (moich rzecz jasna).
I tak sobie myślę: jakie to smutne, że kompletnie arbitralne normy kulturowe wsiąkają w ludzi tak głęboko. Pełno wszędzie zasad typu „kobieta powinna to i to”, „prawdziwy mężczyzna powinien być taki i taki”, jakby jakieś zachowania czy postawy były atrybutami danej płci niczym genitalia (które swoją drogą także niekoniecznie są). No wiecie: kobieta ma biust, waginę i zmienia nazwisko, a facet ma penisa, owłosienie na klatce piersiowej i nie płacze. A najgorsze, że zaczyna się to już od urodzenia: róż, księżniczki i „jestem śliczna” dla dziewczynki, niebieski, superbohaterowie i „jestem odważny” dla chłopca. Ostatnio widziałam gdzieś w internecie atak na kobietę, która zdecydowała się wykorzystać ciuszki po starszym dziecku siostry, dla swojego – odmiennej płci. Wyobrażacie sobie? Nie mówiąc już nawet o podziale zabawkach na te przeznaczone dla chłopców i dla dziewczynek.
Dopóki takie normy dotyczą rzeczy w sumie nieistotnych jak to, kto przejmuje czyje nazwisko, albo jaki kolor bodziaka zakładamy noworodkowi – nie jest jeszcze tak źle. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy uczymy dzieci, że dziewczynka ma być ładna, skromna i spolegliwa, a chłopiec silny, twardy i przebojowy. W ten sposób tworzymy kobiety, które boją się walczyć o swoje i mówić nie oraz mężczyzn, którzy popełniają samobójstwa wielokrotnie częściej niż kobiety, bo nie umieją sobie radzić z emocjami (tak, wiem, upraszczam).
A co z normami, które wymagają od kobiet zajmowania się domem i dziećmi, a od mężczyzny utrzymania tegoż domu; które wymagają od kobiet zakrywania ciała (żeby nie prowokowało), nie pozwalają im samodzielnie podróżować; które nakazują poślubić wybraną przez rodzinę (często obcą) osobę, stawiać wolę rodziców ponad własną; normami, które nakazują lub zakazują jedzenia konkretnych produktów albo narzucają picie alkoholu; albo normami, które wymagają okaleczania genitaliów dziewczynkom?
Nie wszystkie normy społeczne i uwarunkowania kulturowe są z gruntu złe. Wiele z nich natomiast ogranicza ludzi i narzuca im wzorce postępowania, które wcale nie są dla nich dobre. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma rozum, który pozwala na krytyczną analizę i świadome odrzucenie (bądź przyjęcie) zasad, które narzuca nam społeczeństwo. Warto z tego korzystać.
Dlatego następnym razem zrobisz coś „bo tak się robi”, zrezygnujesz z czegoś „bo kobiecie/mężczyźnie nie wypada”, albo osądzisz kogoś w internecie „bo powinno być inaczej” – pomyśl.
* A jak jest z nazwiskami w innych krajach, których tradycje znacie?
Nie wiem, skąd pochodzi ta ilustracja, ja pierwszy raz widziałam ją na Blog Ojciec​ choć nieco przerobiłam ją na potrzeby tego wpisu
Image may contain: text

O Marokańskim weselu po raz kolejny (i ostatni)

Jak może pamiętacie, nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tego tematu: miałam wiele obaw i wątpliwości zarówno co do całej imprezy, jak i mojej w niej roli oraz samopoczucia w trakcie. Diabeł okazał się nie taki straszny, jak go malują i w sumie całkiem ciekawie i miło spędziłam czas.
Swoją drogą może pamiętacie, że nie bardzo chciałam mieć jakiekolwiek wesele – a później byłam zadowolona, że jednak miało miejsce. Tak naprawdę mogłabym rok 2019 potraktować jako lekcję, że można być zadowolonym i spędzić fajnie czas, nawet jeśli początkowo nie miało się na to (najmniejszej) ochoty. Jest to na pewno ciekawa obserwacja w kontekście samorozwojowym – nieco mniej: jako argument, którego pewnie w końcu użyje mój Kolega Małżonek (nie chcesz robić X? A pamiętasz jak doszłaś do tego wniosku….?).
No ale do brzegu.
Fotografia ślubna w Maroku znacząco odbiega od polskiej. U nas, poza kilkoma grupowymi zdjęciami w okolicy składania życzeń, fotograf skupia się na łapaniu naturalnych momentów między ludźmi. W Maroku natomiast nie ma zdjęć niepozowanych. Z kilkuset zdjęć jakie mamy z tej imprezy, na jednym (!) nie patrzymy w obiektyw. Przy każdym ujęciu pan fotograf stał i czekał aż na niego spojrzymy, a gdy tego nie robiliśmy: machał na nas dyskretnie.
Do tego za każdym razem, kiedy panna młoda wstaje, siada, rusza nogą albo robi kilka kroków podbiegają Panie Do Pomocy i układają (uginają) jej strój w najbardziej idealny sposób (daleki od naturalnego) Oczywiście kamerzysta i fotograf czekają aż one skończą zanim wrócą do kręcenia/fotografowania.
Jednym słowem: cała impreza jest jednym wielkim show nie tylko na potrzeby gości, ale – może nawet bardziej – pod zdjęcia i film.
To była rzecz, której się nie spodziewałam i która chyba podobała mi się najmniej. Zdecydowanie wolę nasze niepozowane i niewymuszone zdjęcia ze Ślubów 1.0 i 2.0 oraz filmik z tego pierwszego, na którym Szalony Naukowiec przekręca słowa deklaracji w USC.
Marokańskie PDP to by go chyba za to zabiły.

Księżniczkowanie

Historyjki poweselne.
Siedzimy w salonie u teściów z kilkorgiem kuzynów męża. Wszyscy wymieniają sie zdjęciami i nagraniami z imprezy. W pewnym momencie, ktoś zaczyna oglądać filmik, a 3 letni chłopczyk patrzy mu przez ramię. Patrzy, patrzy, rozgląda się po pokoju i pyta:
– A gdzie jest ta księżniczka?
Ojciec wskazuje palcem na moją skromną osobę, siedzącą niedaleko. Dziecko spogląda na mnie uważne, przechyla głowę i z niezachwianą pewnością w głosie oświadcza:
– Wcale nie.
Dziecko prawdę ci powie: dla tego Kopciuszka północ już wybiła i księżniczkowanie się skończyło.

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 3.

Jakby się ktoś zastanawiał nad szczegółami MWMW to liczba kiecek, które mam włożyć w sobotę wzrosła do 5, a liczba lektyk, w ktorych będę noszona (sama lub z mężem): do 3.
Ogólnie doszłam wniosku, że panna młoda chyba zastępuje na marokańskich weselach alkohol, stanowiąc główne źródło rozrywki dla gości.
Ale za to pogoda była dziś w Marakeszu właśnie taka:

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 2.

Wiecie co? Moje Wielkie Marokańskie Wesele (MWMW) mnie zaczęło trochę przerastać. Gdzieś mniej więcej pomiędzy momentem, kiedy dowiedziałam się, że jeszcze potrzebujemy czwartego stroju (a do każdego z nich muszę też mieć inną parę butów), a momentem, kiedy odkryłam, że teściowa mnie wysyła do fryzjera, który najprawdopodobniej zrobi mi doczepy, bo moje własne, krótkie włosy, nie będą stanowiły wystarczającej bazy do tiary, którą mam mieć na głowie. Na makijaż z resztą także, mimo, że wspomniałam, że zamierzam pomalować się sama – chyba moje własne umiejętności w tym zakresie nie budzą jej zaufania.
Mam uczucie, że teściowa jakby próbowała mnie przerobić na Marokankę – przynajmniej na ten jeden dzień. Myślę sobie, że może powinnam to docenić być mniej niewdzięczna, bo wiele kobiet w związkach mieszanych w ogóle nie miało okazji poznać teściów albo nie zostały przez nich zaakceptowane na tyle, żeby organizować im wesela. Może powinnam założyć na twarz uśmiech numer pięć i otworzyć się entuzjastycznie na to nowe, jakby nie było: jedyne w swoim rodzaju doświadczenie? (Dlaczego, ach dlaczego, nie może to być ślub jednej z moich szwagierek?). Staram się.

Tylko, że jednocześnie do głowy ciśnie się pytanie „a gdzie w tym jestem ja?” Ja: z moimi krótkimi włosami, niechęcią do bycia w centrum uwagi, i do bycia noszoną, awersją do doczepów, mocnego makijażu, sukienek i tiar (poza Tiarą Przydziału, ale coś mi mówi, że nie o taką chodzi)?
Pewnie gdzieś w tym wszystkim jest jakiś złoty środek i mam nadzieję, że uda mi się go znaleźć.
Więc jeśli ktoś wie gdzie go szukać, niech przemówi teraz (albo zamilknie na wieki)

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 1.

W temacie marokańskich zwyczajów okołoślubnych i o tym co to ma wspólnego ze mną.Kończy się wrzesień, przywitaliśmy oficjalnie jesień, a na horyzoncie powoli acz nieuchronnie zaczyna majaczyć Moje Wielkie Marokańskie Wesele (zwane dalej MWMW). Ci z was, którzy są ze mną od jakiegoś czasu, wiedzą, że miałam pewne wątpliwości już co do Ślubu 2.0. Jeśli chodzi o MWMW, raczej brakuje mi entuzjazmu – delikatnie mówiąc.
Mówi się, że związek to sztuka kompromisów. Ja preferuję zazwyczaj słowo „współpraca”, które nie niesie w sobie pierwiastka rezygnowania z czegoś. I ta współpraca najczęściej wychodzi nam z Szalonym Naukowcem naprawdę dobrze. Jeśli chodzi jednak o MWMW, jest to jedna z tych okazji w naszym związku, która daje mi wielkie pole do popisu w zakresie sztuki kompromisów. Mąż mój sam jest daleki od ochoty na tę uroczystość, jednak jest to dla niego gest w kierunku rodziny, która w końcu od wielu lat, ledwie go widuje i której udział w jego życiu – nie oszukujmy się – jest mocno ograniczony. A skoro tak, jestem gotowa go w tym geście wspierać – mniej czy bardziej entuzjastycznie.
Nigdy nie byłam jeszcze na marokańskim weselu, ale podstawie tego co wiem od Szanownego Małżonka, szwagierki oraz teściowej, spodziewam się następujących rzeczy:
1. Henna Party – czyli ozdabianie dłoni (i opcjonalnie: stóp) malunkami z henny. Szczerze mówiąc za każdym razem będąc w Marakeszu idę do jakiejś pani na placu Jemaaa el-Fnaa aby narysowała mi hennową ozdobę. Henna jest fajna.
Poziom entuzjazmu: 4/5
2. Przebieranki. Podczas marokańskiego wesela panna młoda przebiera się kilka razy (pan młody z resztą też). Stroje, które nosi to tradycyjne marokańskie takchity – jedna przypada na hennę, jedna na obiad i tańce i jeszcze jedna (choć moja teściowa ostatnio sugerowała że w tej roli białą suknię rodem z Hollywood – po moim trupie) na tort i triumfalne opuszczenie przyjęcia.
Wedle mojej (skromnej) wiedzy takchita (zwana potocznie kaftanem, mimo pewnych zasadniczych różnic) składa się z dwóch warstw: najpierw długiej, prostej „sukienki” i zakładanego na nią długiego giezła, które może być albo niezapinane z przodu, albo zapinane na serię malutkich guziczków (na całej długości lub tylko od góry do np. talii). Jest ono zdobione z przodu albo na całej długości wzdłuż brzegów, albo głównie na klatce piersiowej. Wszystko to zaś spina zdobiony i ciasno zapięty w talii pasek.
Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć jak takie stroje mniej-więcej wyglądają, może zajrzeć np. tutaj lub tutaj
Jak widzicie, nie jest to strój bardzo dopasowany, ale przyznam, że napawa mnie lekkim niepokojem fakt, że moje podobno już są gotowe, a nikt nie zapytał mnie jaki noszę rozmiar.
Poziom entuzjazmu: 2-3/5 (w zależności od rozmiaru)
3. Żarcie, tańce i czas trwania. Pod pewnymi względami marokańskie wesela przypominają polskie: bardzo dużo jedzenia (zapomnijcie jednak o wiejskim stole albo o prosiaku z jabłkiem w ryju) i tańce pomiędzy kolejnymi jego turami. Całość zaczyna się ok 20-21 i trwać będzie do 3-4 nad ranem.
Różnica (jak dla mnie na minus) polega – oczywiście – na braku napojów wyskokowych.
Poziom entuzjazmu: 2/5
4. Goście. Na Naszym pierwszym ślubie było 20-kilka osób w tym 6 z rodziny (2 z mojej i 4 od Szalonego Naukowca). Na ślubie 2.0 gości było ok 60 w tym tak samo 6 osób z rodziny. Reszta to byli nasi znajomi i przyjaciele.

Podczas MWMW spodziewamy się ok 100-120 osób. Z naszych przyjaciół pojawią się 2 osoby (w porywach do 4). Z mojej rodziny, ze względów zdrowotnych, nikt nie przyjedzie. W związku z tym ilość gości niebędącymi krewnymi i znajomymi rodziny mojego męża jest właściwie nieistotna statystycznie. Biorąc pod uwagę, że Szalony Naukowiec mieszka poza krajem od prawie 10 lat, a poza domem rodzinnym od 17 i relacje z dalszą rodzina ma raczej luźne – brzmi to bardzo zachęcająco, prawda?
Na szczęście rodzina mojego męża nie należy do konserwatywnych i wszyscy goście będą się bawić razem (bez podziału na płcie).
Poziom entuzjazmu: 1/5
5. Prezentacja pary młodej. Jako ze każdy z setki gości musi dobrze i z bliska obejrzeć parę (pannę) młodą, trzeba im ją dobrze zaprezentować. Na czym to polega? Otóż na początku para młoda zostaje obniesiona po całej sali w… lektyce. Tak, dobrze czytacie. Następnie młodzi zostają posadzeni na czymś w rodzaju sceny ozdobionej światłami – tak żeby cała sala miała na pewno najlepszy możliwy widok. Natomiast jeść mogą przy osobnym stole, siedząc na krzesłach przypominających trony (żeby aby na pewno nikt ich nie przegapił). Poniżej znajdziecie zdjęcie poglądowe: na środku: obficie oświetlona scena, a obok niej w rogu pomieszczenia: stół z tronami.
Nie należę do osób, które lubią tzw. spotlight więc możecie sobie wyobrazić jak bardzo cieszy mnie ta perspektywa.
Poziom entuzjamzu: 0/5. A nawet: -2/5

A wy mieliście okazje uczestniczyć w tradycyjnych ślubnych obrzędach w krajach waszych połówek?

Na zdjęciu przyszłe miejsce akcji.

Ślub (ale nie nasz!!!)

W ostatni weekend byliśmy na ślubie znajomych. Ślub był polsko-niemiecki, para młoda poznała się na studiach we Włoszech, a że oboje pracują w międzynarodowym środowisku: towarzystwo było mocno mieszane. Ku mojej radości – podczas gdy miłościwie nam panujący przygotowywali się do wypowiedzi o pamięci, domaganiu się prawdy i zadośćuczynień – polsko-niemieccy (i inni) goście bawili się w najlepszej komitywie.
Dla Szalonego Naukowca dodatkowo był to pierwszy ślub kościelny. Czytałam ostatnio o niechrześcijańskich partnerach, którzy odmawiają wejścia do kościoła czy to w ramach zwiedzania, czy będąc zaproszonymi na ślub. Przyznam, że byłam w sporym szoku, że komuś takie rzeczy przychodzą do głowy. Serio, rozumiem inne wyznanie i w ogóle, ale przecież nie chodzi o zdradzanie swoich zasad albo swojego boga, tylko udział w uroczystości, która dla kogoś jest ważna.
Całe szczęście, że mój mąż nie ma takich pomysłów.
Tym bardziej, że pan ksiądz zafundował wszystkim – z panną młodą na czele – niezłą niespodziankę. Zanim zaczął kazanie, oświadczył, że skoro jest ona taką „obrotną panieneczką”, to na pewno nie będzie miała nic przeciwko z tłumaczeniu na żywo tegoż kazania na język niemiecki i angielski, aby nikt z gości nie uronił ani jednego, cennego słowa.

Przedślubne tradycje

Jak może wiecie nie jestem wielką fanka przestrzegania tradycji. Uważam, że warto przestrzegać tylko tych, które cos dla nas znaczą, albo które lubimy, a nie tych, które są nam narzucane „bo zawsze tak było albo „bo tak wypada”.
Jako osoby niezwykle doświadczone w organizacji ślubów, zaczęliśmy tworzyć z Szalonym Naukowcem własne przedślubne tradycje. Niektóre są fajne: przed ślubem 1.0 byliśmy bardzo zaganiani i mocno zestresowani (mieliśmy w końcu tylko 6 tygodni na ogarnięcie wszystkiego od urzędu, przez wizy zaproszenia w Urzędzie Wojewódzkim, bilety lotnicze i zakwaterowanie dla jego rodziny, obiad wraz z menu, ciuchy, fryzurę, makijaż itd.). Ostatniego dnia, wymknęliśmy się wszystkim i udaliśmy się zobaczyć premierowo drugą część Fantastic Beasts. Przed ślubem 2.0, na który mieliśmy znacznie więcej czasu, robimy sobie prawdziwy maraton filmowy. Wczoraj byliśmy na Aladynie, dziś idziemy na Godzillę oraz Brightburn: Syn Ciemności. Zagadka: przyporządkuj tytuł filmu do osoby, która się uparła żeby go obejrzeć.
A wracając do tradycji – najwyraźniej tradycje, których się nie lubi są nieuniknioną częścią życia. W moim przypadku taką tradycja jest obcieranie sobie stóp na kilka dni przed ślubem.