Być jak bankomat w Maroku

Ostatnio często napotykam dyskusje na temat tego, jak (biali) turyści są traktowani w Maroku, szczególnie w popularnych turystycznie miejscach. Zainspirowana wymianą myśli, jaką miałam na ten temat z Kasią, która prowadzi rewelacyjnego bloga U mnie w Marrakeszu, postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze do tej dyskusji.

Otóż nie przeszkadza mi bycie traktowaną jak bankomat i płacenie więcej


Zanim pójdę dalej, małe wyjaśnienie: ten tekst skupia się na problemie przepłacania za różne produkty i usługi przez turystów. Nie chodzi mi tutaj o oszustwa, wymuszenia, tzw. false guides, naciągaczy w taksówkach ani nic innego co naraża turystę na potencjalne niebezpieczeństwo (np. ryzyko zostania zaprowadzonym/wywiezionym w nieznane i potencjalnie niebezpieczne miejsce z którego nie da się wydostać samemu bez wręczenia żądanej sumy przewodnikowi/kierowcy). Nie chodzi mi też o oszustów sprzedających podrobione (i potencjalnie szkodliwe) produkty takiej jak podkolorowany olej spożywczy jako kosmetyk, podrobione przyprawy itd. I na koniec: nie chodzi mi też o upierdliwych naganiaczy, gdyż nie znoszę być nagabywana i bardzo cenię sobie przestrzeń osobistą.


Wracając do tematu. Wiele osób zauważa, że biali turyści w Maroku (chociaż podejrzewam, że nie tylko tam), są często narażeni na zawyżanie cen np. w sklepikach w soukach. Coś co dla lokalnego nabywcy kosztuje 50 dirhamów (zaokrąglając: jakieś 5 euro), dla nas kosztuje 100 albo 150. Często spotykam się z oburzeniem i negatywnym odbiorem tego zjawiska.

Ja nie mam z tym problemu. Wychodzę z założenia, że jeśli stać mnie żeby na jedną podróż do Maroka wydać więcej niż średni Marokańczyk zarabia w dwa miesiące (nie mówiąc już o tym ile czasu zajmie mi zarobienie równowartości jego rocznego wynagrodzenia), nie muszę robić oszczędności na jego źródle utrzymania. Nawet jeśli cena, którą zapłacę, jest wyższa niż ta, którą zapłaci lokals – to co z tego? Moje zarobki i mój styl życia są prawdopodobnie o wiele wyższe, dlaczego nie miałabym zapłacić trochę więcej? Ubędzie mi?
Tak, straszna ze mnie lewaczka wychodzi.
Ale ja wiem, że raczej nie zbiednieję od tych dodatkowych kilku euro – a dla tego człowieka, to może być obiad na stole albo książki do szkoły dla dzieci. Bo tak jak napisała Kasia: wielu sprzedawców na bazarach w Marrakeszu nie dostaje stałej pensji – wyłącznie procent od utargu. Ludzie pracują bez umów, bez ubezpieczeń, bez składek na emerytury. Nazwijcie to kompleksem dobrobytu jeśli chcecie, ale biorąc to wszystko pod uwagę, naprawdę nie mam problemu, żeby zapłacić więcej.

Koś może powiedzieć ale ten przedmiot nie jest wart takiej ceny.
Tyle, że nie ma czegoś takiego. Nic, poza może samym pieniądzem, nie ma jednej obiektywnej wartości. Wszystko jest warte tyle, ile ktoś jest gotów za to zapłacić (zrehabilitowałam się trochę za to lewactwo?). Jest co najwyżej jakaś standardowa cena rynkowa, która jednak może się zmienić w zależności od wielu czynników począwszy od najprostszych jakimi są popyt i podaż – po właśnie gotowość danej osoby do zapłacenia jakiejś ceny. Kiedy na początku pandemii było ciężko z dostępnością maseczek, byliśmy gotowi płacić za nie kilkukrotnie więcej niż teraz. Niektórzy płacą tysiące dolarów za torebkę, która ma właściwe logo, co dla innych jest kompletnie niezrozumiałe. I tak dalej.

Wchodząc do sklepu jako turyści, żeby kupić dywan, zestaw do herbaty czy cokolwiek innego, mamy możliwość zdecydować, czy podana cena jest dla nas do przyjęcia, czy nie. Mnie w tym momencie nie interesuje, czy gdyby do tego samego sklepu weszła moja teściowa, usłyszałaby inną cyfrę. Skupiam się na tym, czy jestem gotowa zapłacić tę, którą podano mnie. Nie zapominajmy też, że w Maroku standardem, w miejscach takich jak souk, jest targowanie się. Nikt się nie obrazi, wręcz przeciwnie. A jak dobrze ponegocjujecie, zejdziecie z ceny „dla turysty” na cenę „dla lokalsa”. Polecam korzystanie z tej opcji tym, którzy uważają, że padają ofiarami niesprawiedliwego zawyżania cen. Albo w ogóle każdemu, w ramach poznawania lokalnej kultury. Chociaż ja osobiście nie jestem fanką tego procesu, bo zawsze mam poczucie, że dla swojej satysfakcji z „wygranej” i zaoszczędzenia paru euro, być może pozbawiam kogoś połowy jego dziennego zarobku.

Jest mi zwyczajnie, po ludzku głupio to robić.

Subiektywny przewodnik po Marrakeszu część 3: Jardin Secret

Kolejnym miejscem, które na pewno warto odwiedzić, mimo że należy być może do mniej znanych atrakcji turystycznych Marakeszu jest le Jadrin Secret

Jest to jeden z najstarszych riadów na terenie medyny Marrakeszu. Jak na riad przystało, budynek jest zorientowany dookoła centralnie ulokowanego ogrodu: islamic garden (dla odróżnienia od exotic garden, który znajduje się przy wejściu, w którym znajdziemy roślinność całego świata). Islamic garden jest podzielony na 4 kwadraty, co nawiązuje do typowej bliskowschodniej stylistyki planowania ogrodów i ma odzwierciedlać raj, zgodnie z tym jak jest opisany w Koranie. Każdy kwadrat ma w centrum fontannę, a na środku ogrodu znajduje się okazała altana – także z fontanną w centrum. Ogólnie ten ogród jest rajem dla miłośników symetrii. Znajdziemy tu pięć odmian drew: palmy, drzewka oliwne, pomarańczowe, cytrynowe i mandarynkowe a centralna alejka, wiodąca do altany znajdującej się na samym środku ogrodu jest wyłożona zielonymi kafelkami. Zielony jest uznawany za kolor islamu/raju. Jak może już zauważyliście, jest tu też i pięć rozplanowanych symetrycznie fontann (liczba 5 symbolizuje pięć filarów islamu).

A skoro już mowa o fontannach – woda pełniła bardzo istotną rolę w riadach. W ogóle woda ma duże znaczenie w kulturze muzułmańskiej – symbolizuje życie, czystość, pełni funkcję w ablucjach (czyli rytualnym przygotowaniu do modlitwy) jest uznawana za znak istnienia i mocy Boga, a muzułmański raj opisywany jest jako garden in which streams flow. Do Marrakeszu sprowadzano ją aż z gór Atlas (odległych o jakieś 40 km) przy pomocy systemu podziemnych tuneli zwanych khettara, które powstały już za panowania dynastii Almorawidów. Tunele te doprowadzały wodę do meczetów, hammamów i fontann, a także do większych (i bogatszych) posiadłości takich jak nasz Jardin Secret. Po dziś dzień specjalny system hydrauliczny pozwala na rozprowadzanie tej górskiej wody po całym riadzie.

Dookoła ogrodu znajdują się budynki. Możemy odwiedzić tu mały hammam, pawilon Hbiqa, w którym zobaczymy wystawę poświęconą odnawianiu Jardin Secret (a został odnowiony całkiem niedawno z totalnej ruiny), pawilon Oud el Ward, gdzie znajdziemy wystawę poświęconą historii, architekturze i nawadnianiu ogrodów, pomieszczenie z wystawami tymczasowymi, sklep (w którym można kupić m.in. przepiękne, ręcznie malowane drewniane obrazki w formie kafelków). Jest tu też kawiarnia, qubba (pewien typ pomieszczenia o kopulastym suficie) oraz wieża. Zarówno własny hammam, jak i posiadanie qubby i wieży miały wskazywać na bogactwo i wysoki status społeczny właścicieli budynku w nie wyposażonych. Zabudowania i mury są zdobione tadalektem (ręcznie wykonanym ozdobnym wapiennym, polerowanym, wododpornym stiukiem typowym dla okolic Marrakeszu), płytkami zelije i bejmat z okolic Fezu i drewnem cedrowym.

A wracając jeszcze do wieży – można zwiedzać i moim zdaniem warto to zrobić. Wejście kosztuje dodatkowe 40 dirhamów (do 80dhs opłaty za wstęp) i odbywa się co pół godziny z przewodnikiem. Po pierwsze ze szczytu rozciąga się widok na medynę, a po drugie wewnątrz wieży znajdziemy gabinet sułtana Moulay ‘Abd-Allaha Saadi, który panował w Maroku w XVI wieku. Chociaż biorąc pod uwagę historię tego miejsca, nie jestem pewna na ile jest on autentyczny. W każdym razie ten właśnie sułtan rozpoczął urbanizację dzisiejszej dzielnicy Mouassine. A skoro już jesteśmy przy sułtanie i wątpliwej historii jego gabinetu, dodam, że pałac, który stał w miejscu dzisiejszego Jardin Secret został zniszczony pod koniec XVII wieku, kiedy dynastia Sadytów chyliła się ku upadkowi. Dwa wieki później tereny te weszły w posiadanie niejakiego kaida (to stanowisko w administracji publicznej) al-Hajj Abd-Allah U-Bihi, który odbudował pałac, a następnie zmarł otruty herbatą. Posiadłość przechodziła później z rąk do rąk aż do 1934 roku, kiedy to zmarł kolejny jej właściciel. Od tego czasu przez kolejnych 60 lat popadała w ruinę i zapomnienie, aż do roku 2008, kiedy to postanowiono ją odnowić i udostępnić publiczności, co też nastąpiło w roku 2016.

Skoro już podałam cenę za bilet (obowiązującą pod koniec 2021 roku), to aby dopełnić logistycznych formalności podaję również ares: Rue Mouassine 121 i podkradzioną z oficjalnej strony internetowej mapkę. Potraktujcie ją bardziej orientacyjnie, bo raczej nie pomoże Wam dostać się na miejsce. Chyba, że wiecie, gdzie jest Dar E Bacha – wtedy tak, bo to tuż obok. Ale jeśli nie poruszacie się po uliczkach marakeskiej medyny jak po swoim mieście, najlepiej wyszukać „Jardin Secret” na mapie google i zdać się na ich wskazówki.

A teraz zapraszam na trochę zdjęć:

Kliknij żeby powiększyć

Subiektywny przewodnik po Marrakeszu część 2: Dar el Bacha

Drugie miejsce, które chciałabym Wam zaproponować do zwiedzania w Marrakeszu to  Dar el Bacha czyli pałac paszy (albo jak mówi moja marokańska i francuska rodzina: dom Basi) – piękny, wzniesiony w 1910 pałac o typowej marokańskiej architekturze riadu*. Znajduje się w Medynie, w dzielnicy Mouassine i bez problemu znajdziecie go na każdej mapie google. Jest nawet spora szansa, że korzystając z nawigacji w telefonie, dojdziecie bez problemu do celu (chociaż gwarancji nie ma, nawigacja gubi się w medynie). W przeciwieństwie do wielu innych miejsc w samym środku medyny, do tego pałacu dotrzecie też taksówką.

*Riad to budynek na planie kwadratu/prostokąta z ogrodem po środku na środku i okalającymi go pomieszczeniami.

Jako że mieszkał tu Thami El Glaoui – pasza Marrakeszu (taki dygnitarz państwowy), Dar el Bacha jest niesamowicie okazały. Ma wiele pomieszczeń i pawilonów i podobno jednym z celów zbudowania go było robienie wrażenia na gościach – jeśli pytalibyście mnie o zdanie: na pewno spełnia tę funkcję doskonale do dziś. Pasza miał tu takich gości jak Winston Churchill, Charlie Chapin, czy Josephine Baker.

Część pomieszczeń jest niedostępna dla zwiedzających, gdyż w dalszym ciągu służy funkcjom państwowym. W tych częściach, które można zwiedzać, w oczy rzucają się przede wszystkim absolutnie przepięknie rzeźbione ściany, podcienia, kolumny, drzwi i sufity. Są one zdobione tadelaktem (ręcznie wykonanym ozdobnym wapiennym, polerowanym, wodoodpornym stiukiem typowym dla okolic Marrakeszu), rzeźbionym drewnem cedrowym i płytkami zelije z okolic Fezu, z których niektóre mają unikalne i już nieprodukowane wzory. Elementy drewniane nie tylko są przepięknie rzeźbione, ale także bywają też zabarwione naturalnymi barwnikami takimi jak szafran, mak czy indygo.

Wewnątrz ścian biegnie dodatkowo system odprowadzania wody, którego fragmenty można zobaczyć przy samej podłodze w postaci otworów, które wyglądają jak drzwiczki do domku Jerry’ego.

Dar el Bacha jest uznawany za podręcznikowy przykład marokańskiej architektury i rzemiosła, ale także wskazuje się pewne wpływy europejskie. Naleciałości włoskich upatruje się w oknach i drzwiach, w systemie grzewczym ukrytym w ścianach prywatnych apartamentów i w szachownicy na podłodze części pomieszczeń.

Jeśli chodzi o pomieszczenia, które możemy obejrzeć w Dar el Bacha, to jest tu bardzo duży hammam cały w płytkach, douria czyli kwatery służby, biblioteka (nie, nie ma w niej książek), czy harem. Jest tu też sklep z kawą i kawiarnia, która szczyci się tym, że serwuje wszystkie rodzaje kawy z całego świata. Budynek przekształcono w 2015 w Musée des Confluences, więc część pomieszczeń pełni teraz rolę sal wystawowych, prezentujących marokańską sztukę i myśl techniczną.

Astrolabium – astronomiczny przyrząd służący do nawigacji

(kliknij na zdjęcie żeby je powiększyć)

Jak wspominałam, każdy riad ma w swoim sercu ogród, z którego wchodzi się do większości otaczających go pomieszczeń.. Ze względu na specyficzną architekturę (mury otaczające ze wszystkich stron i pochłaniające nadmiar promieni słonecznych), a często także specjalny system nawadniania, ogrody wewnątrz riadów cieszą oko piękną, nasyconą zielenią. To z niego wchodzimy do większości pomieszczeń. Na środku jest fontanna, a otaczają ją między innymi drzewka pomarańczowe. Ściany i kolumny – tak samo jak wewnątrz – zdobione są płytkami i wapiennymi oraz cedrowymi płaskorzeźbami.

(kliknij na zdjęcie żeby je powiększyć)

Wejście do Dar el Bacha kosztuje 60 dirhamów (dla cudzoziemców). Muzeum jest czynne codziennie poza poniedziałkiem.

 

Mój subiektywny przewodnik po Marrakeszu część 1: Menara Garden

Dotąd byłam w Maroku 4 razy i przy tej okazji udało mi się zwiedzić całkiem spory kawałek tego kraju. Byliśmy w Rabacie i Sale, Tangerze, Tetuanie, Chefchaouen, Fezie, Marrakeszu i Agadirze. Na liście miejsc do obejrzenia mam jeszcze sporo pozycji, ale póki co moimi ulubionymi miejscami są Chefchaouen i Marrakesz.
W tym drugim najbardziej kocham medynę: mogłabym naprawdę bez końca chodzić po soukach: przypatrywać się sklepikom, wąchać stosy przypraw i pęczki mięty oglądać cudowną marokańską ceramikę (w końcu kiedyś pojadę z pustą walizką i przywiozę sobie komplet talerzy!), niesamowitą robotę w drewnie, pięknie skrzące się kryształkami kaftany i kolorowe babouche. Kiedyś pokażę Wam zdjęcia, jeśli chcecie.
Poza soukami uwielbiam w Marakeszu te rdzawe/okrowe budynki pod kobaltowym niebem (to naprawdę robi wrażenie, bo WSZYSTKIE budynki w mieście mają dokładnie taki sam kolor), szerokie aleje wysadzane palmami i widok gór Atlas na horyzoncie i życie tętniące na ulicach, gdzie kobiety w niqabach chodzą ręka w rękę z kobietami w krótkich sukienkach. Nieco mniej mam entuzjazmu dla ruchu ulicznego, ale to zupełnie inna historia.
Jest kilka miejsc, które zrobiły na mnie wrażenie podczas zwiedzania i z czasem opowiem Wam o niektórych.
Dziś chciałabym pokazać Wam jedno z moich najulubieńszych miejsc. Nazywa się Menara Gardens i jest parkiem czy też ogrodem botanicznym w formie gaju oliwnego.

Pochodzenie i znaczenie nazwy (swoją drogą niedaleko jest największe centrum handlowe Marrakeszu: Menara Mall i lotnisko także Menara) nie jest do końca znane, ale prawdopodobnie ma coś wspólnego ze światłem (anara znaczy świecić) i latarnią morską (manara). Chociaż jest też teoria, że nazwa nawiązuje do minaretu meczetu Kutubija.
Menara Gardens pochodzi z XII wieku (tak: dwunastego), a jego prostokątna płaszczyzna wyraźnie odcina się szarawą zielenią liści oliwnych od rdzawych budynków miasta na powierzchni jakichś 100 ha. Chociaż kiedy powstawał, raczej nie odcinał się za bardzo od miejskiej zabudowy, gdyż wtedy ulokowany był na obrzeżach miasta.
Przez środek parku, na obu osiach, biegną alejki spotykające się na środku, gdzie stoi XIX wieczny pawilon. Obok niego jest wielki basen z wodą do irygacji roślin, która pochodzi aż z odległych o 30-40 km gór, a rozprowadzana jest przy pomocy dość skomplikowanego systemu kanałów. Czasem można zobaczyć końcowy efekt w postaci strumyczków ciurkających pomiędzy drzewkami oliwnymi.

Wzdłuż głównej, najszerszej, alejki poustawiane są ławki i kramy z pamiątkami. Poza tym są tam prawie same drzewa oliwne (i palmy – wiedzieliście, że w Marrakeszu nie wolno ścinać palm?), które co roku owocują. Kiedy przyjdzie czas zbiorów, zwyczajowo około 10% owoców zostaje na drzewach żeby każdy mógł sobie je zerwać. Jeśli dobrze się przypatrzycie, zobaczycie tu i ówdzie małe tabliczki, mówiące w którym roku dany kwartał oliwek został zasadzony. Niektóre drzewka mają setki lat i są naprawdę pięknie rozrośnięte! Wiele osób mówi, że Marrakesz przytłacza intensywnością ruchu i ilością ludzi. Chodząc po parku Menara wystarczy zejść z asfaltowej alejki i zanurzyć się w gliniastych przejściach między drzewkami żeby całkowicie zapomnieć, że jest się w wielkim, tętniącym życiem mieście. A jeśli dopisze widoczność, można zobaczyć góry Atlas majaczące na horyzoncie.

Ten wpis powstał w 2019 roku. W treści i poniżej możecie zobaczyć zdjęcia, których używałam wtedy, a na końcu dodałąm te zrobione w tym roku.

 

Moje Wielkie Marokańskie Wesele – tak właśnie było

Jeśli ktoś myśli, że polskie wesela są męczące lub ciężkie, powinien wybrać się na marokańskie. Najlepiej w charakterze panny młodej.
Bo rolą panny młodej na weselu w Maroku jest dostarczenie rozrywki gościom (moim skromnym zdaniem ma im to zrekompensować brak powszechnie dostępnych w dużych ilościach napojów wyskokowych), a robi to ona wg bardzo napiętego harmonogramu, który surowo i bezwzględnie egzekwują Panie do Pomocy (zapamiętajcie je, jeszcze wielokrotnie o nich usłyszycie). Jeśli chodzi o pana młodego to spełnia on rolę czegoś w rodzaju koniecznego, ale niezbyt istotnego akcesorium, plączącego się w okolicach panny młodej.

Negocjacje przedweselne
Po dwóch ślubach w Polsce, właśnie wtedy, gdy osiągnęłam pełną saturację (żeby nie powiedzieć: przesyt) jeśli chodzi o potrzebę celebrowania związku z Szalonym Naukowcem (i wydawania na ten cel pieniędzy) przyszła pora na wymarzone przez moją Teściową wesele w Maroku. Z racji tego, że w tamtym czasie ja mieszkałam w Polsce, a Szalony Naukowiec krążył między mną, a pracą w Niemczech, żadne z nas nie miało czasu na liczne podróże do Maroka. Tym samym to Teściowa zajęła się organizacją całości z nami konsultując tylko najbardziej kluczowe kwestie. Mój mąż na przykład miał okazję obejrzeć i zaakceptować salę, ja: wyrazić sugestie, co do jedzenia. Udało nam się także uniknąć samej ceremonii zaślubin (na czym zależało zwłaszcza mojemu mężowi) oraz widma białej, księżniczkowatej kiecki a la Hollywood (na czym z kolei zależało mnie), a także paru innych „zachodnich” zwyczajów, takich jak rzucanie bukietem.
Absolutnie nie udało nam się zaingerować w kwestię lektyk (ani ich być albo nie być, ani ich ilości), wybór zespołu i wodzireja, a nawet w takie sprawy jak mejkap i fryzura. Chociaż nie, w przypadku tej ostatniej pozostawiono mi pewien wybór – niestety w zakresie bardzo odległym od moich preferencji. Ale jeszcze do tego dojdziemy.
Podobnie nie było szans na jakikolwiek wpływ na ilość przewidzianych dla Panny Młodej strojów. W Maroku panuje pod tym względem ogólna zasada: im więcej tym lepiej – chociaż zazwyczaj nie przekracza się siedmiu sztuk, zwłaszcza podczas wesela jednodniowego. Jak przeczytacie ten post do końca, zrozumiecie czemu.
Nawiasem mówiąc strój, który nosi panna młoda na marokańskim weselu nazywa się takchita, ale nie jest to fason zarezerwowany tylko i wyłącznie na śluby.
Ale wracając do rzeczy: na etapie planowania imprezy powiedziano mi, że będę miała trzy. Teściowa zamówiła je u krawca, a ja nawet mogłam wypowiedzieć się w sprawie koloru jednej z nich (szaleństwo). Z czasem jednak okazało się, że trzy to chyba za mało…
Trzy dni przed
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po przylocie do Marrakeszu było, naturalnie, zmierzenie czekających już na mnie gotowych, uszytych na zamówienie takchit*, żeby zaraz następnego dnia pojechać z teściową i szwagierką do sklepu wynajmującego akcesoria ślubne aby wypożyczyć kolejne dwie.
Wynajmowanie kiecek i akcesoriów jest dość popularnym rozwiązanie w Maroku z racji kosztów wiążących się z kupnem tego wszystkiego – jedna sukienka sama w sobie to duży koszt, a do każdej dochodzi naprawdę duża ilość biżuterii, nie wspominając nawet o lektykach i takich sprawach
*Jeśli w tym momencie zaczęłyście się zastanawiać jak to mierzyłam gotowe kiecki, skoro nie było mnie przy zamawianiu ich, o żadnych przymiarkach nie wspominając, to dobrze myślicie!
Teściowa zamówiła je sama, nie spytawszy mnie nawet o wymiary – możecie sobie wyobrazić z jakim stresem to się dla mnie wiązało, biorąc pod uwagę, że nie należę do osób o filigranowej budowie, na których wszystko świetnie leży i jestem tego doskonale świadoma. Na szczęście okazało się, że nie jest to problem, a naturalna forma takchity, która ma postać dość luźnej, prostej szaty, jest raczej uniwersalna rozmiarowo. Jakim cudem do każdej kobiety pasuje jak ulał? Cierpliwości. Czytajcie dalej.
Poza wyborem dodatkowych sukienek, akcesoriów i lektyk, obejrzeliśmy jeszcze salę i zjeździliśmy milion salonów fryzjerskich w poszukiwaniu doczepów w kolorze zbliżonym do moich włosów.
Poza tym wszystko było już przygotowane, dlatego bez zbędnego tracenia czasu przejdźmy wreszcie do samego Dnia Wesela.
Przygotowania
Dla ciekawskich nazwa

Jak mówiłam, nie pozostawiono mi za bardzo nic do powiedzenia w kwestii makijażu i fryzury. Co o znaczy? Ano to, że nie było mowy, że sama się tym zajmę: o nie. Zarezerwowano i mnie i obu szwagierkom wizytę w bardzo wypasionym salonie piękności. Byłyśmy tam na godzinę 16 (impreza miała rozpocząć się ok 20). Najpierw trafiłam do makijażystki. Szłam tam lekko zaniepokojona, gdyż moja karnacja jednak znacząco różni się od kolorytu lokalnych klientek i obawiałam się, że kosmetyki o odpowiednim stopniu bladości (odcień: duch) mogą w ogóle nie istnieć na rynku marokańskim. Muszę powiedzieć, że byłam pozytywnie zaskoczona! Nie dość, że znalazł się odpowiednio jasny podkład, to jeszcze pani makijażystka mówiła po angielsku, skonsultowała ze mną co ma zamiar zrobić i nie próbowała mnie na siłę umalować w typowy dla marokańskich panien młodych sposób (bardzo, bardzo ciemne oko), ale naprawdę zadbała o to aby makijaż pasował do mojej karnacji.
Potem trafiłam na fotel fryzjerki i tu już nie było tak fajnie. Ani nie była miła, ani nie mówiła po angielsku, ani nie była zachwycona, że musi instalować doczepy na moich krótkich włosach. W tym ostatnim akurat się zgadzałyśmy.
To chyba dobry moment żeby wyjaśnić kulisy doczepów.
Jestem i zawsze byłam wielką fanką krótkich włosów. Wiele lat nosiłam fryzurkę pixie i ją uwielbiałam. W momencie, kiedy się zaręczyliśmy, uznałam, że trzeba jednak ciut włosy zapuścić coby mieć jakąkolwiek szansę jakoś je ułożyć tak aby na ślubie, się czymkolwiek od stanu normalnego. Zapuszczałam je więc jakieś 1,5 roku – to nie jest bardzo dużo.
Na pewnym etapie planowania wesela mąż przekazał mi że muszę się liczyć z fryzurą z doczepami. Wiadomość tę przyjęłam źle: krótkie włosy to moja tożsamość i czułam się nieakceptowana i zmieniana siłą na obraz i podobieństwo jakiś wyobrażeń Teściowej.
Rzeczywistość okazała się bardziej przyziemna: obowiązkowym elementem każdego stroju panny młodej w Maroku jest korona lub też tiara. Ciężki obiekt, który po prostu musi mieć solidną bazę, jakiej nie zapewniają krótkie włosy. I tyle.
Niemniej nie byłam zachwycona tym faktem, a aspekty bólowe całego procesu (czułam się jakby fryzjerka próbowała zerwać mi skalp z głowy) nie poprawiały mojego samopoczucia. Ostateczny efekt był jednak raczej zadowalający.
Cały proces (nie tylko mój, moje szwagierki również poddawały się zabiegom upiększającym) trwał ledwie 3,5h. Po wyjściu udałyśmy się prosto na salę – dotarłyśmy tam przed godziną 20, czyli zgodnie z planem, jako że impreza miała rozpocząć się o 20 – to znaczy, że o tej porze spodziewano się przybycia gości, po czym mieliśmy z Szalonym Naukowcem dokonać naszego Wielkiego Wejścia.
Rzeczywistość wyglądała jednak nieco inaczej.

Tak wyglądało wejście do sali weselnej. Byłam bardzo rozczarowana, gdy się dowiedziałam,
że nie będziemy wjeżdżać na tych koniach

Oczekiwanie na Wielkie Wejście
Jak już wiecie marokańska panna młoda ma kilka sukienek, oczywiste więc jest, że sala weselna musi dysponować miejscem, w którym będzie można je spokojnie zmieniać. Pan młody zazwyczaj ma swoją przebieralnię, ale w naszym przypadku był to jeden wspólny pokój – z drugiego korzystały kobiety z rodziny (moja teściowa i szwagierki miały po dwie kreacje). Całe to zaplecze znajdowało się w oddzielnej części budynku sali weselnej, a z salą właściwą (gdzie mieli być goście) łączył je korytarz. Tym samym goście mogli zobaczyć nas dopiero kiedy byliśmy absolutnie gotowi, natomiast my gości nie widzieliśmy prawie wcale – przynajmniej na żywo, bo nasza przebieralnia była zaopatrzona w ekran, który – jak się okazało sporo później – na bieżąco wyświetlał to, co kręcił kamerzysta.
Tam też zamelinowaliśmy się czekając na znak, że pora się szykować do wyjścia (nie będę przecież siedziała i gniotła kiecki). I tak czekaliśmy jakieś 1,5h aż liczba gości osiągnie wymagany pułap. Goście – jak to w Maroku – się nie spieszyli. Kiedy już uzbierało się ich wystarczająco dużo, przyszła pora przywdziać pierwszy strój i ruszyć do boju.

Pierwsza była zielona takchita wyszywana złotymi nićmi – zielony to kolor uznawany w Maroku za królewski i jest zawsze wybierany specjalnie do henny (o której za moment) i dlatego podczas tej części imprezy wszystko było zielone.

Pamiętacie Panie do Pomocy (PdP), o których wspomniałam na początku? Było ich pięć, a sens ich pojawienia się w naszym pokoju przygotowawczym był dla mnie z początku raczej niejasny. Zakładałam, że po prostu założę sukienkę, a one może pomogą mi dopiąć pasek – paski to typowy i kluczowy element każdego uroczystego kobiecego stroju marokańskiego: często są szerokie i sznurowane z tyłu niczym gorset.
Ewentualnie brałam pod uwagę ich pomoc w instalacji tiary na głowie.
Jakże się myliłam!
PdP pełnią na marokańskim weselu rolę absolutnie kluczową. Co tam wodzirej, panna młoda, rodzice, nie mówiąc już nawet o panu młodym! Prawdziwa władza i kontrola nad przebiegiem wypadków leży w rękach Pań do Pomocy. Jak już wspominałam i jak za chwilę się przekonacie, cała impreza toczy się dookoła przebierania i wystawiania na pokaz panny młodej. Już z tego względu do PdP, które za to przebieranie odpowiadają (czytajcie dalej, przekonacie się jak), zarządzają tym samym czasem wszystkich wejść i wyjść – cała reszta, czyli takie nieistotne sprawy jak jedzenie, czy zabawa gości, jest pochodną tego harmonogramu. Po drugie zarządzają także fotografem i kamerzystą: filmować i fotografować wolno tylko wtedy, kiedy one na to zezwolą. Po trzecie zarządzają każdym ruchem pary młodej: dyktują kto, gdzie, kiedy, w jakiej pozycji i jak długo ma stać, siedzieć lub iść. Poza tym przy pomocy bardzo głośno śpiewanej inkantacji anonsują każde pojawienie się panny młodej oraz wiele innych istotnych wydarzeń, nakazując tym samym gościom przerwać to co akurat robili i skupić się na tym co ISTOTNE.
PdP były mocno niezadowolone, że sama założyłam pierwszą takchitę (więcej nie popełniłam tego błędu) i natychmiast obstąpiły mnie ze wszystkich stron z naręczem szpilek i zaczęły układać, dopasowywać, poprawiać i upinać na mnie warstwy stroju. Warstwy bo takchita składa się z dwóch warstw – w przeciwieństwie do kaftanu.
Tak: odpowiedź na pytanie: w jaki sposób strój, który oryginalnie ma formę prostej, luźnej i neutralnej rozmiarowo szaty, leży jak ulał na każdym, kto go włoży, tkwi w odpowiedniej liczbie szpilek.
Po udrapowaniu na mnie materiału, zapięły mi złoty wysadzany zielonymi kamieniami pas (pozbawiając mnie możliwości oddychania), zainstalowały na głowie złotą wysadzaną zielonymi kamieniami koronę (zainstalowały czyli nie tylko położyły, ale przypięły licznymi, strategicznie rozmieszczonymi wsuwkami), a na czole łańcuszek (pozbawiając mnie tym samym w większości możliwości ruchu głową). Następnie zawiesiły mi na szyi wielki, ciężki złoty naszyjnik wysadzany zielonymi kamieniami i pozwoliły samej założyć ciężkie kolczyki (zgadnijcie w jakich kolorach). Na koniec wpięły mi we włosy coś w rodzaju welonu, który spłynął mi po plecach i został poprowadzony przodem aż do ramion i na nich upięty specjalnymi spinkami (co już naprawdę zredukowało ruchomość mojej głowy do zera, bo całość wraz z tymi nieszczęsnymi doczepami koszmarnie ciągnęła).
W międzyczasie przebrał się też Szalony Naukowiec: jasne, kremowe spodnie i (powiedzmy koszula), a na to coś co nazywają jebador, czyli takie, hm, giezło. Oczywiście zielone. Pan młody na weselu marokańskim naprawdę pełni rolę niewiele znaczącego dodatku do panny młodej.
Akt 1. Wielkie Wejście i henna
Kiedy już byliśmy oboje gotowi, PdP (ubrane w tym momencie w zielone kaftany i zielone chustki) zawezwały Kolesi od Lektyki (ubranych w zielone kubraczki i śmieszne czapeczki Mikołaja) oraz rozpoczęły bardzo swoją inkantację Następnie posadziły mnie w zielonej (naturalnie) lektyce i…. znowu zaatakowały szpilkami, żeby ułożyć wszystkie fałdy materiału w optymalny do siedzenia sposób – co pozbawiło mnie jakiejkolwiek możliwości ruchu poza machaniem ręką – to było pożądane, a wręcz oczekiwane. Następnie zostałam obfotografowana i…. zaczęło się. Kolesie od Lektyki mnie podnieśli: najpierw na wysokość mniej więcej pasa (czyli tak jak pozwalały spuszczone wzdłuż ciała ręce), aby potem zarzucić mnie sobie na ramiona. Potem ruszyli w kierunku tej części sali, gdzie byli goście. Mój małżonek miał defilować o własnych siłach przed nami.
Wszystkie doświadczenia z jazdą konną i na wielbłądzie prowadziły mnie do tego momentu w życiu: do bycia zarzucaną na ramiona i balansowania w lektyce na ramionach czterech facetów, którzy tańczyli.
A raczej: podrygiwali.
W ten sposób okrążyliśmy całą salę: ja się uśmiechałam i machałam gościom, ci wiwatowali, a ich żeńska część wydawała z siebie to typowe między innymi dla Maroka wycie (sorry, nie wiem jak to inaczej nazwać), które w marokańskim dialekcie nazywa się zgharit. Jeśli chcecie usłyszeć o co mi chodzi KLIKNIJCIE.
Po kilku takich okrążeniach przyszedł czas na sesję fotograficzną z mężem i najbliższą rodziną: lektyka z ramion Kolesi od Lektyki przeniosła się na ich ugięte kolana, a mąż, teściowie i szwagierki przystawali lub przysiadali obok do zdjęć.
W końcu zostałam (wraz z lektyką) postawiona na podłodze, a PdP rzuciły się odpinać szpilki, abym mogła wstać, wejść po 3 stopniach na specjalne podium dla pary młodej i usiąść na kanapie (zielonej!). Tam zaraz zostałam znowu zaatakowana szpilkami aby dostosować fałdy materiału do tej pozycji. Żaden centymetr materiału nie miał prawa drgnąć.
Potem zaczęła się henna.

Ozdabianie henną dłoni (i ewentualnie stóp) panny młodej to tradycja tak samo popularna w Maroku jak i w Indiach, Pakistanie czy Nepalu. Zazwyczaj przyjmuje albo formę henna night, kiedy w malowaniu biorą udział także inne zaproszone na ślub kobiety, albo jest fragmentem wesela. W tym przypadku panna młoda (czyli ja) siedzi na podium na zielonej kanapie i na oczach wszystkich gości ma robione zdobienia. Po ich nałożeniu bohaterka dnia siedzi sztywno (bo szpilki nie pozwalają jej drgnąć), czekając aż henna wyschnie i eksponując dłonie, a goście podchodzą robić sobie z nią (i panem młodym) zdjęcia.
Ledwo moja henna zaczęła zasychać, już jedna z PdP zabrała się do jej zmywania (za szybko! Prawie nie złapała! Ale kto by tam mnie pytał o zdanie), a potem zdjęto ze mnie szpilki, tak abym mogła wstać: wtedy też PdP ułożyły fałdy mojej kiecki w kolejny odpowiedni sposób i nastąpiła część stojąca sesji zdjęciowej. A dużo ludzi chce robić zdjęcia z panną młodą w każdej pozycji.
Nas koniec zeszliśmy z podium, wolnym krokiem przeszliśmy przez całą salę i udaliśmy się do naszej przebieralni.

Akt 2. Podwójna Lektyka
Tam PdP (przebrane już tymczasem w kremowo-złote kaftany i chusty – tak zostało już do końca) rzuciły się mnie rozbierać. Zarówno zdejmowanie jak i – jak się okazało chwilę później – zakładanie tych sukienek wymagało zarzucenia mi na głowę chustki abym nie wypaćkała czegoś makijażem albo nie rozwaliła fryzury. Naturalnie proces rozbierania zaczął się od zdjęcia „welonu”, odczepienia umocowanej na mojej głowie korony i łańcuszka, zdjęcia paska i reszty biżuterii. Potem przyszedł czas na wyjęcie wszystkich szpilek i wypakowanie mnie ze wszystkich warstw tkaniny aż do bielizny. Wszystkiemu temu towarzyszył ciągły strumień werbalnych i niewerbalnych (PdP nie mówiły w żadnym znanym mi języku, ale gestykulowały nader wymownie) komend: usiądź, wstań, pochyl głowę, ręka tu, ręka tam. Wszystko to odbywało się bardzo sprawnie i w lekkim pośpiechu.
Ledwo pozwoliły mi skoczyć do łazienki zanim zaczęły pakować mnie w następny strój.
Druga takchita była żółta, ozdabiana z przodu kolorowymi kryształkami i perełkami. Towarzyszyła jej kolejna korona, ciężki naszyjnik, wielkie kolczyki i pasek wysadzane kamieniami pasującymi do kryształków na sukience. Proces pakowania mnie w to wszystko i upinania materiału przebiegł bardzo podobnie do poprzedniego razu. Może brzmi to szybko, gdy to czytacie, ale bynajmniej nie trwało to krótko.
Gdy już byłam gotowa, czekała mnie najpierw samotna jazda w dużej, dwuosobowej lektyce – naturalnie gdy tylko do niej weszłam zostałam surowo poinstruowana jak mam usiąść, a potem PdP znowu poupinały fałdy materiału na moich nogach w odpowiedni sposób. Kolesie od Lektyki w międzyczasie także pozbyli się zielonych kubraczków i przebrali się na biało, chociaż nie zrezygnowali z czapeczek Mikołaja. Po chwili dołączył do mnie małżonek w garniturze (jemu także dostała się połajanka odnośnie sposobu siedzenia). Ja już zdążyłam się przyzwyczaić do tego uczucia, ale on nie był zachwycony, kiedy nas podniesiono i robiliśmy tych kilka rund dookoła sali podrygując na ramionach Kolesi od Lektyki.
Kolejne etapy także się powtarzały: szybkie wyjęcie szpilek abym mogła wstać – sesja fotograficzna na stojąco – szpilki zapinane na kolanach na kanapie – sesja na siedząco na kanapie, która tym razem nie była zielona a złota – odpięcie szpilek – spacer do szatni.

Antrakt
Nie dla nas oczywiście, my nie mieliśmy chwili przerwy przez całą noc.
Na ten moment na pewno już ogarniacie mniej więcej rytm w jakim wszystko się działo: okresy, kiedy para młoda była na sali z gośćmi, przeplatały się z okresami, kiedy jej nie było (bo się przebierała). Jak to wszystko miało się do siebie czasowo? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czas leciał tak błyskawicznie, że nie miałam nawet, kiedy patrzeć na zegarek. Myślę, że na jedną sukienkę przypadało trochę mniej niż dwie godziny, z czego może 1/3 poświęcona była ubieraniu i rozbieraniu.
Co się działo w przebieralni w tych momentach, już mniej więcej wiecie. Co się działo na sali? Dzięki ekranowi połączonemu z kamerzystą mieliśmy szansę podglądać trochę gości: zajmowali się głównie tańcami do muzyki granej na żywo i oklaskiwaniem wodzireja, który zagrzewał wszystkich do zabawy i jednocześnie śpiewał.
Akt 3. Jedzenie.
Trzecia była takchita w kolorze szafirowego nieba zdobiona srebrnym haftem i kryształkami jak gwiazdy. Do niej oczywiście dopasowana, srebrno-niebieska biżuteria i pasek.

Mąż mój w tym czasie przebrał się w biało-niebieski jebador. Logistyka całego przebierania była identyczna, jednak tym razem dla odmiany wyszliśmy na własnych nogach i udaliśmy się na obchód stolików żeby pozdrowić gości. W tym celu byliśmy prowadzeni przez kogoś w rodzaju mistrza ceremonii (nie mylić z wodzirejem), który później także dyrygował wnoszeniem kolejnych potraw. Przy każdym stoliku zatrzymywaliśmy się na jakieś 15 sekund i ruszaliśmy dalej – raczej ku uciesze ludzi, bo było już grubo po północy, a nikt jeszcze nie dostał niczego konkretnego (poza ciastem, ciasteczkami i owocami) do jedzenia*. Do tych 15 sekund na stolik (no i do licznych sesji zdjęciowych) właściwie ograniczyły się nasze interakcje z gośćmi innymi niż sześć osób, z którymi dzieliliśmy stolik.

Na stoły wieżdża bastila

W końcu dotarliśmy do naszego stołu i usiedliśmy na tronach (jakże by inaczej) i wszyscy dostali długo wyczekiwany obiad.

Porcja bastili

Wnoszenie kolejnych dań było show samym w sobie. Kelnerzy obnosili kolejne naczynia dookoła sali przy dźwiękach specjalnej muzyki. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, będziecie mieli okazję zobaczyć jak to wyglądało.
Na pierwsze danie podano rybną bastile**: marokańskie ciasto warka – czyli takie cieniutkie platy jak ciasto filo czy francuskie, tylko jeszcze cieńsze – uformowane w taki jakby placek (pie), wypełnione chińskim makaronem, owocami morza i kawałkami ryby.
Potem była tangia (tradycyjne danie z regionu Marakeszu: wołowina w przyprawach zapakowana do glinianych naczyń, które następnie są zagrzebywane na kilka godzin w gorącym popiele). Na koniec pieczony kurczak. Potem jeszcze deser (ciasto lodowe) i owoce i już znowu spacerowaliśmy przez salę do naszej przebieralni.

Tak wjeżdżała na stoły tangia, a ten po lewej w pelerynie to nasz Mistrz Ceremonii, a po prawej w czerwonych pelerynach: zespół

* Na Marokańskich weselach nie zaczyna się od serwowania posiłku, jak u nas, po pierwsze dlatego, że część gości mogłaby sobie przedwcześnie pójść, ale (wg mnie) także dlatego, że (oficjalnie) nie potrzeba przecież podkładki pod picie.
** niektórzy czytelnicy może pamiętają jak skończyło się moje pierwsze spotkanie z tym daniem – nic dziwnego, że walczyłam przeciwko niemu jak mogłam. Jak widać: bezskutecznie.
Akt 4. Dwie lektyki
Gdy tylko weszliśmy do naszej przebieralni, PdP znowu obstąpiły mnie ze wszystkich stron, i wedle tego samego schematu, przebrały mnie w kreację nr 4: jasnoniebieską, ozdabianą kryształkami i złotymi haftami, której towarzyszyła kolejna złota korona, naszyjnik, kolczyki i pas.

Pan Młody założył w tym czasie kremową jelabę (długą męską szatę z kapturem).
Przyszła pora na lektykę numer 3 (i 4). Tym razem byliśmy noszeni oboje, ale oddzielnie. Ja oczywiście unieruchomiona milionem szpilek powstrzymujących poły takchity od rozjechania się, a mnie od ruszania się. Za to mój mąż wręcz przeciwnie – był bardzo ruchomy, bo pewnym momencie kazano mu (zgadnijcie, kto mu kazał) wstać i balansując na rączkach mojej lektyki – nadal oboje wisieliśmy w powietrzu – pocałować mnie w czoło. Dobrze, że nie spadł, to była niezła akrobacja.
Potem już standardowo: odszpilkowanie – kilka kroków – złota kanapa – znowu szpilki – zdjęcia – wyjęcie szpilek – spacer do przebieralni.
Akt 5. Tort i Wielkie Wyjście
Na ostatni akt tego przedstawienia mój mąż założył (znowu) garnitur, a ja białą takchitę haftowaną na srebrzysto-biało z aplikacjami z perełek. Wyglądała nieco jak kimono, a do niej dopasowane były znacznie delikatniejsze niż wcześniej srebrne akcesoria – chyba najbardziej w moim stylu ze wszystkich: nie było też kolejnej korony, ale tylko lekka, śliczna ozdoba do włosów.

Tort, soczek, a w tle nasze podium i złota kanapa

Ubrani przedefilowaliśmy przez salę aż do czekającego na nas stołu z tortem. Pokroiliśmy go, nakarmiliśmy się nim nawzajem, wypiliśmy brudeshaft soczkiem (nie, w Maroku nie oznacza on tego samego, co u nas) i udaliśmy się do naszego stolika, gdzie obok tortu czekała też harira (zupa) i śniadanie gdyż była już prawie 5 rano.

Weselne śniadanie: croissanty, bahrir, msemen
i z jakiegoś powodu ciasteczka ramadanowe

Czas zleciał niesamowicie szybko!
Już myśleliśmy, że to koniec, ale nie: jeszcze musieliśmy zatańczyć. Nie żeby z innymi: na marokańskim weselu najwyraźniej interakcje z innymi nie są za bardzo przewidziane. Taniec miał się odbyć we dwoje, ku uciesze tłumów, na malutkim kwadratowym podium dookoła którego bawili się goście przez ten czas kiedy my się przebieraliśmy. Na szczęście trwało tylko kilka minut, ale i tak mało z niego nie spadłam.

Gdy już zaspokoiliśmy potrzeby wszystkich gości dając pokaz umiejętności tanecznych, zeszliśmy ze sceny i przedefilowaliśmy przez całą salę aż do samochodu, a na potrzeby zdjęć i filmu nawet nim odjechaliśmy – jakieś 10m. Potem się zatrzymaliśmy a PdP przybiegły odebrać pasek, kolczyki i ozdobę do włosów, które były wynajęte razem z resztą akcesoriów, lektykami, Kolesiami od Lektyk i samymi PdP.
W międzyczasie nasze rzeczy zostały spakowane i wpakowane do bagażnika, my pożegnaliśmy się z tymi gośćmi, którzy wyszli za nami na zewnątrz i odjechaliśmy przy trąbieniu klaksonów – tym razem naprawdę.

Była prawie 6 rano.

Moja Marokańska Przygoda – odcinek 2. Inauguracja w roli rozrywki tłumów.

A więc gdzie to ostatnio skończyliśmy?

Ach tak, na progu mieszkania przyszłych Teściów.
W tamtym okresie rodzice Szalonego Naukowca mieszkali w Sale. Przeprowadzili się tam z Marrakeszu jakieś 10 lat wcześniej, kiedy syn już od jakiegoś czasu właściwie z nimi nie mieszkał (szkoła z internatem, potem studia w innym mieście i innym kraju). Miał jednak, mimo to, swój pokój – a raczej pokoik: malutki i przerobiony ze starej łazienki. Niedługo przed naszą wizytą został on powiększony, odmalowany, a także…
I tu właśnie przechodzimy do małego szoku, który zafundowała nam teściowa w okolicach 4 czy 6 nad ranem tamtego pamiętnego majowego dnia:
…wyposażony w nowe łóżko.

..
.
Podwójne.
To, że rodzina mojego przyszłego (jak się okazało) męża nie jest konserwatywna wiedzieliśmy: ani Pani Matka ani siostry nie noszą hijabów, i ogólnie są wyemancypowane, niezależne, wykształcone. No ale bez przesady. Takiej propozycji się nie spodziewaliśmy, zwłaszcza podczas pierwszej wizyty, kiedy na żaden ślub nawet się nie zanosiło.
Nikt też nas w ogóle nie pytał o zdanie, po prostu zostaliśmy w prowadzeni do pokoju i postawieni (oraz pozostawieni – wszyscy natychmiast udali się spać) przed faktem dokonanym. Po gorączkowej, szeptanej dyskusji uznaliśmy, że warto na taki gest zareagować gestem zwrotnym i mój jeszcze-wtedy-nie-małżonek poszedł spać na kanapie. I tak już zostało na wszystkie noce pod rodzicielskim dachem w tamtym roku.
Następnych kilka dni spędziliśmy bardzo ekscytująco. Moje pierwsze doświadczenia z marokańskimi  ulicami, ludźmi, zabytkami, bazarami i przyrodą przeplatały się z inauguracją w roli rozrywki tłumów (która to rola będzie mi towarzyszyła jeszcze nie raz – podobnie jak daktyle. Często razem.) i z koncertami muzyki popularnej. Później opuściliśmy dom Teściów żeby pozwiedzać inne miasta wracając do Sale jeszcze dwukrotnie.
Ale po kolei.

Rabat

Zwiedzanie Rabatu zaczęliśmy od souku czyli – powiedzmy – bazaru. „Powiedzmy”, bo w większości składa się on ze sklepików, zlokalizowanych w parterach budynków (zazwyczaj jednopiętrowych, ale zawsze), a nie ze straganów i stoisk na ulicy (chociaż i takie są). Souki można znaleźć chyba w większości w miast Maroka, zazwyczaj w medynie (czyli „na starówce”). Czasami są wyspecjalizowane w konkretnych produktach (souk skórzany, metalowy, kaftanowy, biżuteryjny, spożywczy itd), a czasami są mieszaniną wszystkiego.
Souk w Rabacie z początku bardzo skojarzył mi się z bazarem głównie ze względu na towar: przy samym wejściu najwięcej było produktów podobnych do tego, co jest na każdym znanym mi targowisku: od ciuchów, przez okulary słoneczne, po plastikowe pojemniki do przechowywania żywności. Dopiero po głębszym zanurzeniu się w jego czeluście, zaczęliśmy napotykać coraz liczniejsze stoiska z – jak potem odkryłam – typową zawartością, czyli: przyprawami, suszonymi owocami, ceramiką, biżuterią, produktami skórzanymi, metalowymi i drewnianymi, babouchami, lampami, tradycyjnymi ubiorami itp.

Zostałam uprzedzona, że robienie zdjęć sklepikom nie jest szczególnie mile widziane (ogólnie sklepikarze za tym nie przepadają i czasem – w bardziej turystycznych miejscach –  życzą sobie nawet opłaty), więc z tej wyprawy nie mam ani jednej fotki. Zamiast tego: zdjęcia bardzo ładnej Avenue Mohammed V (czyli dziadka obecnego króla Maroka), która biegnie od głównego dworca w Rabacie (Rabat Ville) na północny wschód, w kierunku medyny, a przy której stoi budynek Parlamentu.

Kolejnym punktem na planie zwiedzania miasta była Kazba (Kasbah of the Udayas), o której wspominałam wam kilka dni temu. Kazba (Kasbah) to w krajach Maghrebu coś w rodzaju fortu czy cytadeli, czyli budynku o charakterze mieszkalno-obronnym. Ta ta konkretna pochodzi z okolic X-XII wieku. W jej wnętrzu jest jakby oddzielne mini miasto z wąziutkimi uliczkami i domami pomalowanymi na niebiesko i biało (1-1.5m od ziemi ma kolor niebieski, a wyżej: biały), a także mały ogród.

Spacerując uliczkami można dość aż do oceanu – mniej więcej, bo Rabat w przeciwieństwie do Sale – jest położony na klifie. Ze względu na to położenie, nie dość, że na klifie ale i nad samą plażą z jednej strony i rzeką z drugiej, rozciągają się stamtąd  piękne widoki:

Festiwal Mawazine

Nasz pobyt w Sale nałożył się akurat z dość znanym muzycznym festiwalem Mawazine, w którym bierze co roku udział wielu lokalnych ale i zachodnich wykonawców. W tamtym roku byli to na przykład: J Lo, Sting, Maroon 5, Usher i kilkoro innych. Moje szwagierki strasznie chciały iść na koncert Maroon 5, co z jakiś logistycznych powodów okazało się niemożliwe, dlatego ostatecznie wybraliśmy się razem zobaczyć J Lo. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, nie tylko dlatego, że ja raczej nie chodzę na koncerty, ale dlatego, że:
Po pierwsze była tam zaskakująca ilość mężczyzn – co trochę możecie zobaczyć na zdjęciu obok.

Wg Szalonego Naukowca, kobiety raczej nie czują się zbyt komfortowo chodząc w takie  miejsca same, ze względu na liczne przypadki napastowania; wg jego siostry kobiety pewnie były głównie w płatnej strefie najbliżej sceny.
Po drugie, biorąc pod uwagę styl sceniczny J Lo, można by się po ludziach z kraju – bądź co bądź – wyznaniowego spodziewać potępienia, zgorszenia itp. A tu nie: pełen entuzjazm, nie tylko ze strony męskiej widowni (co jest zrozumiałe) ale też żeńskiej: tuż za nami stała grupka dziewczyn w hijabach i wszystkie w najlepsze się bawiły, podskakiwały, śmiały i krzyczały.
Oczywiście później znalazł się ktoś się jednak oburzył  (w mediach) i nawet artystkę zaskarżył o obrazę moralności, ale ci wszyscy ludzie na koncercie nie wyglądali bynajmniej na urażonych albo zgorszonych.

Jardin Exotique

Do innych turystyczno-rozrywkowych rzeczy, które robiliśmy podczas pobytu w Sale, zaliczyła się wycieczka do pobliskiego Jardin Exotique, czyli czegoś pomiędzy parkiem, a ogrodem botanicznym. Spaceruje się tam wyznaczonym szlakiem, niemalże przez dżunglę, jest też dużo przechodzenia po wiszących mostkach albo bambusach przerzuconych nad bagienkiem. Wiele roślin jest podpisanych, są też punkty edukacyjne o ochronie przyrody, o wytwarzaniu naturalnego nawozu itd itd. Całość jest podzielona na sekcje w zależności od regionu z którego pochodzi dana roślinność. Jest nawet ogród japoński. Tam tez po raz pierwszy (i ostatni) zetknęłam się z obyczajowym konserwatyzmem w wersji hard, kiedy to strażnik ochrzanił nas za nieodpowiednie zachowanie.

A skoro już mowa o tym, jeśli chodzi o obyczajowość, mimo entuzjazmu, który rzucał się w oczy na koncercie J Lo, Maroko jest jednak krajem konserwatywnym. Nie wolno się na ulicach całować, obejmować, ani robić nic podobnego – można za to nawet zarobić mandat. Marokańczycy różnych płci nie mogą też wynajmować jednego pokoju w hotelu nie będąc małżeństwem – dotyczy to tez pary, na którą składa się jeden Marokańczyk i jedna Europejka (czy też odwrotnie). Co ciekawe, nikt nie ma problemu z dwoma facetami wynajmującymi jeden pokój, nawet z podwójnym łóżkiem 🙂

Debiut w roli rozrywki dla tłumów

Zwiedzanie i koncerty muzyki pop nie były jedynymi atrakcjami, jakie czekały mnie w tej części podróży. Oprócz nich zaliczyłam swój debiut w branży rozrywkowej – a tak naprawdę to dwa debiuty.

Najpierw odbyła się impreza z okazji przejścia na emeryturę teściowej. Moja teściowa, całe życie pracowała jako nauczycielka. Właśnie zbliżał się koniec roku szkolnego, który miał być jej ostatnim (chociaż w końcu nie był, chyba jej się nudziło w domu) i z tej okazji wyprawiono na terenie szkoły imprezę. Napisałam przed chwilą, że Maroko jest krajem konserwatywnym – jednak żeby być zupełnie precyzyjną, dodam, że jest też bardzo niejednorodne pod względem obyczajowym. Duże miasta, zwłaszcza turystyczne, są liberalniejsze niż małe miejscowości czy wieś. W takim na przykład Agadirze nikomu nawet nie drgnie powieka na widok turystek w skąpych ciuszkach. Jednak Sale jest miastem mocno konserwatywnym – wystarczy powiedzieć, że na kilkanaście (może dwadzieścia-parę) zebranych w jednym pomieszczeniu nauczycielek z przyległościami rodzinnymi, moja teściowa, jej najlepsza psiapsiółka (i szwagierka w jednym – to się nazywa ustawić sobie życie: wydać przyjaciółkę za brata) i jej córki były jedynymi, które nie zakrywały włosów chustą.
I w tym wszystkim ja: blada jak ściana (nie zdążyłam się jeszcze opalić), wysoka na 176 cm, obcięta na zapałkę, dziewczyna we wściekle różowym wdzianku (prezent od teściowej). Czy muszę dodawać, że wzbudzałam lekkie zainteresowanie i stanowiłam rekwizyt do zdjęć sezonu?
A jednak to było nic w porównaniu z tym, co teściowa zafundowała mi później. Babskie party. Ale takie poważne babskie party z zakazem wstępu dla facetów. Teść – rozsądny człowiek – wyniósł się na pół dnia z domu. Szalony Naukowiec tego przywileju nie miał, bo kategorycznie zażądałam odpowiedniej jakości wsparcia moralnego, przewidując – trafnie – swoją rolę w tym wydarzeniu. Także biedak został zamknięty w naszym pokoju ze ścisłym zakazem wychodzenia.
Czemu z zakazem? W końcu komu by przeszkadzało gdyby przemknął np do łazienki?
Ano przeszkadzałoby.
A to dlatego, że wszystkie pozakrywane koleżanki Pani Matki z chwilą przekroczenia progu salonu natychmiast pozrzucały chustki oraz jelaby (czyli takie długie okrycia, które kobiety w Maroku czasem zakładają wychodząc na zewnątrz) aby po niedługim czasie ruszyć w tany… Oczywiście, że żaden facet nie mógł tego zobaczyć.
Tak moi drodzy. Kilkanaście rozochoconych, niemówiących w żadnym znanym mi języku pań, najpierw rozsiadło się na kanapach na ploty, a potem ustawiło w kółeczku i zaczęło tańczyć.
Na trzeźwo.
Wymagając mojego czynnego udziału.
Również – siłą rzeczy – na trzeźwo.
Niewątpliwie robiłam za pewną atrakcję wieczoru (żeby nie powiedzieć: małpkę cyrkową) – chociaż muszę przyznać, że byłam przyjmowana naprawdę pozytywnie, a moje zaangażowanie w tańce czy też próby interakcji (w końcu można się porozumiewać przy pomocy mimiki i na migi) były odbierane ze sporym entuzjazmem.
Jak część z Was już może wie, rola rozrywki dla gości i gwoździa programu nadal jest moim udziałem, o czym możecie sobie poczytać w poście o Moim Wielkim Marokańskim Weselu, jeśli chce wam się go poszukać. Jeśli nie: nie uprzedzajmy faktów.
Na koniec ciekawostka:

Słyszeliście o tym, że w Maroku w wielu domach można znaleźć dwa oddzielne pomieszczenia, które (oba!) wg polskich standardów nazwalibyśmy salonem? Wiecie jak się nazywają, do czego służą i czym się od siebie różnią?

TAJIN

Areszt domowy sprzyja nadrabianiu zaległości, dlatego wreszcie publikuję wpis, który czekał na publikację od bardzo, bardzo długiego czasu.
TAJIN
Z mojej pierwszej wizyty w Maroku przywieźliśmy (między innymi) marokański tajin, czyli naczynie, które służy do przygotowywania o nazwie… tajin.
Na samo naczynie można się w Maroku natknąć na prawie każdym kroku, ale jeśli ktoś chce go używać do gotowania, a nie tylko do serwowania, lepiej będzie zrezygnować z tych lakierowanych, lśniących i pełnych ozdóbek egzemplarzy i poprzestać na najprostszej glinie. My po nasz tajin wybraliśmy się na obrzeża Sale, do malutkiej manufaktury glinianych naczyń.
No więc, jeśli ktoś przypadkiem miałby plączący się po domu tajin, oto jak można go wykorzystać:
Najpierw zakupy (tak, wiem, że w tej chwili to może być wyzwanie bo #zostanwdomu ). Kupujemy wołowinę lub cielęcinę (chociaż kurczak też daje radę), bez kości. My skorzystaliśmy z pręgi, myślę, że inne fragmenty też by się nadawały, byle nie te najtwardsze. Chociaż polędwica też zapewne nie jest byłaby najlepszym pomysłem. Na 4 osoby zużyliśmy ok 700g (przynajmniej tyle ważyło przed obróbką).
Potem warzywa: cebula (1-2), marchewka (3-4), kartofle (3 duże), cukinia (1), zielony groszek, pomidor. Są też inne wersje z innymi warzywami (np. karczochem hiszpańskim, który jest bardzo popularny w Maroku), a także na słodko albo na cytrynowo.
Przyprawy: słodka papryka, sól, pieprz, szafran, i imbir. A do tego olej i woda
No to zaczynamy!
Mięso obrabiamy tzn. wycinamy tłuszcz i część błon. Trochę może zostać, bo i tak sie wygotuje, a jak nie to łatwo będzie się ich pozbyć na talerzu.
Cebulę kroimy na cienkie plasterki. Marchewkę i cukinię na słupki wielkości środkowego palca. Kartofle na takie jakby duże frytki.
Następny krok to wysmarowanie tajinu w środku olejem i ułożenie na dnie plastrów cebuli. Na to kładziemy kawałki mięsa i obsypujemy szczodrze przyprawami

Następnie zalewamy to wszystko szklanką wody i zaczynamy gotować. Gotujemy na małym ogniu pod przykryciem, ale ustawiając pokrywkę tak, żeby część pary mogła się wydobywać bokiem. Ważne jest, żeby ciągle dolewać wody, inaczej się przypali, no i nie będzie sosu – a sos w kuchni marokańskiej jest najważniejszy 
Po mniej więcej godzinie, kiedy mięso jest miękkawe układamy na nim warzywa tworząc piramidkę pasującą do kształtu pokrywki
Potem dolewamy dużo wody i znowu gotujemy.
I znowu dolewamy i gotujemy…
Na koniec, kiedy warzywa są już miękkie (5) – czego wyznacznikiem powinny być tu kartofle – kładziemy na wierzchu kilka plasterków pomidora. I gotowe (6). Podawać należy z pieczywem (może być zwykła bułka, chociaż mój mąż pewnie najchętniej wybrał bagietkę), które będziemy moczyć w sosie.

O Marokańskim weselu po raz kolejny (i ostatni)

Jak może pamiętacie, nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tego tematu: miałam wiele obaw i wątpliwości zarówno co do całej imprezy, jak i mojej w niej roli oraz samopoczucia w trakcie. Diabeł okazał się nie taki straszny, jak go malują i w sumie całkiem ciekawie i miło spędziłam czas.
Swoją drogą może pamiętacie, że nie bardzo chciałam mieć jakiekolwiek wesele – a później byłam zadowolona, że jednak miało miejsce. Tak naprawdę mogłabym rok 2019 potraktować jako lekcję, że można być zadowolonym i spędzić fajnie czas, nawet jeśli początkowo nie miało się na to (najmniejszej) ochoty. Jest to na pewno ciekawa obserwacja w kontekście samorozwojowym – nieco mniej: jako argument, którego pewnie w końcu użyje mój Kolega Małżonek (nie chcesz robić X? A pamiętasz jak doszłaś do tego wniosku….?).
No ale do brzegu.
Fotografia ślubna w Maroku znacząco odbiega od polskiej. U nas, poza kilkoma grupowymi zdjęciami w okolicy składania życzeń, fotograf skupia się na łapaniu naturalnych momentów między ludźmi. W Maroku natomiast nie ma zdjęć niepozowanych. Z kilkuset zdjęć jakie mamy z tej imprezy, na jednym (!) nie patrzymy w obiektyw. Przy każdym ujęciu pan fotograf stał i czekał aż na niego spojrzymy, a gdy tego nie robiliśmy: machał na nas dyskretnie.
Do tego za każdym razem, kiedy panna młoda wstaje, siada, rusza nogą albo robi kilka kroków podbiegają Panie Do Pomocy i układają (uginają) jej strój w najbardziej idealny sposób (daleki od naturalnego) Oczywiście kamerzysta i fotograf czekają aż one skończą zanim wrócą do kręcenia/fotografowania.
Jednym słowem: cała impreza jest jednym wielkim show nie tylko na potrzeby gości, ale – może nawet bardziej – pod zdjęcia i film.
To była rzecz, której się nie spodziewałam i która chyba podobała mi się najmniej. Zdecydowanie wolę nasze niepozowane i niewymuszone zdjęcia ze Ślubów 1.0 i 2.0 oraz filmik z tego pierwszego, na którym Szalony Naukowiec przekręca słowa deklaracji w USC.
Marokańskie PDP to by go chyba za to zabiły.

Mój subiektywny przewodnik po Maroku. Ze słowniczkiem

.
Nasza swojska polska stereotypowa babcia (no zjedz jeszcze, mizernie wyglądasz) przy marokańskiej gospodyni wysiada.

Wyobraźcie sobie, że jesteście gościem w marokańskim domu. Oczywiście zaproszono was na posiłek. Będzie to wyglądało mniej więcej tak:
Najpierw na stół wjedzie sałatka. Przepyszny pomidorek, ogóreczek, awokado, sałata, fenkuł włoski (kombinacja przykładowa, ale warzywa w Maroku mają całkiem inny smak), sos na bazie oliwy i octu winnego, często także ryz i/lub gotowane ziemniaki (bo czemu by nie) – pycha. Jesz chętnie. Dla tych z Was, którzy na lunch w pracy jadają wyłącznie sałatkę, posiłek mógłby się pewnie w tym momencie zakończyć. 
No ale nie w Maroku.
Po sałatce pojawia się Wielki Półmisek z daniem głównym: mięso, sos (pyszny), warzywa gotowane (marchewki, pietruszki, cukinia, bakłażan, rzepa itd). Może to być np tajin, ale nie musi.
Side note: Marokańskie jedzenie silnie opiera się na mięsie, wegetarianie nie maja w tym kraju za wielkich szans.

No a do tego podaje się taki płaski okrągły chlebek – bo marokańskie tradycyjne dania właściwie nie zawierają ziemniaków/makaronu/ryżu – poza kuskusem – więc chlebek służy do sosiku. Wszystko oczywiście jest pyszne, sos esencjonalny. Jecie. Jeśli nawet spróbujecie zjeść mało, gospodyni będzie was zachęcać do dalszej konsumpcji. Jeśli skończycie swój chlebek – natychmiast pojawi się nowy.
No więc jecie, jecie…. w końcu na półmisku widać dno. Gospodyni go zabiera, a wy sobie myślicie: zwycięstwo! Sukces! Udało mi się zjeść wszystko!

I w tym właśnie momencie na stow wjeżdża drugi Wielki Półmisek z innym mięsem w sosie. Albo z kuskusem (kuskus w Maroku, to nie tylko kasza, ale także nazwa dania, które przyrządza się przez kilka godzin w specjalnym garnku, gdzie kasza gotuje się na parze z wywaru mięsno-warzywnego).
Nie zliczę, ile razy wygłosiłam do Szalonego Naukowca pretensję treści „Czemu mi nie powiedziałeś, że będzie jeszcze jedno danie?!”
I teraz będzie protip
Ze względu na to, że chlebek się kruszy, sos chlapie, zazwyczaj stół przykryty jest na czas posiłku plastikowym (a może ceratowym?) obrusem. A dokładniej: kilkoma, bo w teorii zdejmuje się je po każdym daniu. Więc jeśli chcecie wiedzieć ile dań was czeka: policzcie warstwy plastikowych obrusów.

Acha, nie zapominajmy, że po tym wszystkim będzie jeszcze deser. Na przykład owoce.
Dlatego moim zdaniem, najważniejszymi słowami, jakie trzeba poznać przed tego typu doświadczeniem, nie są żadne „dzień dobry”, „do widzenia” czy „przepraszam”, ale następujące:
/pisownia moja własna, ze słuchu/:
szbed – jestem najedzona/jestem pełna
baraka – wystarczy
szokran – dziekuję.
A na zdjęciu marokańska bastilla czyli bardzo tradycyjne danie, które ma formę takiego jakby pie (sorry, nie wiem jak to nazwać po polsku) z wielu warstw ciasta warka (takie cieńsze ciasto filo) wypełnionego – w tym wypadku – chińskim makaronem oraz rybą i owocami morza.

Księżniczkowanie

Historyjki poweselne.
Siedzimy w salonie u teściów z kilkorgiem kuzynów męża. Wszyscy wymieniają sie zdjęciami i nagraniami z imprezy. W pewnym momencie, ktoś zaczyna oglądać filmik, a 3 letni chłopczyk patrzy mu przez ramię. Patrzy, patrzy, rozgląda się po pokoju i pyta:
– A gdzie jest ta księżniczka?
Ojciec wskazuje palcem na moją skromną osobę, siedzącą niedaleko. Dziecko spogląda na mnie uważne, przechyla głowę i z niezachwianą pewnością w głosie oświadcza:
– Wcale nie.
Dziecko prawdę ci powie: dla tego Kopciuszka północ już wybiła i księżniczkowanie się skończyło.