Moja Marokańska Przygoda – odcinek 3. Inauguracja w roli rozrywki tłumów.

A więc gdzie to ostatnio skończyliśmy?

Ach tak, na progu mieszkania przyszłych Teściów.
W tamtym okresie rodzice Szalonego Naukowca mieszkali w Sale. Przeprowadzili się tam z Marrakeszu jakieś 10 lat wcześniej, kiedy syn już od jakiegoś czasu właściwie z nimi nie mieszkał (szkoła z internatem, potem studia w innym mieście i innym kraju). Miał jednak, mimo to, swój pokój – a raczej pokoik: malutki i przerobiony ze starej łazienki. Niedługo przed naszą wizytą został on powiększony, odmalowany, a także…
I tu właśnie przechodzimy do małego szoku, który zafundowała nam teściowa w okolicach 4 czy 6 nad ranem tamtego pamiętnego majowego dnia:
…wyposażony w nowe łóżko.

..
.
Podwójne.
To, że rodzina mojego przyszłego (jak się okazało) męża nie jest konserwatywna wiedzieliśmy: ani Pani Matka ani siostry nie noszą hijabów, i ogólnie są wyemancypowane, niezależne, wykształcone. No ale bez przesady. Takiej propozycji się nie spodziewaliśmy, zwłaszcza podczas pierwszej wizyty, kiedy na żaden ślub nawet się nie zanosiło.
Nikt też nas w ogóle nie pytał o zdanie, po prostu zostaliśmy w prowadzeni do pokoju i postawieni (oraz pozostawieni – wszyscy natychmiast udali się spać) przed faktem dokonanym. Po gorączkowej, szeptanej dyskusji uznaliśmy, że warto na taki gest zareagować gestem zwrotnym i mój jeszcze-wtedy-nie-małżonek poszedł spać na kanapie. I tak już zostało na wszystkie noce pod rodzicielskim dachem w tamtym roku.
Następnych kilka dni spędziliśmy bardzo ekscytująco. Moje pierwsze doświadczenia z marokańskimi  ulicami, ludźmi, zabytkami, bazarami i przyrodą przeplatały się z inauguracją w roli rozrywki tłumów (która to rola będzie mi towarzyszyła jeszcze nie raz – podobnie jak daktyle. Często razem.) i z koncertami muzyki popularnej. Później opuściliśmy dom Teściów żeby pozwiedzać inne miasta wracając do Sale jeszcze dwukrotnie.
Ale po kolei.

Rabat

Zwiedzanie Rabatu zaczęliśmy od souku czyli – powiedzmy – bazaru. „Powiedzmy”, bo w większości składa się on ze sklepików, zlokalizowanych w parterach budynków (zazwyczaj jednopiętrowych, ale zawsze), a nie ze straganów i stoisk na ulicy (chociaż i takie są). Souki można znaleźć chyba w większości w miast Maroka, zazwyczaj w medynie (czyli „na starówce”). Czasami są wyspecjalizowane w konkretnych produktach (souk skórzany, metalowy, kaftanowy, biżuteryjny, spożywczy itd), a czasami są mieszaniną wszystkiego.
Souk w Rabacie z początku bardzo skojarzył mi się z bazarem głównie ze względu na towar: przy samym wejściu najwięcej było produktów podobnych do tego, co jest na każdym znanym mi targowisku: od ciuchów, przez okulary słoneczne, po plastikowe pojemniki do przechowywania żywności. Dopiero po głębszym zanurzeniu się w jego czeluście, zaczęliśmy napotykać coraz liczniejsze stoiska z – jak potem odkryłam – typową zawartością, czyli: przyprawami, suszonymi owocami, ceramiką, biżuterią, produktami skórzanymi, metalowymi i drewnianymi, babouchami, lampami, tradycyjnymi ubiorami itp.

Zostałam uprzedzona, że robienie zdjęć sklepikom nie jest szczególnie mile widziane (ogólnie sklepikarze za tym nie przepadają i czasem – w bardziej turystycznych miejscach –  życzą sobie nawet opłaty), więc z tej wyprawy nie mam ani jednej fotki. Zamiast tego: zdjęcia bardzo ładnej Avenue Mohammed V (czyli dziadka obecnego króla Maroka), która biegnie od głównego dworca w Rabacie (Rabat Ville) na północny wschód, w kierunku medyny, a przy której stoi budynek Parlamentu.

Kolejnym punktem na planie zwiedzania miasta była Kazba (Kasbah of the Udayas), o której wspominałam wam kilka dni temu. Kazba (Kasbah) to w krajach Maghrebu coś w rodzaju fortu czy cytadeli, czyli budynku o charakterze mieszkalno-obronnym. Ta ta konkretna pochodzi z okolic X-XII wieku. W jej wnętrzu jest jakby oddzielne mini miasto z wąziutkimi uliczkami i domami pomalowanymi na niebiesko i biało (1-1.5m od ziemi ma kolor niebieski, a wyżej: biały), a także mały ogród.

Spacerując uliczkami można dość aż do oceanu – mniej więcej, bo Rabat w przeciwieństwie do Sale – jest położony na klifie. Ze względu na to położenie, nie dość, że na klifie ale i nad samą plażą z jednej strony i rzeką z drugiej, rozciągają się stamtąd  piękne widoki:

Festiwal Mawazine

Nasz pobyt w Sale nałożył się akurat z dość znanym muzycznym festiwalem Mawazine, w którym bierze co roku udział wielu lokalnych ale i zachodnich wykonawców. W tamtym roku byli to na przykład: J Lo, Sting, Maroon 5, Usher i kilkoro innych. Moje szwagierki strasznie chciały iść na koncert Maroon 5, co z jakiś logistycznych powodów okazało się niemożliwe, dlatego ostatecznie wybraliśmy się razem zobaczyć J Lo. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, nie tylko dlatego, że ja raczej nie chodzę na koncerty, ale dlatego, że:
Po pierwsze była tam zaskakująca ilość mężczyzn – co trochę możecie zobaczyć na zdjęciu obok.

Wg Szalonego Naukowca, kobiety raczej nie czują się zbyt komfortowo chodząc w takie  miejsca same, ze względu na liczne przypadki napastowania; wg jego siostry kobiety pewnie były głównie w płatnej strefie najbliżej sceny.
Po drugie, biorąc pod uwagę styl sceniczny J Lo, można by się po ludziach z kraju – bądź co bądź – wyznaniowego spodziewać potępienia, zgorszenia itp. A tu nie: pełen entuzjazm, nie tylko ze strony męskiej widowni (co jest zrozumiałe) ale też żeńskiej: tuż za nami stała grupka dziewczyn w hijabach i wszystkie w najlepsze się bawiły, podskakiwały, śmiały i krzyczały.
Oczywiście później znalazł się ktoś się jednak oburzył  (w mediach) i nawet artystkę zaskarżył o obrazę moralności, ale ci wszyscy ludzie na koncercie nie wyglądali bynajmniej na urażonych albo zgorszonych.

Jardin Exotique

Do innych turystyczno-rozrywkowych rzeczy, które robiliśmy podczas pobytu w Sale, zaliczyła się wycieczka do pobliskiego Jardin Exotique, czyli czegoś pomiędzy parkiem, a ogrodem botanicznym. Spaceruje się tam wyznaczonym szlakiem, niemalże przez dżunglę, jest też dużo przechodzenia po wiszących mostkach albo bambusach przerzuconych nad bagienkiem. Wiele roślin jest podpisanych, są też punkty edukacyjne o ochronie przyrody, o wytwarzaniu naturalnego nawozu itd itd. Całość jest podzielona na sekcje w zależności od regionu z którego pochodzi dana roślinność. Jest nawet ogród japoński. Tam tez po raz pierwszy (i ostatni) zetknęłam się z obyczajowym konserwatyzmem w wersji hard, kiedy to strażnik ochrzanił nas za nieodpowiednie zachowanie.

A skoro już mowa o tym, jeśli chodzi o obyczajowość, mimo entuzjazmu, który rzucał się w oczy na koncercie J Lo, Maroko jest jednak krajem konserwatywnym. Nie wolno się na ulicach całować, obejmować, ani robić nic podobnego – można za to nawet zarobić mandat. Marokańczycy różnych płci nie mogą też wynajmować jednego pokoju w hotelu nie będąc małżeństwem – dotyczy to tez pary, na którą składa się jeden Marokańczyk i jedna Europejka (czy też odwrotnie). Co ciekawe, nikt nie ma problemu z dwoma facetami wynajmującymi jeden pokój, nawet z podwójnym łóżkiem 🙂

Debiut w roli rozrywki dla tłumów

Zwiedzanie i koncerty muzyki pop nie były jedynymi atrakcjami, jakie czekały mnie w tej części podróży. Oprócz nich zaliczyłam swój debiut w branży rozrywkowej – a tak naprawdę to dwa debiuty.

Najpierw odbyła się impreza z okazji przejścia na emeryturę teściowej. Moja teściowa, całe życie pracowała jako nauczycielka. Właśnie zbliżał się koniec roku szkolnego, który miał być jej ostatnim (chociaż w końcu nie był, chyba jej się nudziło w domu) i z tej okazji wyprawiono na terenie szkoły imprezę. Napisałam przed chwilą, że Maroko jest krajem konserwatywnym – jednak żeby być zupełnie precyzyjną, dodam, że jest też bardzo niejednorodne pod względem obyczajowym. Duże miasta, zwłaszcza turystyczne, są liberalniejsze niż małe miejscowości czy wieś. W takim na przykład Agadirze nikomu nawet nie drgnie powieka na widok turystek w skąpych ciuszkach. Jednak Sale jest miastem mocno konserwatywnym – wystarczy powiedzieć, że na kilkanaście (może dwadzieścia-parę) zebranych w jednym pomieszczeniu nauczycielek z przyległościami rodzinnymi, moja teściowa, jej najlepsza psiapsiółka (i szwagierka w jednym – to się nazywa ustawić sobie życie: wydać przyjaciółkę za brata) i jej córki były jedynymi, które nie zakrywały włosów chustą.
I w tym wszystkim ja: blada jak ściana (nie zdążyłam się jeszcze opalić), wysoka na 176 cm, obcięta na zapałkę, dziewczyna we wściekle różowym wdzianku (prezent od teściowej). Czy muszę dodawać, że wzbudzałam lekkie zainteresowanie i stanowiłam rekwizyt do zdjęć sezonu?
A jednak to było nic w porównaniu z tym, co teściowa zafundowała mi później. Babskie party. Ale takie poważne babskie party z zakazem wstępu dla facetów. Teść – rozsądny człowiek – wyniósł się na pół dnia z domu. Szalony Naukowiec tego przywileju nie miał, bo kategorycznie zażądałam odpowiedniej jakości wsparcia moralnego, przewidując – trafnie – swoją rolę w tym wydarzeniu. Także biedak został zamknięty w naszym pokoju ze ścisłym zakazem wychodzenia.
Czemu z zakazem? W końcu komu by przeszkadzało gdyby przemknął np do łazienki?
Ano przeszkadzałoby.
A to dlatego, że wszystkie pozakrywane koleżanki Pani Matki z chwilą przekroczenia progu salonu natychmiast pozrzucały chustki oraz jelaby (czyli takie długie okrycia, które kobiety w Maroku czasem zakładają wychodząc na zewnątrz) aby po niedługim czasie ruszyć w tany… Oczywiście, że żaden facet nie mógł tego zobaczyć.
Tak moi drodzy. Kilkanaście rozochoconych, niemówiących w żadnym znanym mi języku pań, najpierw rozsiadło się na kanapach na ploty, a potem ustawiło w kółeczku i zaczęło tańczyć.
Na trzeźwo.
Wymagając mojego czynnego udziału.
Również – siłą rzeczy – na trzeźwo.
Niewątpliwie robiłam za pewną atrakcję wieczoru (żeby nie powiedzieć: małpkę cyrkową) – chociaż muszę przyznać, że byłam przyjmowana naprawdę pozytywnie, a moje zaangażowanie w tańce czy też próby interakcji (w końcu można się porozumiewać przy pomocy mimiki i na migi) były odbierane ze sporym entuzjazmem.
Jak część z Was już może wie, rola rozrywki dla gości i gwoździa programu nadal jest moim udziałem, o czym możecie sobie poczytać w poście o Moim Wielkim Marokańskim Weselu, jeśli chce wam się go poszukać. Jeśli nie: nie uprzedzajmy faktów.
Na koniec ciekawostka:

Słyszeliście o tym, że w Maroku w wielu domach można znaleźć dwa oddzielne pomieszczenia, które (oba!) wg polskich standardów nazwalibyśmy salonem? Wiecie jak się nazywają, do czego służą i czym się od siebie różnią?

7 myśli w temacie “Moja Marokańska Przygoda – odcinek 3. Inauguracja w roli rozrywki tłumów.

  1. Maja 2 lipca 2020 / 18:12

    Ty by nam pokazała to wściekle różowe wdzianko, małpko cyrkowa!

    Polubienie

  2. Anonimowy 2 lipca 2020 / 18:50

    Muszę podpytać znajomego (swoją drogą, też z Sale ;-)) czy on ma takie dwa salony 😀

    Polubienie

  3. Jedno Oko Na Maroko 2 lipca 2020 / 20:56

    Mowy nie ma, mnie nie jest w różu do twarzy 😛 Wdzianko miało formę takiej – powiedzmy – długiej koszuli z plisami z przodu. Nic aż tak ekscytującego – myślę, że teściowa założyła (skądinąd pewnie słusznie), że skonfrontowana tak od razu z marokańską modą w pełnej krasie, mogę uciec z krzykiem

    Polubienie

  4. Jedno Oko Na Maroko 14 lipca 2020 / 15:15

    A właśnie nie 😉 tzn tak bywa, w konserwatywnych rodzinach, ale nie jest wcale takie bardzo częste w Maroku. Głównym przeznaczeniem dwóch salonów jest podział na strefę prywatną (sejour) i reprezentatywną (dla gości). Co ma wiele sensu, bo w Maroku często goście pojawiają się niezapowiedzianie. W ten sposób w sejour można sobie spokojnie bałaganić, a salon jest zawsze wysprzątany i gotowy do przyjęcia ludzi 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s