Moja Marokańska Przygoda – odcinek 2: Poznaj Moich Rodziców

W zeszłym tygodniu rozpisałam się trochę na tematy historyczne, a skoro tak, postanowiłam utrzymać się jeszcze jakiś czas w tym klimacie i poopowiadać wam o początkach Mojej Marokańskiej Przygody. Dawno, dawno temu opisywałam sam początek naszej historii. Nie dość, że był on lekko niestandardowy, to jeszcze takie szybkie ruchy zdecydowanie nie leżą w mojej naturze – może dlatego, dla równowagi, potem bardzo długo nie czyniliśmy żadnych kroków żeby uczynić go jeszcze poważniejszym. Wzięliśmy trochę na wstrzymanie. I tak sobie upłynął rok podczas którego dowiadywaliśmy się coraz więcej o sobie, docieraliśmy i ogólnie budowaliśmy związek, aż w końcu zrezygnowaliśmy z równoległego lokum Szalonego Naukowca i OFICJALNIE zamieszkaliśmy razem.
Nie śpieszyłam się specjalnie z zapoznawaniem nowego chłopaka z rodzicami. Wyszłam z założenia, że lepiej najpierw się upewnić, że to coś poważnego. No ale w końcu do tego doszło i – o dziwo – odbyło się gładko i bez problemów.
Tu może potrzebne jest słowo wyjaśnienia: „o dziwo” nie wynika bynajmniej z narodowości, czy koloru skóry mojego teraz-już-męża. Nie. Żadne z tych nie jest dla moich rodziców problemem samym w sobie. Ale moi rodzice są nieco specyficzni (zwłaszcza jedno z nich) i ogólnie mało która z rzeczy, w których biorą udział, przebiega bez problemów. Kiedykolwiek

Ale wracając do tematu:
On, wychodząc z podobnych założeń, też nie śpieszył się z oznajmianiem radosnej nowiny swojej rodzinie. W końcu jednak musiało do tego dojść – a w ramach naturalnej kolei rzeczy rodzice zażyczyli sobie poznać Wybrankę (to jest: mnie)
Wtedy już byłam w miarę mentalnie przygotowana, że ten moment w końcu nastąpi, ale szczerze mówiąc,  gdy pierwszy raz roztoczono mi tę wizję przed oczami: nie byłam zachwycona. Nie ma chyba sensu ukrywać, że naczytałam się swego czasu wszystkich tych dramatycznych historii o związkach z Arabami, przykuwaniu do kaloryfera, zamykaniu w piwnicy (co jest szczególnie ironiczne, w odniesieniu do miejsc, w których ani jedno ani drugie za bardzo nie występuje). I o ile tego się nie obawiałam (z powodu wspomnianego braku odpowiednich akcesoriów), o tyle dość poważnie do serca wzięłam sobie wizje, w których arabski książę zapoznany w Polsce/UK/gdziekolwiek w Europie wygląda na cywilizowanego i zachodniego, dopóki jego stopa nie dotknie rodzimej ziemi, a oko padnie na twarz matki. Te dwa wydarzenia mają bowiem sprawić, że natychmiastowo przeistoczy się on w ropuchę, podporządkuje rodzinie, a następnie stopniowo sprowadzi wybrankę z roli partnerki do roli posłusznej arabskiej żony, często nakłaniając ją do przejścia na Islam, zakrywając chustą i zakazując różnych rzeczy, nakazując w zamian siedzieć w domu i gotować oraz rodzić dzieci, aby później je (tzn te dzieci) zabrać – razem z paszportem ich matki.

Zanim przejdę do dalszej części historii, pozwólcie na dygresję
To co opisałam powyżej, jest oczywiście mocno przerysowane, natomiast samo zjawisko bynajmniej nie jest wyssane z palca.
Często się zdarza, że mężczyzna wychowany w konserwatywnym środowisku przyjeżdża do Europy i zachłystuje się wolnością, swobodą, i wszystkim tym, czego nie znał wcześniej w swoim kraju. No i korzysta z dobrodziejstw nowego domu: alkohol, łatwo dostępne partnerki seksualne, brak nacisków społecznych i kontroli – wielu to kusi. A potem taki „zerwany ze smyczy” delikwent poznaje – powiedzmy – miłą Polkę. Ona sobie patrzy i myśli: alkohol pije, nie modli się, nie obchodzi ramadanu, imprezuje, nie przeszkadza mu moja mini – znaczy zeuropeizowany. Można brać. I żyją sobie fajnie aż do dnia, kiedy jadą do jego ojczyzny – i tu następuje niespodziewana przemiana: pojawiają się naciski w kwestii skromniejszego ubioru (bo co ludzie powiedzą), wyjścia z kolegami, ale bez partnerek (bo tu kobiety nie chodzą do kawiarni), oczekiwania w zakresie podziału (ekhm) obowiązków domowych i relacji z teściową, imprezy się kończą, alkohol zjeżdża do podziemia itd. Czasem z resztą takie zmiany następują samoczynnie z wiekiem, bez powrotu do ojczyzny.
Z czego to wynika?
Jeśli byście mnie zapytali, powiedziałabym, że wiele osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych, w zakresie rozwoju moralnego przypomina mi dzieci.
Już wyjaśniam o co mi chodzi:
Jest sobie taki pedagog: Heliodor Muszyński, który – pomijając zacięcie socjalistyczne w teoriach dotyczących wychowania –  opracował też całkiem ciekawą teorię rozwoju moralnego. Wyłania ona konkretne etapy przyswajania norm moralnych przez człowieka. Z grubsza przebiega to tak: na początku  (czyli w wieku dziecięcym i wczesnonastoletnim), głównym mechanizmem i powodem przestrzegania norm moralnych jest dążenie do uniknięcia kary i otrzymania nagrody. Natomiast później, normy moralne zostają stopniowo zinternalizowane, a następnie poddane krytyce jeśli chodzi o ich źródła, cele oraz sens, aby ostatecznie osiągnąć stan świadomej, wewnętrznie spójnej, refleksyjnej moralności, która pozwala samodzielnie rozstrzygać konflikty moralne w oparciu o jasny układ odniesienia.
Jak to się ma do habisiów? Ano tak, że – w mojej opinii – wiele* osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych zatrzymuje się gdzieś na etapie unikania kary i szukania nagrody, nie internalizując sobie tak naprawdę narzucanych im zasad, a już na pewno nie przechodząc przez etap ich krytycznej analizy. W takiej sytuacji, gdy tylko groźba kary lekko się rozwiewa i oddala, delikwent natychmiast próbuje wszystkich zakazanych owoców – nie jest to jednak żadna głębsza przemiana ideologiczna, ale raczej coś jak wyjadanie cukierków, kiedy matka nie widzi.
Łapiecie o co mi chodzi?
Do tego dochodzi fakt, że alkohol, modlitwa, a nawet ramadan, to przecież tylko wierzchołek góry lodowej. Ocenianie tylko na tej podstawie z jakim człowiekiem mamy do czynienia i jakie on ma uwarunkowania kulturowe, czy jakich norm przestrzega, jest lekką naiwnością. Tu możecie sobie zobaczyć fajną grafikę o tzw Cultural Iceberg.

W momencie, kiedy podejmowałam decyzję o kupnie biletu do Maroka, nie miałam jeszcze tego wszystkiego aż tak dobrze przemyślanego i w związku z tym nie wiedziałam do końca, czy powinnam się spodziewać przemiany dr Jekylla w Mistera Hyde’a w momencie przekroczenia progu domu rodzinnego, czy jednak nie.  Dziś już wiem, że trzeba po prostu ukochanego dobrze poznać i dość łatwo odróżnić człowieka z integrity i własnym, świadomym systemem moralnym o wyraźnym układzie odniesienia, od zerwanego ze smyczy dziecka.

*śpieszę dodać, że nie twierdzę, że to zjawisko dotyczy wszystkich osób religijnych: przeciwnie, wiele z nich naprawdę internalizuje zasady swojej wiary i przyjmuje e w pełni świadomie. Ale to raczej nie są osoby, które pod wpływem nowego środowiska odkładają je na półkę i hulaj dusza piekła nie ma

No a teraz wracając do tzw adremu:
W końcu wsiadłam do samolotu i po zaledwie kilku godzinach i jednej przesiadce już lądowaliśmy… Były okolice 2, a może i  4 and ranem czasu lokalnego,  kiedy to wysiedliśmy z samolotu w Casablance, wypełniliśmy takie śmieszne małe formularze (dziś już nie trzeba tego robić), przeszliśmy przez stanowisko kontroli paszportów i wyszliśmy do hali przylotów. Czekali na nas rodzice Szalonego Naukowca, a Pani Matka była tak podekscytowana, że mało się nie wdarła przez bramkę. Po długim powitaniu (moja nowa rodzina jest raczej z tych wylewnych), zostaliśmy zabrani do samochodu i uraczeni pierwszą na mojej drodze marokańską tradycją, która polega na poczęstowaniu przybyszów daktylami i słodkim mlekiem. Były nawet specjalnie przywiezione filiżanki żebyśmy to mleko mogli z nich wypić! Daktyle z mlekiem w ogóle pełnią ważną rolę w marokańskich rytuałach i przez kolejne lata dane mi było konsumować ten znienawidzony przez mnie owoc jeszcze kilkukrotnie, zawsze w centrum uwagi i pod czujnym okiem przynajmniej kilku osób.
Moja teściowa okazała się bardzo miłą osobą, o raczej silnej osobowości i dużym przywiązaniu do tradycji daktylowych. Z czasem okazało się, że należy do osób dyskretnych, nie ingeruje za bardzo w nasze sprawy (bezcenne). Niestety średnio mam z nią wspólny język, podobnie jak z teściem, który jest bardzo cichym, spokojnym, retrofleksyjnym i zawsze pogodnym panem. Wiecie, jeden z tych, którzy nigdy nie pchają się na pierwszy plan – bo i szczerze mówiąc średnie ma na to szanse przy trzech bujnych kobiecych osobowościach w domu.
Jak mówiłam wylądowaliśmy w Casablance, a rodzice Szalonego Naukowca mieszkali wtedy w Sale, czyli jakieś 75 km dalej. Sale jest miastem-bliźniakiem Rabatu czyli stolicy Maroka. Miasta te są praktycznie połączone, a rozdziela je rzeka, która przez nie przepływa. Cos jak Buda i Peszt z tym, że jednak są to dwa oddzielne miasta.
Godzinę drzemki w samochodzie później, dotarliśmy na miejsce, gdzie – mimo kompletnie absurdalnej pory –  czekały na nas pełne entuzjazmu dwie młodsze siostry oraz…. coś co nas oboje zaszokowało. Moje obecne Szwagierki są absolutnie przeurocze, a dzięki temu, że mówią bardzo dobrze po angielsku bez problemu udało nam się złapać kontakt.

A jaki to szok zafundowali nam na wejściu moi jeszcze-wtedy-nie-teściowie?

Zgadnijcie.
Odpowiedź w następnym odcinku 🙂

A na zdjęciu ujście rzeki Bou Regreg do Atlantyku zrobione z poziomu Qasbat al-Awdāya czyli z angielska Kasbah of the Udayas – czyli jedyne zdjęcie Sale (ten cypelek w głębi po prawej) jakim dysponuję.

6 myśli w temacie “Moja Marokańska Przygoda – odcinek 2: Poznaj Moich Rodziców

  1. Anonimowy 29 czerwca 2020 / 20:16

    Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg historii �� Pozdrawiam ❤️

    Polubienie

  2. Maja 30 czerwca 2020 / 17:34

    Nadal nie lubisz daktyli? Czy już się nawróciłaś? Aczkolwiek nie ukrywam,że zamiast mleka wolałabym, żeby mnie witali tą pyszną miętową herbatką. Podziwiam Cię – Arabowie Arabami, kaloryfery kaloryferami, wielbłądy wielbłądami, itd., itp., ale pierwsze spotkanie z teściami na ich gruncie… do tego trzeba mieć cojones. Kiedy się u kogoś nocuje, to cięzko wyjść trzaskając drzwiami 😀 A tak w ogóle, to kiedy następny odcinek?Czy to był kot?

    Polubienie

  3. Jedno Oko Na Maroko 30 czerwca 2020 / 20:46

    Nadal ich nie lubię. Chociaż podlane mlekiem nie są dramatyczne 😛 Herbata oczywiście byłaby dużo lepsza, ale wyobraź sobie ten ceremoniał z nalewaniem jej z 50 cm wysokości, przelewaniem znowu do czajniczka itd w małym samochodzie… to już naprawdę wole te daktyle z mlekiem.Następny odcinek będzie… W sumie to sama nie wiem, albo do czwartku, albo po poniedziałku 😉

    Polubienie

  4. Maja 1 lipca 2020 / 00:27

    No dobrze, nie wpiszę tej jakże precyzyjnej daty w kalendarz, ale zachowam czujność!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s