Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 1.

Dość długo miałam spory dystans do koronawirusowej paniki, ale ostatnich kilka dni sprawiło, że doszłam do wniosku, że sytuacja jest poważna, a przykład Włoch pokazuje, co może się stać, gdy podejdzie się do niej zbyt lajtowo. A wygląda na to, że w Polsce ma szansę być dużo gorzej: chyba wszyscy czytaliśmy o szokująco małej ilości testów i o bardzo słabym przygotowaniu szpitali – choćby pod względem zasobów takich jak stroje ochronne, nie mówiąc już o miejscach na OIOMie. Nie jestem specjalistą od epidemiologii czy wirusologii, ale czytam oficjalne źródła, statystyki, newsy i zalecenia i bardzo wierzę, że trzeba zrobić wszystko co się da, żeby osłabić/spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa.
Dlatego od czwartku oboje z Szalonym Naukowcem siedzimy w domu i ograniczamy wszystkie wyjścia i interakcje społeczne oraz – ogólnie – kisimy się we własnym sosie. Oboje mamy to szczęście, że możemy pracować zdalnie, ale o ile on całkiem to lubi: ja wręcz przeciwnie. Mimo, że od bodajże dwóch lat mam taką możliwość i od czas do czasu z niej korzystam: nie przepadam za tym. Przede wszystkim ze względów zawodowych (nad którymi nie będę się w tej chwili rozwodzić), ale także dlatego, że chodzenie do pracy i wynikająca z niego struktura dnia są mi potrzebne dla higieny psychicznej. Podobnie z resztą jak w ogóle wychodzenie z domu i życie towarzyskie. Po dniu pracy zdalnej (zwłaszcza połączonym z weekendem w domu) zaczynam się często czuć jak wrastający w podłoże ziemniak (niezależnie jak niepoprawne z punktu widzenia biologii może być to porównanie).
Wiem, że dla wielu osób praca z domu i w ogóle siedzenie w nim nie jest problemem, ale dla wielu – tak jak dla mnie – może stanowić wyzwanie. Przygotowałam więc kilka rad jak jednak nie zamienić się z ziemniaka
Zacznijmy od kwestii pracy, jako że ona zajmuje nam połowę dnia.
Największym problemem (ryzykiem?) związanym z tzw Home Office jest zlanie się czasu pracy z czasem poza pracą. Aby tego uniknąć warto zastosować kilka rozwiązań:
1. Stanowisko pracy. W miarę możliwości warto zorganizować sobie miejsce przeznaczone tylko do pracy. Nie pracuj na kanapie, na której spędzisz potem resztę dnia ani w łóżku. To ani wygodne, ani dobre dla higieny pracy (także psychicznej). Jeśli nie możesz wygospodarować osobnego miejsca tylko do pracy i korzystasz na przykład ze stołu w salonie (jak ja) postaraj się zlikwidować stanowisko, po zakończonym dniu pracy.
2. Przedpracowe rytuały. Chodząc do pracy wykonujemy całą serię czynności, które przenoszą nas z trybu „dom” do trybu „praca”. Oczywiście najważniejsze jest fizyczne przeniesienie się z miejsca na miejsce, ale jako że przy pracy zdalnej nie wchodzi to w grę: warto zbudować sobie pewien rytuał, który umożliwi chociaż przeniesienie się mentalne. Nie proponuję tu nakładania makijażu i garsonki (chyba, że twoja praca zdalna wymaga videokonferencji), ale może prysznic, przebranie się w coś innego niż piżama, śniadanie i kawa? Poza tym warto trzymać się stałych godzin rozpoczynania (i kończenia) pracy: nawet jeśli nie ma to większego znaczenia dla twojego szefa i wykonywanych zadań.
3. Wyraźne granice (czasu) pracy. Po przeniesieniu się w tryb „praca” warto w nim pozostać przez czas, który masz zamiar na tę pracę poświęcić. Unikaj włączania telewizora, odpalania netfliksa czy (intensywniejszego niż gdy jesteś w biurze) korzystania z mediów społecznościowych. To pranie też nie musi być zrobione właśnie teraz. A gdy już ta 17 (czy któraś inna,) wybije: dobrze w jakiś wyraźny sposób zaznaczyć zakończenie dnia pracy. Niech to będzie coś więcej niż zamknięcie okienka aplikacji firmowej i zastąpienie jej okienkiem facebooka. Jeśli masz miejsce dedykowane tylko do pracy: posprzątaj je i opuść. Jeśli korzystasz z miejsca, służącego także do innych celów: tak jak pisałam w punkcie 1: zlikwiduj stanowisko pracy. Da ci to poczucie mentalnego zakończenia trybu „praca” i możliwość przejścia do trybu „dom”.
4. Ruch. W normalnych czasach wychodzisz z domu, może idziesz pieszo albo przynajmniej dochodzisz do przystanku czy samochodu. Chodzisz też po biurze i ogólnie zapewne poruszasz się sporo więcej niż w domu. Dlatego warto pilnować, żeby chociaż co godzinę wstać z krzesła, przejść się po mieszkaniu, może trochę porozciągać? Może masz piłkę na której możesz siedzieć zamiast krzesła? Czemu to jest ważne chyba nie muszę tłumaczyć (i nie chodzi tylko o punkt A poniższego mema)
Sytuacja, w której się znajdujemy wiąże się oczywiście nie tylko z pracą w domu, ale ogólnie siedzeniem w czterech ścianach, co na dłuższą metę może nie mieć dobrego wpływu na twoje samopoczucie. Na moje nie ma. W następnej części napiszę wam swoje przemyślenia jak radzić sobie z przedłużającym się uziemieniem w kontekście pozapracowym, a może też w związkowym.
A wy jakie macie sposoby na zachowanie higieny psychicznej i skuteczności podczas pracy z domu?

Jak rozpoznać oszusta, naciągacza, wizowca – subiektywny poradnik.

Miłe (złego?) początki

Zagadnął cię kiedy wygrzewałaś się na słońcu w kurorcie, wreszcie na zasłużonych wakacjach, rozluźniona i otwarta na przygodę. Zasypał cię komplementami, jak nikt nigdy wcześniej, patrzył namiętnie w oczy tak, jakby dotykał twojej duszy, a ty poczułaś się najpiękniejszą kobietą na ziemi. W końcu motyle zaczęły latać ci po brzuchu całymi chmarami, a na twoim nosie – oprócz słonecznych – zawitały różowe okulary. Świata poza nim nie widzisz, ale urlop się kończy, więc po oblanym łzami rozstaniu, przenosicie relację do internetu planując już kolejne spotkania i wspólną przyszłość.
A może zagadnął cię na Facebooku lub Instagramie, bo tak urzekł go twój piękny uśmiech na profilówce. Potem otoczył uwagą i wysłuchał jak dawno nikt tego nie zrobił. Pytał czy jadłaś kolację i martwił się, że wracasz sama wieczorem do domu, doradzał żebyś uważała na siebie i założyła szalik. Jego troska, uwaga no i te komplementy pod każdym Twoim zdjęciem sprawiły, że czekasz na jego wiadomości co rano z bijącym sercem, różowe okulary tym razem towarzyszą tym do ekranu, a ty siedzisz i kombinujesz jakby tu poznać tego cudownego faceta osobiście.
Tak czy inaczej, jesteś zauroczona do szpiku kości, bujasz w obłokach no i snujesz plany na przyszłość.
A ja wyleję ci wiadro zimnej wody na głowę: decydując się na taką relację (czy zawartą na wakacjach, czy przez internet) odbierasz sobie szanse na weryfikację większości tego co on ci mówi: nie ma wspólnych znajomych, nie znasz realiów i standardów w jego kraju, nie widzisz jak on zachowuje się w codziennym życiu (poza krótkim okresem wakacji). Nic łatwiejszego niż wierzyć w każde słodkie niczym daktyl słowo spływające z jego ust i pozwolić swojemu myśleniu życzeniowemu przejąć władzę nad rozumem.

Zawierając nowe znajomości, zwłaszcza międzynarodowe, przez internet czy na wakacjach, trzeba się liczyć z tym, że egzotyczny książę z bajki może nie być tym, za kogo się podaje.

Niestety status Europejki czyni cię celem ambitnych panów z biedniejszych (oraz wymagających wizy do UE) krajów. Ewentualnie panów, którzy w swoim konserwatywnym społeczeństwie nie mają za bardzo jak się pobawić, mimo, że bardzo by chcieli. Oczywiście nie dotyczy to tylko kobiet: np. Anglicy czy Amerykanie cieszą się wielkim zainteresowaniem łowczyń fortun i wiz z Ameryki Łacińskiej czy Filipin. Jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą ze strony facetów – z tego powodu, dla wygody, będę się trzymała rodzaju męskiego.

Co ja o mam z tym wszystkim wspólnego?

Kiedyś byłam w bardzo toksycznym związku mieszanym. Co prawda mój eks nie był wizowcem ani nie naciągnął mnie na kasę: był tylko zwykłym dupkiem, który chciał się zabawić z Europejką (podczas gdy żona/narzeczona czekała w domu). Trochę żałuję, że nie znałam wtedy żadnej grupy o związkach multi-kulti ani bloga, gdzie ktoś bardziej doświadczony wylałby mi wspomniane wyżej wiadro zimnej wody na głowę. Może nie zmarnowałabym sobie czterech lat życia.

Dlatego mam nadzieję, że ten artykuł uchroni chociaż jedną osobę przez zmarnowaniem czasu (w wersji optymistycznej) lub paru innych rzeczy (w wersji pesymistycznej)

Poniżej znajdziecie listę sygnałów alarmowych, które mogą (ale nie muszą) wskazywać na to, że amant z importu nie ma do końca czystych intencji. Naturalnie ta lista ani nie jest w 100% kompletna*, ani nie daje gwarancji, że masz do czynienia z oszustem. To są wyłącznie subiektywnie wybrane sygnały alarmowe.

*jeśli macie pomysły na to, co można by tu dołączyć: piszcie w komentarzach. Im więcej takich sygnałów tym lepiej.
Uwaga! Może być tak, że twój adorator prezentuje jedno lub kilka poniższych zachowań, a jest całkowicie szczery i uczciwy. Ale może też być inaczej. Szczerość i uczciwość obroni się sama, a ty wyświadczysz sobie przysługę, jeśli przemyślisz i zweryfikujesz motywy swojego habisia zanim zdecydujesz się na jakieś poważne kroki.

Więc jedziemy

Niektóre z poniższych punktów będą uniwersalne dla różnych typów oszustów, inne specyficzne dla wizowca, naciągacza na kasę albo dupka, który chce się zabawić z Europejką – mam nadzieję, że będzie to oczywiste.

  • Wiadomość na mediach społecznościowych mimo kompletnego braku wspólnych znajomych czy grup. Jeśli macie cokolwiek wspólnego, można zakładać, że natknął się na Twój profil w miarę „naturalnie” (np. spodobało mu się to, co napisałaś albo facebook mu zasugerował, że możecie być znajomymi). Ale jeśli nie, to raczej należy przyjąć, że nie trafił na ciebie przypadkiem. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zagadał tylko do ciebie?
  • Masa (banalnych) komplementów.
  • Szybkie wyznania uczuć, deklaracje miłości i wielkiej tęsknoty po krótkiej znajomości online.
  • Szybkie wyznania uczuć względem twoich dzieci (o ile je masz) i deklarowanie chęci bycia im ojcem. Zwłaszcza jeśli te dzieci są nastolatkami, a sam amant: niewiele starszy od nich.

Powyższe punkty nie wymagają chyba tłumaczenia. Miłość to nie jest coś co przychodzi po kilku dniach pogawędek czy to online czy na plaży. Zauroczenie – może. Zakochanie – ewentualnie. Ale nie miłość. Natomiast – nie ma co ukrywać – takie słodkie słówka najwyraźniej są bardzo skuteczne w podbijaniu kobiecego serca.

  • Jego miłość tak wielka, ze on chce – wręcz musi – być z tobą teraz-już-natychmiast. Poza tym, co już pisałam na temat gwałtownych napadów miłości, ludzie którzy traktują się poważnie, zazwyczaj rozumieją, że zbudowanie związku wymaga czasu, a ewentualne życiowe rewolucje, przeprowadzki i śluby: tym bardziej. Tak samo jeśli mowa o byciu ze sobą w kontekście intymnym. Oszuści lubią kuć żelazo póki gorące i pomimo gorących wyznań tak naprawdę gdzieś mają uczucia swojej ofiary.
  • Oczywiście w grę wchodzi tylko bycie razem w Europie. Jest bardzo niechętny rozmowom o byciu razem u niego w kraju, narzeka na niego często.
    Plot twist: jeśli masz dzieci, albo jakiś inny powód, który mocno trzyma cię w kraju, może się zdarzyć oszust blefujący, który spokojnie będzie deklarował, że marzy o życiu z tobą w swoim kraju – przecież dobrze wie, że nigdy się na to nie zdecydujesz.
  • Nacisk na szybki ślub/seks/wysyłanie erotycznych zdjęć, szantaże emocjonalne („jeśli ci na mnie zależy to…”). Jak mówiłam: lepiej kuć żelazo póki gorące zanim ofiara się zorientuje, że coś jest nie tak. Z resztą – w przypadku kwestii intymnych – po co czekać? Wiadomo, że Europejki są puszczalskie i ciągle uprawiają seks z różnymi facetami.
  • Mówienie tego co chcesz usłyszeć – nie jest to łatwe do zauważenia, zwłaszcza jeśli od początku otwarcie wyrażasz swoje przekonania. Ale jeśli zaobserwujesz sytuację w której on mówi jedno (np. kobieta powinna gotować mężowi), ty się z tym nie zgadzasz, a on po chwili powtarza mniej-więcej to samo, co powiedziałaś, tłumacząc poprzednią wypowiedź w jakiś pokrętny sposób – być może właśnie nawija ci makaron na uszy.
  • Wszelkie nieścisłości i sprzeczności w tym co mówi – to może wskazywać na to, że gubi się w kłamstwach albo prowadzi wiele podobnych konwersacji równolegle.
    Ten punkt w ogóle jest niesamowicie ważny nie tylko jeśli chodzi o identyfikację wizowca/oszusta. W standardowej sytuacji, kiedy związek rozwija się w realu a nie w internecie, masz liczne możliwości weryfikowania tego, co mówi ci facet i konfrontacji jego słów z rzeczywistością. Wystarczy obserwować jego zachowania. Mówi, że jest świetnie zorganizowany i nigdy się nie spóźnia, a ty wiecznie na niego czekasz? Cóż, czyny mówią więcej niż słowa.
    W przypadku związków rozwijających się w sieci, możliwości są znacznie bardziej ograniczone, dlatego tym ważniejsze jest zwracanie uwagi na wszystko co się nie zgadza.
  • Słaby angielski czy jakikolwiek język w którym się porozumiewacie (jak można w ogóle kogoś dobrze poznać nie mając wspólnego języka?) albo gwałtowne zmiany w językowym poziomie wypowiedzi. Na przykład kiedyś zagadywał mnie pan, który czasami pisał dość prostym językiem z licznymi błędami gramatycznymi, a czasami wypowiadał się pełnymi, złożonymi zdaniami, w bardzo formalnym stylu, używając trudnych słów, których chyba do końca nie rozumiał. Sądzę, że jest duża szansa, że nie prowadził tej rozmowy sam. Ewentualnie jego znajomość angielskiego była na tyle słaba, że bardzo dużo korzystał z translatora – co samo w sobie nie jest złe, ale jak możesz ufać w to co ktoś mówi, jeśli nie wiesz czy sam rozumie co napisał?
  • Zachwyt nad twoją urodą, nawet jeśli on ma 25 lat i wygląda jak Adonis, a Ty masz lat 50, 20 letniego syna i sporą nadwagę – nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że kobieta nie ma prawa czy szansy na szczęście ze względu na wiek, posiadanie dzieci czy nadprogramowe kilogramy itd. Jak najbardziej ma i jak najbardziej może znaleźć miłość. Ale czy potraktowałabyś poważnie wielkie, gwałtowne uczucie (i chęć bycia ojczymem dla wspomnianego 20-letniego syna) w przypadku Krzyśka lat 25 poznanego w warzywniaku?
  • Przerzucanie odpowiedzialności za ogarnięcie papierów związanych z wizą na ciebie: pozwala ci dzwonić do urzędów i ambasad, spędzać godziny poszukując informacji w sieci, zamiast zająć się tym samemu – nie mówiąc nawet o podjęciu próby dostania się do Europy bez zaproszenia od ciebie lub wcześniejszego ślubu.
  • Błyskawiczne przedstawianie rodzinie przez skajpa czy inny komunikator i natychmiastowy entuzjazm tejże.
  • Unikanie przedstawienia rodzinie i zaproszenia do domu rodzinnego, jeśli pofatygowałaś się odwiedzić go w jego kraju (pomimo deklaracji poważnych zamiarów względem ciebie i planów na pobranie się).

Tak, zdaję sobie sprawę, że dwa ostatnie punkty stoją w lekkiej sprzeczności, niemniej znane są sytuacje, w których cała rodzina bierze udział w planie wysłania syna, brata, ba! czasem nawet męża do Europy. Z drugiej strony jeśli facet kompletnie unika poznania cię z rodziną, jednocześnie deklarując poważne zamiary, czy chęć ożenku – coś tu może być nie tak. Być możne na przykład ma już żonę. Albo wie, że jego rodzina nie zaakceptuje tego związku. Albo nie traktuje tej znajomości poważnie.

  • Niemożność znalezienia i/lub utrzymania pracy. Ewentualnie niechęć – rozmawiałam kiedyś z panem, który wprost powiedział, że nie chce mu się pracować, bo jest gorąco i woli spędzać czas z przyjaciółmi na plaży.
  • Jednocześnie z powyższym brak wykształcenia, a także brak zauważalnych chęci aby dokształcać się i zdobywać doświadczenie, imać się różnych choćby dorywczych prac. Pan chętnie natomiast spędza czas w kawiarniach z kolegami. Ma ambicje, ale tylko w gębie. Tak, być może w jego kraju naprawdę jest ciężko z pracą. I tak, przecież to nie jest jego wina, że nie jest wykształcony, może rodziny nie było stać na to żeby się uczył – ale pracowitym i starającym się można być w każdych warunkach. W naszych realiach bez problemu odróżnisz obiboka od wartościowego faceta, warto tej samej miary użyć do oceny egzotycznego absztyfikanta.
  • Ciągłe narzekanie na trudną sytuację, na to że go wykorzystują albo go nie doceniają.
  • Nagła utrata pracy/wyrzucenie ze studiów (w obu przypadkach nie z jego winy).
  • Ciężka choroba jego lub członka rodziny – oczywiście wymagająca kosztownego leczenia.
  • Inne finansowe obciążenia jak opieka nad młodszym rodzeństwem, ślub siostry, studia brata itd. Naturalnie wszystkie stawiające go w dobrym świetle jako troskliwego, opiekuńczego faceta.
  • Kiedy decydujesz się przyjechać poznać go osobiście, bez żadnego problemu obciąża Cię kosztami biletów, hotelu (w którym będziecie przecież spędzać czas wspólnie) i wszelkich rozrywek. Żeby było jasne – jestem chyba ostatnią osobą, która uważa, że facet powinien płacić za randkę, podróż czy cokolwiek. Ponadto uważam, że jadąc po raz pierwszy poznać jednak w pewnym sensie obcego faceta, lepiej nie wytwarzać sytuacji zależności finansowej i poczucia zobowiązania.
    Natomiast (przepraszam za uogólnienie) większość mężczyzn z krajów arabskich uważa za swoją powinność płacenie za kobietę, a za dyshonor: branie od niej pieniędzy. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, jeśli z jego strony nie pada nawet najlżejsza sugestia przejęcia na siebie choćby części kosztów, czy  zatrzymania się u jego rodziny.
  • Zniknie z radaru na wiele godzin czy dni (zależy od dynamiki waszych dotychczasowych relacji) bez kontaktu, niechęć do tłumaczenia, gdzie był i co robił w tym czasie. plus, wymówki lub agresja gdy o to pytasz.
  • Ciągłe gadanie przez telefon w twojej obecności, oczywiście w języku, którego nie rozumiesz. Może po prostu gada ze znajomymi, ale można by zakładać, że jeśli macie dla siebie mało czasu w realu, będzie chciał skupić się na tobie, a nie na kolegach, prawda? No chyba, że nie traktuje waszej relacji poważnie. Albo nie gada z kolegami.
  • Chowanie i/lub blokowanie telefonu bądź konkretnych aplikacji, ukrywanie się podczas przeglądania maila, komunikatorów, czy mediów społecznościowych, kasowanie wiadomości z czatów. Jestem jak najbardziej zwolenniczką prawa do prywatności w związku. Nie przeglądam telefonu męża i sama oczekuję tego samego. Ale jednocześnie znamy swoje hasła i piny, a telefony i laptopy w naszym domu leżą ogólnie dostępne. Szacunek do prywatności to jedno, ale hasłowanie i ukrywanie telefonu świadczy albo o totalnym braku zaufania albo o tym, że ktoś ma nieco do ukrycia.
  • Ukrywanie waszego związku przed znajomymi.
  • Rozmawianie ze znajomymi w twojej obecności w języku, którego nie rozumiesz i niepodejmowanie prób tłumaczenia – oczywiście możliwie jest, że jego koledzy po prostu nie mówią po angielsku, ale w takiej sytuacji należy oczekiwać prób pośredniczenia w rozmowie. No chyba, że z jakiegoś powodu nie chce żebyś mogła się porozumieć z jego towarzystwem ani żebyś wiedziała o czym mowa.
    Jeszcze gorzej, jeśli wygląda na to, że mogą się z ciebie śmiać.
  • Bycie amerykańskim żołnierzem w Iraku/Syrii/Afganistanie/gdziekolwiek. Serio, to jest gwarancja oszustwa, amerykańscy żołnierze na misjach nie zagadują kobiet na instagramie.
  • Naciskanie na przeniesienie rozmowy na WhatssApp/Hangout ze względu na hackowane konto/ „security reasons” (czy też z jakiegokolwiek innego powodu). Tak naprawdę jestem przekonana, że chodzi tu o blokowane kont na których są kradzione zdjęcia przez Instagram. A wyobraźcie sobie jakie upierdliwe musi być zakładanie co kilka dni nowego profilu i odnajdowanie za każdym razem wszystkich kobiet, które akurat się rozpracowywało, nie?

Nazwisko a normy społeczne

Może cześć z was nie wie, że w krajach muzułmańskich (a przynajmniej tych z okolic basenu Morza Śródziemnego – nie wiem jak np. w Indonezji – kobieta nie zmienia nazwiska po ślubie (facet z resztą też). W islamie ważne jest zachowanie jasności w kwestii linii krwi, dlatego nawet adoptowane dzieci nie zmieniają nazwiska. Podobnie nikt nie zmienia nazwiska w Hiszpanii (i chyba krajach Ameryki Łacińskiej): tam ma się po dwa nazwiska – po każdym z rodziców (chociaż nie mam pojęcia jak to działa, skoro każde z rodziców też ma dwa). We Włoszech również nikt nazwiska nie zmienia*. Natomiast w Polsce (między innymi), jak zapewne wszyscy wiecie, wychodząc za mąż kobieta przyjmuje nazwisko męża. Jest to – w mojej skromnej opinii – tradycja zakorzeniona mocno w patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta była przekazywana spod opieki (władzy) ojca pod opiekę (władzę) męża, a nazwisko w pewnym sensie wskazywało na jej przynależność.
Jak może zdołaliście się zorientować, nie jestem wielką fanką tradycji dla samej tradycji („tradition – peer pressure from dead people” hehehe), jednak, kiedy musieliśmy z Szalonym Naukowcem zdecydować w temacie naszych przyszłych nazwisk, doszłam do wniosku, że podoba mi się idea posiadanie jednego, wspólnego. Widzę to jako symbol tego, że tworzymy teraz rodzinę, drużynę i że przynależymy do siebie. Z drugiej strony: pod czyim banerem to się odbędzie, nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jako, że zawsze byłam przywiązana do swojego (panieńskiego) nazwiska, naturalnie zaproponowałam jeszcze-wtedy-nie-mężowi, żeby je przejął -na co on chętnie by przystał – gdyby nie to, że w Maroku nie ma prawnej możliwości zmiany nazwiska, z powodów, które podałam wyżej. I tak oto dorobiłam się nazwiska podwójnego.

A teraz do rzeczy.
Jako dziecko social mediów, niedługo po tym jak się zaręczyliśmy, zapisałam się do dużej, popularnej grupy facebookowej o tematyce ślubno-weselnej. I na tej grupie wspomniałam, o pomyśle przyjęcia przez (jeszcze wtedy) przyszłego małżonka mojego nazwiska. Mało mnie tam kobiety nie zjadły żywcem. Padały argument o męskości, o kastrowaniu faceta, o demonstrowaniu na siłę swojej niezależności oraz o leczeniu kompleksów (moich rzecz jasna).
I tak sobie myślę: jakie to smutne, że kompletnie arbitralne normy kulturowe wsiąkają w ludzi tak głęboko. Pełno wszędzie zasad typu „kobieta powinna to i to”, „prawdziwy mężczyzna powinien być taki i taki”, jakby jakieś zachowania czy postawy były atrybutami danej płci niczym genitalia (które swoją drogą także niekoniecznie są). No wiecie: kobieta ma biust, waginę i zmienia nazwisko, a facet ma penisa, owłosienie na klatce piersiowej i nie płacze. A najgorsze, że zaczyna się to już od urodzenia: róż, księżniczki i „jestem śliczna” dla dziewczynki, niebieski, superbohaterowie i „jestem odważny” dla chłopca. Ostatnio widziałam gdzieś w internecie atak na kobietę, która zdecydowała się wykorzystać ciuszki po starszym dziecku siostry, dla swojego – odmiennej płci. Wyobrażacie sobie? Nie mówiąc już nawet o podziale zabawkach na te przeznaczone dla chłopców i dla dziewczynek.
Dopóki takie normy dotyczą rzeczy w sumie nieistotnych jak to, kto przejmuje czyje nazwisko, albo jaki kolor bodziaka zakładamy noworodkowi – nie jest jeszcze tak źle. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy uczymy dzieci, że dziewczynka ma być ładna, skromna i spolegliwa, a chłopiec silny, twardy i przebojowy. W ten sposób tworzymy kobiety, które boją się walczyć o swoje i mówić nie oraz mężczyzn, którzy popełniają samobójstwa wielokrotnie częściej niż kobiety, bo nie umieją sobie radzić z emocjami (tak, wiem, upraszczam).
A co z normami, które wymagają od kobiet zajmowania się domem i dziećmi, a od mężczyzny utrzymania tegoż domu; które wymagają od kobiet zakrywania ciała (żeby nie prowokowało), nie pozwalają im samodzielnie podróżować; które nakazują poślubić wybraną przez rodzinę (często obcą) osobę, stawiać wolę rodziców ponad własną; normami, które nakazują lub zakazują jedzenia konkretnych produktów albo narzucają picie alkoholu; albo normami, które wymagają okaleczania genitaliów dziewczynkom?
Nie wszystkie normy społeczne i uwarunkowania kulturowe są z gruntu złe. Wiele z nich natomiast ogranicza ludzi i narzuca im wzorce postępowania, które wcale nie są dla nich dobre. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma rozum, który pozwala na krytyczną analizę i świadome odrzucenie (bądź przyjęcie) zasad, które narzuca nam społeczeństwo. Warto z tego korzystać.
Dlatego następnym razem zrobisz coś „bo tak się robi”, zrezygnujesz z czegoś „bo kobiecie/mężczyźnie nie wypada”, albo osądzisz kogoś w internecie „bo powinno być inaczej” – pomyśl.
* A jak jest z nazwiskami w innych krajach, których tradycje znacie?
Nie wiem, skąd pochodzi ta ilustracja, ja pierwszy raz widziałam ją na Blog Ojciec​ choć nieco przerobiłam ją na potrzeby tego wpisu
Image may contain: text

Czy warto mieć gdzieś krytykę?

Ostatnio bardzo często obserwuję wśród ludzi postawę typu to moje życie i mam gdzieś, co inni myślą. Niby jest to fajna, wyzwalająca postawa, która pozwala zdystansować się od krępujących, bezsensownych norm społecznych i najróżniejszych „co ludzie powiedzą”. I to jest bardzo spoko, gdyż wiele z nich tak naprawdę nie daje jednostce niczego poza ograniczeniami.
Ta postawa zazwyczaj pociąga za sobą także stwierdzenia takie jak nie obchodzi mnie krytyka innych i ludzie krytykują, bo leczą swoje kompleksy. Wiele osób na pewno się zgodzi zwłaszcza z tym ostatnim stwierdzeniem. I w pewnym sensie to prawda, wypowiadanie negatywnych opinii na temat czyjegoś wyglądu czy poziomu inteligencji, często jest podyktowane kompleksami i niską samooceną.
Tylko czy to jest krytyka?
W potocznej polszczyźnie słowo „krytyka” i „krytykować” są używane w dwóch różnych znaczeniach, na które tak naprawdę mamy dwa różne terminy:
Krytyka (łac. criticus – osądzający) – analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia. /za wikipedią/
Krytykanctwo «niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania» /za SJP/
Także potoczne „krytykowanie kogoś” („ona mnie ciągle krytykuje”), niekoniecznie jest krytyką, a często krytykanctwem, które – pewnie wszyscy się zgodzimy – nie jest niczym dobrym.

A co z krytyką?
Człowiek przez całe swoje życie się zmienia. Nauka nowych rzeczy, naprawianie błędów, wychodzenie z nałogów i traum, zmienianie (nomen omen) sposobów funkcjonowania czy zachowania – to wszystko są zmiany. Zmiany są niezbędne, bez nich nie można mówić o rozwoju, dojrzewaniu, pracy nad sobą, postępach ani leczeniu czy terapii. Każdy z nas (mam nadzieję) chce się stawać lepszym człowiekiem – jakkolwiek by tego nie definiował – co jest przecież procesem nieustającej zmiany.
Czasami jest to prostu naturalne i przychodzi niejako „samo”, jak nauka chodzenia. Ale często wymaga świadomego, skoncentrowanego wysiłku. A jaki jest pierwszy krok do takiej intencjonalnej zmiany? Otóż: uświadomienie sobie, że jest ona potrzebna – co nie jest wcale takie proste.
Dlaczego o tym piszę w tym momencie? Dlatego, że tu właśnie pojawia się rola krytyki.
Bardzo często druga osoba, patrząca z zewnątrz widzi rzeczy, których sami w sobie nie dostrzegamy. Począwszy od sałaty między zębami, przez spodnie pogrubiające w tyłku, po zachowania, reakcje i wybory życiowe. Często działamy lub reagujemy w sposób, który z naszego punktu widzenia jest jak najbardziej uzasadniony i adekwatny do sytuacji, podczas gdy zewnętrzny obserwator ma zupełnie inne refleksje. Nierzadko druga osoba zauważa związki, połączenia, wzory zachowań, których w ogóle nie jesteśmy świadomi.
Osoba nadużywająca alkoholu; facet, który źle traktuje partnerkę; kobieta wykorzystywana przez ukochanego; dziewczyna, która ciągle przyciąga nieodpowiednich mężczyzn i nie wie dlaczego; ktoś komu ciągle nie udaje się dostać awansu – to przykłady sytuacji, w których może być ciężko dostrzec samemu istotę problemu. Zwłaszcza, że obraz własnej osoby bardzo zakłócają nam mechanizmy obronne, których (w uproszczeniu) rolą jest zapewnianie nam względnie dobrego samopoczucia psychicznego. Dlatego 5 piw dziennie w oczach tego, kto je pije to tylko „relaks do którego każdy ma prawo po ciężkim dniu w pracy”, a nie problem alkoholowy – czym zapewne jest dla otoczenia. Wyzywanie żony od idiotek to tylko reakcja na jej głupie (a jakże) zachowania, których nikt normalny by nie zniósł – a nie przemoc psychiczna. Nieodpowiedni faceci po prostu pojawiają się sami, zupełnie bez związku z lateksową mini i gorsetem w cętki prezentowanymi co piątek w klubie razem z 15cm szpilkami, wyzywającym makijażem i piciem bez kontroli. Brak awansu to skutek układu i faworyzowania innych osób, a nie godzinnych przerw na kawkę, spóźnień, czy braku zaangażowania.
W każdym z tych przypadków zapewne był w otoczeniu ktoś, kto – w przeciwieństwie do samego zainteresowanego – doskonale widział, co i/ lub dlaczego się dzieje. Z dystansu po prostu widać często lepiej.
Dlatego dobrze być otwartym na konstruktywną krytykę. Jeśli mamy w swoim otoczeniu osoby, których opinię i rozsądek cenimy, a dobrej woli ufamy, nie zaszkodzi posłuchać co mają do powiedzenia i przemyśleć ich uwagi w momencie (bolesnej) autorefleksji. Nie jest to proste, bo komunikaty tego typu w sposób naturalny budzą opór. Warto jednak odłożyć go na chwilę na półkę i zastanowić się, czy może jednak jest coś co w nas nie gra oczywistego dla wszystkich dookoła?

(Nie)docenianie

Dwa dni temu wpadł mi w oko komentarz dość popularnego blogera wyjaśniający dlaczegóż to związki ludziom nie wychodzą. Ogólnie był to całkiem sensowny pod wieloma względami tekst (jeśli chcecie, mogę wrzucić linka do posta, pod którym go znajdziecie), ale między tymi trafnymi analizami pojawiło się takie oto stwierdzenie:
ludzie w związkach zwracają uwagę głównie na złe rzeczy i bardzo trudno jest to stłumić. Bo po pewnym czasie przyjmuje się, że normalnym jest, że ktoś upierze, ugotuje, załatwi lekarza dla dzieci, pójdzie do tego lekarza etc. To jest normalne. To jest standard. Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy ten standard zostanie naruszony. I wtedy jest darcie ryja. Czyli nie doceniamy kogoś za robienie dobrych rzeczy, bo przyjmujemy to za naturalne, a opierdalamy za najdrobniejsza pomyłkę.
Jestem jak najbardziej za cieszeniem się z drobiazgów i docenianiem małych rzeczy, zwłaszcza, że ewolucja sprawiła, że bardziej zauważamy i zapamiętujemy te złe.
No ale bez przesady.
Myślałam o tym z perspektywy ostatniego wpisu o obowiązkach domowych i doszłam do wniosku, że dla mnie tak naprawdę mycie garów, czyszczenie kibla i wyrzucanie śmieci (a także prowadzenie dzieci do lekarza – o ile ktoś je ma), to jest standard. Zajmowanie się własnym domem albo dziećmi to jest absolutnie podstawowy standard i naprawdę nie widzę tu pola do doceniania kogokolwiek.
Czy oczekujemy doceniania za to, że nie spóźniliśmy się do pracy, zapłaciliśmy rachunek za telefon albo wysłaliśmy PIT? Nie. Bo to są nasze obowiązki. Wypełnienie ich to (sorry za powtórzenia) standard, a niedociągnięcia grożą nieprzyjemnymi konsekwencjami (naganą, niższą oceną roczną, karą pieniężną itp.). Dlaczego z obowiązkami domowymi miałoby być inaczej?
I nie mówię tu, że należy „drzeć ryja” za każdym razem, kiedy partner nie umyje garów. Każdy ma prawo do słabszego dnia, wyrozumiałość to fajna cecha, którą warto w sobie rozwijać, a związek polega też na tym, żeby wspierać się w takich momentach i albo po prostu olać te gary, albo – jeśli się z jakiegoś powodu nie da – ogarnąć je za partnera.
Nie mówię też, że nie należy doceniać partnera – doceniajmy jak najbardziej. Doceniajmy cechy, które sprawiły, że to właśnie z tą osobą jesteśmy. Ja na przykład doceniam swojego za system wartości, dzięki któremu ten nasz podział obowiązków domowych jest możliwy i funkcjonuje. Doceniam go za charakter: to, że jest odpowiedzialny i obowiązkowy, dzięki czemu nie muszę w ogóle myśleć o jego części obowiązków, bo wiem, że wszystko będzie ogarnięte (i vice versa). Doceniam też wszystkie rzeczy „ekstra” (ponad standard): śniadanie do łóżka, ulubioną czekoladę kupioną przy okazji robienia zakupów na obiad, nadłożenie drogi, żeby odebrać moją paczkę, bo ja musiałam dłużej zostać w pracy. Ale czy muszę wychwalać go pod niebosa, bo odkurzył?
Jak myślicie? Jestem wredną zołzą o wygórowanych wymaganiach, czy też nie?

Za co Wy doceniacie swoje drugie połówki?

Mąż nie pomaga mi w domu

Od czasu do czasu napotykam w internecie na pytanie „czy mężowie pomagają wam w domu”. I za każdym razem odpowiadam: nie, mój mąż nie pomaga mi w domu. Obowiązki wynikające ze wspólnego prowadzenia naszego wspólnego domu dzielimy równo pomiędzy siebie. A część delegujemy.
Bardzo nie lubię tego określenia: „facet pomaga w domu” – sugeruje ono, że dom to z definicji odpowiedzialność kobiety, a mężczyzna może (jeśli ma taki kaprys) ewentualnie ruszyć palcem, żeby jej „pomóc”. Moim zdaniem, nasz dom to odpowiedzialność nas obojga – chyba, że umówimy się inaczej (jedno pracuje, drugie zajmuje się domem – chociaż zdecydowanie nie jestem fanką tego typu rozwiązań na dłuższą metę). Myślę, że nie zdecydowałabym się na relację z mężczyzną, który ma tzw tradycyjne podejście.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem, kiedy podjęliśmy decyzję o wspólnym mieszkaniu, było omówienie naszego podejścia do domowych obowiązków. Potem spisaliśmy je wszystkie na kartce, wraz z częstotliwością i podzieliliśmy sprawiedliwie pomiędzy nas dwoje. Nie jest tak, że wszystko działało bez zarzutu od pierwszego dnia. Sporo czasu się docieraliśmy, wiele razy spieraliśmy o sposób wykonania danych zadań. To chyba normalne, w końcu, każdy człowiek ma jakiś tam swój zbiór wyobrażeń, jak różne rzeczy powinny funkcjonować – co niekoniecznie (a w zasadzie prawie nigdy) pokrywa się z wizją drugiej osoby. Ale mimo dość długiego docierania się, podstawowy podział od samego początku był jasno zdefiniowany i respektowany.
Przeraża mnie jak wiele kobiet jest zaskoczonych takimi rzeczami jak brak zaangażowania męża w obowiązki domowe, czy opiekę nad dzieckiem. Męża – nie nowego chłopaka – człowieka, za którego zdecydowały się wyjść. Aż ciężko uwierzyć, jak wiele osób podejmuje decyzje o takiej wadze kompletnie nie omawiając z partnerem istotnych kwestii. Kiedyś myślałam, że nie jest to zjawisko aż tak częste, ale po prostu widoczne w tych częściach internetu, w których się obracam. A potem przeczytałam to:
Ludzie bardzo często wybierają święty spokój. Uważają że jak zdecydują się na udawanie, że czegoś nie ma, to ten święty spokój osiągną. O najważniejszych sprawach nie rozmawiają latami: o kwestiach systemu wartości, wyborów życiowych, sposobu wychowania dzieci, czy relacji z rodzicami [Danuta Golec w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim w ramach książki „Kochaj wystarczająco dobrze” – polecam].
Taka postawa kompletnie nie mieści mi się w głowie. Jak można w ogóle zdecydować się na spędzenie reszty życia z człowiekiem, którego systemu wartości i światopoglądu nie znamy? Jak można nie omówić takich rzeczy jak preferowany model rodziny, nasze w niej role, wychowanie dzieci, relacje z dalszą rodziną, styl życia, zarządzanie budżetem i wiele, wiele innych? Jak w takiej sytuacji można w ogóle czuć, że zna się drugą osobę? Kiedyś na jednej z grup padło pytanie o poglądy społeczno-ekonomiczne partnerów. Większość odpowiedzi brzmiała „nie rozmawiamy o polityce”, a ja przez kilka dni byłam w szoku, jak można nie wiedzieć, jakie poglądy ma nasz życiowy partner?
Co ciekawe, prawie za każdym razem, gdy w jakiejś internetowej dyskusji napiszę, że takie rzeczy trzeba omawiać przed ślubem (bądź też decyzją o wspólnym spędzeniu reszty życia), pojawia się odpowiedź w rodzaju „to tylko teoria”, „to tylko gadanie, życie i tak pokaże” albo wręcz „po co gadać, i tak powie ci to, co chcesz usłyszeć”. Tak – życie weryfikuje wszystko. Tak – czyny są ważniejsze niż słowa, to nie ulega wątpliwości.
Ale to nijak nie znaczy, że można po prostu NIE ROZMAWIAĆ. Przecież od rozmowy wszystko się zaczyna. Po co miałabym marnować czas na „życie pokaże” jeśli już w rozmowie wychodzi, że facet uważa, że – trzymając się przykładu z początku tekstu – obowiązki domowe to domena kobiety? Z rozmowy naprawdę dużo można się dowiedzieć: nie chodzi przecież o wymianę zdań typu: „jak się pobierzemy to będziesz sprzątał?” „oczywiście kochanie” „świetnie, to weźmy ślub”, ale o poznawanie siebie nawzajem przez dyskusje. Liczne dyskusje na wiele tematów. Kłamstwo w jednej najprawdopodobniej wyjdzie na jaw w jakiejś innej. A skoro mowa o kłamstwie: czy ktokolwiek rozważa decyzję o wspólnej przyszłości i ślubie z osobą, której słowom nie ufa („powie ci co chcesz usłyszeć”)? Wydaje mi się, że zastanawiając się nad takim krokiem, przynajmniej mamy pewność, że partner jest z nami szczery.
Oczywiście, nawet najszczersze intencje czasem rozjeżdżają się z rzeczywistością, dlatego warto nie tylko omówić różne rzeczy, ale przetestować je w praktyce (mieszkanie razem przed ślubem jest nie do przecenienia!). Ale gdy już się rozjadą, można powiedzieć „nie tak się umawialiśmy” i wyegzekwować uzgodniony wcześniej układ.
A jeśli wszystkie rozmowy jasno pokazują, że bardzo się różnimy pod względem ważnych wartości (co się przecież często zdarza, zwłaszcza w związkach mieszanych)- przynajmniej dają szansę podjąć świadomą decyzję co do następnych kroków i przyszłości związku.

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 2.

Wiecie co? Moje Wielkie Marokańskie Wesele (MWMW) mnie zaczęło trochę przerastać. Gdzieś mniej więcej pomiędzy momentem, kiedy dowiedziałam się, że jeszcze potrzebujemy czwartego stroju (a do każdego z nich muszę też mieć inną parę butów), a momentem, kiedy odkryłam, że teściowa mnie wysyła do fryzjera, który najprawdopodobniej zrobi mi doczepy, bo moje własne, krótkie włosy, nie będą stanowiły wystarczającej bazy do tiary, którą mam mieć na głowie. Na makijaż z resztą także, mimo, że wspomniałam, że zamierzam pomalować się sama – chyba moje własne umiejętności w tym zakresie nie budzą jej zaufania.
Mam uczucie, że teściowa jakby próbowała mnie przerobić na Marokankę – przynajmniej na ten jeden dzień. Myślę sobie, że może powinnam to docenić być mniej niewdzięczna, bo wiele kobiet w związkach mieszanych w ogóle nie miało okazji poznać teściów albo nie zostały przez nich zaakceptowane na tyle, żeby organizować im wesela. Może powinnam założyć na twarz uśmiech numer pięć i otworzyć się entuzjastycznie na to nowe, jakby nie było: jedyne w swoim rodzaju doświadczenie? (Dlaczego, ach dlaczego, nie może to być ślub jednej z moich szwagierek?). Staram się.

Tylko, że jednocześnie do głowy ciśnie się pytanie „a gdzie w tym jestem ja?” Ja: z moimi krótkimi włosami, niechęcią do bycia w centrum uwagi, i do bycia noszoną, awersją do doczepów, mocnego makijażu, sukienek i tiar (poza Tiarą Przydziału, ale coś mi mówi, że nie o taką chodzi)?
Pewnie gdzieś w tym wszystkim jest jakiś złoty środek i mam nadzieję, że uda mi się go znaleźć.
Więc jeśli ktoś wie gdzie go szukać, niech przemówi teraz (albo zamilknie na wieki)

Związek (mieszany), a opinie innych

Przeczytałam historię kobiety, która popełniła samobójstwo po tym, jak odkryła, że jej dużo młodszy tunezyjski ukochany ma na boku drugą (a może pierwszą?) żonę: Tunezyjkę w swoim wieku. W jednym ze swoich ostatnich postów, obarcza go odpowiedzialnością za swoją śmierć i wspomina o tym, że przez niego straciła rodzinę i przyjaciół, którzy odradzali jej ten związek.

Śmierć zadana własną ręką to zawsze straszna tragedia. Większość z nas pewnie nawet nie wyobraża sobie cierpienia i poczucia samotności i desperacji, jakie musi odczuwać osoba decydująca się na taki krok. Jak bardzo brakowało jej wsparcia. 
Przez wszystkie te lata związku z Szalonym Naukowcem przeczytałam wiele dyskusji na temat
co zrobić jeśli rodzina/znajomi mają coś przeciwko naszemu związkowi?. I wiecie co? 90% komentarzy to rzeczy w stylu to moje życie, nie mam zamiaru się oglądać na opinie innych; odcięłam się od nich; to twój partner, jak komuś się nie podoba, pokaż mu drzwi itd. 
Szczerze mówiąc zawsze czułam się jakaś inna czytając takie komentarze. Może jestem niezwykłą szczęściarą (albo po prostu świetnie dobieram przyjaciół), bo nikt w moim otoczeniu nie miał nigdy zastrzeżeń do mojego męża. Mam wrażenie, że wszyscy go lubią (czasem może bardziej niż mnie), moi rodzice też bez problemu go zaakceptowali. Pewnie gdyby ktoś z moich znajomych miał problem z jego narodowością lub kolorem skóry – szybko przestałby być moim znajomym.
Ale nie potrafię sobie wyobrazić odcięcia się od WSZYSTKICH przyjaciół i całej rodziny. Nie potrafię sobie wyobrazić powiedzenia wszystkim pocałujcie się w nos, to moje życie i nic wam do tego, bez wzięcia pod uwagę ich argumentów i przynajmniej próby dogadania się, wyjaśnienia. Czasem wielu prób. Gdyby wszystkie bliskie mi osoby, których rozsądkowi i ocenie sytuacji ufam, twierdziły (używając racjonalnych argumentów), że mój egzotyczny absztyfikant wykorzystuje mnie dla wizy, lub po prostu źle traktuje – raczej nie potrafiłabym się ot tak po prostu od nich wszystkich odciąć.
Tak, miłość jest ważna i to może ten mężczyzna będzie twoją najbliższą rodziną przez resztę życia. Ale jesteśmy istotami społecznymi, a pozytywny wpływ sieci wsparcia społecznego na nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne) udowodniła cała masa badań. Potrzebujemy związków z różnymi ludźmi. Czy naprawdę warto tak łatwo ucinać wieloletnie relacje? 
Wierzę, że większość bliskich tak naprawdę często nieudolnie (bo nie wiedzą, bo kieruje nimi nieświadomy lęk, bo działają wszystkie możliwe błędy poznawcze i heurystyki – to temat na całkiem inny post), chce dla nas dobrze. I wierzę, że większość z nich, jak już oswoi się z nieznanym, pozna wybranka: pozbędzie się lęków i uprzedzeń oraz spojrzy obiektywnie. A jeśli jest on dobrym człowiekiem o dobrych intencjach, który nas dobrze traktuje: zaakceptuje go. Być może będą mieli wątpliwości, często bardzo stereotypowe (że przykuje cię do kaloryfera, że zamknie w domu, że każe zmienić wyznanie, odbierze dzieci i ubierze w burkę), czasem bardzo sensowne (że różnice kulturowe będą trudne do pokonania, że wyjedziesz z nim i nie będą cię już mieli blisko, że on cię oszukuje, że chce tylko wizy). Być może będzie trzeba spędzić sporo czasu słuchając, wyjaśniając, rozmawiając. Być może trzeba będzie po prostu przedstawić ich sobie i dać czasowi upłynąć. Ale wierzę, że warto przynajmniej dać im szansę. No i słuchać co mówią. Zwłaszcza, że osoba, która stoi z boku, potrafi spojrzeć z dystansem i zauważyć rzeczy, których my nie widzimy.
Oczywiście są sytuacje skrajne. Są ludzie tak przesiąknięci nienawiścią lub strachem, że jedyne na co ich stać to komentarze o zdradzie narodu, propozycje golenia głowy, teksty o dawaniu d..y „brudasowi”, stawianie ultimatum albo zakaz wprowadzania partnera do domu. Mam głęboką nadzieję, że z czasem takich postaw będzie mniej i mniej. Ale tak naprawdę taką retorykę bardzo łatwo odróżnić od racjonalnych argumentów, prawda?
Odcinajmy się więc od głupiego hejtu, ale poza tym dajmy naszym bliskim chociaż szansę, nie skreślajmy ich łatwo.
A piszę to wszystko, bo nie mogę przestać myśleć o tym, że może gdyby ta kobieta z pierwszego akapitu miała więcej wsparcia od bliskich, gdyby ich nie wyrzuciła ze swojego życia, nie doszłoby do tragedii?

Jak radzić sobie z różnicami w związku

Znacie moją teorię, że nic nie jest tak ważne dla udanego związku, jak dobre dopasowanie. Dopasowanie wcale jednak nie musi znaczyć podobieństwa. Ludzie różnią się pod bardzo wieloma względami i to jest super, bo gdybyśmy wszyscy byli tacy sami świat byłby okropnie nudny. Jednak różnorodność, która czyni świat fascynującym miejscem, niekoniecznie jest łatwa pod jednym dachem.
Różnice między ludźmi mogą mieć najróżniejszą naturę: od światopoglądowych przez osobowościowe po te związane z preferencjami, przyzwyczajeniami, gustem itp. Jedno jest katolikiem, drugie ateistą; jedno preferuje tradycyjny model rodziny, drugie: partnerski; ekstrawertyk i introwertyczka; pesymista z optymistką; jedno lubi co piątek imprezować, drugie: spędzać wolny czas na kanapie; jedno zmywa zaraz po gotowaniu, drugie zostawia gary na kilka godzin (lub dni). I tak dalej.
Różnice międzyludzkie są fajne, ciekawe, wartościowe i stymulujące, ale jeśli dwie osoby chcą dzielić życie, siłą rzeczy będzie dochodziło między nimi do konfliktów na ich tle. Niektóre z nich mogą być trudne lub niemożliwe do przeskoczenia (patrz: dobre dobranie się). Z innymi natomiast można sobie poradzić i jest na to parę strategii.

Wyobraźmy sobie Kasię i Krzyśka. Kasia i Krzysiek są ze sobą już dobrych kilka miesięcy i planują pierwszy wspólny wyjazd: na majowy długi weekend. Problem w tym, że mają bardzo różne wizje, jak ten wyjazd ma wyglądać. Krzysiek, jak przystało na ekstrawertyka, chciałby żeby pojechali – jak on co roku – z jego przyjaciółmi na Mazury, gdzie wynajmą razem domek, całymi dniami będą się kąpać w jeziorze, a wieczorami organizować ogniska i imprezy. Introwertycznej Kasi natomiast, na ich pierwszy wspólny wypad, marzy się romantyczny wyjazd we dwoje w góry. Mamy więc różnicę zdań i konflikt na jej tle. Jak można sobie z tym poradzić?
Moim zdaniem, to co charakteryzuje dobry sposób radzenia sobie z różnicami i konfliktami, to stopień zadowolenia obu zaangażowanych osób i stopień subiektywnie odczuwanej „sprawiedliwości” (który także rzutuje na satysfakcję). Uszeregowałam je wraz ze wrostem obu.
Strategia 1: walka. Kasia i Krzysiek mogą się pokłócić. On może jej wytknąć, że ona nigdy nie chce spotykać się z jego znajomymi, ona jemu – że on nigdy nie ma czasu tylko dla niej. I tak dalej – wszyscy możemy sobie wyobrazić dokąd taka wymiana zdań doprowadzi.
Strategia 2: unikanie. Kasia i Krzysiek, wiedząc, że mają różne opinie, ale nie chcąc się z tym zmierzyć, mogą unikać tematu. Najlepiej tak długo aż jedna z opcji stanie się niemożliwa. Albo obie.
Strategia 3: uleganie. Alternatywnie jedno z nich może też zrezygnować ze swoich preferencji na rzecz drugiego.
Tak naprawdę i unikanie i uleganie mogą czasami być dobrymi rozwiązaniami. Na dłuższą metę jednak obie te metody niosą ze sobą ryzyko: konflikty zepchnięte pod dywan w końcu mogą się wylać szerokim i niekontrolowanym strumieniem. A częste uleganie jednej osoby może doprowadzić do frustracji, poczucia niesprawiedliwości, „punktowania się” i rozliczania. Osoba, która cięgle ustępuje zazwyczaj po jakimś czasie zaczyna mieć pretensję do partnera zarówno o samo ustępowanie, jak i o brak docenienia go – bo jakoś tak już jest, że partner, który zazwyczaj stawia na swoim, łatwo przyzwyczaja sie do takiego stanu rzeczy i traktuje go jako coś oczywistego, wręcz należnego, zamiast zrekompensować poświęcenia przynajmniej dając wyraz wdzięczności i uznaniu. W poświęcającej się osobie narasta więc nie tylko frustracja związana z niespełnionymi oczekiwaniami i niezaspokojonymi potrzebami, ale dodatkowa typu „i po co ja to robię”, „niewdzięcznik jeden”.
Na szczęście są też bardziej konstruktywne sposoby:
Strategia 4: kompromis.
Kompromis to taka najbardziej oczywista rada, prawda? Ja trochę ustąpię, ty trochę ustąpisz, żadne z nas może nie będzie zadowolone w 100%, ale jakoś to będzie. Kasia i Krzysiek mogliby na przykład podzielić swój długi weekend na pół i spędzić każdą jego część inaczej (zapewne tracąc przy tym część czasu na przejazdy). Ewentualnie mogliby połączyć strategię 3 i 4 i dogadać się, że jedno ustąpi teraz, a drugie: za rok.
Kompromis to całkiem dobre rozwiązanie, a najlepiej sprawdza się w sytuacji, kiedy każdy rezygnuje z czegoś mało istotnego, a dostaje coś ważnego. Jak jednak określić co jest na ile dla kogo ważne i jak to porównać aby zapewnić pewien względny poziom poczucia „sprawiedliwości”?
I tu dochodzimy do ostatniej i jednocześnie mojej ulubionej opcji.
Strategia 5: współpraca.
Współpraca to taki trochę upgrade’owany kompromis. Chodzi w niej o to, żeby zminimalizować ustępowanie na rzecz wspólnie wypracowanego rozwiązania maksymalnie satysfakcjonującego obie strony. Nie jest to jednak takie proste: jeśli interesy/preferencje wydają się sprzeczne, trzeba się czasem nagimnastykować, aby osiągnąć rozwiązanie. Żeby do niego dojść, trzeba przebić się przez to co jest na powierzchni i otworzyć na poznanie i zrozumienie potrzeb drugiej osoby.
Kasia i Krzysiek nie mogą zatrzymać się na stwierdzeniu „on chce ze znajomymi na Mazury” i „ona chce we dwójkę w góry” – muszą oboje pójść dalej i zrozumieć jakie potrzeby stoją za tymi preferencjami. Dopiero, kiedy je poznają, będą w stanie wypracować rozwiązanie.
Na przykład mogą odkryć, że Krzyśkowi zależy na wyjeździe z przyjaciółmi – z którymi trzyma się od lat, a majowy wspólny wyjazd jest dla nich tradycją od czasu studiów – bo są oni dla niego jak rodzina. Z tatą nie ma kontaktu, a mama wiele lat temu wyszła za mąż i skupiła się na kolejnych młodszych dzieciach, i to własnie przyjaciele wspierali go we wszystkich ważnych i trudnych sytuacjach życiowych. Krzyśkowi bardzo zależy na tym, żeby lepiej poznali Kasię, bo czuje, że ich związek robi się poważny. Niestety jak dotąd nie było ku temu za wielu okazji. W sumie Krzysiek trochę się martwi, że Kasia nie lubi jego przyjaciół i dlatego unika spotkań z nimi, albo, że nie traktuje ich związku poważnie, skoro nie chce zbliżyć się z jego przyszywaną rodziną.
Kasia natomiast chciałaby spędzić trochę czasu sam na sam z ukochanym. Oboje dużo pracują, i nie mają go dla siebie za wiele. Kasia, jako osoba zdystansowana i powoli nawiązująca więź czuje, że potrzebuje takiego czasu tylko we dwoje. Spędzenie 5 dni w jednym domku z grupą obcych de facto ludzi i z zerową szansą na odseparowanie się od nich choćby na chwilę, trochę ją przeraża – podobnie jak duża zażyłość całej grupy. Sama nie ma tak bliskich przyjaciół i trochę zazdrości im tej relacji, a jednocześnie jest o nią zazdrosna, bo boi się, że przyjaciele okażą się dla Krzyśka ważniejsi niż ona. Natomiast góry, w których spędziła w dzieciństwie bardzo dużo szczęśliwych dni, to dla niej ważne miejscie, którym chciałaby sie podzielić z partnerem teraz, gdy ich związek robi się poważny.
Dopiero, kiedy już do tego wszystkiego dojdą, a byc może zejdą jeszcze głebiej, będą w stanie wypracować rozwiązanie które wyjdzie na przeciw wszystkim ważnym potrzebom. Na przykład mogą umówić się, że w maju pojadą na Mazury spędzić czas z przyjaciółmi Krzyśka, ale zamiast wynająć z nimi domek, zorganizują sobie oddzielne lokum w okolicy, dzieki czemu Kasia będzie miała przestrzeń na zregenerowanie sił psychicznych. Dodatkowo wygospodarują czas tylko dla siebie we dwoje, a Krzysiek – wiedząc już, co ją trapi – zadba o to, aby Kasia nie czuła się zepchnięta na bok w towarzystwie. Za to w czerwcu wezmą dodatkowe dwa dni wolnego i pojadą w góry.
To wszystko niezawsze jest proste. Czasami potrzeby, które tkwią u źródeł jakiś naszych preferencji są głęboko ukryte i sami nie do końca zdajemy sobie z nich sprawę. Czasem żeby do nich dojść trzeba naprawdę otworzyć się na drugą osobę, co zawsze jest trudne, bo takie odsłonięcie się czyni człowieka podatnym na zranienia i napawa go lękiem. Dlatego warto zadbać o dobrą komunikację w związku i o zbudowanie bezpiecznej przestrzeni na tego typu rozmowy.
Oczywiście nie każda różnica ma jakieś ukryte, głębokie korzenie. Czasami po prostu ona prasuje ręczniki i jest to dla niej oczywiste, bo w jej domu zawsze się tak robiło, a on nie prasuje i koniec. Ludzie mają całe mnóstwo takich „oczywistości”, z którymi idą przez życie wcale się nad nimi nie zastanawiając – dopóki nie zderzą się z „oczywistościami” drugiej osoby. Nie każde takie zderzenie wymaga grzebania sobie nawzajem w duszach, czasami aby wypracować wspólne rozwiązanie wystarczy wymienić się argumentami i racjonalnie je przeanalizować.
Ale nawet w sprawach prozaicznych, kompletnie pozbawionych drugiego dna warto dążyć do wspólnych rozwiązań zamiast walczyć albo unikać, prawda?

/Fot. unsplash

Image may contain: cloud and sky

Związek (mieszany) a rodzina

Na jakiejś grupie multi-kulti rozgorzała dyskusja dookoła tematu: czy wasi mężowie też ciągle wiszą na telefonie z rodziną? 

Mąż autorki pytania akurat rozmawia ze swoją z dużą intensywnością i częstotliwością, podczas gdy ona wolałaby aby poświęcał czas jej, albo takim rzeczom jak nauka języka i budowanie ich wspólnego życia. Posypały się odpowiedzi, ile czyj facet ma kontaktu z rodziną, ile mają go dziewczyny, które mieszkają za granicą, czy lepiej jak jest dużo czy mało i czy można komuś takie kontakty ograniczać.
I tak sobie myślę, że decydując się na stały związek (albo małżeństwo jeśli ktoś woli) z kimś, tworzymy z tą osobą nową rodzinę (tak, wiem, ktoś mnie zaraz poprawi, że aby mówić o zakładaniu rodziny, trzeba zrobić dziecko. Ja tak jednak tak nie uważam). Ta nowa rodzina powinna być przynajmniej tak samo ważna, jak rodzina urodzenia – a tak naprawdę to według mnie nawet ważniejsza. Uważam, że relacje z rodzicami czy rodzeństwem – chociaż ważne – powinny mieć pewne granice i być utrzymywane w taki sposób, aby nie oddziaływały negatywnie na inne aspekty życia (np związek, albo sytuację finansową). A jeśli partnerka czuje się samotna i zaniedbana to ten negatywny wpływ niewątpliwie ma miejsce.
No ale to tylko moja opinia. Wiem, że są na świecie osoby, dla których rodzina urodzenia na zawsze pozostanie najważniejsza (żona/mąż dziś jest, jutro nie ma, a matkę i ojca masz jednych). Mówi się, że jest to podejście szczególnie częste w pewnych kulturach, ale spotkałam się z nim także w Polsce. Nie zgadzam się, no ale każdy ma swój system wartości, prawda?
Problem pojawia się gdy w związku następuje konflikt systemów wartości. Jak to rozwiązać? Czyje podejście jest lepsze? Jedno tęskni za rodziną, drugie za wspólnie spędzonym czasem; dla jednego najważniejsi są rodzice, dla drugiego: małżonek i ewentualnie dzieci.
Jak rozsądzić kto ma rację? Nie da się.
Czy można ograniczać partnerowi kontakty z rodziną albo w ogóle kimkolwiek? No nie można.
Czy można się czuć odrzuconym jedząc samotnie kolejną kolację, czekając aż partner skończy rozmawiać? Można.
Mój eks miał w zwyczaju większość czasu wolnego od pracy wisieć na telefonie – nawet w okresie, kiedy ja do niego przyjeżdżałam w odwiedziny. Było mi bardzo przykro, czułam się nieważna i w sumie trochę lekceważona. Dlatego wiem, że taki stopień zaangażowania partnera w relacje rodzinne nie za bardzo mi pasuje. Jestem zadowolona, że mój Szanowny Małżonek rozmawia z rodziną średnio raz na tydzień – no i oczywiście spędza z nią większość czasu podczas wizyt w Maroku. Ja także nie gadam z rodzicami codziennie.
Dlatego powtórzę to po raz kolejny niczym mantrę: wszystko sprowadza się do dobrania sobie jak najlepiej pasującego elementu z puzzli naszego życia.
A jak jest u was? Pasujecie do siebie pod tym względem, czy nie za bardzo?

/fot. unsplash

Image may contain: plant and outdoor