Są tacy dla których kwarantanna jest ciężkim i stresującym przeżyciem. Są tacy, których życie właściwie się nie zmieniło. Są też tacy, którzy starają się spożytkować ten czas jak najlepiej – na przykład na ćwiczenia, rozwój osobisty czy odkrywanie w sobie nowych talentów (choćby do pieczenia chleba, jak pewna znana mi osoba).
Ja natomiast wykorzystuję okres kwarantanny do badań nad frapującym mnie przez poprzednie lata zagadnieniem: jak mój kot spędza dnie. Okazuje się, że w szalenie zróżnicowany sposób.
Autor: Jedno Oko Na Maroko
Różnice kulturowe
Różnice kulturowe w kontekście związków mieszanych to takie trochę słowo-wytrych i słowo-pułapka. Często służy (niesłusznie!) do usprawiedliwiania narzucania partnerowi stylu życia czy sposób funkcjonowania. Czasem nasi bliscy lubią się do niego odwoływać przestrzegając (już nie tak niesłusznie) przed związkiem z cudzoziemcem.
O co tak naprawdę z nimi chodzi? Czy słusznie kojarzymy je z różnymi (odległymi od siebie) krajami?
To że ludzie różnią się od siebie jest oczywiste. Różnimy się na poziomie cech charakteru, osobowości czy temperamentu, ale też w kwestii sposobów radzenia sobie z różnymi sytuacjami, przyzwyczajeń, idei, opinii, światopoglądu, wyznawanych wartości, gustu muzycznego czy kulinarnego, oglądanych filmów, zwyczajów dotyczących jedzenia, sprzątania, dekorowania domu itd. Które z tych różnic można można nazwać kulturowymi?
Kulturę możemy podzielić na „powierzchniową” na którą składają się takie rzeczy jak jedzenie, styl ubierania, muzyka czy literatura i na „głęboką” czyli takie rzeczy jak styl komunikacji, przekonania na temat religii, wychowania dzieci, ról kobiety i mężczyzny w społeczeństwie, stosunku do osób starszych, higieny, relacji ze zwierzętami i wielu wielu innych. Więcej na ilustracji na dole (znaleziona w internecie).
Porównajmy więc trzydziestolatkę z Warszawy z trzydziestolatką ze wsi na Śląsku czy z Podlasia. Czy będą jadły te same potrawy, prowadziły ten sam styl życia? Czy będą miały taki sam stosunek do religii, ról mężczyzny i kobiety, zarządzania finansami, relacji z rodzicami? Albo nawet: czy będą mówiły całkiem tym samym językiem?
Jak widać, nie trzeba różnej narodowości czy obywatelstwa żeby zaobserwować różnice kulturowe.
Co to wszystko oznacza dla związku?
Po pierwsze: z różnicami kulturowymi trzeba się liczyć zawsze, bo nie są one powiązane tylko z narodowością, ale także z regionem, a nawet konkretną rodziną pochodzenia.
Po drugie: co do zasady można się spodziewać większych różnic między osobami wychowanymi w różnych krajach, kręgach kulturowych i religiach ale nie jest to reguła. Mimo że to jak zostaliśmy wychowani nie zależy od nas – to co z tym wychowaniem robimy: jak najbardziej. Na przykład być może jest większe prawdopodobieństwo, że człowiek wychowany w konserwatywny, tradycyjny sposób będzie zwolennikiem tzw. tradycyjnego modelu rodziny, ale może zdarzyć się też tak, że wyrobi sobie zupełnie inny pogląd na jego temat.
Mam wrażenie, że im bardziej dana osoba wykształcona, bogata w wiedzę i umiejętność krytycznego myślenia, tym łatwiej o zachowanie dystansu do wszystkiego co wpaja kultura i tradycja i otwartości na inne – być może lepsze – rozwiązania.
Dlatego warto mieć świadomość, że możemy się zetknąć z różnicami kulturowymi zwłaszcza w związku mieszanym, ale równie dobrze, może się tak nie zdarzyć. Chyba lepiej podchodzić do potencjalnego partnera indywidualnie i z otwartością, a nie przez pryzmat uogólnień i stereotypów.
Po trzecie: różnice kulturowe nie ograniczają się – wbrew temu co wiele osób wydaje się myśleć – do różnic w potrawach, muzyce, stosunku do alkoholu czy obchodzonych świętach. Te oczywiście bardziej rzucają się w oczy, ale tak naprawdę różnice kulturowe sięgają znacznie głębiej (patrz: kultura głęboka), i dotyczą także spraw, które nie rzucają się łatwo w oczy na pierwszych randkach czy podczas pogawędek przez internet. Dlatego tak niezmiernie ważne jest poznać człowieka, z którym się wiążemy – niezależnie od tego czy pochodzi z sąsiedniego miasta czy z innego kraju.
Po czwarte: nawet jeśli mamy już do czynienia w związku z różnicami kulturowymi, trzeba pamiętać, że nie są one nigdy usprawiedliwieniem do narzucania swoich zwyczajów, tradycji i kultury partnerowi. Związek tworzą dwie osoby i każda ma się czuć w nim komfortowo i móc żyć w zgodzie ze sobą. Dlatego obie strony powinny włożyć wysiłek we wspólne zbudowanie takiej relacji i takiej własnej „kultury” aby i jedno i drugie czuło się dobrze. A jeśli ktoś uważa swoją kulturę za jedyną akceptowalną i swoje racje za ważniejsze to cóż: niektóre rzeczy są nie do przeskoczenia.
Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.
Pamiętacie tę piosenkę Happysad?
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Bo miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe duże
Ale miłość kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze
Miłość to nie buziaki wysyłane na komunikatorze, serduszka na Facebooku ani nawet urocze fotki na Instagramie. Miłość to nie piękne gładkie słówka, które możesz obracać w reku jak kamyki. Miłość to nie drogie prezenty, i 25 czerwonych róż w Walentynki. To nie wyznania wyszeptane w drodze do łóżka ani nie seks, nawet najlepszy na świecie.
A już tym bardziej to nie miłość, kiedy brakuje czasu, zainteresowania i wsparcia. To nie miłość, kiedy on(a) odzywa się kiedy czegoś potrzebuje, a potem znika jak meteoryt (do następnego razu). To nie miłość, kiedy ktoś podcina ci skrzydła, a zamiast zaufania oferuje kontrolę i ograniczenia. To nie miłość, kiedy pojawia się manipulacja, osądzanie albo kłamstwa. To nie miłość, kiedy wszystko to twoja wina. To nie miłość, kiedy musisz się starać aby na nią zasłużyć, stawać na czubkach palców, wciągać brzuch, wypinać biust i pilnować żeby czasem nie powiedzieć czegoś nie tak.
Miłość jest wtedy, możesz być najdziwniejszą wersją siebie, a on(a) patrzy na ciebie z takim samym ciepłem w oczach. I wtedy gdy zawsze jest czas żeby porozmawiać, nawet jeśli nie ma czasu na nic. Miłość jest wtedy, kiedy on(a) podaje ci rękę i pomaga wstać po piętnastym potknięciu o ten sam błąd i mówi „to nic, dasz radę”. Miłość to wsparcie, czas i uwaga, o które nie trzeba zabiegać, czułość, szacunek i dbanie o siebie.
Miłość mieszka w miriadzie drobiazgów: pocałunku przed wyjściem do pracy, usypianiu na łyżeczki, kupowaniu jego ulubionego sera, odprowadzaniu na lotnisko i odbieraniu z dworca, przypominaniu o szaliku i obieraniu mandarynek („Chcesz mandarynkę?” „Nie” „A jak ci obiorę?”). To tańczenie w kuchni zawsze gdy TA piosenka leci w radiu i robienie herbaty, mimo, ze wlasnie sie pokłóciliście. To dyskusje po świt, wspólny śmiech, a czasem wspólne łzy.
To pragnienie poznania i zrozumienia drugiej osoby do samego dna oraz wyrozumiałość i akceptacja dla tego co się na tym dnie znajdzie. To wyjście poza swoj egoizm w kierunku drugiej osoby i nieoczekiwanie nieczego w zamian. To naprawianie jak coś się zepsuje, trwanie, i odpowiedzialność za to co oswoiliśmy.
Miłość jest wtedy, gdy ta jedna osoba różni się od wszystkich innych róż bo jest twoja i zostaje tak samo jedyna i najważniejsza niezależnie od tego ile płatków zgubi – bo to właśnie ona.
Jeśli do końca tej pandemii nie zostanę wdową oskarżoną i zabójstwo w afekcie, to zapewne zostanę porzucona przez łysego męża.
Od kilku tygodni powtarzającym się motywem narzekań w naszym domu jest nieokiełznany busz na jego głowie. Ci, którzy mieli do czynienia z włosami z północnej Afryki, wiedzą, że to może być nie lada problem, a w tym przypadku sytuacja robi się alarmująca.
W końcu Kolega Małżonek zdecydował się na zakup maszynki do strzyżenia włosów. Wczoraj spędziliśmy więc całkiem sporo czasu przeglądając, porównując i wybierając modele.
I w końcu się udało!
Decyzja podjęta, model wybrany, koniec udręki na horyzoncie!
I co w tym momencie postanowił zrobić mój mąż? Otóż uznał, że skoro i tak w Wielkanoc nikt nie zacznie realizować zamówienia, on sobie poczeka.
I poczekał. Poczekał tak skutecznie, że ten model, a także 2 inne które brał pod uwagę, zniknęły ze sklepu.
Najwyraźniej maszynki do strzyżenia sa nowym papierem toaletowym i drożdżami.
A ja przeczuwam że zbliża się nocna interwencja przy pomocy maszynki do golenia 

Jeśli do końca tej pandemii nie zostanę wdową oskarżoną o zabójstwo w afekcie, to będzie wielki sukces.
Wczoraj pod wieczór wybraliśmy się na zakupy (a co! Oboje mamy już dość siedzenia w czterech ścianach). Premierowo w bawełnianych maseczkach wielokrotnego użytku. Jak powszechnie wiadomo te maseczki trzeba regularnie prać (lub prasować), tak więc po powrocie wrzuciłam je do umywalki wypełnionej gorącą wodą z mydłem żeby się tam namoczyły.
No i tak jakby o nich zapomniałam.
Do momentu, kiedy idąc myć zęby znalazłam je porzucone na brzegu umywalki, gdzie pozostawił je mój mąż bo „nie wiedział co będę chciała z nimi zrobić”.
Covidowe refleksje
Dziś mijają 4 tygodnie od kiedy pracuję z domu i wychodzę tylko do sklepu, paczkomatu i do lekarza – a to wszystko raz na kilka dni. Dziś także jest dzień, kiedy miałam się pakować na wyjazd do Barcelony – prezent urodzinowy dla mojej mamy. A w zasadzie: drugie podejście do prezentu urodzinowego, bo już rok temu musieliśmy go odwołać ze względu na chorobę.
Trochę zaczynam mieć już dość tej izolacji i tego dnia świstaka. Nie zdziwię się jak w którąś sobotę wstanę i zaloguję się do pracy zdalnej bo przestanę ogarniać jaki jest dzień tygodnia, bo te wszystkie dni są teraz niemal identyczne.
Staram się jednak nie popadać w zły nastrój i się nie zamartwiać. Staram się nie myśleć o negatywach, tylko skupiać się na pozytywach. Bo przecież inni mają gorzej.
My tak naprawdę jesteśmy w bardzo komfortowej, wręcz uprzywilejowanej sytuacji: nie utknęłam w domu sama, mąż zdążył wrócić z Maroka zanim pozamykali granice. Ani jego ani moja sytuacja zawodowa nie jest zagrożona, a natura pracy umożliwia wykonywanie jej z domu, a powierzchnia naszego mieszkania pozwala procować w dwóch oddzielnych pomieszczeniach i nie wchodzić sobie w drogę. Jednocześnie lubimy się na tyle, że spędzanie całego czasu w tych samych czterech ścianach nie jest problemem. Potrafimy się razem dobrze bawić, a jednocześnie nauczyliśmy się jasno dawać znać, gdy któreś potrzebuje czasu dla siebie. Za oknami mamy ładny skwer, który się robi zielony. Nasza rodzina jest zdrowa i (w większości) bezpieczna. Mamy internet, netflixa i kindla, dobrze zaopatrzoną kuchnię, w której mąż odkrywa nowe talenty, a także stepper i rower stacjonarny, które pozwalają nie zamieniać się w ziemniaka. Nie mamy żadnych chorób, które wymagałyby interwencji medycznej ani żadnych pilnych, a odwołanych badań lekarskich. Nie mamy dzieci, które świrują w domu z nudów i które trzeba – po pracy – prowadzić przez e-lekcje.
Doceniam to wszystko i nie narzekam, serio!
Tylko czasami trochę mi szkoda, że nie mogę codziennie oglądać jak rozwijają się pąki na krzaku bzu koło furtki, że jednak nam (zwłaszcza mamie) ta Barcelona znowu przejechała koło nosa. No i że w tej chwili, poza mężem, całe moje relacje międzyludzkie sprowadzają się do literek na monitorze.
Nigdy nie miałam bardzo bogatego życia towarzyskiego, wolałam raczej niewielkie grono bliskich osób niż masę znajomych, ale (może właśnie dlatego) jest ono dla mnie ważne. Kiedyś myślałam, że jestem w stanie przenosić relacje ze świata rzeczywistego do wirtualnego bez problemu i bez szkody dla nich – teraz widzę, że nie miałam racji. Czytałam ostatnio taki artykuł, o wpływie izolacji i samotności na psychikę i na zdrowie fizyczne (który jest dla mnie dość oczywisty), ale także o tym, jak dla naszego mózgu mają się do siebie relacje wirtualne do realnych. Okazuje się, że nie są wcale równorzędne!
„Nasz mózg ma ograniczone możliwości w zakresie rozwiązywania problemów i regulacji emocji, mówi Coan, który opowiada na swoich zajęciach o tym, dlaczego ludzie trzymają się za ręce. Intensywna socjalizacja służy właśnie rozwijaniu tych możliwości naszego mózgu. Kiedy przebywamy w towarzystwie innych ludzi, nawet jeśli stoją dwa metry od nas, mózg przetwarza wszelkiego rodzaju informacje dużo skuteczniej niż kiedy jesteśmy sami lub nawiązujemy kontakt za pośrednictwem telefonu czy ekranu. „Na ogół preferujemy kontakt na żywo”, tłumaczy Coan. „To biologiczna reguła zwana ekonomią działania. Mózg chce osiągać swoje cele najmniejszym możliwym kosztem, a przebywanie w towarzystwie innych ludzi obniża te koszty niemal w każdym przypadku.” Coan odkrył, że samo trzymanie ukochanej osoby za rękę łagodzi lęk […]. Dotyk wycisza aktywność emocjonalną mózgu a nawiązywanie kontaktu w trybie wideokonferencji wymaga od niego dodatkowej pracy w celu osiągnięcia tego samego skutku.”
/tłumaczenie za Laboratorium Psychoedukacji/
Cały artykuł znajdziecie tu:
https://www.newyorker.com/news/our-columnists/how-loneliness-from-coronavirus-isolation-takes-its-own-toll?fbclid=IwAR1Cz3Q-DGhK64nugN_hEsZVsOrsIZ-De_ABuw0JeHVvCJRL1hbZ88LfO14
No ale wracając do skupiania się na pozytywach: dziś przyszło mi do głowy, że w tych okolicznościach przynajmniej nie trzeba obchodzić zbliżających się świąt żeby ucieszyć rodzinę.
A co do bzu, robię mu zdjęcie za każdym razem, gdy go mijam. Jemu pandemia w niczym nie przeszkadza.
Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 2 – dbaj o siebie
.
Nie będę się tu wymądrzała o tym jak unikać zakażenia, jak robić zakupy, czy myć je przed włożeniem do szafek, ani czy nosić maseczki. Jest mnóstwo bardziej kompetentnych źródeł na ten temat.
Chciałabym się skupić na samopoczuciu psychicznym. Obecna sytuacja jest trudna dla większości z nas: przymusowe uziemienie w domu i – wynikająca z tego – zmiana trybu życia; lęk o zdrowie swoje i najbliższych, a także separacja od nich i tęsknota; dla wielu osób (tymczasowa?) utrata pracy i upadki biznesów oraz idące za tym problemy finansowe; poprzekładane (bezterminowo) badania i procedury medyczne; poodwoływane plany wyjazdowe, wesela, uroczystości rodzinne; ogólny niepokój i obawa o przyszłość.
Łatwo w tych warunkach popaść w stan stresu, lęku, chandry, czy nawet depresji. Dlatego w tym okresie warto szczególnie zadbać o swoje morale.
Poniżej opiszę kilka rzeczy, którymi według mnie można sobie pomóc – może uznacie je za skuteczne i warte wypróbowania, może nie. Najważniejsze to znaleźć najbardziej adekwatną do własnych potrzeb metodę i pamiętać, że to nie jest wyzwanie ani zadanie do wykonania. Nie musisz wykorzystać okresu izolacji żeby schudnąć 10 kilo, zbudować mięśnie brzucha, pomalować kuchnię, wysprzątać piwnicę i co tam jeszcze masz na swojej liście. Możesz oczywiście zrobić te rzeczy, jeśli sprawią, że poczujesz się lepiej (i zaraz o tym napiszę), ale jeśli nie: nie katuj się wymaganiami, wyrzutami i poczuciem winy. To nie o tu chodzi.
Po tym wstępie, przejdźmy do rzeczy, które w moim odczuciu mogą pomóc:
1. Ruch.
Ja staram się codziennie zrobić 7-10 tysięcy kroków na stepperze (jeśli praca na to pozwala, próbuję wyrabiać te kroki regularnie po trochu przez cały dzień, co jakby imituje normalność) i co drugi dzień przejechać parę km na rowerze. Dzięki temu nie czuję się na koniec dnia odrętwiała i sztywna, mimo, że nie ruszyłam się z domu.
2. Organizacja dnia.
Siedzenie cały dzień w domu sprzyja poczuciu oderwania od rzeczywistości, zwłaszcza jeśli ktoś nie pracuje. Wszystkie godziny są takie same, dni zlewają się w jedno… Dlatego warto stworzyć sobie ramowy plan dnia: pilnować mniej-więcej (bo w końcu nie jesteśmy w więzieniu) regularnych pór capstrzyków i pobudek; utrzymywać stałe pory przeznaczone na pracę, relaks, hobby, ruch i posiłki.
Zalew informacji o postępach epidemii i wszystkie materiały o maseczkach, dezynfekcji opakowań makaronu może generować stres i niepokój u każdego. Jeśli u ciebie też, ustal sobie konkretne momenty w ciągu dnia, kiedy będziesz przeglądać wieści ze świata i zapoznawać się z nowymi doniesieniami – i na tym poprzestań.
3. Znajdź sobie zajęcia.
Nie wiem, jak wy, ale ja zawsze bardzo lubiłam leniwe weekendy, kiedy wstawało się z kanapy tylko do kuchni. Myślę, że lubiłam je tak bardzo dlatego, że trafiały się raczej rzadko. I wiece co? Na koniec takiego weekendu nawet cieszyłam się na poniedziałek. Na dłuższą metę zaleganie na kanapie i nicnierobienie niezbyt dobrze wpływa na moje samopoczucie i myślę, że nie jestem w tym odczuciu odosobniona. Jeśli macie podobne odczucia, fajnie jest znaleźć sobie coś co nas zajmie i przy okazji odciągnie myśli od niebezpiecznych rewirów.
Niezależnie od tego, czy pracujesz z domu, czy koronawirus pozbawił cię zajęcia, na pewno masz sporo wolnych godzin, które warto jakoś zagospodarować inaczej niż przeglądając fejsika czy instagrama i odświeżając strony z wiadomościami. Masz do nadrobienia zaległości serialowe, książkowe i filmowe? Może półce kurzą się od dawna podręczniki do nauki języka? Odkładana od dawna nauka gotowania z youtubem; zaległe porządki w szafie; gry wideo albo gry w planszówki online (można pograć ze znajomymi, z którymi nie możemy się widywać); kurs albo szkolenie przez internet czy wirtualna wizyta w muzeum – jest ich teraz dużo i wiele jest dostępnych za darmo. Wiedzieliście, na przykład, że można się wybrać na wirtualną wystawę poświęconą kotom w historii sztuki?
Wiele osób uważa kolorowanki dla dorosłych, malowanie po numerach, puzzle, pracę w ogrodzie (czy na balkonie) za relaksujące. A może jest jeszcze coś innego, co zawsze chciałaś porobić, ale brakowało na to wolnej chwili?
Jak pisałam na początku – to są tylko pomysły na coś co ma pomóc poprzez zajęcie czasu i myśli i ewentualnie zadbanie o samorozwój, a nie konkurs na Królową Produktywności Podczas Izolacji. Jeśli nie masz ochoty albo siły znajdować sobie zajęć – to też jest ok, nie ma potrzeby wywierać na siebie presję.
3. Zadbaj o siebie.
Wszyscy już się pośmialiśmy z memów o tym, jak to po dwóch tygodniach kwarantanny mąż zobaczy jak jego żona wygląda naprawdę. Coś w tym jest, bo niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie spędził całego dnia w piżamie i bez prysznica. I ogólnie spoko, ale przy wielu, wielu dniach w domu, to niekoniecznie jest dobry kierunek
To że nie możesz wychodzić, nie znaczy, że dbanie o siebie straciło sens. Izolacja nie powodem żeby przestać depilować nogi, nakładać odżywkę na włosy, dbać o paznokcie i uskuteczniać wszystkie inne zabiegi pielęgnacyjne, jakie masz w zwyczaju. No, prawie wszystkie, rzęs raczej sama sobie nie zrobisz, ale już jeśli nie wyobrażasz sobie życia bez hybrydy na paznokciach, to może być dobry moment, żeby zamówić zestaw do ich robienia i – a nuż – odkryć nowe hobby? Nic też nie stoi też na przeszkodzie, żeby robić sobie co rano makijaż i fryzurę, jeśli to pomaga ci się poczuć się normalnie i „jak człowiek”.
Zmierzam do tego, że poczucie bycia „zapuszczoną” zazwyczaj nie wpływa za dobrze na samopoczucie, prawda? A naszym celem jest tutaj zadbanie, by mimo warunków było ono jak najlepsze. Z drugiej strony, jeśli (jak ja) nie lubisz układać włosów do pracy: korzystaj i nie układaj.
TAJIN
Areszt domowy sprzyja nadrabianiu zaległości, dlatego wreszcie publikuję wpis, który czekał na publikację od bardzo, bardzo długiego czasu.
TAJIN
Z mojej pierwszej wizyty w Maroku przywieźliśmy (między innymi) marokański tajin, czyli naczynie, które służy do przygotowywania o nazwie… tajin.
Na samo naczynie można się w Maroku natknąć na prawie każdym kroku, ale jeśli ktoś chce go używać do gotowania, a nie tylko do serwowania, lepiej będzie zrezygnować z tych lakierowanych, lśniących i pełnych ozdóbek egzemplarzy i poprzestać na najprostszej glinie. My po nasz tajin wybraliśmy się na obrzeża Sale, do malutkiej manufaktury glinianych naczyń.
No więc, jeśli ktoś przypadkiem miałby plączący się po domu tajin, oto jak można go wykorzystać:
Najpierw zakupy (tak, wiem, że w tej chwili to może być wyzwanie bo #zostanwdomu ). Kupujemy wołowinę lub cielęcinę (chociaż kurczak też daje radę), bez kości. My skorzystaliśmy z pręgi, myślę, że inne fragmenty też by się nadawały, byle nie te najtwardsze. Chociaż polędwica też zapewne nie jest byłaby najlepszym pomysłem. Na 4 osoby zużyliśmy ok 700g (przynajmniej tyle ważyło przed obróbką).
Potem warzywa: cebula (1-2), marchewka (3-4), kartofle (3 duże), cukinia (1), zielony groszek, pomidor. Są też inne wersje z innymi warzywami (np. karczochem hiszpańskim, który jest bardzo popularny w Maroku), a także na słodko albo na cytrynowo.
Przyprawy: słodka papryka, sól, pieprz, szafran, i imbir. A do tego olej i woda
No to zaczynamy!
Mięso obrabiamy tzn. wycinamy tłuszcz i część błon. Trochę może zostać, bo i tak sie wygotuje, a jak nie to łatwo będzie się ich pozbyć na talerzu.
Cebulę kroimy na cienkie plasterki. Marchewkę i cukinię na słupki wielkości środkowego palca. Kartofle na takie jakby duże frytki.
Następny krok to wysmarowanie tajinu w środku olejem i ułożenie na dnie plastrów cebuli. Na to kładziemy kawałki mięsa i obsypujemy szczodrze przyprawami
I znowu dolewamy i gotujemy…
Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 1.
Dość długo miałam spory dystans do koronawirusowej paniki, ale ostatnich kilka dni sprawiło, że doszłam do wniosku, że sytuacja jest poważna, a przykład Włoch pokazuje, co może się stać, gdy podejdzie się do niej zbyt lajtowo. A wygląda na to, że w Polsce ma szansę być dużo gorzej: chyba wszyscy czytaliśmy o szokująco małej ilości testów i o bardzo słabym przygotowaniu szpitali – choćby pod względem zasobów takich jak stroje ochronne, nie mówiąc już o miejscach na OIOMie. Nie jestem specjalistą od epidemiologii czy wirusologii, ale czytam oficjalne źródła, statystyki, newsy i zalecenia i bardzo wierzę, że trzeba zrobić wszystko co się da, żeby osłabić/spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa.
Dlatego od czwartku oboje z Szalonym Naukowcem siedzimy w domu i ograniczamy wszystkie wyjścia i interakcje społeczne oraz – ogólnie – kisimy się we własnym sosie. Oboje mamy to szczęście, że możemy pracować zdalnie, ale o ile on całkiem to lubi: ja wręcz przeciwnie. Mimo, że od bodajże dwóch lat mam taką możliwość i od czas do czasu z niej korzystam: nie przepadam za tym. Przede wszystkim ze względów zawodowych (nad którymi nie będę się w tej chwili rozwodzić), ale także dlatego, że chodzenie do pracy i wynikająca z niego struktura dnia są mi potrzebne dla higieny psychicznej. Podobnie z resztą jak w ogóle wychodzenie z domu i życie towarzyskie. Po dniu pracy zdalnej (zwłaszcza połączonym z weekendem w domu) zaczynam się często czuć jak wrastający w podłoże ziemniak (niezależnie jak niepoprawne z punktu widzenia biologii może być to porównanie).
Wiem, że dla wielu osób praca z domu i w ogóle siedzenie w nim nie jest problemem, ale dla wielu – tak jak dla mnie – może stanowić wyzwanie. Przygotowałam więc kilka rad jak jednak nie zamienić się z ziemniaka 
Zacznijmy od kwestii pracy, jako że ona zajmuje nam połowę dnia.
Największym problemem (ryzykiem?) związanym z tzw Home Office jest zlanie się czasu pracy z czasem poza pracą. Aby tego uniknąć warto zastosować kilka rozwiązań:
1. Stanowisko pracy. W miarę możliwości warto zorganizować sobie miejsce przeznaczone tylko do pracy. Nie pracuj na kanapie, na której spędzisz potem resztę dnia ani w łóżku. To ani wygodne, ani dobre dla higieny pracy (także psychicznej). Jeśli nie możesz wygospodarować osobnego miejsca tylko do pracy i korzystasz na przykład ze stołu w salonie (jak ja) postaraj się zlikwidować stanowisko, po zakończonym dniu pracy.
2. Przedpracowe rytuały. Chodząc do pracy wykonujemy całą serię czynności, które przenoszą nas z trybu „dom” do trybu „praca”. Oczywiście najważniejsze jest fizyczne przeniesienie się z miejsca na miejsce, ale jako że przy pracy zdalnej nie wchodzi to w grę: warto zbudować sobie pewien rytuał, który umożliwi chociaż przeniesienie się mentalne. Nie proponuję tu nakładania makijażu i garsonki (chyba, że twoja praca zdalna wymaga videokonferencji), ale może prysznic, przebranie się w coś innego niż piżama, śniadanie i kawa? Poza tym warto trzymać się stałych godzin rozpoczynania (i kończenia) pracy: nawet jeśli nie ma to większego znaczenia dla twojego szefa i wykonywanych zadań.
3. Wyraźne granice (czasu) pracy. Po przeniesieniu się w tryb „praca” warto w nim pozostać przez czas, który masz zamiar na tę pracę poświęcić. Unikaj włączania telewizora, odpalania netfliksa czy (intensywniejszego niż gdy jesteś w biurze) korzystania z mediów społecznościowych. To pranie też nie musi być zrobione właśnie teraz. A gdy już ta 17 (czy któraś inna,) wybije: dobrze w jakiś wyraźny sposób zaznaczyć zakończenie dnia pracy. Niech to będzie coś więcej niż zamknięcie okienka aplikacji firmowej i zastąpienie jej okienkiem facebooka. Jeśli masz miejsce dedykowane tylko do pracy: posprzątaj je i opuść. Jeśli korzystasz z miejsca, służącego także do innych celów: tak jak pisałam w punkcie 1: zlikwiduj stanowisko pracy. Da ci to poczucie mentalnego zakończenia trybu „praca” i możliwość przejścia do trybu „dom”.
4. Ruch. W normalnych czasach wychodzisz z domu, może idziesz pieszo albo przynajmniej dochodzisz do przystanku czy samochodu. Chodzisz też po biurze i ogólnie zapewne poruszasz się sporo więcej niż w domu. Dlatego warto pilnować, żeby chociaż co godzinę wstać z krzesła, przejść się po mieszkaniu, może trochę porozciągać? Może masz piłkę na której możesz siedzieć zamiast krzesła? Czemu to jest ważne chyba nie muszę tłumaczyć (i nie chodzi tylko o punkt A poniższego mema)
Sytuacja, w której się znajdujemy wiąże się oczywiście nie tylko z pracą w domu, ale ogólnie siedzeniem w czterech ścianach, co na dłuższą metę może nie mieć dobrego wpływu na twoje samopoczucie. Na moje nie ma. W następnej części napiszę wam swoje przemyślenia jak radzić sobie z przedłużającym się uziemieniem w kontekście pozapracowym, a może też w związkowym.
A wy jakie macie sposoby na zachowanie higieny psychicznej i skuteczności podczas pracy z domu?
Jak rozpoznać oszusta, naciągacza, wizowca – subiektywny poradnik.
Miłe (złego?) początki
Zagadnął cię kiedy wygrzewałaś się na słońcu w kurorcie, wreszcie na zasłużonych wakacjach, rozluźniona i otwarta na przygodę. Zasypał cię komplementami, jak nikt nigdy wcześniej, patrzył namiętnie w oczy tak, jakby dotykał twojej duszy, a ty poczułaś się najpiękniejszą kobietą na ziemi. W końcu motyle zaczęły latać ci po brzuchu całymi chmarami, a na twoim nosie – oprócz słonecznych – zawitały różowe okulary. Świata poza nim nie widzisz, ale urlop się kończy, więc po oblanym łzami rozstaniu, przenosicie relację do internetu planując już kolejne spotkania i wspólną przyszłość.
A może zagadnął cię na Facebooku lub Instagramie, bo tak urzekł go twój piękny uśmiech na profilówce. Potem otoczył uwagą i wysłuchał jak dawno nikt tego nie zrobił. Pytał czy jadłaś kolację i martwił się, że wracasz sama wieczorem do domu, doradzał żebyś uważała na siebie i założyła szalik. Jego troska, uwaga no i te komplementy pod każdym Twoim zdjęciem sprawiły, że czekasz na jego wiadomości co rano z bijącym sercem, różowe okulary tym razem towarzyszą tym do ekranu, a ty siedzisz i kombinujesz jakby tu poznać tego cudownego faceta osobiście.
Tak czy inaczej, jesteś zauroczona do szpiku kości, bujasz w obłokach no i snujesz plany na przyszłość.
A ja wyleję ci wiadro zimnej wody na głowę: decydując się na taką relację (czy zawartą na wakacjach, czy przez internet) odbierasz sobie szanse na weryfikację większości tego co on ci mówi: nie ma wspólnych znajomych, nie znasz realiów i standardów w jego kraju, nie widzisz jak on zachowuje się w codziennym życiu (poza krótkim okresem wakacji). Nic łatwiejszego niż wierzyć w każde słodkie niczym daktyl słowo spływające z jego ust i pozwolić swojemu myśleniu życzeniowemu przejąć władzę nad rozumem.
Zawierając nowe znajomości, zwłaszcza międzynarodowe, przez internet czy na wakacjach, trzeba się liczyć z tym, że egzotyczny książę z bajki może nie być tym, za kogo się podaje.
Niestety status Europejki czyni cię celem ambitnych panów z biedniejszych (oraz wymagających wizy do UE) krajów. Ewentualnie panów, którzy w swoim konserwatywnym społeczeństwie nie mają za bardzo jak się pobawić, mimo, że bardzo by chcieli. Oczywiście nie dotyczy to tylko kobiet: np. Anglicy czy Amerykanie cieszą się wielkim zainteresowaniem łowczyń fortun i wiz z Ameryki Łacińskiej czy Filipin. Jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą ze strony facetów – z tego powodu, dla wygody, będę się trzymała rodzaju męskiego.
Co ja o mam z tym wszystkim wspólnego?
Kiedyś byłam w bardzo toksycznym związku mieszanym. Co prawda mój eks nie był wizowcem ani nie naciągnął mnie na kasę: był tylko zwykłym dupkiem, który chciał się zabawić z Europejką (podczas gdy żona/narzeczona czekała w domu). Trochę żałuję, że nie znałam wtedy żadnej grupy o związkach multi-kulti ani bloga, gdzie ktoś bardziej doświadczony wylałby mi wspomniane wyżej wiadro zimnej wody na głowę. Może nie zmarnowałabym sobie czterech lat życia.
Dlatego mam nadzieję, że ten artykuł uchroni chociaż jedną osobę przez zmarnowaniem czasu (w wersji optymistycznej) lub paru innych rzeczy (w wersji pesymistycznej)
Poniżej znajdziecie listę sygnałów alarmowych, które mogą (ale nie muszą) wskazywać na to, że amant z importu nie ma do końca czystych intencji. Naturalnie ta lista ani nie jest w 100% kompletna*, ani nie daje gwarancji, że masz do czynienia z oszustem. To są wyłącznie subiektywnie wybrane sygnały alarmowe.
*jeśli macie pomysły na to, co można by tu dołączyć: piszcie w komentarzach. Im więcej takich sygnałów tym lepiej.
Uwaga! Może być tak, że twój adorator prezentuje jedno lub kilka poniższych zachowań, a jest całkowicie szczery i uczciwy. Ale może też być inaczej. Szczerość i uczciwość obroni się sama, a ty wyświadczysz sobie przysługę, jeśli przemyślisz i zweryfikujesz motywy swojego habisia zanim zdecydujesz się na jakieś poważne kroki.
Więc jedziemy
Niektóre z poniższych punktów będą uniwersalne dla różnych typów oszustów, inne specyficzne dla wizowca, naciągacza na kasę albo dupka, który chce się zabawić z Europejką – mam nadzieję, że będzie to oczywiste.
- Wiadomość na mediach społecznościowych mimo kompletnego braku wspólnych znajomych czy grup. Jeśli macie cokolwiek wspólnego, można zakładać, że natknął się na Twój profil w miarę „naturalnie” (np. spodobało mu się to, co napisałaś albo facebook mu zasugerował, że możecie być znajomymi). Ale jeśli nie, to raczej należy przyjąć, że nie trafił na ciebie przypadkiem. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zagadał tylko do ciebie?
- Masa (banalnych) komplementów.
- Szybkie wyznania uczuć, deklaracje miłości i wielkiej tęsknoty po krótkiej znajomości online.
- Szybkie wyznania uczuć względem twoich dzieci (o ile je masz) i deklarowanie chęci bycia im ojcem. Zwłaszcza jeśli te dzieci są nastolatkami, a sam amant: niewiele starszy od nich.
Powyższe punkty nie wymagają chyba tłumaczenia. Miłość to nie jest coś co przychodzi po kilku dniach pogawędek czy to online czy na plaży. Zauroczenie – może. Zakochanie – ewentualnie. Ale nie miłość. Natomiast – nie ma co ukrywać – takie słodkie słówka najwyraźniej są bardzo skuteczne w podbijaniu kobiecego serca.
- Jego miłość tak wielka, ze on chce – wręcz musi – być z tobą teraz-już-natychmiast. Poza tym, co już pisałam na temat gwałtownych napadów miłości, ludzie którzy traktują się poważnie, zazwyczaj rozumieją, że zbudowanie związku wymaga czasu, a ewentualne życiowe rewolucje, przeprowadzki i śluby: tym bardziej. Tak samo jeśli mowa o byciu ze sobą w kontekście intymnym. Oszuści lubią kuć żelazo póki gorące i pomimo gorących wyznań tak naprawdę gdzieś mają uczucia swojej ofiary.
- Oczywiście w grę wchodzi tylko bycie razem w Europie. Jest bardzo niechętny rozmowom o byciu razem u niego w kraju, narzeka na niego często.
Plot twist: jeśli masz dzieci, albo jakiś inny powód, który mocno trzyma cię w kraju, może się zdarzyć oszust blefujący, który spokojnie będzie deklarował, że marzy o życiu z tobą w swoim kraju – przecież dobrze wie, że nigdy się na to nie zdecydujesz.
- Nacisk na szybki ślub/seks/wysyłanie erotycznych zdjęć, szantaże emocjonalne („jeśli ci na mnie zależy to…”). Jak mówiłam: lepiej kuć żelazo póki gorące zanim ofiara się zorientuje, że coś jest nie tak. Z resztą – w przypadku kwestii intymnych – po co czekać? Wiadomo, że Europejki są puszczalskie i ciągle uprawiają seks z różnymi facetami.
- Mówienie tego co chcesz usłyszeć – nie jest to łatwe do zauważenia, zwłaszcza jeśli od początku otwarcie wyrażasz swoje przekonania. Ale jeśli zaobserwujesz sytuację w której on mówi jedno (np. kobieta powinna gotować mężowi), ty się z tym nie zgadzasz, a on po chwili powtarza mniej-więcej to samo, co powiedziałaś, tłumacząc poprzednią wypowiedź w jakiś pokrętny sposób – być może właśnie nawija ci makaron na uszy.
- Wszelkie nieścisłości i sprzeczności w tym co mówi – to może wskazywać na to, że gubi się w kłamstwach albo prowadzi wiele podobnych konwersacji równolegle.
Ten punkt w ogóle jest niesamowicie ważny nie tylko jeśli chodzi o identyfikację wizowca/oszusta. W standardowej sytuacji, kiedy związek rozwija się w realu a nie w internecie, masz liczne możliwości weryfikowania tego, co mówi ci facet i konfrontacji jego słów z rzeczywistością. Wystarczy obserwować jego zachowania. Mówi, że jest świetnie zorganizowany i nigdy się nie spóźnia, a ty wiecznie na niego czekasz? Cóż, czyny mówią więcej niż słowa.
W przypadku związków rozwijających się w sieci, możliwości są znacznie bardziej ograniczone, dlatego tym ważniejsze jest zwracanie uwagi na wszystko co się nie zgadza.
- Słaby angielski czy jakikolwiek język w którym się porozumiewacie (jak można w ogóle kogoś dobrze poznać nie mając wspólnego języka?) albo gwałtowne zmiany w językowym poziomie wypowiedzi. Na przykład kiedyś zagadywał mnie pan, który czasami pisał dość prostym językiem z licznymi błędami gramatycznymi, a czasami wypowiadał się pełnymi, złożonymi zdaniami, w bardzo formalnym stylu, używając trudnych słów, których chyba do końca nie rozumiał. Sądzę, że jest duża szansa, że nie prowadził tej rozmowy sam. Ewentualnie jego znajomość angielskiego była na tyle słaba, że bardzo dużo korzystał z translatora – co samo w sobie nie jest złe, ale jak możesz ufać w to co ktoś mówi, jeśli nie wiesz czy sam rozumie co napisał?
- Zachwyt nad twoją urodą, nawet jeśli on ma 25 lat i wygląda jak Adonis, a Ty masz lat 50, 20 letniego syna i sporą nadwagę – nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że kobieta nie ma prawa czy szansy na szczęście ze względu na wiek, posiadanie dzieci czy nadprogramowe kilogramy itd. Jak najbardziej ma i jak najbardziej może znaleźć miłość. Ale czy potraktowałabyś poważnie wielkie, gwałtowne uczucie (i chęć bycia ojczymem dla wspomnianego 20-letniego syna) w przypadku Krzyśka lat 25 poznanego w warzywniaku?
- Przerzucanie odpowiedzialności za ogarnięcie papierów związanych z wizą na ciebie: pozwala ci dzwonić do urzędów i ambasad, spędzać godziny poszukując informacji w sieci, zamiast zająć się tym samemu – nie mówiąc nawet o podjęciu próby dostania się do Europy bez zaproszenia od ciebie lub wcześniejszego ślubu.
- Błyskawiczne przedstawianie rodzinie przez skajpa czy inny komunikator i natychmiastowy entuzjazm tejże.
- Unikanie przedstawienia rodzinie i zaproszenia do domu rodzinnego, jeśli pofatygowałaś się odwiedzić go w jego kraju (pomimo deklaracji poważnych zamiarów względem ciebie i planów na pobranie się).
Tak, zdaję sobie sprawę, że dwa ostatnie punkty stoją w lekkiej sprzeczności, niemniej znane są sytuacje, w których cała rodzina bierze udział w planie wysłania syna, brata, ba! czasem nawet męża do Europy. Z drugiej strony jeśli facet kompletnie unika poznania cię z rodziną, jednocześnie deklarując poważne zamiary, czy chęć ożenku – coś tu może być nie tak. Być możne na przykład ma już żonę. Albo wie, że jego rodzina nie zaakceptuje tego związku. Albo nie traktuje tej znajomości poważnie.
- Niemożność znalezienia i/lub utrzymania pracy. Ewentualnie niechęć – rozmawiałam kiedyś z panem, który wprost powiedział, że nie chce mu się pracować, bo jest gorąco i woli spędzać czas z przyjaciółmi na plaży.
- Jednocześnie z powyższym brak wykształcenia, a także brak zauważalnych chęci aby dokształcać się i zdobywać doświadczenie, imać się różnych choćby dorywczych prac. Pan chętnie natomiast spędza czas w kawiarniach z kolegami. Ma ambicje, ale tylko w gębie. Tak, być może w jego kraju naprawdę jest ciężko z pracą. I tak, przecież to nie jest jego wina, że nie jest wykształcony, może rodziny nie było stać na to żeby się uczył – ale pracowitym i starającym się można być w każdych warunkach. W naszych realiach bez problemu odróżnisz obiboka od wartościowego faceta, warto tej samej miary użyć do oceny egzotycznego absztyfikanta.
- Ciągłe narzekanie na trudną sytuację, na to że go wykorzystują albo go nie doceniają.
- Nagła utrata pracy/wyrzucenie ze studiów (w obu przypadkach nie z jego winy).
- Ciężka choroba jego lub członka rodziny – oczywiście wymagająca kosztownego leczenia.
- Inne finansowe obciążenia jak opieka nad młodszym rodzeństwem, ślub siostry, studia brata itd. Naturalnie wszystkie stawiające go w dobrym świetle jako troskliwego, opiekuńczego faceta.
- Kiedy decydujesz się przyjechać poznać go osobiście, bez żadnego problemu obciąża Cię kosztami biletów, hotelu (w którym będziecie przecież spędzać czas wspólnie) i wszelkich rozrywek. Żeby było jasne – jestem chyba ostatnią osobą, która uważa, że facet powinien płacić za randkę, podróż czy cokolwiek. Ponadto uważam, że jadąc po raz pierwszy poznać jednak w pewnym sensie obcego faceta, lepiej nie wytwarzać sytuacji zależności finansowej i poczucia zobowiązania.
Natomiast (przepraszam za uogólnienie) większość mężczyzn z krajów arabskich uważa za swoją powinność płacenie za kobietę, a za dyshonor: branie od niej pieniędzy. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, jeśli z jego strony nie pada nawet najlżejsza sugestia przejęcia na siebie choćby części kosztów, czy zatrzymania się u jego rodziny.
- Zniknie z radaru na wiele godzin czy dni (zależy od dynamiki waszych dotychczasowych relacji) bez kontaktu, niechęć do tłumaczenia, gdzie był i co robił w tym czasie. plus, wymówki lub agresja gdy o to pytasz.
- Ciągłe gadanie przez telefon w twojej obecności, oczywiście w języku, którego nie rozumiesz. Może po prostu gada ze znajomymi, ale można by zakładać, że jeśli macie dla siebie mało czasu w realu, będzie chciał skupić się na tobie, a nie na kolegach, prawda? No chyba, że nie traktuje waszej relacji poważnie. Albo nie gada z kolegami.
- Chowanie i/lub blokowanie telefonu bądź konkretnych aplikacji, ukrywanie się podczas przeglądania maila, komunikatorów, czy mediów społecznościowych, kasowanie wiadomości z czatów. Jestem jak najbardziej zwolenniczką prawa do prywatności w związku. Nie przeglądam telefonu męża i sama oczekuję tego samego. Ale jednocześnie znamy swoje hasła i piny, a telefony i laptopy w naszym domu leżą ogólnie dostępne. Szacunek do prywatności to jedno, ale hasłowanie i ukrywanie telefonu świadczy albo o totalnym braku zaufania albo o tym, że ktoś ma nieco do ukrycia.
- Ukrywanie waszego związku przed znajomymi.
- Rozmawianie ze znajomymi w twojej obecności w języku, którego nie rozumiesz i niepodejmowanie prób tłumaczenia – oczywiście możliwie jest, że jego koledzy po prostu nie mówią po angielsku, ale w takiej sytuacji należy oczekiwać prób pośredniczenia w rozmowie. No chyba, że z jakiegoś powodu nie chce żebyś mogła się porozumieć z jego towarzystwem ani żebyś wiedziała o czym mowa.
Jeszcze gorzej, jeśli wygląda na to, że mogą się z ciebie śmiać.
- Bycie amerykańskim żołnierzem w Iraku/Syrii/Afganistanie/gdziekolwiek. Serio, to jest gwarancja oszustwa, amerykańscy żołnierze na misjach nie zagadują kobiet na instagramie.
- Naciskanie na przeniesienie rozmowy na WhatssApp/Hangout ze względu na hackowane konto/ „security reasons” (czy też z jakiegokolwiek innego powodu). Tak naprawdę jestem przekonana, że chodzi tu o blokowane kont na których są kradzione zdjęcia przez Instagram. A wyobraźcie sobie jakie upierdliwe musi być zakładanie co kilka dni nowego profilu i odnajdowanie za każdym razem wszystkich kobiet, które akurat się rozpracowywało, nie?












