Covidowe refleksje

Dziś mijają 4 tygodnie od kiedy pracuję z domu i wychodzę tylko do sklepu, paczkomatu i do lekarza – a to wszystko raz na kilka dni. Dziś także jest dzień, kiedy miałam się pakować na wyjazd do Barcelony – prezent urodzinowy dla mojej mamy. A w zasadzie: drugie podejście do prezentu urodzinowego, bo już rok temu musieliśmy go odwołać ze względu na chorobę.
Trochę zaczynam mieć już dość tej izolacji i tego dnia świstaka. Nie zdziwię się jak w którąś sobotę wstanę i zaloguję się do pracy zdalnej bo przestanę ogarniać jaki jest dzień tygodnia, bo te wszystkie dni są teraz niemal identyczne.
Staram się jednak nie popadać w zły nastrój i się nie zamartwiać. Staram się nie myśleć o negatywach, tylko skupiać się na pozytywach. Bo przecież inni mają gorzej.
My tak naprawdę jesteśmy w bardzo komfortowej, wręcz uprzywilejowanej sytuacji: nie utknęłam w domu sama, mąż zdążył wrócić z Maroka zanim pozamykali granice. Ani jego ani moja sytuacja zawodowa nie jest zagrożona, a natura pracy umożliwia wykonywanie jej z domu, a powierzchnia naszego mieszkania pozwala procować w dwóch oddzielnych pomieszczeniach i nie wchodzić sobie w drogę. Jednocześnie lubimy się na tyle, że spędzanie całego czasu w tych samych czterech ścianach nie jest problemem. Potrafimy się razem dobrze bawić, a jednocześnie nauczyliśmy się jasno dawać znać, gdy któreś potrzebuje czasu dla siebie. Za oknami mamy ładny skwer, który się robi zielony. Nasza rodzina jest zdrowa i (w większości) bezpieczna. Mamy internet, netflixa i kindla, dobrze zaopatrzoną kuchnię, w której mąż odkrywa nowe talenty, a także stepper i rower stacjonarny, które pozwalają nie zamieniać się w ziemniaka. Nie mamy żadnych chorób, które wymagałyby interwencji medycznej ani żadnych pilnych, a odwołanych badań lekarskich. Nie mamy dzieci, które świrują w domu z nudów i które trzeba – po pracy – prowadzić przez e-lekcje.
Doceniam to wszystko i nie narzekam, serio!
Tylko czasami trochę mi szkoda, że nie mogę codziennie oglądać jak rozwijają się pąki na krzaku bzu koło furtki, że jednak nam (zwłaszcza mamie) ta Barcelona znowu przejechała koło nosa. No i że w tej chwili, poza mężem, całe moje relacje międzyludzkie sprowadzają się do literek na monitorze.
Nigdy nie miałam bardzo bogatego życia towarzyskiego, wolałam raczej niewielkie grono bliskich osób niż masę znajomych, ale (może właśnie dlatego) jest ono dla mnie ważne. Kiedyś myślałam, że jestem w stanie przenosić relacje ze świata rzeczywistego do wirtualnego bez problemu i bez szkody dla nich – teraz widzę, że nie miałam racji. Czytałam ostatnio taki artykuł, o wpływie izolacji i samotności na psychikę i na zdrowie fizyczne (który jest dla mnie dość oczywisty), ale także o tym, jak dla naszego mózgu mają się do siebie relacje wirtualne do realnych. Okazuje się, że nie są wcale równorzędne!
„Nasz mózg ma ograniczone możliwości w zakresie rozwiązywania problemów i regulacji emocji, mówi Coan, który opowiada na swoich zajęciach o tym, dlaczego ludzie trzymają się za ręce. Intensywna socjalizacja służy właśnie rozwijaniu tych możliwości naszego mózgu. Kiedy przebywamy w towarzystwie innych ludzi, nawet jeśli stoją dwa metry od nas, mózg przetwarza wszelkiego rodzaju informacje dużo skuteczniej niż kiedy jesteśmy sami lub nawiązujemy kontakt za pośrednictwem telefonu czy ekranu. „Na ogół preferujemy kontakt na żywo”, tłumaczy Coan. „To biologiczna reguła zwana ekonomią działania. Mózg chce osiągać swoje cele najmniejszym możliwym kosztem, a przebywanie w towarzystwie innych ludzi obniża te koszty niemal w każdym przypadku.” Coan odkrył, że samo trzymanie ukochanej osoby za rękę łagodzi lęk […]. Dotyk wycisza aktywność emocjonalną mózgu a nawiązywanie kontaktu w trybie wideokonferencji wymaga od niego dodatkowej pracy w celu osiągnięcia tego samego skutku.”
/tłumaczenie za Laboratorium Psychoedukacji/
Cały artykuł znajdziecie tu:
https://www.newyorker.com/news/our-columnists/how-loneliness-from-coronavirus-isolation-takes-its-own-toll?fbclid=IwAR1Cz3Q-DGhK64nugN_hEsZVsOrsIZ-De_ABuw0JeHVvCJRL1hbZ88LfO14
No ale wracając do skupiania się na pozytywach: dziś przyszło mi do głowy, że w tych okolicznościach przynajmniej nie trzeba obchodzić zbliżających się świąt żeby ucieszyć rodzinę.

 
A co do bzu, robię mu zdjęcie za każdym razem, gdy go mijam. Jemu pandemia w niczym nie przeszkadza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s