Dobra żonka

Kolega Małżonek wrócił przedwczoraj wyjazdu służbowego. Dzięki uprzejmości polskich linii lotniczych LOT z zaledwie dwugodzinnym opóźnieniem. Zamiast prezentu przywiózł koszmarne przeziębienie. Kojarzycie te żarty o tym jak chorują faceci? Szalony Naukowiec choruje bardzo rzadko, a jak już to raczej należy do tych, których jakieś drobne przeziębienie nie powstrzyma od realizacji planów.

Na przykład od grania w piłkę. 
Na zewnątrz. 
W szortach. 
Przy temperaturze ok 5 stopni. 
Tym razem jednak trafiło go konkretnie – jakby mnie kto pytał: nie bez związku ze wspomnianą piłką.
No więc co miałam zrobić? Trzeci dzień funkcjonuję w trybie „dobra żonka”: przyrządzam wywary z imbiru, poję rosołkiem i wymyślam w miarę zdrowe i możliwie smaczne posiłki. I tylko po cichu przewracam oczami (nie żeby dało się to zrobić głośno), kiedy on, poproszony o załadowanie naczyń do zmywarki, marudzi przecież jestem choryyyy.
Dzięki Ci Matko Naturo za jego dobry system odpornościowy, dzięki któremu stykam się z taką sytuacją średnio raz na 3 lata.
A że mój nie jest taki sprawny, pozostaje mi tylko czekać aż złapię tego jego wirusa i wtedy przekonamy się, kto jest lepszy w te klocki

(Nie)docenianie

Dwa dni temu wpadł mi w oko komentarz dość popularnego blogera wyjaśniający dlaczegóż to związki ludziom nie wychodzą. Ogólnie był to całkiem sensowny pod wieloma względami tekst (jeśli chcecie, mogę wrzucić linka do posta, pod którym go znajdziecie), ale między tymi trafnymi analizami pojawiło się takie oto stwierdzenie:
ludzie w związkach zwracają uwagę głównie na złe rzeczy i bardzo trudno jest to stłumić. Bo po pewnym czasie przyjmuje się, że normalnym jest, że ktoś upierze, ugotuje, załatwi lekarza dla dzieci, pójdzie do tego lekarza etc. To jest normalne. To jest standard. Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy ten standard zostanie naruszony. I wtedy jest darcie ryja. Czyli nie doceniamy kogoś za robienie dobrych rzeczy, bo przyjmujemy to za naturalne, a opierdalamy za najdrobniejsza pomyłkę.
Jestem jak najbardziej za cieszeniem się z drobiazgów i docenianiem małych rzeczy, zwłaszcza, że ewolucja sprawiła, że bardziej zauważamy i zapamiętujemy te złe.
No ale bez przesady.
Myślałam o tym z perspektywy ostatniego wpisu o obowiązkach domowych i doszłam do wniosku, że dla mnie tak naprawdę mycie garów, czyszczenie kibla i wyrzucanie śmieci (a także prowadzenie dzieci do lekarza – o ile ktoś je ma), to jest standard. Zajmowanie się własnym domem albo dziećmi to jest absolutnie podstawowy standard i naprawdę nie widzę tu pola do doceniania kogokolwiek.
Czy oczekujemy doceniania za to, że nie spóźniliśmy się do pracy, zapłaciliśmy rachunek za telefon albo wysłaliśmy PIT? Nie. Bo to są nasze obowiązki. Wypełnienie ich to (sorry za powtórzenia) standard, a niedociągnięcia grożą nieprzyjemnymi konsekwencjami (naganą, niższą oceną roczną, karą pieniężną itp.). Dlaczego z obowiązkami domowymi miałoby być inaczej?
I nie mówię tu, że należy „drzeć ryja” za każdym razem, kiedy partner nie umyje garów. Każdy ma prawo do słabszego dnia, wyrozumiałość to fajna cecha, którą warto w sobie rozwijać, a związek polega też na tym, żeby wspierać się w takich momentach i albo po prostu olać te gary, albo – jeśli się z jakiegoś powodu nie da – ogarnąć je za partnera.
Nie mówię też, że nie należy doceniać partnera – doceniajmy jak najbardziej. Doceniajmy cechy, które sprawiły, że to właśnie z tą osobą jesteśmy. Ja na przykład doceniam swojego za system wartości, dzięki któremu ten nasz podział obowiązków domowych jest możliwy i funkcjonuje. Doceniam go za charakter: to, że jest odpowiedzialny i obowiązkowy, dzięki czemu nie muszę w ogóle myśleć o jego części obowiązków, bo wiem, że wszystko będzie ogarnięte (i vice versa). Doceniam też wszystkie rzeczy „ekstra” (ponad standard): śniadanie do łóżka, ulubioną czekoladę kupioną przy okazji robienia zakupów na obiad, nadłożenie drogi, żeby odebrać moją paczkę, bo ja musiałam dłużej zostać w pracy. Ale czy muszę wychwalać go pod niebosa, bo odkurzył?
Jak myślicie? Jestem wredną zołzą o wygórowanych wymaganiach, czy też nie?

Za co Wy doceniacie swoje drugie połówki?

Mąż nie pomaga mi w domu

Od czasu do czasu napotykam w internecie na pytanie „czy mężowie pomagają wam w domu”. I za każdym razem odpowiadam: nie, mój mąż nie pomaga mi w domu. Obowiązki wynikające ze wspólnego prowadzenia naszego wspólnego domu dzielimy równo pomiędzy siebie. A część delegujemy.
Bardzo nie lubię tego określenia: „facet pomaga w domu” – sugeruje ono, że dom to z definicji odpowiedzialność kobiety, a mężczyzna może (jeśli ma taki kaprys) ewentualnie ruszyć palcem, żeby jej „pomóc”. Moim zdaniem, nasz dom to odpowiedzialność nas obojga – chyba, że umówimy się inaczej (jedno pracuje, drugie zajmuje się domem – chociaż zdecydowanie nie jestem fanką tego typu rozwiązań na dłuższą metę). Myślę, że nie zdecydowałabym się na relację z mężczyzną, który ma tzw tradycyjne podejście.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem, kiedy podjęliśmy decyzję o wspólnym mieszkaniu, było omówienie naszego podejścia do domowych obowiązków. Potem spisaliśmy je wszystkie na kartce, wraz z częstotliwością i podzieliliśmy sprawiedliwie pomiędzy nas dwoje. Nie jest tak, że wszystko działało bez zarzutu od pierwszego dnia. Sporo czasu się docieraliśmy, wiele razy spieraliśmy o sposób wykonania danych zadań. To chyba normalne, w końcu, każdy człowiek ma jakiś tam swój zbiór wyobrażeń, jak różne rzeczy powinny funkcjonować – co niekoniecznie (a w zasadzie prawie nigdy) pokrywa się z wizją drugiej osoby. Ale mimo dość długiego docierania się, podstawowy podział od samego początku był jasno zdefiniowany i respektowany.
Przeraża mnie jak wiele kobiet jest zaskoczonych takimi rzeczami jak brak zaangażowania męża w obowiązki domowe, czy opiekę nad dzieckiem. Męża – nie nowego chłopaka – człowieka, za którego zdecydowały się wyjść. Aż ciężko uwierzyć, jak wiele osób podejmuje decyzje o takiej wadze kompletnie nie omawiając z partnerem istotnych kwestii. Kiedyś myślałam, że nie jest to zjawisko aż tak częste, ale po prostu widoczne w tych częściach internetu, w których się obracam. A potem przeczytałam to:
Ludzie bardzo często wybierają święty spokój. Uważają że jak zdecydują się na udawanie, że czegoś nie ma, to ten święty spokój osiągną. O najważniejszych sprawach nie rozmawiają latami: o kwestiach systemu wartości, wyborów życiowych, sposobu wychowania dzieci, czy relacji z rodzicami [Danuta Golec w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim w ramach książki „Kochaj wystarczająco dobrze” – polecam].
Taka postawa kompletnie nie mieści mi się w głowie. Jak można w ogóle zdecydować się na spędzenie reszty życia z człowiekiem, którego systemu wartości i światopoglądu nie znamy? Jak można nie omówić takich rzeczy jak preferowany model rodziny, nasze w niej role, wychowanie dzieci, relacje z dalszą rodziną, styl życia, zarządzanie budżetem i wiele, wiele innych? Jak w takiej sytuacji można w ogóle czuć, że zna się drugą osobę? Kiedyś na jednej z grup padło pytanie o poglądy społeczno-ekonomiczne partnerów. Większość odpowiedzi brzmiała „nie rozmawiamy o polityce”, a ja przez kilka dni byłam w szoku, jak można nie wiedzieć, jakie poglądy ma nasz życiowy partner?
Co ciekawe, prawie za każdym razem, gdy w jakiejś internetowej dyskusji napiszę, że takie rzeczy trzeba omawiać przed ślubem (bądź też decyzją o wspólnym spędzeniu reszty życia), pojawia się odpowiedź w rodzaju „to tylko teoria”, „to tylko gadanie, życie i tak pokaże” albo wręcz „po co gadać, i tak powie ci to, co chcesz usłyszeć”. Tak – życie weryfikuje wszystko. Tak – czyny są ważniejsze niż słowa, to nie ulega wątpliwości.
Ale to nijak nie znaczy, że można po prostu NIE ROZMAWIAĆ. Przecież od rozmowy wszystko się zaczyna. Po co miałabym marnować czas na „życie pokaże” jeśli już w rozmowie wychodzi, że facet uważa, że – trzymając się przykładu z początku tekstu – obowiązki domowe to domena kobiety? Z rozmowy naprawdę dużo można się dowiedzieć: nie chodzi przecież o wymianę zdań typu: „jak się pobierzemy to będziesz sprzątał?” „oczywiście kochanie” „świetnie, to weźmy ślub”, ale o poznawanie siebie nawzajem przez dyskusje. Liczne dyskusje na wiele tematów. Kłamstwo w jednej najprawdopodobniej wyjdzie na jaw w jakiejś innej. A skoro mowa o kłamstwie: czy ktokolwiek rozważa decyzję o wspólnej przyszłości i ślubie z osobą, której słowom nie ufa („powie ci co chcesz usłyszeć”)? Wydaje mi się, że zastanawiając się nad takim krokiem, przynajmniej mamy pewność, że partner jest z nami szczery.
Oczywiście, nawet najszczersze intencje czasem rozjeżdżają się z rzeczywistością, dlatego warto nie tylko omówić różne rzeczy, ale przetestować je w praktyce (mieszkanie razem przed ślubem jest nie do przecenienia!). Ale gdy już się rozjadą, można powiedzieć „nie tak się umawialiśmy” i wyegzekwować uzgodniony wcześniej układ.
A jeśli wszystkie rozmowy jasno pokazują, że bardzo się różnimy pod względem ważnych wartości (co się przecież często zdarza, zwłaszcza w związkach mieszanych)- przynajmniej dają szansę podjąć świadomą decyzję co do następnych kroków i przyszłości związku.

Wyjdź za geeka

Chciałam napisać podsumowanie roku, ba, może nawet i całej dekady. Opisać jak bardzo zmieniło się moje życie w ciągu tych 10 lat i jak szalony był dla mnie rok 2019. Chciałam opowiedzieć, jak spędziłam Sylwestra i zakończyć refleksją, że jeśli to prawda co mówią „Nowy Rok jaki, cały rok taki” (lub w alternatywnej wersji, że nowy rok, będzie taki jak Sylwester) – to mój 2020 będzie pełny podróży, czasu z przyjaciółmi i pysznego jedzenia. 

Ale jedyne co jestem w stanie w tej chwili napisać to, że po prostu nie wierzę, że pierwszy film jaki obejrzę w tym roku, ba, w tej dekadzie, to będą Gwiezdne Wojny
Wyjdź za geeka, mówili. Bedzie fajnie, mówili.

Dobry kucharz, czyli jak wygrać z mężem

Jakieś dwa tygodnie temu, mój Kolega Małżonek poinformował mnie, że uważa się za dobrego kucharza. Zareagowałam na to dictum wybuchem szczerego śmiechu – no bo doprawdy, znamy się ponad 6 lat a ja jakoś tej cechy u niego nie zauważyłam. A jak już się pośmiałam pomyślałam sobie, że może by mu postawić jakieś wyzwanie kulinarne? W końcu dla mnie to idealna win-win situation: albo wyjdzie na moje, albo będzie dobre jedzenie. Ja tam nie mam złudzeń: kucharka ze mnie marna, za to uwielbiam mieć rację, więc kto na moim miejscu by nie skorzystał?
Zaczęłam delikatnie: w weekend byliśmy zaproszeni do koleżanki na składkowe spotkanie przedświąteczne, więc zasugerowałam, żeby to on przygotował nasz wkład (podczas gdy ja będę szykowała u rodziców świąteczny pasztet). W efekcie powstały świnki w kołderkach wzbogacone o ser (Szalony Naukowiec ze swoim zamiłowaniem do sera w każdej formie i postaci powinien był się urodzić w takiej na przykład Francji) oraz – przy mojej asyście – mousse au chocolat (no nie mówiłam?).
Wczoraj natomiast w naszej kuchni powstała cała masa ciasteczek (to już taka nasza tradycja świąteczna), a także – uwaga uwaga – sernik. Ja nigdy w życiu nie upiekłam żadnego ciasta więc jestem z nas dumna. Jak tak dalej pójdzie, może za rok Szalony Naukowiec wyczaruje mi pierogi z kapustą i grzybami?
Tym samym przygotowania gwiazdkowe wyszły u nas na ostatnią prostą, ale mimo tych wszystkich wypieków, ubranej choinki, a nawet nowych ślicznych dekoracji – ja jakoś wcale nie czuję Świąt. Bardzo bym chciała, żeby spadł śnieg, albo chociaż: temperatura, bo jak to tak szukać Pierwszej Gwiazdki przy +7 stopniach?
A Wy obchodzicie Święta? Jak u Was z przygotowaniami?

Pan od Choinek część 2

Pamiętacie może Pana od Choinek?
W tym roku znowu udaliśmy się z Szalonym Naukowcem zagrać w naszą ulubioną grę świąteczną. Tym razem jednak oponent chyba specjalnie przygotował na tę okoliczność. Powitał nas głośnym okrzykiem już na wejściu na plac z choinkami, a następnie zaprosił na tyły (tj między drzewka). Gdy ja oddałam się przebieraniu miedzy gałązkami, a Szalony N skoczył do bankomatu, Pan od Choinek zainicjował tegoroczną rozgrywkę:
– Pani mąż to z Algierii, tak? – zapytał chytrze.
– Nie. – jeśli liczył, że mnie podejdzie i odpowiem „nie, z…” to nie ze mną te numery.
– To z Maroka? – no tu mnie zażył, liczyłam, że rozgrywka potrwa jednak nieco dłużej. Do trzech (lat) sztuka.
– Tak.
– A to prawie to samo hyhy – zarzucił żarcikiem zadowolony z wygranej Pan od Choinek.

Daruję sobie przytaczanie dalszej części tej rozmowy i przejdę prosto do pointy: jestem bardzo rozczarowana, że nasza coroczna gra się skończyła. Chyba muszę do przyszłej Gwiazdki zmienić męża. Ewentualnie źródło zaopatrzenia w choinki.

Z cyklu: dziwne spotkania

.
Wybraliśmy się dziś z Szalonym Naukowcem zobaczyć iluminację na Starówce i to co Warszawa ma do zaoferowania w charakterze jarmarku świątecznego. Idziemy więc sobie i oglądamy stoiska z dość standardowym jak na ten kontekst asortymentem, kiedy nagle pomiędzy chlebem ze smalcem, a grzańcem, naszym oczom ukazał się stragan z mydełkami zapachowymi, olejkami eterycznymi, hojnie udekorowany lawendą. Już mieliśmy przejść obok wymieniając lekko zdziwione uniesienia brwi, kiedy nagle dobiegł nas język, którym posługiwał się sprzedawca: francuski.
I tak oto, w środku Warszawy poznaliśmy Francuza, który sprzedaje tu francuskie kosmetyki rodem z Lazurowego Wybrzeża oraz od 1,5 roku mieszka w Warszawie – z żoną Wietnamką.
Ciekawa jestem jaka historia się za tym kryje.
A sezon na grzańca i gorącą czekoladę „z prądem” uważam za otwarty

Pierwsza rocznica (pierwszego) ślubu

W ten weekend obchodziliśmy z Szalonym Naukowcem jednocześnie koniec sezonu ślubnego i pierwszą rocznicę Ślubu 1.0.
To był niezwykle intensywny i szalony rok – a właściwie 13 miesięcy – od kiedy na skutek splotu różnych okoliczności postanowiliśmy (raczej niespodziewanie) się pobrać (po raz pierwszy). Trzy śluby, podróż poślubna na drugą półkulę, życie na walizkach, ciągłe rozstania i powroty, tysiące wymienionych wiadomości, setki przegadanych przez telefon godzin, łzy wylane na lotniskach, dworcach i w pustym łóżku; uściski na powitanie, wieczorne wypady do knajpek, odkrywanie nowych miejsc i smaków, butelki wina wypite na kanapie, niezliczone seanse kinowe czasami planowane z miesięcznym wyprzedzeniem, dziesiątki nocy przegadanych do nieprzyzwoitej godziny, rozgrzewanie zmarzniętych dłoni i stópek, śniadania do łóżka i te jedzone w biegu żeby samolot nie uciekł. Ten rok był słodko-gorzki jak czekolada o 80% zawartości kakao. Ale wiecie co? Nie zrezygnowałabym z niego.
Tak się składa, że nasza pierwsza rocznica zbiega się (prawie) z momentem kiedy Szalony Naukowiec ostatecznie kończy swoje zawodowe wojaże i na dobre cumuje w porcie Dom. Jeszcze tylko kilkanaście dni i wyjdę po niego na dworzec po raz ostatni.
A póki co: było co świętować. Brawo my.

Księżniczkowanie

Historyjki poweselne.
Siedzimy w salonie u teściów z kilkorgiem kuzynów męża. Wszyscy wymieniają sie zdjęciami i nagraniami z imprezy. W pewnym momencie, ktoś zaczyna oglądać filmik, a 3 letni chłopczyk patrzy mu przez ramię. Patrzy, patrzy, rozgląda się po pokoju i pyta:
– A gdzie jest ta księżniczka?
Ojciec wskazuje palcem na moją skromną osobę, siedzącą niedaleko. Dziecko spogląda na mnie uważne, przechyla głowę i z niezachwianą pewnością w głosie oświadcza:
– Wcale nie.
Dziecko prawdę ci powie: dla tego Kopciuszka północ już wybiła i księżniczkowanie się skończyło.

O Hennie słów kilka

Ozdabianie rąk henną jest w Maroku bardzo popularne, nie tylko przy okazji ślubu. Wzorki robi się przy pomocy strzykawki ze specjalnie skróconą igłą. Podczas nakładania, henna ma kolor zielonkawego błotka, wysycha na brązowo, ale tak naprawdę chodzi w niej o to, żeby zabarwiła skórę i stworzyła „tatuaż”. Wzorki, które zostają po usunięciu henny mogą mieć kolor od pomarańczowego do ciemnego brązu w zależności od tego, jak długo się ją trzyma, ale też od skóry. Jest też czarna henna, ale jest szkodliwa ze względu na barwnik, który jest do niej dodawany aby uzyskać ciemny kolor.

Mówi się, że jeśli henna u panny młodej wyjdzie jasna, mąż będzie miły, a jeśli ciemna: złośliwy. Być może dlatego podczas wesela zeskrobano mi ją z dłoni błyskawicznie. Chociaż ja myślę, że to było bardziej ze względu na napięty harmonogram i bezpieczeństwo kolejnych kreacji  
W każdym razie wyglądała tak:

Image may contain: one or more people
W sytuacji, w której jest do dyspozycji więcej czasu, po nałożeniu henny należy zaczekać aż ona wyschnie, a potem nałożyć (bez zdrapywania!) miksturę z miodu, cukru, soku z cytryny i czosnku. Jej rolą jest z jednej strony zwilżenie henny, żeby lepiej barwiła, do tego czosnek ponoć rozszerza pory, cytryna ułatwia ciemnienie, a miód wszystko skleja, dzięki czemu henna dużo dłużej wytrzymuje na skórze bez odpadnięcia. Niektóre kobiety mogą siedzieć z nią całymi godzinami, a nawet idą tak spać!
Ja wczoraj poprosiłam ciotkę Szalonego Naukowca o poprawki/zrobienie na nowo moich wzorków, ale wytrzymałam tylko 3 godziny