Jeśli do końca tej pandemii nie zostanę wdową oskarżoną i zabójstwo w afekcie, to zapewne zostanę porzucona przez łysego męża.

Od kilku tygodni powtarzającym się motywem narzekań w naszym domu jest nieokiełznany busz na jego głowie. Ci, którzy mieli do czynienia z włosami z północnej Afryki, wiedzą, że to może być nie lada problem, a w tym przypadku sytuacja robi się alarmująca.
W końcu Kolega Małżonek zdecydował się na zakup maszynki do strzyżenia włosów. Wczoraj spędziliśmy więc całkiem sporo czasu przeglądając, porównując i wybierając modele.
I w końcu się udało!
Decyzja podjęta, model wybrany, koniec udręki na horyzoncie!
I co w tym momencie postanowił zrobić mój mąż? Otóż uznał, że skoro i tak w Wielkanoc nikt nie zacznie realizować zamówienia, on sobie poczeka.
I poczekał. Poczekał tak skutecznie, że ten model, a także 2 inne które brał pod uwagę, zniknęły ze sklepu.
Najwyraźniej maszynki do strzyżenia sa nowym papierem toaletowym i drożdżami.
A ja przeczuwam że zbliża się nocna interwencja przy pomocy maszynki do golenia

Jeśli do końca tej pandemii nie zostanę wdową oskarżoną o zabójstwo w afekcie, to będzie wielki sukces.

Wczoraj pod wieczór wybraliśmy się na zakupy (a co! Oboje mamy już dość siedzenia w czterech ścianach). Premierowo w bawełnianych maseczkach wielokrotnego użytku. Jak powszechnie wiadomo te maseczki trzeba regularnie prać (lub prasować), tak więc po powrocie wrzuciłam je do umywalki wypełnionej gorącą wodą z mydłem żeby się tam namoczyły.
No i tak jakby o nich zapomniałam.
Do momentu, kiedy idąc myć zęby znalazłam je porzucone na brzegu umywalki, gdzie pozostawił je mój mąż bo „nie wiedział co będę chciała z nimi zrobić”.

Chciałam nimi, kochany mężu, ozdobić choinkę.

Covidowe refleksje

Dziś mijają 4 tygodnie od kiedy pracuję z domu i wychodzę tylko do sklepu, paczkomatu i do lekarza – a to wszystko raz na kilka dni. Dziś także jest dzień, kiedy miałam się pakować na wyjazd do Barcelony – prezent urodzinowy dla mojej mamy. A w zasadzie: drugie podejście do prezentu urodzinowego, bo już rok temu musieliśmy go odwołać ze względu na chorobę.
Trochę zaczynam mieć już dość tej izolacji i tego dnia świstaka. Nie zdziwię się jak w którąś sobotę wstanę i zaloguję się do pracy zdalnej bo przestanę ogarniać jaki jest dzień tygodnia, bo te wszystkie dni są teraz niemal identyczne.
Staram się jednak nie popadać w zły nastrój i się nie zamartwiać. Staram się nie myśleć o negatywach, tylko skupiać się na pozytywach. Bo przecież inni mają gorzej.
My tak naprawdę jesteśmy w bardzo komfortowej, wręcz uprzywilejowanej sytuacji: nie utknęłam w domu sama, mąż zdążył wrócić z Maroka zanim pozamykali granice. Ani jego ani moja sytuacja zawodowa nie jest zagrożona, a natura pracy umożliwia wykonywanie jej z domu, a powierzchnia naszego mieszkania pozwala procować w dwóch oddzielnych pomieszczeniach i nie wchodzić sobie w drogę. Jednocześnie lubimy się na tyle, że spędzanie całego czasu w tych samych czterech ścianach nie jest problemem. Potrafimy się razem dobrze bawić, a jednocześnie nauczyliśmy się jasno dawać znać, gdy któreś potrzebuje czasu dla siebie. Za oknami mamy ładny skwer, który się robi zielony. Nasza rodzina jest zdrowa i (w większości) bezpieczna. Mamy internet, netflixa i kindla, dobrze zaopatrzoną kuchnię, w której mąż odkrywa nowe talenty, a także stepper i rower stacjonarny, które pozwalają nie zamieniać się w ziemniaka. Nie mamy żadnych chorób, które wymagałyby interwencji medycznej ani żadnych pilnych, a odwołanych badań lekarskich. Nie mamy dzieci, które świrują w domu z nudów i które trzeba – po pracy – prowadzić przez e-lekcje.
Doceniam to wszystko i nie narzekam, serio!
Tylko czasami trochę mi szkoda, że nie mogę codziennie oglądać jak rozwijają się pąki na krzaku bzu koło furtki, że jednak nam (zwłaszcza mamie) ta Barcelona znowu przejechała koło nosa. No i że w tej chwili, poza mężem, całe moje relacje międzyludzkie sprowadzają się do literek na monitorze.
Nigdy nie miałam bardzo bogatego życia towarzyskiego, wolałam raczej niewielkie grono bliskich osób niż masę znajomych, ale (może właśnie dlatego) jest ono dla mnie ważne. Kiedyś myślałam, że jestem w stanie przenosić relacje ze świata rzeczywistego do wirtualnego bez problemu i bez szkody dla nich – teraz widzę, że nie miałam racji. Czytałam ostatnio taki artykuł, o wpływie izolacji i samotności na psychikę i na zdrowie fizyczne (który jest dla mnie dość oczywisty), ale także o tym, jak dla naszego mózgu mają się do siebie relacje wirtualne do realnych. Okazuje się, że nie są wcale równorzędne!
„Nasz mózg ma ograniczone możliwości w zakresie rozwiązywania problemów i regulacji emocji, mówi Coan, który opowiada na swoich zajęciach o tym, dlaczego ludzie trzymają się za ręce. Intensywna socjalizacja służy właśnie rozwijaniu tych możliwości naszego mózgu. Kiedy przebywamy w towarzystwie innych ludzi, nawet jeśli stoją dwa metry od nas, mózg przetwarza wszelkiego rodzaju informacje dużo skuteczniej niż kiedy jesteśmy sami lub nawiązujemy kontakt za pośrednictwem telefonu czy ekranu. „Na ogół preferujemy kontakt na żywo”, tłumaczy Coan. „To biologiczna reguła zwana ekonomią działania. Mózg chce osiągać swoje cele najmniejszym możliwym kosztem, a przebywanie w towarzystwie innych ludzi obniża te koszty niemal w każdym przypadku.” Coan odkrył, że samo trzymanie ukochanej osoby za rękę łagodzi lęk […]. Dotyk wycisza aktywność emocjonalną mózgu a nawiązywanie kontaktu w trybie wideokonferencji wymaga od niego dodatkowej pracy w celu osiągnięcia tego samego skutku.”
/tłumaczenie za Laboratorium Psychoedukacji/
Cały artykuł znajdziecie tu:
https://www.newyorker.com/news/our-columnists/how-loneliness-from-coronavirus-isolation-takes-its-own-toll?fbclid=IwAR1Cz3Q-DGhK64nugN_hEsZVsOrsIZ-De_ABuw0JeHVvCJRL1hbZ88LfO14
No ale wracając do skupiania się na pozytywach: dziś przyszło mi do głowy, że w tych okolicznościach przynajmniej nie trzeba obchodzić zbliżających się świąt żeby ucieszyć rodzinę.

 
A co do bzu, robię mu zdjęcie za każdym razem, gdy go mijam. Jemu pandemia w niczym nie przeszkadza.

Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 2 – dbaj o siebie

.
Nie będę się tu wymądrzała o tym jak unikać zakażenia, jak robić zakupy, czy myć je przed włożeniem do szafek, ani czy nosić maseczki. Jest mnóstwo bardziej kompetentnych źródeł na ten temat.
Chciałabym się skupić na samopoczuciu psychicznym. Obecna sytuacja jest trudna dla większości z nas: przymusowe uziemienie w domu i – wynikająca z tego – zmiana trybu życia; lęk o zdrowie swoje i najbliższych, a także separacja od nich i tęsknota; dla wielu osób (tymczasowa?) utrata pracy i upadki biznesów oraz idące za tym problemy finansowe; poprzekładane (bezterminowo) badania i procedury medyczne; poodwoływane plany wyjazdowe, wesela, uroczystości rodzinne; ogólny niepokój i obawa o przyszłość.
Łatwo w tych warunkach popaść w stan stresu, lęku, chandry, czy nawet depresji. Dlatego w tym okresie warto szczególnie zadbać o swoje morale.
Poniżej opiszę kilka rzeczy, którymi według mnie można sobie pomóc – może uznacie je za skuteczne i warte wypróbowania, może nie. Najważniejsze to znaleźć najbardziej adekwatną do własnych potrzeb metodę i pamiętać, że to nie jest wyzwanie ani zadanie do wykonania. Nie musisz wykorzystać okresu izolacji żeby schudnąć 10 kilo, zbudować mięśnie brzucha, pomalować kuchnię, wysprzątać piwnicę i co tam jeszcze masz na swojej liście. Możesz oczywiście zrobić te rzeczy, jeśli sprawią, że poczujesz się lepiej (i zaraz o tym napiszę), ale jeśli nie: nie katuj się wymaganiami, wyrzutami i poczuciem winy. To nie o tu chodzi.
Po tym wstępie, przejdźmy do rzeczy, które w moim odczuciu mogą pomóc:
1. Ruch

Apka w telefonie mówi mi,że w czasach PK (Przed Koronawirusem, dzięki Los Kudłaczos) dziennie robiłam średnio 5-8 tysięcy kroków. Oczywiście obecnie nie ma za bardzo mowy o długich spacerach. Warto pamiętać, że nasze ciało (i głowa) potrzebują ruchu. Masz rowerek, stepper lub orbitreka? Wskakuj! Nie masz? Może warto pomyśleć o jakimś treningu online? Jest wiele płatnych i darmowych opcji od Fitness Blendera po programy Ewy Chodakowskiej.
Ja staram się codziennie zrobić 7-10 tysięcy kroków na stepperze (jeśli praca na to pozwala, próbuję wyrabiać te kroki regularnie po trochu przez cały dzień, co jakby imituje normalność) i co drugi dzień przejechać parę km na rowerze. Dzięki temu nie czuję się na koniec dnia odrętwiała i sztywna, mimo, że nie ruszyłam się z domu.
2. Organizacja dnia.
Siedzenie cały dzień w domu sprzyja poczuciu oderwania od rzeczywistości, zwłaszcza jeśli ktoś nie pracuje. Wszystkie godziny są takie same, dni zlewają się w jedno… Dlatego warto stworzyć sobie ramowy plan dnia: pilnować mniej-więcej (bo w końcu nie jesteśmy w więzieniu) regularnych pór capstrzyków i pobudek; utrzymywać stałe pory przeznaczone na pracę, relaks, hobby, ruch i posiłki.
Zalew informacji o postępach epidemii i wszystkie materiały o maseczkach, dezynfekcji opakowań makaronu może generować stres i niepokój u każdego. Jeśli u ciebie też, ustal sobie konkretne momenty w ciągu dnia, kiedy będziesz przeglądać wieści ze świata i zapoznawać się z nowymi doniesieniami – i na tym poprzestań.
3. Znajdź sobie zajęcia.
Nie wiem, jak wy, ale ja zawsze bardzo lubiłam leniwe weekendy, kiedy wstawało się z kanapy tylko do kuchni. Myślę, że lubiłam je tak bardzo dlatego, że trafiały się raczej rzadko. I wiece co? Na koniec takiego weekendu nawet cieszyłam się na poniedziałek. Na dłuższą metę zaleganie na kanapie i nicnierobienie niezbyt dobrze wpływa na moje samopoczucie i myślę, że nie jestem w tym odczuciu odosobniona. Jeśli macie podobne odczucia, fajnie jest znaleźć sobie coś co nas zajmie i przy okazji odciągnie myśli od niebezpiecznych rewirów.
Niezależnie od tego, czy pracujesz z domu, czy koronawirus pozbawił cię zajęcia, na pewno masz sporo wolnych godzin, które warto jakoś zagospodarować inaczej niż przeglądając fejsika czy instagrama i odświeżając strony z wiadomościami. Masz do nadrobienia zaległości serialowe, książkowe i filmowe? Może półce kurzą się od dawna podręczniki do nauki języka? Odkładana od dawna nauka gotowania z youtubem; zaległe porządki w szafie; gry wideo albo gry w planszówki online (można pograć ze znajomymi, z którymi nie możemy się widywać); kurs albo szkolenie przez internet czy wirtualna wizyta w muzeum – jest ich teraz dużo i wiele jest dostępnych za darmo. Wiedzieliście, na przykład, że można się wybrać na wirtualną wystawę poświęconą kotom w historii sztuki?
Wiele osób uważa kolorowanki dla dorosłych, malowanie po numerach, puzzle, pracę w ogrodzie (czy na balkonie) za relaksujące. A może jest jeszcze coś innego, co zawsze chciałaś porobić, ale brakowało na to wolnej chwili?
Jak pisałam na początku – to są tylko pomysły na coś co ma pomóc poprzez zajęcie czasu i myśli i ewentualnie zadbanie o samorozwój, a nie konkurs na Królową Produktywności Podczas Izolacji. Jeśli nie masz ochoty albo siły znajdować sobie zajęć – to też jest ok, nie ma potrzeby wywierać na siebie presję.
3. Zadbaj o siebie.
Wszyscy już się pośmialiśmy z memów o tym, jak to po dwóch tygodniach kwarantanny mąż zobaczy jak jego żona wygląda naprawdę. Coś w tym jest, bo niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie spędził całego dnia w piżamie i bez prysznica. I ogólnie spoko, ale przy wielu, wielu dniach w domu, to niekoniecznie jest dobry kierunek
To że nie możesz wychodzić, nie znaczy, że dbanie o siebie straciło sens. Izolacja nie powodem żeby przestać depilować nogi, nakładać odżywkę na włosy, dbać o paznokcie i uskuteczniać wszystkie inne zabiegi pielęgnacyjne, jakie masz w zwyczaju. No, prawie wszystkie, rzęs raczej sama sobie nie zrobisz, ale już jeśli nie wyobrażasz sobie życia bez hybrydy na paznokciach, to może być dobry moment, żeby zamówić zestaw do ich robienia i – a nuż – odkryć nowe hobby? Nic też nie stoi też na przeszkodzie, żeby robić sobie co rano makijaż i fryzurę, jeśli to pomaga ci się poczuć się normalnie i „jak człowiek”.
Zmierzam do tego, że poczucie bycia „zapuszczoną” zazwyczaj nie wpływa za dobrze na samopoczucie, prawda? A naszym celem jest tutaj zadbanie, by mimo warunków było ono jak najlepsze. Z drugiej strony, jeśli (jak ja) nie lubisz układać włosów do pracy: korzystaj i nie układaj. 
A wy jak sobie radzicie z tym wszystkim?

Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 1.

Dość długo miałam spory dystans do koronawirusowej paniki, ale ostatnich kilka dni sprawiło, że doszłam do wniosku, że sytuacja jest poważna, a przykład Włoch pokazuje, co może się stać, gdy podejdzie się do niej zbyt lajtowo. A wygląda na to, że w Polsce ma szansę być dużo gorzej: chyba wszyscy czytaliśmy o szokująco małej ilości testów i o bardzo słabym przygotowaniu szpitali – choćby pod względem zasobów takich jak stroje ochronne, nie mówiąc już o miejscach na OIOMie. Nie jestem specjalistą od epidemiologii czy wirusologii, ale czytam oficjalne źródła, statystyki, newsy i zalecenia i bardzo wierzę, że trzeba zrobić wszystko co się da, żeby osłabić/spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa.
Dlatego od czwartku oboje z Szalonym Naukowcem siedzimy w domu i ograniczamy wszystkie wyjścia i interakcje społeczne oraz – ogólnie – kisimy się we własnym sosie. Oboje mamy to szczęście, że możemy pracować zdalnie, ale o ile on całkiem to lubi: ja wręcz przeciwnie. Mimo, że od bodajże dwóch lat mam taką możliwość i od czas do czasu z niej korzystam: nie przepadam za tym. Przede wszystkim ze względów zawodowych (nad którymi nie będę się w tej chwili rozwodzić), ale także dlatego, że chodzenie do pracy i wynikająca z niego struktura dnia są mi potrzebne dla higieny psychicznej. Podobnie z resztą jak w ogóle wychodzenie z domu i życie towarzyskie. Po dniu pracy zdalnej (zwłaszcza połączonym z weekendem w domu) zaczynam się często czuć jak wrastający w podłoże ziemniak (niezależnie jak niepoprawne z punktu widzenia biologii może być to porównanie).
Wiem, że dla wielu osób praca z domu i w ogóle siedzenie w nim nie jest problemem, ale dla wielu – tak jak dla mnie – może stanowić wyzwanie. Przygotowałam więc kilka rad jak jednak nie zamienić się z ziemniaka
Zacznijmy od kwestii pracy, jako że ona zajmuje nam połowę dnia.
Największym problemem (ryzykiem?) związanym z tzw Home Office jest zlanie się czasu pracy z czasem poza pracą. Aby tego uniknąć warto zastosować kilka rozwiązań:
1. Stanowisko pracy. W miarę możliwości warto zorganizować sobie miejsce przeznaczone tylko do pracy. Nie pracuj na kanapie, na której spędzisz potem resztę dnia ani w łóżku. To ani wygodne, ani dobre dla higieny pracy (także psychicznej). Jeśli nie możesz wygospodarować osobnego miejsca tylko do pracy i korzystasz na przykład ze stołu w salonie (jak ja) postaraj się zlikwidować stanowisko, po zakończonym dniu pracy.
2. Przedpracowe rytuały. Chodząc do pracy wykonujemy całą serię czynności, które przenoszą nas z trybu „dom” do trybu „praca”. Oczywiście najważniejsze jest fizyczne przeniesienie się z miejsca na miejsce, ale jako że przy pracy zdalnej nie wchodzi to w grę: warto zbudować sobie pewien rytuał, który umożliwi chociaż przeniesienie się mentalne. Nie proponuję tu nakładania makijażu i garsonki (chyba, że twoja praca zdalna wymaga videokonferencji), ale może prysznic, przebranie się w coś innego niż piżama, śniadanie i kawa? Poza tym warto trzymać się stałych godzin rozpoczynania (i kończenia) pracy: nawet jeśli nie ma to większego znaczenia dla twojego szefa i wykonywanych zadań.
3. Wyraźne granice (czasu) pracy. Po przeniesieniu się w tryb „praca” warto w nim pozostać przez czas, który masz zamiar na tę pracę poświęcić. Unikaj włączania telewizora, odpalania netfliksa czy (intensywniejszego niż gdy jesteś w biurze) korzystania z mediów społecznościowych. To pranie też nie musi być zrobione właśnie teraz. A gdy już ta 17 (czy któraś inna,) wybije: dobrze w jakiś wyraźny sposób zaznaczyć zakończenie dnia pracy. Niech to będzie coś więcej niż zamknięcie okienka aplikacji firmowej i zastąpienie jej okienkiem facebooka. Jeśli masz miejsce dedykowane tylko do pracy: posprzątaj je i opuść. Jeśli korzystasz z miejsca, służącego także do innych celów: tak jak pisałam w punkcie 1: zlikwiduj stanowisko pracy. Da ci to poczucie mentalnego zakończenia trybu „praca” i możliwość przejścia do trybu „dom”.
4. Ruch. W normalnych czasach wychodzisz z domu, może idziesz pieszo albo przynajmniej dochodzisz do przystanku czy samochodu. Chodzisz też po biurze i ogólnie zapewne poruszasz się sporo więcej niż w domu. Dlatego warto pilnować, żeby chociaż co godzinę wstać z krzesła, przejść się po mieszkaniu, może trochę porozciągać? Może masz piłkę na której możesz siedzieć zamiast krzesła? Czemu to jest ważne chyba nie muszę tłumaczyć (i nie chodzi tylko o punkt A poniższego mema)
Sytuacja, w której się znajdujemy wiąże się oczywiście nie tylko z pracą w domu, ale ogólnie siedzeniem w czterech ścianach, co na dłuższą metę może nie mieć dobrego wpływu na twoje samopoczucie. Na moje nie ma. W następnej części napiszę wam swoje przemyślenia jak radzić sobie z przedłużającym się uziemieniem w kontekście pozapracowym, a może też w związkowym.
A wy jakie macie sposoby na zachowanie higieny psychicznej i skuteczności podczas pracy z domu?

Nazwisko a normy społeczne

Może cześć z was nie wie, że w krajach muzułmańskich (a przynajmniej tych z okolic basenu Morza Śródziemnego – nie wiem jak np. w Indonezji – kobieta nie zmienia nazwiska po ślubie (facet z resztą też). W islamie ważne jest zachowanie jasności w kwestii linii krwi, dlatego nawet adoptowane dzieci nie zmieniają nazwiska. Podobnie nikt nie zmienia nazwiska w Hiszpanii (i chyba krajach Ameryki Łacińskiej): tam ma się po dwa nazwiska – po każdym z rodziców (chociaż nie mam pojęcia jak to działa, skoro każde z rodziców też ma dwa). We Włoszech również nikt nazwiska nie zmienia*. Natomiast w Polsce (między innymi), jak zapewne wszyscy wiecie, wychodząc za mąż kobieta przyjmuje nazwisko męża. Jest to – w mojej skromnej opinii – tradycja zakorzeniona mocno w patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta była przekazywana spod opieki (władzy) ojca pod opiekę (władzę) męża, a nazwisko w pewnym sensie wskazywało na jej przynależność.
Jak może zdołaliście się zorientować, nie jestem wielką fanką tradycji dla samej tradycji („tradition – peer pressure from dead people” hehehe), jednak, kiedy musieliśmy z Szalonym Naukowcem zdecydować w temacie naszych przyszłych nazwisk, doszłam do wniosku, że podoba mi się idea posiadanie jednego, wspólnego. Widzę to jako symbol tego, że tworzymy teraz rodzinę, drużynę i że przynależymy do siebie. Z drugiej strony: pod czyim banerem to się odbędzie, nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jako, że zawsze byłam przywiązana do swojego (panieńskiego) nazwiska, naturalnie zaproponowałam jeszcze-wtedy-nie-mężowi, żeby je przejął -na co on chętnie by przystał – gdyby nie to, że w Maroku nie ma prawnej możliwości zmiany nazwiska, z powodów, które podałam wyżej. I tak oto dorobiłam się nazwiska podwójnego.

A teraz do rzeczy.
Jako dziecko social mediów, niedługo po tym jak się zaręczyliśmy, zapisałam się do dużej, popularnej grupy facebookowej o tematyce ślubno-weselnej. I na tej grupie wspomniałam, o pomyśle przyjęcia przez (jeszcze wtedy) przyszłego małżonka mojego nazwiska. Mało mnie tam kobiety nie zjadły żywcem. Padały argument o męskości, o kastrowaniu faceta, o demonstrowaniu na siłę swojej niezależności oraz o leczeniu kompleksów (moich rzecz jasna).
I tak sobie myślę: jakie to smutne, że kompletnie arbitralne normy kulturowe wsiąkają w ludzi tak głęboko. Pełno wszędzie zasad typu „kobieta powinna to i to”, „prawdziwy mężczyzna powinien być taki i taki”, jakby jakieś zachowania czy postawy były atrybutami danej płci niczym genitalia (które swoją drogą także niekoniecznie są). No wiecie: kobieta ma biust, waginę i zmienia nazwisko, a facet ma penisa, owłosienie na klatce piersiowej i nie płacze. A najgorsze, że zaczyna się to już od urodzenia: róż, księżniczki i „jestem śliczna” dla dziewczynki, niebieski, superbohaterowie i „jestem odważny” dla chłopca. Ostatnio widziałam gdzieś w internecie atak na kobietę, która zdecydowała się wykorzystać ciuszki po starszym dziecku siostry, dla swojego – odmiennej płci. Wyobrażacie sobie? Nie mówiąc już nawet o podziale zabawkach na te przeznaczone dla chłopców i dla dziewczynek.
Dopóki takie normy dotyczą rzeczy w sumie nieistotnych jak to, kto przejmuje czyje nazwisko, albo jaki kolor bodziaka zakładamy noworodkowi – nie jest jeszcze tak źle. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy uczymy dzieci, że dziewczynka ma być ładna, skromna i spolegliwa, a chłopiec silny, twardy i przebojowy. W ten sposób tworzymy kobiety, które boją się walczyć o swoje i mówić nie oraz mężczyzn, którzy popełniają samobójstwa wielokrotnie częściej niż kobiety, bo nie umieją sobie radzić z emocjami (tak, wiem, upraszczam).
A co z normami, które wymagają od kobiet zajmowania się domem i dziećmi, a od mężczyzny utrzymania tegoż domu; które wymagają od kobiet zakrywania ciała (żeby nie prowokowało), nie pozwalają im samodzielnie podróżować; które nakazują poślubić wybraną przez rodzinę (często obcą) osobę, stawiać wolę rodziców ponad własną; normami, które nakazują lub zakazują jedzenia konkretnych produktów albo narzucają picie alkoholu; albo normami, które wymagają okaleczania genitaliów dziewczynkom?
Nie wszystkie normy społeczne i uwarunkowania kulturowe są z gruntu złe. Wiele z nich natomiast ogranicza ludzi i narzuca im wzorce postępowania, które wcale nie są dla nich dobre. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma rozum, który pozwala na krytyczną analizę i świadome odrzucenie (bądź przyjęcie) zasad, które narzuca nam społeczeństwo. Warto z tego korzystać.
Dlatego następnym razem zrobisz coś „bo tak się robi”, zrezygnujesz z czegoś „bo kobiecie/mężczyźnie nie wypada”, albo osądzisz kogoś w internecie „bo powinno być inaczej” – pomyśl.
* A jak jest z nazwiskami w innych krajach, których tradycje znacie?
Nie wiem, skąd pochodzi ta ilustracja, ja pierwszy raz widziałam ją na Blog Ojciec​ choć nieco przerobiłam ją na potrzeby tego wpisu
Image may contain: text

Hintertux ponownie

Dziś dla odmiany od Maroka: Alpy. Góry jak to góry bywają humorzaste. Wczoraj było piękne słońce, dziś chmury, mgła, wicher i pozamykane wyciągi narciarskie.
W ogóle mieliśmy sporo szczęścia, że tu dotarliśmy, ponieważ podróżowaliśmy przez Monachium, do którego kilka godzin później odwołano wszystkie loty z Warszawy. Podobnie jak wiele innych lotów do Niemiec oraz wiele pociągów w Niemczech. Huragan Sabina pokrzyżował plany wielu Szalonym Naukowcom, których konferencja nas tutaj sprowadziła. Aż dziw, że nam nie, bo mój osobisty Szalony Naukowiec jest przecież magnesem na pecha wszelkiego rodzaju.
No ale nie chwalmy dnia przed zachodem, jeszcze trzeba stąd kiedyś wrócić.

Czy warto mieć gdzieś krytykę?

Ostatnio bardzo często obserwuję wśród ludzi postawę typu to moje życie i mam gdzieś, co inni myślą. Niby jest to fajna, wyzwalająca postawa, która pozwala zdystansować się od krępujących, bezsensownych norm społecznych i najróżniejszych „co ludzie powiedzą”. I to jest bardzo spoko, gdyż wiele z nich tak naprawdę nie daje jednostce niczego poza ograniczeniami.
Ta postawa zazwyczaj pociąga za sobą także stwierdzenia takie jak nie obchodzi mnie krytyka innych i ludzie krytykują, bo leczą swoje kompleksy. Wiele osób na pewno się zgodzi zwłaszcza z tym ostatnim stwierdzeniem. I w pewnym sensie to prawda, wypowiadanie negatywnych opinii na temat czyjegoś wyglądu czy poziomu inteligencji, często jest podyktowane kompleksami i niską samooceną.
Tylko czy to jest krytyka?
W potocznej polszczyźnie słowo „krytyka” i „krytykować” są używane w dwóch różnych znaczeniach, na które tak naprawdę mamy dwa różne terminy:
Krytyka (łac. criticus – osądzający) – analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia. /za wikipedią/
Krytykanctwo «niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania» /za SJP/
Także potoczne „krytykowanie kogoś” („ona mnie ciągle krytykuje”), niekoniecznie jest krytyką, a często krytykanctwem, które – pewnie wszyscy się zgodzimy – nie jest niczym dobrym.

A co z krytyką?
Człowiek przez całe swoje życie się zmienia. Nauka nowych rzeczy, naprawianie błędów, wychodzenie z nałogów i traum, zmienianie (nomen omen) sposobów funkcjonowania czy zachowania – to wszystko są zmiany. Zmiany są niezbędne, bez nich nie można mówić o rozwoju, dojrzewaniu, pracy nad sobą, postępach ani leczeniu czy terapii. Każdy z nas (mam nadzieję) chce się stawać lepszym człowiekiem – jakkolwiek by tego nie definiował – co jest przecież procesem nieustającej zmiany.
Czasami jest to prostu naturalne i przychodzi niejako „samo”, jak nauka chodzenia. Ale często wymaga świadomego, skoncentrowanego wysiłku. A jaki jest pierwszy krok do takiej intencjonalnej zmiany? Otóż: uświadomienie sobie, że jest ona potrzebna – co nie jest wcale takie proste.
Dlaczego o tym piszę w tym momencie? Dlatego, że tu właśnie pojawia się rola krytyki.
Bardzo często druga osoba, patrząca z zewnątrz widzi rzeczy, których sami w sobie nie dostrzegamy. Począwszy od sałaty między zębami, przez spodnie pogrubiające w tyłku, po zachowania, reakcje i wybory życiowe. Często działamy lub reagujemy w sposób, który z naszego punktu widzenia jest jak najbardziej uzasadniony i adekwatny do sytuacji, podczas gdy zewnętrzny obserwator ma zupełnie inne refleksje. Nierzadko druga osoba zauważa związki, połączenia, wzory zachowań, których w ogóle nie jesteśmy świadomi.
Osoba nadużywająca alkoholu; facet, który źle traktuje partnerkę; kobieta wykorzystywana przez ukochanego; dziewczyna, która ciągle przyciąga nieodpowiednich mężczyzn i nie wie dlaczego; ktoś komu ciągle nie udaje się dostać awansu – to przykłady sytuacji, w których może być ciężko dostrzec samemu istotę problemu. Zwłaszcza, że obraz własnej osoby bardzo zakłócają nam mechanizmy obronne, których (w uproszczeniu) rolą jest zapewnianie nam względnie dobrego samopoczucia psychicznego. Dlatego 5 piw dziennie w oczach tego, kto je pije to tylko „relaks do którego każdy ma prawo po ciężkim dniu w pracy”, a nie problem alkoholowy – czym zapewne jest dla otoczenia. Wyzywanie żony od idiotek to tylko reakcja na jej głupie (a jakże) zachowania, których nikt normalny by nie zniósł – a nie przemoc psychiczna. Nieodpowiedni faceci po prostu pojawiają się sami, zupełnie bez związku z lateksową mini i gorsetem w cętki prezentowanymi co piątek w klubie razem z 15cm szpilkami, wyzywającym makijażem i piciem bez kontroli. Brak awansu to skutek układu i faworyzowania innych osób, a nie godzinnych przerw na kawkę, spóźnień, czy braku zaangażowania.
W każdym z tych przypadków zapewne był w otoczeniu ktoś, kto – w przeciwieństwie do samego zainteresowanego – doskonale widział, co i/ lub dlaczego się dzieje. Z dystansu po prostu widać często lepiej.
Dlatego dobrze być otwartym na konstruktywną krytykę. Jeśli mamy w swoim otoczeniu osoby, których opinię i rozsądek cenimy, a dobrej woli ufamy, nie zaszkodzi posłuchać co mają do powiedzenia i przemyśleć ich uwagi w momencie (bolesnej) autorefleksji. Nie jest to proste, bo komunikaty tego typu w sposób naturalny budzą opór. Warto jednak odłożyć go na chwilę na półkę i zastanowić się, czy może jednak jest coś co w nas nie gra oczywistego dla wszystkich dookoła?

Ślub z cudzoziemcem w Polsce – Zrób To Sam

Przedstawiam Wam (nie taki) krótki, łatwy (mam nadzieję) i przyjemny poradnik jak ogarnąć formalności i papierologię związane z takim ślubem. Mam nadzieję, że komuś się przyda.

Jeśli chodzi o małżeństwo w mocy prawa, w Polsce możemy wziąć ślub cywilny lub konkordatowy. O tym drugim nie mam pojęcia, więc ten tekst będzie dotyczył tylko ślubu cywilnego. Taką ceremonię można przeprowadzić w dowolnym USC w kraju (o ile ma salę ślubów), a także (za dodatkową opłatą wysokości 1000zł): poza nim – o ile wybrane przez nas miejsce spełnia wymagania urzędnika dotyczące zachowania godności urzędu państwowego i symboli państwowych. W takiej sytuacji formalności będziemy załatwiać w USC właściwym dla wybranego miejsca.
Zgodnie z prawem, termin ślubu w USC można zarezerwować najwcześniej miesiąc przed wybraną datą (chociaż ten okres można skrócić pisząc pismo do kierownika USC). Nie można tego zrobić wcześniej niż 6 miesięcy przed (chociaż urzędnicy czasem zgadzają się „wpisać ołówkiem do kalendarza”) – to akurat przy ślubie z cudzoziemcem i tak ma raczej małe znaczenie. No ale o tym za chwilę.
W przypadku pary obywateli polskich na ogół wszystko sprowadza się do jednej, niewymagającej żadnych przygotowań, wizyty w USC (no i samego ślubu). W przypadku par mieszanych nie ma tak łatwo i trzeba przejść przez kilka etapów, zanim w końcu szczęśliwie dotrzemy do urzędu.
Zacznijmy od… końca, czyli od tego, co wymagane jest w USC.
Dokumenty dotyczące obojga:
– dowód opłaty skarbowej (zazwyczaj można dokonać jej w kasie na miejscu)
– dokumenty tożsamości
– akty urodzenia: w przypadku Polki/Polaka sprawa jest prosta: nasze USC przechodzą proces cyfryzacji, który polega na tym, że kiedy tylko potrzebny jest akt urodzenia (np do sporządzenia odpisu), który nadal ma formę papierową, urząd w którym złożyliśmy wniosek, kontaktuje się z tym konkretnym urzędem, w którym fizycznie przebywa nasz dokument – ten wprowadza go wtedy do systemu i voila: już zawsze można skorzystać z niego od ręki w dowolnym USC. Taki proces trwa kilka dni. Gdy nasz akt urodzenia już znajdzie się w systemie USC, nie trzeba przynosić żadnego odpisu, każdy urzędnik wyciągnie sobie sam, co trzeba.
Jeśli chodzi o cudzoziemca, to jego akt urodzenia naturalnie musi być przetłumaczony przysięgle.
Jest też kilka dokumentów warunkowych takich jak zgoda sądu (np. gdy jedno z partnerów jest nieletnie), odpis aktu małżeństwa z adnotacją o rozwodzie: dla rozwodnika (oczywiście przetłumaczony na polski w przypadku cudzoziemca).
– no i na koniec dokument, który sprawia zawsze największą trudność i jest tematem niekończących się dyskusji. Dokument, który musi złożyć tylko cudzoziemiec: Zaświadczenie o Zdolności Prawnej do Zawarcia Związku Małżeńskiego (przetłumaczone przysięgle na polski).
Kilka ważnych uwag:
1. To nie jest to samo co zaświadczenie o stanie cywilnym, ale zazwyczaj to drugie jest wymagane do wyrobienia tego pierwszego
2. Dokument załatwia się w ambasadzie (a czasem chyba w USC w kraju rodzimym)
3. Nie każdy kraj go wydaje. Np (o ile dobrze kojarzę) Indie, Pakistan, Meksyk nie uznają tego dokumentu więc również go nie wydają.

No dobrze, więc co trzeba zrobić zanim będzie można udać się do USC zaklepać datę?

Oprócz pozyskania i przetłumaczenia odpisu aktu urodzenia (i ew małżeństwa) cudzoziemca, trzeba albo wyrobić wspomniane zaświadczenie o zdolności prawnej (…), albo drogą sądową (Sąd Rodzinny) uzyskać zwolnienie z obowiązku przedstawiania go. Jeśli chodzi o tą drugą drogę – tu kończy się moja wiedza. Natomiast jeśli chodzi o pozyskiwanie naszego zaświadczenia: w tym celu cudzoziemiec musi udać się do swojej ambasady (zazwyczaj). Niestety znowu nie ot tak sobie: wcześniej należy przygotować kolejne dokumenty.
Każdy kraj pewnie ma swoje wymagania, więc polecam zacząć od kontaktu z ambasadą w celu ustalenia dokładnej listy. w 2018 roku ambasada Maroka w Warszawie wymagała odpisów aktu urodzenia (obojga) i zaświadczeń o stanie cywilnym (też obojga). Dokumenty mojego jeszcze-wtedy-nie-męża załatwialiśmy podczas wakacji w Maroku. Niestety nie pamiętam, czy konieczny był również mój dowód osobisty lub jego kopia. W każdym razie wymagane papiery należało złożyć w ambasadzie, a następnie poczekać na wezwanie do odbioru gotowego Zaświadczenia. Nie wiem, czy da się te sprawy załatwić przez kuriera.
Podsumowując: przygotowania (od strony papierologicznej) do ślubu najlepiej zacząć od zgromadzenia dokumentów wymaganych przez ambasadę (lub sąd). A także dokładnego przemyślenia kwestii dat, ponieważ wszystkie te dokumenty mają określone terminy ważności. Na przykład zaświadczenie o zdolności prawnej (blebleble) ma ważność 3 miesiące – musi ono być ważne zarówno w dniu składania dokumentów w USC jak i w dniu ślubu.
Mając wreszcie Zaświadczenie o Zdolności Prawnej możemy wybrać się do wybranego USC w celu ustalenia terminu i podpisania papierów – to w tym momencie będziemy decydować o przyszłych nazwiskach dla siebie i potencjalnych dzieci (nawet jeśli ktoś ich nie planuje). Podpiszemy też, że nie jesteśmy świadomi żadnych przeciwwskazań do zawarcia małżeństwa. To jest też moment żeby złożyć podanie o ślub w plenerze.
O ile nasz cudzoziemiec nie mówi płynnie po polsku (płynność jest tu terminem uznaniowym zależącym od oceny urzędnika USC) należy przyjść z tłumaczem. Nie ma wymagania aby był to tłumacz przysięgły*, nie musi też tłumaczyć na język ojczysty narzeczonego/narzeczonej, o ile mówi on/ona płynnie np. po angielsku. Nie może być to jednak przyszły małżonek. My skorzystaliśmy z pomocy zaprzyjaźnionej osoby z certyfikatem CEA z języka angielskiego. Certyfikat również nie jest wymagany, ale poprawił samopoczucie Pani Kierowniczki Urzędu.
Teraz już pozostaje tylko stawić się umówionego dnia o umówionej godzinie w umówionym miejscu z tłumaczem (nadal nie musi być przysięgły*) oraz świadkami – jeśli oboje narzeczeni mówią po polsku, ale któryś ze świadków nie: nadal konieczny będzie tłumacz.
Na koniec jedna uwaga do zagadnienia, które budzi wiele emocji i kontrowersji: kwestia legalności pobytu a ślub. Nie mylić z kwestią legalizacji pobytu po ślubie.
Polskie prawo nie wymaga, aby osoba wstępująca w związek małżeński przebywała na terenie kraju legalnie. Karta pobytu ani aktualna wiza nie są wymagane do zawarcia małżeństwa. Tak, mnie też to zdziwiło, ale jest to związane z prawem obywatela polskiego do nieograniczonej możliwości zawarcia małżeństwa, czy czymś tego typu.
Nie oznacza to jednak, że urzędnik przeglądając paszport nie zerknie na wizę i nie poinformuje o swoich obserwacjach Straży Granicznej. Dodatkowo, o ile mi wiadomo, urzędy stanu cywilnego wysyłają co jakiś czas (chyba kwartalnie) raporty dotyczące odbytych i zaplanowanych ślubów z udziałem cudzoziemców do Straży Granicznej. Słyszałam kilka razy o sytuacjach, w których nielegalny narzeczony został zgarnięty ze schodów urzędu przez SG.
Wnioski pozostawiam Wam.
_______
* Słyszałam o urzędnikach upierających się na tłumacza przysięgłego. Ogólnie niektórzy urzędnicy chyba boją się ślubów z cudzoziemcami: w jednym z urzędów na przykład powiedziano mi, że będą musieli zweryfikować dokumenty dostarczone przez jeszcze-wtedy-nie-męża z ambasadą i że zajmie im to ok miesiąca. Podobno mieli przypadek fałszerstwa. Są jednak urzędy, które takich problemów wcale nie mają. Dlatego na podstawie własnych doświadczeń polecam najpierw telefonicznie skontaktować się z wybranym urzędem i wybadać jakie jest podejście. A przy okazji spytać o dostępne daty, bo 3 miesiące wyprzedzenia (lub mniej) to bardzo mało. Mimo, że my pobieraliśmy się w listopadzie, czyli – wydawałoby się – mało atrakcyjnym miesiącu, niełatwo było znaleźć w Warszawie i okolicach urząd, który miałby wolne miejsce na wybraną przez nas sobotę.

fot. unsplash

Image may contain: ring and jewellery

"Mąż prawdę ci powie" – jednoaktówka

Zapraszamy na jednoaktówkę pod tytułem Mąż prawdę ci powie”, opublikowaną pod roboczym tytułem Niewdzięcznik.

Miejsce akcji: sypialnia.
Czas akcji: niedziela wieczór, pora zdecydowanie zbyt późna żeby się wyspać do pracy.
Didaskalia: Z głębi sceny dobiega dźwięk donośnie dmuchanego nosa. Na twarzy Bohatera maluje się wyraźna zaduma, wręcz wysiłek intelektualny. Nagle otwiera usta. Widownia zamiera w oczekiwaniu na zdrój mądrości, który zaraz z nich spłynie….
– Wiesz, twoim „spirit country” to jest Belgia. Bo wiesz: frytki i czekolada.
Kurtyna.