Związek (mieszany), a opinie innych

Przeczytałam historię kobiety, która popełniła samobójstwo po tym, jak odkryła, że jej dużo młodszy tunezyjski ukochany ma na boku drugą (a może pierwszą?) żonę: Tunezyjkę w swoim wieku. W jednym ze swoich ostatnich postów, obarcza go odpowiedzialnością za swoją śmierć i wspomina o tym, że przez niego straciła rodzinę i przyjaciół, którzy odradzali jej ten związek.

Śmierć zadana własną ręką to zawsze straszna tragedia. Większość z nas pewnie nawet nie wyobraża sobie cierpienia i poczucia samotności i desperacji, jakie musi odczuwać osoba decydująca się na taki krok. Jak bardzo brakowało jej wsparcia. 
Przez wszystkie te lata związku z Szalonym Naukowcem przeczytałam wiele dyskusji na temat
co zrobić jeśli rodzina/znajomi mają coś przeciwko naszemu związkowi?. I wiecie co? 90% komentarzy to rzeczy w stylu to moje życie, nie mam zamiaru się oglądać na opinie innych; odcięłam się od nich; to twój partner, jak komuś się nie podoba, pokaż mu drzwi itd. 
Szczerze mówiąc zawsze czułam się jakaś inna czytając takie komentarze. Może jestem niezwykłą szczęściarą (albo po prostu świetnie dobieram przyjaciół), bo nikt w moim otoczeniu nie miał nigdy zastrzeżeń do mojego męża. Mam wrażenie, że wszyscy go lubią (czasem może bardziej niż mnie), moi rodzice też bez problemu go zaakceptowali. Pewnie gdyby ktoś z moich znajomych miał problem z jego narodowością lub kolorem skóry – szybko przestałby być moim znajomym.
Ale nie potrafię sobie wyobrazić odcięcia się od WSZYSTKICH przyjaciół i całej rodziny. Nie potrafię sobie wyobrazić powiedzenia wszystkim pocałujcie się w nos, to moje życie i nic wam do tego, bez wzięcia pod uwagę ich argumentów i przynajmniej próby dogadania się, wyjaśnienia. Czasem wielu prób. Gdyby wszystkie bliskie mi osoby, których rozsądkowi i ocenie sytuacji ufam, twierdziły (używając racjonalnych argumentów), że mój egzotyczny absztyfikant wykorzystuje mnie dla wizy, lub po prostu źle traktuje – raczej nie potrafiłabym się ot tak po prostu od nich wszystkich odciąć.
Tak, miłość jest ważna i to może ten mężczyzna będzie twoją najbliższą rodziną przez resztę życia. Ale jesteśmy istotami społecznymi, a pozytywny wpływ sieci wsparcia społecznego na nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne) udowodniła cała masa badań. Potrzebujemy związków z różnymi ludźmi. Czy naprawdę warto tak łatwo ucinać wieloletnie relacje? 
Wierzę, że większość bliskich tak naprawdę często nieudolnie (bo nie wiedzą, bo kieruje nimi nieświadomy lęk, bo działają wszystkie możliwe błędy poznawcze i heurystyki – to temat na całkiem inny post), chce dla nas dobrze. I wierzę, że większość z nich, jak już oswoi się z nieznanym, pozna wybranka: pozbędzie się lęków i uprzedzeń oraz spojrzy obiektywnie. A jeśli jest on dobrym człowiekiem o dobrych intencjach, który nas dobrze traktuje: zaakceptuje go. Być może będą mieli wątpliwości, często bardzo stereotypowe (że przykuje cię do kaloryfera, że zamknie w domu, że każe zmienić wyznanie, odbierze dzieci i ubierze w burkę), czasem bardzo sensowne (że różnice kulturowe będą trudne do pokonania, że wyjedziesz z nim i nie będą cię już mieli blisko, że on cię oszukuje, że chce tylko wizy). Być może będzie trzeba spędzić sporo czasu słuchając, wyjaśniając, rozmawiając. Być może trzeba będzie po prostu przedstawić ich sobie i dać czasowi upłynąć. Ale wierzę, że warto przynajmniej dać im szansę. No i słuchać co mówią. Zwłaszcza, że osoba, która stoi z boku, potrafi spojrzeć z dystansem i zauważyć rzeczy, których my nie widzimy.
Oczywiście są sytuacje skrajne. Są ludzie tak przesiąknięci nienawiścią lub strachem, że jedyne na co ich stać to komentarze o zdradzie narodu, propozycje golenia głowy, teksty o dawaniu d..y „brudasowi”, stawianie ultimatum albo zakaz wprowadzania partnera do domu. Mam głęboką nadzieję, że z czasem takich postaw będzie mniej i mniej. Ale tak naprawdę taką retorykę bardzo łatwo odróżnić od racjonalnych argumentów, prawda?
Odcinajmy się więc od głupiego hejtu, ale poza tym dajmy naszym bliskim chociaż szansę, nie skreślajmy ich łatwo.
A piszę to wszystko, bo nie mogę przestać myśleć o tym, że może gdyby ta kobieta z pierwszego akapitu miała więcej wsparcia od bliskich, gdyby ich nie wyrzuciła ze swojego życia, nie doszłoby do tragedii?

Jak radzić sobie z różnicami w związku

Znacie moją teorię, że nic nie jest tak ważne dla udanego związku, jak dobre dopasowanie. Dopasowanie wcale jednak nie musi znaczyć podobieństwa. Ludzie różnią się pod bardzo wieloma względami i to jest super, bo gdybyśmy wszyscy byli tacy sami świat byłby okropnie nudny. Jednak różnorodność, która czyni świat fascynującym miejscem, niekoniecznie jest łatwa pod jednym dachem.
Różnice między ludźmi mogą mieć najróżniejszą naturę: od światopoglądowych przez osobowościowe po te związane z preferencjami, przyzwyczajeniami, gustem itp. Jedno jest katolikiem, drugie ateistą; jedno preferuje tradycyjny model rodziny, drugie: partnerski; ekstrawertyk i introwertyczka; pesymista z optymistką; jedno lubi co piątek imprezować, drugie: spędzać wolny czas na kanapie; jedno zmywa zaraz po gotowaniu, drugie zostawia gary na kilka godzin (lub dni). I tak dalej.
Różnice międzyludzkie są fajne, ciekawe, wartościowe i stymulujące, ale jeśli dwie osoby chcą dzielić życie, siłą rzeczy będzie dochodziło między nimi do konfliktów na ich tle. Niektóre z nich mogą być trudne lub niemożliwe do przeskoczenia (patrz: dobre dobranie się). Z innymi natomiast można sobie poradzić i jest na to parę strategii.

Wyobraźmy sobie Kasię i Krzyśka. Kasia i Krzysiek są ze sobą już dobrych kilka miesięcy i planują pierwszy wspólny wyjazd: na majowy długi weekend. Problem w tym, że mają bardzo różne wizje, jak ten wyjazd ma wyglądać. Krzysiek, jak przystało na ekstrawertyka, chciałby żeby pojechali – jak on co roku – z jego przyjaciółmi na Mazury, gdzie wynajmą razem domek, całymi dniami będą się kąpać w jeziorze, a wieczorami organizować ogniska i imprezy. Introwertycznej Kasi natomiast, na ich pierwszy wspólny wypad, marzy się romantyczny wyjazd we dwoje w góry. Mamy więc różnicę zdań i konflikt na jej tle. Jak można sobie z tym poradzić?
Moim zdaniem, to co charakteryzuje dobry sposób radzenia sobie z różnicami i konfliktami, to stopień zadowolenia obu zaangażowanych osób i stopień subiektywnie odczuwanej „sprawiedliwości” (który także rzutuje na satysfakcję). Uszeregowałam je wraz ze wrostem obu.
Strategia 1: walka. Kasia i Krzysiek mogą się pokłócić. On może jej wytknąć, że ona nigdy nie chce spotykać się z jego znajomymi, ona jemu – że on nigdy nie ma czasu tylko dla niej. I tak dalej – wszyscy możemy sobie wyobrazić dokąd taka wymiana zdań doprowadzi.
Strategia 2: unikanie. Kasia i Krzysiek, wiedząc, że mają różne opinie, ale nie chcąc się z tym zmierzyć, mogą unikać tematu. Najlepiej tak długo aż jedna z opcji stanie się niemożliwa. Albo obie.
Strategia 3: uleganie. Alternatywnie jedno z nich może też zrezygnować ze swoich preferencji na rzecz drugiego.
Tak naprawdę i unikanie i uleganie mogą czasami być dobrymi rozwiązaniami. Na dłuższą metę jednak obie te metody niosą ze sobą ryzyko: konflikty zepchnięte pod dywan w końcu mogą się wylać szerokim i niekontrolowanym strumieniem. A częste uleganie jednej osoby może doprowadzić do frustracji, poczucia niesprawiedliwości, „punktowania się” i rozliczania. Osoba, która cięgle ustępuje zazwyczaj po jakimś czasie zaczyna mieć pretensję do partnera zarówno o samo ustępowanie, jak i o brak docenienia go – bo jakoś tak już jest, że partner, który zazwyczaj stawia na swoim, łatwo przyzwyczaja sie do takiego stanu rzeczy i traktuje go jako coś oczywistego, wręcz należnego, zamiast zrekompensować poświęcenia przynajmniej dając wyraz wdzięczności i uznaniu. W poświęcającej się osobie narasta więc nie tylko frustracja związana z niespełnionymi oczekiwaniami i niezaspokojonymi potrzebami, ale dodatkowa typu „i po co ja to robię”, „niewdzięcznik jeden”.
Na szczęście są też bardziej konstruktywne sposoby:
Strategia 4: kompromis.
Kompromis to taka najbardziej oczywista rada, prawda? Ja trochę ustąpię, ty trochę ustąpisz, żadne z nas może nie będzie zadowolone w 100%, ale jakoś to będzie. Kasia i Krzysiek mogliby na przykład podzielić swój długi weekend na pół i spędzić każdą jego część inaczej (zapewne tracąc przy tym część czasu na przejazdy). Ewentualnie mogliby połączyć strategię 3 i 4 i dogadać się, że jedno ustąpi teraz, a drugie: za rok.
Kompromis to całkiem dobre rozwiązanie, a najlepiej sprawdza się w sytuacji, kiedy każdy rezygnuje z czegoś mało istotnego, a dostaje coś ważnego. Jak jednak określić co jest na ile dla kogo ważne i jak to porównać aby zapewnić pewien względny poziom poczucia „sprawiedliwości”?
I tu dochodzimy do ostatniej i jednocześnie mojej ulubionej opcji.
Strategia 5: współpraca.
Współpraca to taki trochę upgrade’owany kompromis. Chodzi w niej o to, żeby zminimalizować ustępowanie na rzecz wspólnie wypracowanego rozwiązania maksymalnie satysfakcjonującego obie strony. Nie jest to jednak takie proste: jeśli interesy/preferencje wydają się sprzeczne, trzeba się czasem nagimnastykować, aby osiągnąć rozwiązanie. Żeby do niego dojść, trzeba przebić się przez to co jest na powierzchni i otworzyć na poznanie i zrozumienie potrzeb drugiej osoby.
Kasia i Krzysiek nie mogą zatrzymać się na stwierdzeniu „on chce ze znajomymi na Mazury” i „ona chce we dwójkę w góry” – muszą oboje pójść dalej i zrozumieć jakie potrzeby stoją za tymi preferencjami. Dopiero, kiedy je poznają, będą w stanie wypracować rozwiązanie.
Na przykład mogą odkryć, że Krzyśkowi zależy na wyjeździe z przyjaciółmi – z którymi trzyma się od lat, a majowy wspólny wyjazd jest dla nich tradycją od czasu studiów – bo są oni dla niego jak rodzina. Z tatą nie ma kontaktu, a mama wiele lat temu wyszła za mąż i skupiła się na kolejnych młodszych dzieciach, i to własnie przyjaciele wspierali go we wszystkich ważnych i trudnych sytuacjach życiowych. Krzyśkowi bardzo zależy na tym, żeby lepiej poznali Kasię, bo czuje, że ich związek robi się poważny. Niestety jak dotąd nie było ku temu za wielu okazji. W sumie Krzysiek trochę się martwi, że Kasia nie lubi jego przyjaciół i dlatego unika spotkań z nimi, albo, że nie traktuje ich związku poważnie, skoro nie chce zbliżyć się z jego przyszywaną rodziną.
Kasia natomiast chciałaby spędzić trochę czasu sam na sam z ukochanym. Oboje dużo pracują, i nie mają go dla siebie za wiele. Kasia, jako osoba zdystansowana i powoli nawiązująca więź czuje, że potrzebuje takiego czasu tylko we dwoje. Spędzenie 5 dni w jednym domku z grupą obcych de facto ludzi i z zerową szansą na odseparowanie się od nich choćby na chwilę, trochę ją przeraża – podobnie jak duża zażyłość całej grupy. Sama nie ma tak bliskich przyjaciół i trochę zazdrości im tej relacji, a jednocześnie jest o nią zazdrosna, bo boi się, że przyjaciele okażą się dla Krzyśka ważniejsi niż ona. Natomiast góry, w których spędziła w dzieciństwie bardzo dużo szczęśliwych dni, to dla niej ważne miejscie, którym chciałaby sie podzielić z partnerem teraz, gdy ich związek robi się poważny.
Dopiero, kiedy już do tego wszystkiego dojdą, a byc może zejdą jeszcze głebiej, będą w stanie wypracować rozwiązanie które wyjdzie na przeciw wszystkim ważnym potrzebom. Na przykład mogą umówić się, że w maju pojadą na Mazury spędzić czas z przyjaciółmi Krzyśka, ale zamiast wynająć z nimi domek, zorganizują sobie oddzielne lokum w okolicy, dzieki czemu Kasia będzie miała przestrzeń na zregenerowanie sił psychicznych. Dodatkowo wygospodarują czas tylko dla siebie we dwoje, a Krzysiek – wiedząc już, co ją trapi – zadba o to, aby Kasia nie czuła się zepchnięta na bok w towarzystwie. Za to w czerwcu wezmą dodatkowe dwa dni wolnego i pojadą w góry.
To wszystko niezawsze jest proste. Czasami potrzeby, które tkwią u źródeł jakiś naszych preferencji są głęboko ukryte i sami nie do końca zdajemy sobie z nich sprawę. Czasem żeby do nich dojść trzeba naprawdę otworzyć się na drugą osobę, co zawsze jest trudne, bo takie odsłonięcie się czyni człowieka podatnym na zranienia i napawa go lękiem. Dlatego warto zadbać o dobrą komunikację w związku i o zbudowanie bezpiecznej przestrzeni na tego typu rozmowy.
Oczywiście nie każda różnica ma jakieś ukryte, głębokie korzenie. Czasami po prostu ona prasuje ręczniki i jest to dla niej oczywiste, bo w jej domu zawsze się tak robiło, a on nie prasuje i koniec. Ludzie mają całe mnóstwo takich „oczywistości”, z którymi idą przez życie wcale się nad nimi nie zastanawiając – dopóki nie zderzą się z „oczywistościami” drugiej osoby. Nie każde takie zderzenie wymaga grzebania sobie nawzajem w duszach, czasami aby wypracować wspólne rozwiązanie wystarczy wymienić się argumentami i racjonalnie je przeanalizować.
Ale nawet w sprawach prozaicznych, kompletnie pozbawionych drugiego dna warto dążyć do wspólnych rozwiązań zamiast walczyć albo unikać, prawda?

/Fot. unsplash

Image may contain: cloud and sky

Ploteczki sąsiedzkie

Wybrałam się dziś do Pani z Zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej pogadać o ścianach. Konkretnie: o ich grubości. No i tak sobie siedzimy nad planem budynku i konstatujemy, że wewnątrz mieszkania mamy ścianę grubą na 64 cm (sic), natomiast ta oddzielająca nas od sąsiadki ma ledwie 25.
– No i dlatego tak wszystko słychać – mówi Pani z Zarządu
– No tak…
– Powiem ci tak między nami, jak tu jesteśmy tylko we dwie – dodaje – że ta twoja sąsiadka to mi kiedyś mówiła, że was słyszała. Mówiła mi, że się zastanawiała, czy interweniować, czy co. Ona wie, że masz męża nie Polaka no i że ona przecież nie może pozwolić żeby na ciebie rękę podniósł.
No i teraz zastanawiam się czy:
a. popukać się w głowę nad tymi stereotypami?
b. wpaść w kompleksy, że mój głos brzmi tak męsko (jako, że mój mąż nigdy swojego nie podnosi, cokolwiek słychać za ścianą, musi wydobywać się z mojego gardła)?
c. nauczyć się wyrażać swoje emocje nieco ciszej i krzyczeć szeptem, zanim pani sąsiadka jednak zdecyduje się interweniować?

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 1.

W temacie marokańskich zwyczajów okołoślubnych i o tym co to ma wspólnego ze mną. Kończy się wrzesień, przywitaliśmy oficjalnie jesień, a na horyzoncie powoli acz nieuchronnie zaczyna majaczyć Moje Wielkie Marokańskie Wesele (zwane dalej MWMW). Ci z was, którzy są ze mną od jakiegoś czasu, wiedzą, że miałam pewne wątpliwości już co do Ślubu 2.0. Jeśli chodzi o MWMW, raczej brakuje mi entuzjazmu – delikatnie mówiąc.
Mówi się, że związek to sztuka kompromisów. Ja preferuję zazwyczaj słowo „współpraca”, które nie niesie w sobie pierwiastka rezygnowania z czegoś. I ta współpraca najczęściej wychodzi nam z Szalonym Naukowcem naprawdę dobrze. Jeśli chodzi jednak o MWMW, jest to jedna z tych okazji w naszym związku, która daje mi wielkie pole do popisu w zakresie sztuki kompromisów. Mąż mój sam jest daleki od ochoty na tę uroczystość, jednak jest to dla niego gest w kierunku rodziny, która w końcu od wielu lat, ledwie go widuje i której udział w jego życiu – nie oszukujmy się – jest mocno ograniczony. A skoro tak, jestem gotowa go w tym geście wspierać – mniej czy bardziej entuzjastycznie.
Nigdy nie byłam jeszcze na marokańskim weselu, ale podstawie tego co wiem od Szanownego Małżonka, szwagierki oraz teściowej, spodziewam się następujących rzeczy:
1. Henna Party – czyli ozdabianie dłoni (i opcjonalnie: stóp) malunkami z henny. Szczerze mówiąc za każdym razem będąc w Marakeszu idę do jakiejś pani na placu Jemaaa el-Fnaa aby narysowała mi hennową ozdobę. Henna jest fajna.
Poziom entuzjazmu: 4/5
2. Przebieranki. Podczas marokańskiego wesela panna młoda przebiera się kilka razy (pan młody z resztą też). Stroje, które nosi to tradycyjne marokańskie takchity – jedna przypada na hennę, jedna na obiad i tańce i jeszcze jedna (choć moja teściowa ostatnio sugerowała że w tej roli białą suknię rodem z Hollywood – po moim trupie) na tort i triumfalne opuszczenie przyjęcia.
Wedle mojej (skromnej) wiedzy takchita (zwana potocznie kaftanem, mimo pewnych zasadniczych różnic) składa się z dwóch warstw: najpierw długiej, prostej „sukienki” i zakładanego na nią długiego giezła, które może być albo niezapinane z przodu, albo zapinane na serię malutkich guziczków (na całej długości lub tylko od góry do np. talii). Jest ono zdobione z przodu albo na całej długości wzdłuż brzegów, albo głównie na klatce piersiowej. Wszystko to zaś spina zdobiony i ciasno zapięty w talii pasek.
Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć jak takie stroje mniej-więcej wyglądają, może zajrzeć np. tutaj lub tutaj
Jak widzicie, nie jest to strój bardzo dopasowany, ale przyznam, że napawa mnie lekkim niepokojem fakt, że moje podobno już są gotowe, a nikt nie zapytał mnie jaki noszę rozmiar.
Poziom entuzjazmu: 2-3/5 (w zależności od rozmiaru)
3. Żarcie, tańce i czas trwania. Pod pewnymi względami marokańskie wesela przypominają polskie: bardzo dużo jedzenia (zapomnijcie jednak o wiejskim stole albo o prosiaku z jabłkiem w ryju) i tańce pomiędzy kolejnymi jego turami. Całość zaczyna się ok 20-21 i trwać będzie do 3-4 nad ranem.
Różnica (jak dla mnie na minus) polega – oczywiście – na braku napojów wyskokowych.
Poziom entuzjazmu: 2/5
4. Goście. Na Naszym pierwszym ślubie było 20-kilka osób w tym 6 z rodziny (2 z mojej i 4 od Szalonego Naukowca). Na ślubie 2.0 gości było ok 60 w tym tak samo 6 osób z rodziny. Reszta to byli nasi znajomi i przyjaciele.

Podczas MWMW spodziewamy się ok 100-120 osób. Z naszych przyjaciół pojawią się 2 osoby (w porywach do 4). Z mojej rodziny, ze względów zdrowotnych, nikt nie przyjedzie. W związku z tym ilość gości niebędącymi krewnymi i znajomymi rodziny mojego męża jest właściwie nieistotna statystycznie. Biorąc pod uwagę, że Szalony Naukowiec mieszka poza krajem od prawie 10 lat, a poza domem rodzinnym od 17 i relacje z dalszą rodzina ma raczej luźne – brzmi to bardzo zachęcająco, prawda?
Na szczęście rodzina mojego męża nie należy do konserwatywnych i wszyscy goście będą się bawić razem (bez podziału na płcie).
Poziom entuzjazmu: 1/5
5. Prezentacja pary młodej. Jako ze każdy z setki gości musi dobrze i z bliska obejrzeć parę (pannę) młodą, trzeba im ją dobrze zaprezentować. Na czym to polega? Otóż na początku para młoda zostaje obniesiona po całej sali w… lektyce. Tak, dobrze czytacie. Następnie młodzi zostają posadzeni na czymś w rodzaju sceny ozdobionej światłami – tak żeby cała sala miała na pewno najlepszy możliwy widok. Natomiast jeść mogą przy osobnym stole, siedząc na krzesłach przypominających trony (żeby aby na pewno nikt ich nie przegapił). Poniżej znajdziecie zdjęcie poglądowe: na środku: obficie oświetlona scena, a obok niej w rogu pomieszczenia: stół z tronami.
Nie należę do osób, które lubią tzw. spotlight więc możecie sobie wyobrazić jak bardzo cieszy mnie ta perspektywa.
Poziom entuzjamzu: 0/5. A nawet: -2/5

A wy mieliście okazje uczestniczyć w tradycyjnych ślubnych obrzędach w krajach waszych połówek?

Na zdjęciu przyszłe miejsce akcji.

Związek (mieszany) a rodzina

Na jakiejś grupie multi-kulti rozgorzała dyskusja dookoła tematu: czy wasi mężowie też ciągle wiszą na telefonie z rodziną? 

Mąż autorki pytania akurat rozmawia ze swoją z dużą intensywnością i częstotliwością, podczas gdy ona wolałaby aby poświęcał czas jej, albo takim rzeczom jak nauka języka i budowanie ich wspólnego życia. Posypały się odpowiedzi, ile czyj facet ma kontaktu z rodziną, ile mają go dziewczyny, które mieszkają za granicą, czy lepiej jak jest dużo czy mało i czy można komuś takie kontakty ograniczać.
I tak sobie myślę, że decydując się na stały związek (albo małżeństwo jeśli ktoś woli) z kimś, tworzymy z tą osobą nową rodzinę (tak, wiem, ktoś mnie zaraz poprawi, że aby mówić o zakładaniu rodziny, trzeba zrobić dziecko. Ja tak jednak tak nie uważam). Ta nowa rodzina powinna być przynajmniej tak samo ważna, jak rodzina urodzenia – a tak naprawdę to według mnie nawet ważniejsza. Uważam, że relacje z rodzicami czy rodzeństwem – chociaż ważne – powinny mieć pewne granice i być utrzymywane w taki sposób, aby nie oddziaływały negatywnie na inne aspekty życia (np związek, albo sytuację finansową). A jeśli partnerka czuje się samotna i zaniedbana to ten negatywny wpływ niewątpliwie ma miejsce.
No ale to tylko moja opinia. Wiem, że są na świecie osoby, dla których rodzina urodzenia na zawsze pozostanie najważniejsza (żona/mąż dziś jest, jutro nie ma, a matkę i ojca masz jednych). Mówi się, że jest to podejście szczególnie częste w pewnych kulturach, ale spotkałam się z nim także w Polsce. Nie zgadzam się, no ale każdy ma swój system wartości, prawda?
Problem pojawia się gdy w związku następuje konflikt systemów wartości. Jak to rozwiązać? Czyje podejście jest lepsze? Jedno tęskni za rodziną, drugie za wspólnie spędzonym czasem; dla jednego najważniejsi są rodzice, dla drugiego: małżonek i ewentualnie dzieci.
Jak rozsądzić kto ma rację? Nie da się.
Czy można ograniczać partnerowi kontakty z rodziną albo w ogóle kimkolwiek? No nie można.
Czy można się czuć odrzuconym jedząc samotnie kolejną kolację, czekając aż partner skończy rozmawiać? Można.
Mój eks miał w zwyczaju większość czasu wolnego od pracy wisieć na telefonie – nawet w okresie, kiedy ja do niego przyjeżdżałam w odwiedziny. Było mi bardzo przykro, czułam się nieważna i w sumie trochę lekceważona. Dlatego wiem, że taki stopień zaangażowania partnera w relacje rodzinne nie za bardzo mi pasuje. Jestem zadowolona, że mój Szanowny Małżonek rozmawia z rodziną średnio raz na tydzień – no i oczywiście spędza z nią większość czasu podczas wizyt w Maroku. Ja także nie gadam z rodzicami codziennie.
Dlatego powtórzę to po raz kolejny niczym mantrę: wszystko sprowadza się do dobrania sobie jak najlepiej pasującego elementu z puzzli naszego życia.
A jak jest u was? Pasujecie do siebie pod tym względem, czy nie za bardzo?

/fot. unsplash

Image may contain: plant and outdoor

Na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?

Często spotykam się z pytaniem: na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?
Postanowiłam zebrać tu swoje (subiektywne) przemyślenia na ten temat.

Po pierwsze – i jest to najważniejsza zasada, z której wynika wszystko inne – nie zgadzaj się na coś, z czym nie czujesz się komfortowo, albo na co byś się nie zgodziła z Polakiem, w imię różnic kulturowych i tego że potencjalny ukochany jest w innym kraju.
Postukałabyś się w głowę, gdyby poznany na fejsie Grzesiek po 2 tygodniach pisania, oświadczył, że cię kocha i żyć bez ciebie nie może? No to się postukaj, jak mówi Ci to Mohamed. Wyszłabyś za Tomka po kilku(nastu) miesiącach pisania i kilku spotkaniach, bo bez ślubu nie możecie być razem? Zgodziłabyś się na seks, na który nie jesteś gotowa, bo Krzysiek (lat 30+) nigdy jeszcze tego nie robił i tak bardzo tego pragnie? Zgodziłabyś się zmienić sposób ubierania albo krąg znajomych, bo Andrzejowi nie podoba się, że masz kolegów albo, że obcy mężczyźni widzą Twoje nogi?
No właśnie.
Druga rzecz, ważna zwłaszcza przy znajomościach zawieranych przez internet (ale nie tylko!): nie ma co ukrywać, jest wiele osób, które chcą przenieść się do Europy i wydaje im się, że małżeństwo jest na to najlepszym sposobem. Nie jest to rozumowanie pozbawione racji, bo o wizę w ten sposób łatwiej – o karcie pobytu nie wspominając. Dlatego, gdy zagaduje cię nieznajomy z kraju, w którym konieczna jest wiza do Europy, poza standardową ostrożnością, miej na uwadze również, że możesz być celem zakusów wizowca*. Albo: oszusta-naciągacza, bo oprócz panów, którzy marzą o przeniesieniu się do Europy, są też tacy, którym wystarczy wsparcie finansowe na odległość. Chora matka, utrata pracy (albo w ogóle jej brak), kosztowne studia brata, ślub siostry – jeśli takie wątki przewijają się w rozmowach z egzotycznym ukochanym, lepiej mieć się na baczności. O „amerykańskich” żołnierzach w Iraku/Afganistanie, spadkach i tajemniczych funduszach, wysyłanych przesyłką, za której odbiór trzeba pilnie zapłacić, nawet nie będę wspominała.

Skoro już mowa o wizowcach, zatrzymajmy się na chwilę przy kwestiach formalnych, bez których ten gatunek w ogóle by nie istniał. Jeśli Twój wybranek pochodzi spoza UE, prędzej czy później zapewne zetkniesz się z zagadnieniami wjazdowo-pobytowymi. Warto pamiętać o kilku sprawach:
– Wiza to dokument umożliwiający wjazd do danego kraju. Można na jej podstawie w nim przebywać przez okres jej ważności i tyle. Jeśli ktoś chce przebywać w danym kraju na dłużej, konieczne jest wyrobienie pozwolenia na pobyt.
– Jeśli twój luby przebywa poza UE, a wasza znajomość się rozwija, pewnie będziecie chcieli się spotkać. To może oznaczać, że on będzie potrzebował wizy: jeśli ma stałą pracę, środki na koncie itd, nie powinien mieć z tym większych problemów. Natomiast jeśli nie ma, lub też żeby zmniejszyć szansę odmowy, możesz chcieć wystawić mu zaproszenie. Zaproszenie to dokument wydawany (i rejestrowany) w Urzędzie Wojewódzkim. Nie jest on zamiennikiem wizy, ale może być częścią aplikacji o nią. Zanim jednak pobiegniesz go załatwiać, weź pod uwagę, że czyni cię on osobą odpowiedzialną za swojego gościa. Także finansowo, co może wiązać się z pokrywaniem kosztów jego deportacji, gdyby zdecydował się nie wracać zanim wygaśnie mu wiza. Zastanów się trzy razy, zanim weźmiesz na sobie odpowiedzialność za obcą osobę.
– Jeśli twój chłopak już był w Europie, kiedy się poznaliście, to niekoniecznie znaczy, że jego sytuacja jest uregulowana, a ty nie masz się czym martwić. Dlatego w twoim interesie będzie dowiedzieć się, na jakiej dokładnie podstawie przebywa (nielegalnie, wiza, pozwolenie na pobyt czasowy, pozwolenie na pobyt stały). Dopóki cudzoziemiec nie posiada pozwolenia na pobyt stały, będzie musiał co jakiś czas aplikować o kolejne pozwolenia, a tym samym – mieć ku nim podstawy. Trzeba pamiętać, że uzyskanie karty pobytu na podstawie małżeństwa jest stosunkowo łatwe i niektórym jawi się jako najlepsza droga do załatwienia tego problemu. W związku z tym warto mieć oczy (i zdrowy rozsądek) otwarte i dobrze orientować się w sytuacji. A jeśli kręci, ściemnia albo unika konkretów w rozmowie na te tematy: mieć się na baczności.
I tak jak mówiłam: nie musisz godzić się na coś, na co inaczej byś się nie zgodziła (np szybki ślub) dlatego, że ukochany nie może inaczej przyjechać/pozostać w Europie.

No i trzecia sprawa: różnice kulturowe. Już wspominałam, że nie musisz w ich imię robić nic, na co nie masz ochoty, niemniej warto mieć na uwadze, że one pewnie będą występować. I wziąć je na poważnie. Oczywiście to nie jest tak, że są one z góry złe: nowa kuchnia, muzyka, kino, moda, sposoby spędzania czasu, inne relacje rodzinne, inny stosunek do starszych osób itd – wiele rzeczy, które on wniesie do twojego życia może być ciekawych i wartościowych. Do tego dochodzą różnice indywidualne, które mogą sporo neutralizować (lub odwrotnie: zaostrzać).
Jednak to jak to wszystko wpłynie na was i wasz związek, najbardziej zależy od sposobu myślenia, systemu wartości i przekonań każdego z was. Prawda jest taka, że jeden Marokańczyk/Pakistanczyk/Turek drugiemu nierówny (tak samo jak Polak). Z czasem poznasz swojego wybranka lepiej i sama się przekonasz jaki jest. Ale zanim to nastąpi, nie zakładaj, że wiesz co on myśli. Weź pod uwagę, że może mieć zupełnie inne wyobrażenia dotyczące wszystkiego począwszy od modelu rodziny, przez pracę zawodową kobiet, twój styl ubierania się, stosunek do seksu, czy alkoholu, a nawet tego, czy danie sobie buziaka na ulicy jest ok czy nie. Może okaże się, że nie różnicie się tak bardzo (to nasz przypadek), może różnice będą wyraźne, ale dacie radę się jakoś dogadać, każde ustępując po trochu (w końcu każdy związek, to sztuka kompromisu). Może nigdy się nie dogadacie. A może w okienku komunikatora wszystko będzie wyglądało ok, a gdy on już dołączy do ciebie w Polsce (czy gdziekolwiek mieszkasz) okaże się, że czeka was bardzo ciężki okres adaptacji. Zupełnie inny tryb życia, inna mentalność ludzi dookoła, nawet inny klimat, tęsknota za rodziną, stres związany z papierami i z brakiem pracy przez pierwszy okres ich wyrabiania – to wszystko może być poważna próba dla świeżego związku. Nie każdy facet z importu jest w stanie przystosować się do stylu życia w Europie i do europejskiej żony. A ty – powtarzam – nie musisz iść na kompromisy, które kosztują cię za dużo. Jesteście w tym oboje, a różnice kulturowe działają w obie strony bi nie ma żadnego powodu, żeby tylko jedna osoba szła na ustępstwa.

*Wizowiec – potoczna określenie faceta, który wiąże się z kobietą po to aby uzyskać możliwość wjazdu do Europy i zalegalizowania pobytu (na podstawie małżeństwa).

/Fot. Unsplash
Image may contain: outdoor

Ślub (ale nie nasz!!!)

W ostatni weekend byliśmy na ślubie znajomych. Ślub był polsko-niemiecki, para młoda poznała się na studiach we Włoszech, a że oboje pracują w międzynarodowym środowisku: towarzystwo było mocno mieszane. Ku mojej radości – podczas gdy miłościwie nam panujący przygotowywali się do wypowiedzi o pamięci, domaganiu się prawdy i zadośćuczynień – polsko-niemieccy (i inni) goście bawili się w najlepszej komitywie.
Dla Szalonego Naukowca dodatkowo był to pierwszy ślub kościelny. Czytałam ostatnio o niechrześcijańskich partnerach, którzy odmawiają wejścia do kościoła czy to w ramach zwiedzania, czy będąc zaproszonymi na ślub. Przyznam, że byłam w sporym szoku, że komuś takie rzeczy przychodzą do głowy. Serio, rozumiem inne wyznanie i w ogóle, ale przecież nie chodzi o zdradzanie swoich zasad albo swojego boga, tylko udział w uroczystości, która dla kogoś jest ważna.
Całe szczęście, że mój mąż nie ma takich pomysłów.
Tym bardziej, że pan ksiądz zafundował wszystkim – z panną młodą na czele – niezłą niespodziankę. Zanim zaczął kazanie, oświadczył, że skoro jest ona taką „obrotną panieneczką”, to na pewno nie będzie miała nic przeciwko z tłumaczeniu na żywo tegoż kazania na język niemiecki i angielski, aby nikt z gości nie uronił ani jednego, cennego słowa.

Mężowskie polowania

Jak pewnie już kiedyś wspomniałam, jednym z hobby mojego małżonka jest polowanie.
Na komary.
Jednak jako zagorzały przeciwnik dyskryminacji, Szalony Naukowiec nie dyskryminuje żadnych owadów: nie znosi ich wszystkich równo.
2 tygodnie temu siedzieliśmy wieczorem przy zapalonym świetle i uchylonym oknie. Dla mnie standard, ale on nagle zerwał się, wskoczył na oparcie fotela i przystąpił do eksterminacji, jednocześnie wygłaszając mało pochlebne komentarze pod adresem osoby odpowiedzialnej za to skandaliczne niedopatrzenie (czyli mnie). Poinformował mnie nawet, że z mojej winy będziemy musieli pomalować sufit, na którym właśnie dokonywał swoich owadobójczych praktyk.

I to wszystko jest ok, przecież wiedziałam o tym jego szaleństwie i nie byłam na tyle naiwna, żeby liczyć, że to się kiedykolwiek zmieni.

To czego się nie spodziewałam, to to, że ten sam człowiek stwierdzi, że marzy mu się dom z ogrodem