Znęcanie się nad zwierzętami aka kąpiel

Ten niewinnie wyglądający różowy płyn, to narzędzie tortur czyli koci szampon.

Raz do roku zamieniamy się z Szalonym Naukowcem w oprawców, przygotowujemy narzędzia tortur (wspomniany niewinnie wyglądający różowy płyn z bąbelkami oraz wannę), a następnie dokonujemy rytualnych ablucji na przybrudzonej, zakurzonej kupce kłaków zwanej kotem.
Proces zajmuje jakieś 45 minut, wymaga dwóch szamponów i trzech rund szorowania i spłukiwania oraz jest wyczerpujący jak trening na siłowni. Kot dostaje siły konia, dodatkowych kilku par łap, nabiera poślizgu piskorza oraz głosu syreny alarmowej, a wszystkie te nowe supermoce wykorzystuje, żeby wydostać się z opresji.
Zawsze się zastanawiam kiedy sąsiedzi zadzwonią po policję, przekonani, że dręczymy jakieś dziecko.
W wyniku takiej kąpieli, Szalony Naukowiec, którego rolą jest wejście do wanny razem z kotem i utrzymanie go tam, kończy cały mokry i z paroma zadrapaniami. Ja kończę czerwona, zgrzana oraz – także – cała mokra. A kot z połączenia piskorza, konia i stonogi kończy w formie zmokłej kury z fochem.

Głowa sklepu

Jednym z moich ulubionych rzeczy w Maroku są souki, czyli bazary. Mogłabym chodzić po nich godzinami podziwiając ceramikę, wyroby skórzane, drewniane czy metalowe, kaftany, babouche, stosy daktyli i ciastek, czy kopczyki przypraw. O tych ostatnich chciałam dziś napisać. Wchodząc do sklepiku z przyprawami, można oczywiście kupić sobie dowolną z nich, ale jest też do wyboru wiele mieszanek. Jedną z nich, którą można znaleźć w prawie każdym sklepie i na każdym stoisku jest Ras Hamout (znane też jako Ras el-Hanout). Dosłownie znaczy to „głowa sklepu” i ma oznaczać miszankę najlepszych przypraw jakimi dysponuje sklepikarz. Ras Hamout jest w Maroku tym, czym garam masala w Indiach. Nie ma żadnego konkretnego składu, zazwyczaj składa się na niego kilkanaście lub wręcz kilkadziesiąt różnych przypraw, pośród których znajdziemy zapewne kardamon, kolendrę, kmin, cynamon, imbir, gałkę muszkatołową, paprykę, pieprz, ziele angielskie, goździki i wiele innych.

Z książki "Czując. Rozmowy o emocjach"

Czytam właśnie nową książkę i natrafiłam w niej na taką oto myśl:

„- … miłość w ogóle nie ma tak wiele wspólnego z uczuciami. Uczucia stanowią paliwo, są warunkiem koniecznym miłości (…) ale uczucia same w sobie nie wystarczą. Nie da się na nich zbudować czegoś trwałego. Mówi się, że faza zakochania, tego „porwania”, dzięki któremu wszystko jakby samo się dzieje, trwa od dwóch do czterech lat.
– To wiadomo, ale potem to uniesienie ustępuje miejsca chyba innym uczuciom – bliskości, przywiązaniu, przyjaźni, lojalności?
– Tylko żeby te inne uczucia „weszły” i dalej wiązały się z miłością, musi pani trochę popracować.
– Czyli pan uważa (…) że miłość to nie uczucie tylko działanie. Ale co to tak naprawdę znaczy?
– Ja to rozumiem tak, że zakochanie (…) to jest coś na kształt kredytu. Pewna szansa czy też okazja do tego, żeby zbudować coś solidniejszego. Zakochanie to nie jest miłość, to zaproszenie do niej.
W psychologii, to co się dzieje w psychice człowieka, dzieli się na dwa typy wydarzeń – „happenings”, czyli to co mu się przydarza, czego doznaje, czego jest obiektem i „doings”, czyli to, co robi, czemu może przypisać swoje sprawstwo i czego jest podmiotem. Patrząc z tej perspektywy zakochanie to jest czas dany ludziom po to, żeby kiedy ta relacja idzie łatwiej, nawzajem się siebie nauczyli i wypracowali pewne umiejętności, które pozwolą im przejść z „happenings” do „doings”, czyli do miłości, którą się czyni, którą się obdarowuje”. Jak się tego czasu nie wykorzysta, to on się w pewnym momencie skończy. Zazwyczaj bolesnym rozczarowaniem. (…)
jak ktoś rozumie, jaka jest natura zakochania i wykorzysta je, żeby zbudować relację opartą nie na chemicznym podrasowaniu, nie na paliwie uczuciowym, tylko na świadomych zobowiązaniach, to ma większą szansę stworzyć coś głębszego, trwalszego.”
„Czując. Rozmowy o emocjach”, Agnieszka Jucewicz

Obowiązki domowe a sprawa kozia

Kiedy z Szalonym Naukowcem zdecydowaliśmy się zaangażować we wspólne mieszkanie, zrobiliśmy to, co moim zdaniem każda para zrobić powinna (chociaż z lektur grup dyskusyjnych w internecie wnoszę, że większość wcale tego nie robi): usiedliśmy z kartką i długopisem, spisaliśmy wszystkie obowiązki domowe i dokonaliśmy podziału. Kierowaliśmy się swoimi preferencjami (ja nie znoszę odkurzać, ale mogę sprzątać łazienkę), częstotliwością danych aktywności (okien nie myje się tak często jak toalety) i ogólnym poczuciem sprawiedliwości. System, który wypracowaliśmy sprawdzał się przez te wszystkie lata całkiem dobrze.

Tyle słowem wstępu, a teraz historia właściwa.
Dziś mąż mój obwieścił mi, że chciałby zaplanować nowy podział obowiązków domowych na moment, kiedy wreszcie nasz okres Trochę-Tu-Trochę-Tam się skończy. Co więcej, mój mąż chciałby wziąć tych obowiązków więcej.
Sam z siebie.
Chce wziąć więcej obowiązków domowych.
Jestem poważnie zaniepokojona i podejrzewam podstęp.
Już słyszę uszami wyobraźni to wielkie ALE, które nastąpi na koniec.
„Kochanie, wezmę na siebie dodatkowo to i to, ALE rzucam pracę i zostaję house husband”
„Kochanie, wezmę na siebie dodatkowo to i to, ALE ty zajmij się kozami które mam zamiar hodować w salonie”.
Niestety czeka go srogie rozczarowanie. Nigdy się nie zgodzę na hodowlę kóz w salonie, każdy wie, że łazienka jest lepszym miejscem.

Dzielenie się

Mówią, że w związku trzeba się dzielić. W sumie nie mam nic przeciwko. Mogę się z Szalonym Naukowcem dzielić sekretami, pomysłami na spędzanie wolnego czasu, swoimi przemyśleniami, a nawet miejscem w łóżku (chociaż on twierdzi, że wcale tak nie jest). Bardzo chętnie dzielę się z nim takimi rzeczami jak obowiązki domowe albo sprzątanie kuwety. Mniej chętnie swoim ulubionym jedzeniem (no ale się dzielę! czasami).
Mój mąż także się ze mną dzieli: na przykład emocjami gdy jego ulubiona Barca wygrywa albo przegrywa (tym akurat dzieli się chyba również ze wszystkimi sąsiadami), swoim ulubionym winem i śmierdzącym serem (ble). Chętnie dzieli się ze mną swoim pechem i przygodami wizowo-pobytowymi.
Jeśli jeszcze ktoś miałby wątpliwości, które z nas lepiej wychodzi na tym związku:
Kilka dni temu podzielił się ze mną… wirusem. I to jeszcze był tak hojny, że oddał mi go chyba w większości: on kichnął parę razy i jest świeży i rześki jak ogórek, podczas gdy ja… powiedzmy, że dmuchając nos odkryłam istnienie mięśni twarzoczaszki, o których istnieniu nie miałam pojęcia całe swoje życie.
Ale wiecie co? Jest takie powiedzenie, że kobieta oddaje dziesięciokrotność wszystkiego co jej się ofiarowało. Także ten.

Image may contain: 1 person

Z kociego pamiętnika

Kochany pamiętniczku, wczoraj był okropny dzień. Terytorium znowu najechał Wróg. Duża wydaje się w ogóle nie zdawać sobie sprawy z zagrożeń, jakie się z tym wiążą i nonszalancko pozwala Wrogowi się panoszyć, wtykać swoją długą szyję w najintymniejsze zakamarki jak szpara pod szafką na telewizor, gdzie lubię przechowywać czasem zabawki, a nawet ingerować w wystrój! Na szczęście ja jestem na posterunku. Przez ostatnie miesiące prowadziłam regularne obserwacje Wroga z ukrycia. Półka w szafie doskonale sprawdza się w tej roli, podobnie jak skrytka pod stołem. Po długim okresie osłabiania jego czujności, teraz mogę spokojnie rzucać na niego okiem z kanapy albo łóżka bez wzbudzania podejrzeń. Oczywiście nie pozwalam mu zbliżać się zanadto i gdy tylko jego szumiąca obecność staje się zbyt natarczywa oddalam się z godnością na z góry upatrzoną pozycję obserwacyjną. 
Ale wczoraj…! Ledwo opadł kurz po bitwie, ledwo zaczęłam dokonywać przeglądu strat, w biegu raportując Dużej, ledwo zaczęłam omawiać z nią plan działań naprawczych, ona bezceremonialnie wpakowała mnie do klatki! Do klatki!!!
Nie znoszę, gdy to robi i zawsze sprzeciwiam się głośno i wyraźnie komentuję w niewybrednych słowach takie zachowanie. Ale wczoraj nie tylko moja godność była na szali! Przecież szkody, które wyrządził Wróg trzeba naprawiać natychmiast! Wszystkie dekoracje z sierści i żwirku, którymi codziennie pieczołowicie ozdabiam Terytorium, zostały – jak zwykle – pożarte przez nienasyconą paszczę Wroga. Dywan nie pachnie tak jak powinien. To jest sytuacja alarmowa, nie możemy sobie pozwolić na jakieś ceregiele z klatką i podróżą w TAKIEJ SYTUACJI. Dałam oczywiście wyraz temu stanowisku w sposób dobitny. Ba, próbowałam nawet wydrapać dziurę w klatce. Zazwyczaj nie zniżam się do takich zachowań, pozostawiając je tak prostym i pozbawionym dumy stworzeniom jak psy – ale ekstremalne sytuacje wymagają ekstremalnych środków – niestety nic z tego. Zostałam uwięziona – czasem zastanawiam się, czy Duża nie jest czasem w zmowie z Wrogiem. Nie dość że wsadziła mnie do klatki, to jeszcze wyniosła z Terytorium, zmusiła do poniżającej konfrontacji z kimś, kogo nazywa „kierowca ubera”, który to uznał za stosowne skomentowanie mojego rozmiaru. ROZMIARU. Kobiecie nie wypomina się takich rzeczy. Ja nie jestem duża, ja jestem puszysta. I mam grube kości.
A na końcu tego wszystkiego czekało mnie Terytorium Większych, gdzie panują absurdalne zasady dotyczące wchodzenia do szafy (nie wolno), na stół (nie wolno) i na łóżko (na jedno wolno, a na drugie już nie – co za bezsens). Zgadzam się na te wszystkie elementy opresji i pozwalam im myśleć, że o czymś decydują, bo tak naprawdę Więksi bez problemu dają sobą rządzić w kwestiach tak kluczowych jak pory posiłków (przedśniadanie, śniadanie, przekąska, suta obiado-kolacja i jeszcze kilka przekąsek po drodze) i sprzątanie kuwety po każdym moim w niej grzebnięciu.
Ostatecznie więc dzień skończył się nie najgorzej, ale to co musiałam przejść woła o pomstę do bogów egipskich. A Duża ma przechlapane. Jak znowu ją zobaczę, dam jej wyraźnie do zrozumienia, co o niej myślę. Nawet na nią nie spojrzę, o odzywaniu się nie ma nawet mowy. Niech sobie siedzi z Wrogiem, z tym wstrętnym „odwkurzwaczem” czy jak go tam nazywa.

Kocie kolonie

Nie mam dzieci, więc nigdy nie wysyłałam ich na kolonie, do przedszkola ani nawet na plac zabaw, ale jestem przekonana, że wiem jakie to uczucie.
Skąd wiem? Właśnie podrzuciłam kota na kilka dni do rodziców i spędziłam wieczór ciesząc się tym, że mogę zjeść serek na kanapie nie opędzając się łokciami od ośmiu kilo futrzastego łakomczucha. Tym, że pilot do telewizora, myszka do komputera ani żaden inny przedmiot nie został kilkakrotnie zrzucony z hukiem na podłogę przez pewną wszędobylską łapkę. A także tym, że nie muszę zrywać się z łóżka, bo właśnie przypomniałam sobie, że zostawiłam na wierzchu słuchawki i jeśli natychmiast ich nie schowam, już nigdy ich nie zobaczę. Oraz tym, że idąc nad ranem po omacku do łazienki, nie potknę się o kogoś entuzjastycznie galopującego w stronę kuchni w nadziei, że pora na śniadanko (wewnętrznym zwierzęciem mojego kota bez wątpienia jest hobbit).

No photo description available.

O ślubie i małżeństwie

Dziś mija rok od kiedy z Szalonym Naukowcem się zaręczyliśmy. W scenerii, którą ostatnio pokazywałam na blogu, u stóp Tyrolskiego lodowca, pod lazurowym niebem, otoczeni śniegiem skrzącym się w promieniach słońca.
Jeszcze rok i jeden dzień temu nawet nie myślałam o ślubie, a dziś jesteśmy już ponad 3 miesiące po nim.
Jakie to wszystko dziwne.

Nigdy nie przykładałam zbyt dużej wagi do małżeństwa. Nie podzielam przekonania niektórych,że jest ono nadrzędną formą związku między kobietą, a mężczyzną, że jest celem, albo wartością samą w sobie. Uważam, że pewne poziomy rozwoju i związku emocjonalnego ludzie są w stanie osiągnąć tylko w stałym, długotrwałym związku. Wierzę, że stały (dobry) związek jest wartością w życiu człowieka. I uważam, że aby mógł się w pełni rozwinąć nie wystarczy samo bycie ze sobą, ale potrzebne jest zadeklarowane zaangażowanie.
To czy ta deklaracja będzie miała miejsce pod drzewem w lesie, w kościele, w urzędzie czy gdziekolwiek indziej ma mniejsze znaczenie. A przynajmniej tak myślałam jakiś czas temu. Potem doszłam do wniosku, że chyba nie każda deklaracja deklaracji równa. Że deklaracje publiczne, przy świadkach, mają często inny ciężar gatunkowy, niż te wyszeptane do ucha (choć na pewno nie w każdym przypadku).
No i zawsze wierzyłam w moc rytuałów przejścia. Nie jestem antropologiem, ale wydaje mi się, że nie ma cywilizacji, która nie wytworzyła jakiejś formy rytuałów zaznaczających koniec pewnego etapu i przenoszących człowieka do kolejnego. Postrzyżyny, koronacja, zaprzysiężenie, pasowanie na rycerza, pasowanie na pierwszaka, uroczyste zakończenie szkoły/studiów. No i ślub.
Moment w którym podejmujemy (chociaż tak naprawdę: deklarujemy, bo decyzja została podjęta wcześniej) decyzję, że chcemy spędzić resztę życia z tą drugą osobą to moment, kiedy związek przechodzi na kolejny, wyższy poziom. I jest to w pewnym sensie początek nowego etapu w życiu – bo mimo, że związek trwa już jakiś czas, decyzja o tym, że to już będzie NA ZAWSZE zmienia perspektywę.
Mimo najgorętszych uczuć inaczej funkcjonujemy w związku, w którym mamy otwarte drzwi, niż w związku, w którym takich drzwi nie ma. I nie mówię tu o tym, że łatwiej się rozstać niż rozwieźć, ale o nastawieniu do ślub z myślą „przecież zawsze można się rozwieść”, które psychologicznie w moich oczach bardzo niewiele się różni od związku bez żadnej deklaracji na przyszłość.
Dlatego doszłam do wniosku, że warto ten początek nowego etapu w związku i w życiu zaakcentować, zaznaczyć, dokonać tego symbolicznego przejścia, ubrać tę deklarację w formę obietnicy, złożyć ją przy świadkach (jednak obecność świadków zawsze zwiększa wiarygodność wszystkiego, czy w to w sądzie czy przy spisywaniu testamentu w kryminałach). A że żyjemy w konkretnym systemie prawnym, równie dobrze możemy zrobić to w sposób przez niego przewidziany. Gdybyśmy byli religijni, pewnie chcielibyśmy zrobić to w sposób przewidziany przez religię, no ale nie jesteśmy. Można to zrobić też całkowicie i zupełnie po swojemu bez urzędników i duchownych: i o to właśnie chodzi w Ślubie Numer Dwa.
Do tych wszystkich wniosków dochodziłam stopniowo. Był to raczej powolny proces, podczas którego wiele razy można było usłyszeć mnie mówiącą „pewnie nigdy nie wyjdę za mąż” albo „ślub mi do niczego nie potrzebny”. A potem przyszedł 24 lutego, Szalony Naukowiec zadał pytanie, na które ja – jak to ja – odpowiedziałam „myślę, że tak”.
W tej chwili nie pamiętam już, czy w tym momencie te wszystkie przemyślenia już były całkiem skrystalizowane, czy nabrały ostatecznego kształtu trochę później, ale wkładając po raz pierwszy na palec pierścionek z tanzanitem, wiedziałam, że właśnie uczyniliśmy pierwszy krok ku przejściu od „jesteśmy razem i jest fajnie” do „będziemy razem już na zawsze”.

Jak pech to pech

Jak pewnie część z Was wie załatwianie spraw pobytowych w naszym pięknym kraju to droga przez mękę.
Kiedy więc Szalonego Naukowca kariera poniosła tymczasowo za Odrę, byliśmy pełni pozytywnych wrażeń, jak fantastycznie gładko te sprawy działają tam: wizę na pracę dostał w ciągu 4 dni (czyt: CZTERECH dni), wszystkie inne sprawy (mieszkanie, obowiązkowy w Niemczech meldunek, konto, telefon itd) udało się pozałatwiać dosłownie w tydzień.
8 miesięcy później wiza – jak to z takimi wizami bywa, kiedy kończy się umowa – dobiegła końca. Proces załatwiania/przedłużania pozwolenia na pobyt okazał się prosty: jedna szybka wycieczka do odpowiedniego urzędu z nowym listem intencyjnym w celu uzyskania 3 miesięcznego przedłużenia w czasie którego nowe pozwolenie zostanie przeprocesowane. Ba! Nawet lepiej! Dzień przed wizytą w urzędzie Szalony Naukowiec podpisał nowy kontrakt, który zabrał ze sobą i na ten widok pani urzędniczka poklikała w systemie, wydobyła wszystkie jego dokumenty (najwyraźniej można przechowywać je w formie cyfrowej, a nie w teczkach, ktoś powinien powiadomić o tym biuro ds cudzoziemców w Polsce) zaproponowała rozpocząć procedurę uzyskiwania tzw Blue Card*. Szalony Naukowiec, który aplikować o nowe pozwolenie na pobyt planował później, oczywiście z chęcią na to przystał. Okazało się, że potrzeba tylko jednego formularza wypełnianego przez pracodawcę, który ten może dosłać urzędowi mailem i już na początku lutego (po nieco ponad 2 miesiącach!), karta powinna być gotowa. Tydzień czy dwa później Szalony Naukowiec otrzymał potwierdzenie wysłania wspomnianego dokumentu i na tym zakończył się ten temat.

Skoro tak, to gdzie ten pech?
A otóż tutaj:
Kiedy wróciwszy ze swojej konferencji i odwiedzin u M-żonki, Szalony Naukowiec sprawdził pocztę i nie znalazł informacji o karcie, zaczął się niepokoić. Jak się okazało: słusznie. Karta nie została wydana, ani procedura nie ruszyła dalej, bo brakujący dokument od pracodawcy nigdy nie dotarł do urzędu.
Co więcej, w międzyczasie Szalony Naukowiec się przeprowadził, a tak się składa, że nowe mieszkanie jest tuż za granicą landu…. co oznacza jurysdykcję innego urzędu. Urzędu w zupełnie innym mieście. Ale ze względu, na to że procedura zaczęła się w poprzednim urzędzie, żaden z tych urzędów nie wie, który z nich powinien się tym zająć.
A zegar tyka.
Ktoś mógłby zapytać dlaczego Szalony Naukowiec w ogóle się przeprowadzał akurat wtedy i akurat tam? Otóż dlatego, że zdążył już wypowiedzieć poprzednie mieszkanie, gdyż jego umowa w Instytucie Naukowym, który go zatrudnia(ł) dobiegała końca. Przedłużenie nie było przewidywane i z końcem listopada miał wrócić do Polski. Kiedy zaproponowano mu pozostanie na kilka miesięcy dłużej miał tylko kilka dni na znalezienie nowego mieszkania.
A czemu nie aplikował o tą Blue Card we właściwym urzędzie? Ano dlatego, że tamtego dnia to był właściwy urząd.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że Instytut Naukowy zaproponuje przedłużenie współpracy tak bardzo w ostatniej chwili?
Jakie jest prawdopodobieństwo, że mieszkanie odległe od pracy o 20-30 min jest w innym landzie?
Jakie jest prawdopodobieństwo, że sekretarka Instytutu Naukowego w Niemczech w XXI (a nie XIX) wieku wyśle dokument listem, a nie mailem?
Jakie jest prawdopodobieństwo, ze w Niemczech zaginie list?
*Blue Card (aka Niebieska Karta, ale pozostanę przy angielskiej nazwie ze względu na znacznie popularniejsze znaczenie tego terminu w języku polskim), to specjalna kategoria pozwolenia na pobyt w kraju członkowskim EU dla osoby spełniającej pewne konkretne kryteria

Gierki w związku

Podsumowanie weekendu:


Jeden spóźniony wieczór walentynkowy, dwa spotkania ze znajomymi, jedno spotkanie z rodzicami, dwa seanse w kinie, dwa seanse planszówkowe, 3 kolacje na mieście i jeden brunch, morze wypitego alkoholu oraz jeden zestaw wstępnie zamówionych zaproszeń na Ślub Numer Dwa.
Tak to jest jak trzeba zmieścić dwa tygodnie w trzech dniach.
A z innej beczki:
Jestem wielką fanką grup dyskusyjnych. Kiedyś to były fora, teraz to grupy na fb: z zainteresowaniem śledzę najróżniejsze. Dziś przeczytałam posta dziewczyny, która opisała wymianę korespondencji smsowej ze swoim facetem, gdy ten odwołał randkę i zapytała jak odpisać i zareagować: czy wyrazić pretensje, czy może je odpuścić? Czy być chłodną? Czy ona w ogóle ma prawo w tej sytuacji mieć pretensje? Umówić się z nim w przyszłym tygodniu, czy właśnie nie?
Tak sobie myślę, że kilka lat temu (no, tak bardziej z 10-12) zadawałam dokładnie takie same pytania: czy mam prawo mieć pretensje, że on nie zadzwonił, skoro wiem, że był zmęczony po pracy a za kilka godzin miał kolejną zmianę? Czy powinnam powiedzieć, ze mi się nie podobało jego zachowanie, czy odpuścić żeby nie wyjść na upierdliwą marudę? I tak dalej.
Borze szumiący, ależ to było męczące!
Zajęło mi dużo czasu żeby dojść do tego, że w związku nie powinno być potrzeby uprawiania takich gierek. W dobrym związku możesz być sobą, mówisz o swoich uczuciach i potrzebach oraz przyjmujesz uczucia i potrzeby drugiej osoby. Nie stosujesz zagrywek i strategii żeby uzyskać jakiś efekt, bo jeśli czegoś chcesz możesz o tym po prostu powiedzieć a druga osoba da Ci to, jeśli tylko będzie w stanie, bo zależy jej na Twoim szczęściu.
Jeśli czasami wolisz spotkać się z koleżankami/on woli się spotkać z kolegami niż iść na randkę możecie to zrobić i nikt nie będzie strzelał fochów, bo i tak na koniec dnia opowiecie sobie o tym myjąc zęby przed spaniem. To znaczy: tak jest u nas, może u kogoś innego jakaś ona i jakiś on oboje wolą nie spotkać się ze znajomymi tylko razem oglądać serial – i to też jest fajne. 
Chodzi o to, że każdy może robić to co jest dla niego ważne bo na te ważne rzeczy w związku powinno być miejsce. Nikt nie musi przygotowywać strategii kar i nagród żeby on zaczął wykonywać swoją część domowych obowiązków, albo sprawdzać wyciągów z kart kredytowych bo ona po kryjomu wydaje za dużo na buty – bo jesteście dorosłymi ludźmi, którzy poradzą wspólne życie za które oboje są odpowiedzialni.
Jakie to wspaniałe uczucie!
I wiecie co? To się zaczyna już na etapie randkowania.
Pamiętacie jak przedstawiałam swoją Teorię Wielkiego Dopasowania? Dlatego nauczyłam się, że warto być sobą i od samego początku nic nie udawać. Jaki ma sens przestrzeganie tych wszystkich zasad, odczekiwanie przepisowej liczby minut/godzin/dni żeby przeczytać wiadomość/odpisać/zaproponować kolejne spotkanie? Pytanie oczywiście jest retoryczne: strategie te mają na celu „wygranie” pierwszych randek i wywołanie u drugiej osoby zaangażowania. Tylko jaki to ma sens jeśli tej osobie spodoba się ktoś kogo tylko udajemy?
Chcesz esemesować cały dzień? Rób to. Jeśli on należy do ludzi, którzy sprawdzają telefon raz na 3 dni: lepiej żebyście się dowiedzieli o tej niezgodności wcześniej. Jeśli on chce zadzwonić i usłyszeć twój głos to niech po prostu to zrobi zamiast czekać aż miną 3 dni od ostatniej randki. Tym sposobem, jeśli ty na dźwięk słów „chciałem cie tylko usłyszeć” w środku dnia pracy dostajesz gęsiej skórki – dostaniesz jej teraz, zanim się zaangażowałaś, a nie później.
Jak mówiłam, dużo czasu zajęło mi dojście do tych (i paru innych) wniosków. A jak już do nich doszłam, trafiłam na mężczyznę, który myślał tak samo i tak już zostało.