O Hennie słów kilka

Ozdabianie rąk henną jest w Maroku bardzo popularne, nie tylko przy okazji ślubu. Wzorki robi się przy pomocy strzykawki ze specjalnie skróconą igłą. Podczas nakładania, henna ma kolor zielonkawego błotka, wysycha na brązowo, ale tak naprawdę chodzi w niej o to, żeby zabarwiła skórę i stworzyła „tatuaż”. Wzorki, które zostają po usunięciu henny mogą mieć kolor od pomarańczowego do ciemnego brązu w zależności od tego, jak długo się ją trzyma, ale też od skóry. Jest też czarna henna, ale jest szkodliwa ze względu na barwnik, który jest do niej dodawany aby uzyskać ciemny kolor.

Mówi się, że jeśli henna u panny młodej wyjdzie jasna, mąż będzie miły, a jeśli ciemna: złośliwy. Być może dlatego podczas wesela zeskrobano mi ją z dłoni błyskawicznie. Chociaż ja myślę, że to było bardziej ze względu na napięty harmonogram i bezpieczeństwo kolejnych kreacji  
W każdym razie wyglądała tak:

Image may contain: one or more people
W sytuacji, w której jest do dyspozycji więcej czasu, po nałożeniu henny należy zaczekać aż ona wyschnie, a potem nałożyć (bez zdrapywania!) miksturę z miodu, cukru, soku z cytryny i czosnku. Jej rolą jest z jednej strony zwilżenie henny, żeby lepiej barwiła, do tego czosnek ponoć rozszerza pory, cytryna ułatwia ciemnienie, a miód wszystko skleja, dzięki czemu henna dużo dłużej wytrzymuje na skórze bez odpadnięcia. Niektóre kobiety mogą siedzieć z nią całymi godzinami, a nawet idą tak spać!
Ja wczoraj poprosiłam ciotkę Szalonego Naukowca o poprawki/zrobienie na nowo moich wzorków, ale wytrzymałam tylko 3 godziny

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 3.

Jakby się ktoś zastanawiał nad szczegółami MWMW to liczba kiecek, które mam włożyć w sobotę wzrosła do 5, a liczba lektyk, w ktorych będę noszona (sama lub z mężem): do 3.
Ogólnie doszłam wniosku, że panna młoda chyba zastępuje na marokańskich weselach alkohol, stanowiąc główne źródło rozrywki dla gości.
Ale za to pogoda była dziś w Marakeszu właśnie taka:

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 2.

Wiecie co? Moje Wielkie Marokańskie Wesele (MWMW) mnie zaczęło trochę przerastać. Gdzieś mniej więcej pomiędzy momentem, kiedy dowiedziałam się, że jeszcze potrzebujemy czwartego stroju (a do każdego z nich muszę też mieć inną parę butów), a momentem, kiedy odkryłam, że teściowa mnie wysyła do fryzjera, który najprawdopodobniej zrobi mi doczepy, bo moje własne, krótkie włosy, nie będą stanowiły wystarczającej bazy do tiary, którą mam mieć na głowie. Na makijaż z resztą także, mimo, że wspomniałam, że zamierzam pomalować się sama – chyba moje własne umiejętności w tym zakresie nie budzą jej zaufania.
Mam uczucie, że teściowa jakby próbowała mnie przerobić na Marokankę – przynajmniej na ten jeden dzień. Myślę sobie, że może powinnam to docenić być mniej niewdzięczna, bo wiele kobiet w związkach mieszanych w ogóle nie miało okazji poznać teściów albo nie zostały przez nich zaakceptowane na tyle, żeby organizować im wesela. Może powinnam założyć na twarz uśmiech numer pięć i otworzyć się entuzjastycznie na to nowe, jakby nie było: jedyne w swoim rodzaju doświadczenie? (Dlaczego, ach dlaczego, nie może to być ślub jednej z moich szwagierek?). Staram się.

Tylko, że jednocześnie do głowy ciśnie się pytanie „a gdzie w tym jestem ja?” Ja: z moimi krótkimi włosami, niechęcią do bycia w centrum uwagi, i do bycia noszoną, awersją do doczepów, mocnego makijażu, sukienek i tiar (poza Tiarą Przydziału, ale coś mi mówi, że nie o taką chodzi)?
Pewnie gdzieś w tym wszystkim jest jakiś złoty środek i mam nadzieję, że uda mi się go znaleźć.
Więc jeśli ktoś wie gdzie go szukać, niech przemówi teraz (albo zamilknie na wieki)

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 1.

W temacie marokańskich zwyczajów okołoślubnych i o tym co to ma wspólnego ze mną. Kończy się wrzesień, przywitaliśmy oficjalnie jesień, a na horyzoncie powoli acz nieuchronnie zaczyna majaczyć Moje Wielkie Marokańskie Wesele (zwane dalej MWMW). Ci z was, którzy są ze mną od jakiegoś czasu, wiedzą, że miałam pewne wątpliwości już co do Ślubu 2.0. Jeśli chodzi o MWMW, raczej brakuje mi entuzjazmu – delikatnie mówiąc.
Mówi się, że związek to sztuka kompromisów. Ja preferuję zazwyczaj słowo „współpraca”, które nie niesie w sobie pierwiastka rezygnowania z czegoś. I ta współpraca najczęściej wychodzi nam z Szalonym Naukowcem naprawdę dobrze. Jeśli chodzi jednak o MWMW, jest to jedna z tych okazji w naszym związku, która daje mi wielkie pole do popisu w zakresie sztuki kompromisów. Mąż mój sam jest daleki od ochoty na tę uroczystość, jednak jest to dla niego gest w kierunku rodziny, która w końcu od wielu lat, ledwie go widuje i której udział w jego życiu – nie oszukujmy się – jest mocno ograniczony. A skoro tak, jestem gotowa go w tym geście wspierać – mniej czy bardziej entuzjastycznie.
Nigdy nie byłam jeszcze na marokańskim weselu, ale podstawie tego co wiem od Szanownego Małżonka, szwagierki oraz teściowej, spodziewam się następujących rzeczy:
1. Henna Party – czyli ozdabianie dłoni (i opcjonalnie: stóp) malunkami z henny. Szczerze mówiąc za każdym razem będąc w Marakeszu idę do jakiejś pani na placu Jemaaa el-Fnaa aby narysowała mi hennową ozdobę. Henna jest fajna.
Poziom entuzjazmu: 4/5
2. Przebieranki. Podczas marokańskiego wesela panna młoda przebiera się kilka razy (pan młody z resztą też). Stroje, które nosi to tradycyjne marokańskie takchity – jedna przypada na hennę, jedna na obiad i tańce i jeszcze jedna (choć moja teściowa ostatnio sugerowała że w tej roli białą suknię rodem z Hollywood – po moim trupie) na tort i triumfalne opuszczenie przyjęcia.
Wedle mojej (skromnej) wiedzy takchita (zwana potocznie kaftanem, mimo pewnych zasadniczych różnic) składa się z dwóch warstw: najpierw długiej, prostej „sukienki” i zakładanego na nią długiego giezła, które może być albo niezapinane z przodu, albo zapinane na serię malutkich guziczków (na całej długości lub tylko od góry do np. talii). Jest ono zdobione z przodu albo na całej długości wzdłuż brzegów, albo głównie na klatce piersiowej. Wszystko to zaś spina zdobiony i ciasno zapięty w talii pasek.
Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć jak takie stroje mniej-więcej wyglądają, może zajrzeć np. tutaj lub tutaj
Jak widzicie, nie jest to strój bardzo dopasowany, ale przyznam, że napawa mnie lekkim niepokojem fakt, że moje podobno już są gotowe, a nikt nie zapytał mnie jaki noszę rozmiar.
Poziom entuzjazmu: 2-3/5 (w zależności od rozmiaru)
3. Żarcie, tańce i czas trwania. Pod pewnymi względami marokańskie wesela przypominają polskie: bardzo dużo jedzenia (zapomnijcie jednak o wiejskim stole albo o prosiaku z jabłkiem w ryju) i tańce pomiędzy kolejnymi jego turami. Całość zaczyna się ok 20-21 i trwać będzie do 3-4 nad ranem.
Różnica (jak dla mnie na minus) polega – oczywiście – na braku napojów wyskokowych.
Poziom entuzjazmu: 2/5
4. Goście. Na Naszym pierwszym ślubie było 20-kilka osób w tym 6 z rodziny (2 z mojej i 4 od Szalonego Naukowca). Na ślubie 2.0 gości było ok 60 w tym tak samo 6 osób z rodziny. Reszta to byli nasi znajomi i przyjaciele.

Podczas MWMW spodziewamy się ok 100-120 osób. Z naszych przyjaciół pojawią się 2 osoby (w porywach do 4). Z mojej rodziny, ze względów zdrowotnych, nikt nie przyjedzie. W związku z tym ilość gości niebędącymi krewnymi i znajomymi rodziny mojego męża jest właściwie nieistotna statystycznie. Biorąc pod uwagę, że Szalony Naukowiec mieszka poza krajem od prawie 10 lat, a poza domem rodzinnym od 17 i relacje z dalszą rodzina ma raczej luźne – brzmi to bardzo zachęcająco, prawda?
Na szczęście rodzina mojego męża nie należy do konserwatywnych i wszyscy goście będą się bawić razem (bez podziału na płcie).
Poziom entuzjazmu: 1/5
5. Prezentacja pary młodej. Jako ze każdy z setki gości musi dobrze i z bliska obejrzeć parę (pannę) młodą, trzeba im ją dobrze zaprezentować. Na czym to polega? Otóż na początku para młoda zostaje obniesiona po całej sali w… lektyce. Tak, dobrze czytacie. Następnie młodzi zostają posadzeni na czymś w rodzaju sceny ozdobionej światłami – tak żeby cała sala miała na pewno najlepszy możliwy widok. Natomiast jeść mogą przy osobnym stole, siedząc na krzesłach przypominających trony (żeby aby na pewno nikt ich nie przegapił). Poniżej znajdziecie zdjęcie poglądowe: na środku: obficie oświetlona scena, a obok niej w rogu pomieszczenia: stół z tronami.
Nie należę do osób, które lubią tzw. spotlight więc możecie sobie wyobrazić jak bardzo cieszy mnie ta perspektywa.
Poziom entuzjamzu: 0/5. A nawet: -2/5

A wy mieliście okazje uczestniczyć w tradycyjnych ślubnych obrzędach w krajach waszych połówek?

Na zdjęciu przyszłe miejsce akcji.

Ramadan

Jak pewnie wiecie, w tym tygodniu zaczyna się Ramadan czyli muzułmański miesiąc postu. W wielu krajach od dziś, w Maroku od jutra (dlaczego? O tym niżej), przez 29 lub 30 dni muzułmanie powstrzymują się od jedzenia i picia (oraz paru innych rzeczy, ale o tym za chwilę) od wschodu do zachodu słońca. Post jest jednym z filarów wiary muzułmańskiej i powinien go przestrzegać każdy muzułmanin poza osobami, które stanowią wyjątek.
U nas w domu Ramadanu się nie obchodzi ze względów oczywistych, natomiast naturalnie mamy w rodzinie osoby, które go przestrzegają. Sam Szalony Naukowiec jeszcze pamięta czasy, kiedy również go przestrzegał. Także pomimo braku wielu bezpośrednich doświadczeń po tych wszystkich latach zebrałam jakąś tam wiedzę na ten temat. Oto ona 🙂

No więc o co chodzi w Ramadanie?


Jest to okres wyrzeczenia, pokory, doświadczania tego, co odczuwają biedni i głodni, doceniania tego, co się ma, dzielenia się z innymi no i nauki dyscypliny. W praktyce wygląda to tak, że od wschodu do zachodu słońca nie można jeść ani pić (tak, nawet wody), a także palić, czy uprawiać seksu. Należy też dołożyć większych starań, żeby realizować nauki Islamu, czyli powstrzymywać się od przemocy, zawiści, kłamstwa, złości, żądzy, plotek itd. Innymi słowy: trzeba starać się być lepszym człowiekiem niż zwykle. („Empty your stomach to fill your soul”). Zjedzenie czegoś, napicie się, zapalenie papierosa itd przerywa post. Jeśli to nastąpi przed zachodem słońca – dany dzień zostaje „niezaliczony” i należy go odrobić w późniejszym terminie, ale przed kolejnym Ramadanem. Po zachodzie słońca, post się przerywa (nie kończy – koniec nastąpi po 29/30 dniach), tradycyjnje często przy pomocy daktyli. Później następuje modlitwa, a po niej pierwszy posiłek dnia zwany iftar czyli śniadanie. Ostatbi posiłek jest jedzony przed wschodem słońca i nazywa się suhur.

Czego jeszcze nie wolno, a co wolno?

W czasie postu można się kąpać i myć zęby, ale nie wolno przełykać wody. Można aplikować zastrzyki oraz krople do oczu, natomiast doradza się, żeby to drugie robić przed rozpoczęciem lub po przerwaniu postu (jeśli medyczne wskazania pozwalają). Jeśli chodzi o inne leki, to jeśli tylko można, należy brać je przed wschodem słońca lub po jego zachodzie. Jeśli nie ma takiej możliwości: szczerze mówiąc nie wiem, ale pewnie taka osoba w ogóle nie powinna pościć. Nie wolno prowokować wymiotów, ale wymioty spontaniczne (naturalne) nie przerywają postu – pod warunkiem, że nie przełkniemy zwymiotowanej treści (jak np. Daenerys Targaryen). Zdania są podzielone na temat tego, czy można próbować smaku potraw (np. podczas gotowania). W Maroku raczej uważa się to za dozwolone, ale nie wszyscy podzielają tę opinię.

Kto obchodzi, a kto nie?

Jak wspominałam, Ramadan jest obowiązkiem każdego muzułmanina. Z postu zwolnione są niektóre grupy osób – to znaczy, że nie muszą (a czasem; nie powinny) go przestrzegać, chociaż bywa, że i tak to robią. Są to osoby chore (np cukrzycy), kobiety w ciąży i karmiące, dzieci (przed okresem dojrzewania), osoby starsze i w podróży.
No i do tego kobiety w czasie okresu, które mają zakaz obchodzenia Ramadanu (no bo wiadomo: są nieczyste 🙂 ). Nieczyste są również osoby, które uprawiały seks, więc po stosunku należy dokonać rytualnego oczyszczenia przed wschodem słońca.

A kiedy wypada Ramadan?

Muzułmański kalendarz opiera się o cykle księżycowe, w związku z czym z perspektywy kalendarza gregoriańskiego Ramadan jest ruchomy. Co roku zaczyna się trochę wcześniej. Dlatego są lata w których okres poszczenia jest znacznie krótszy (zimą) niż w innych (latem). Jak działa Ramadan w krajach mających okresy, kiedy słońce nigdy nie zachodzi albo nigdy nie wschodzi? Panuje konsensus, że w takiej sytuacji należy opierać się na godzinach obowiązujących w najbliższym kraju, w którym słońce wschodzi i zachodzi.
Jeśli chodzi o dokładną datę rozpoczęcia i zakończenia Ramadanu w danym roku to… może być róźnie. Są dwie szkoły wyznaczania tych dat: poprzez wyliczenia astronomiczne i poprzez obserwację księżyca. W tym pierwszym przypadku data rozpoczęcia i zakończenia postu jest możliwa do wyznaczenia z góry. Dlatego już od jakiegoś czasu wiemy, że Ramadan w Polsce czy Francji zaczyna się w tym roku w sobotę 1 marca. Część krajów w tym Maroko, korzysta jednak z tej drugiej opcji – wtedy nie da się ze 100% pewności przewidzieć z góry dnia rozpoczęcia i zakończenia postu. I tak w Maroku początek Ramadanu zostanie ogłoszony w momencie, kiedy pierwszy ślad księżyca pojawi się na niebie: kolejny dzień będzie pierwszym dniem postu. Analogicznie post zakończy się wieczorem tego dnia, kiedy Księżyc po nowiu po raz pierwszy pojawi się znowu na niebie (co oznacza że zaczaj się kolejny miesiąc, a więc zakończył Ramadan). Naturalnie pełny cykl Księżyca trwa zawsze 29 lub 30 dni – więc pole manewru nie jest zbyt duże, ale jednak 100% pewności nie ma. Co może być problemem, jeśli ktoś na przykład chciałby zarezerwować stolik na Eid al-Fitr czyli święto po zakończeniu Ramadanu.



Tyle informacji praktyczno-naukowych. Jeśli chodzi o religijne i duchowe wymiary Ramadanu, to nie są one moją specjalnością i możecie o nich przeczytać na wielu innych blogach. Ja (jak zwykle) chciałabym podejść do tematu przez pryzmat relacji.

Kilka uwag zainspirowanych powtarzającymi się co rok dyskusjami – głównie dla dla partnerek muzułmanów:

Niestety z obserwacji, których dokonuje w Internecie, widzę, że niektórzy panowie lubią wykorzystywać nieświadomość swoich europejskich partnerek, połączoną z dobrymi intencjami i szacunkiem do ich kultury i pozwalają sobie na pewne nadużycia. Wykręcanie się od obowiązków domowych czy opieki nad dziećmi, branie wolnego w pracy, wybuchy złości, wreszcie oczekiwania że dziewczyna/żona będzie gotowała i serowała posiłki o porach wynikających z postu – nie dajcie się w to wmanewrować, bo nie o to w tym wszystkim chodzi.

1. Ramadan to nie wakacje. W krajach muzułmańskich skraca się dzień pracy, tryb życia spowalnia i ma tendencje do przesuwania się w stronę wieczora. Jednak to nie znaczy, że obowiązki domowe, rodzinne i zawodowe znikają. To że facet pości, nie oznacza, że może cały dzień może nic nie robić albo spać (tru story). Wręcz przeciwnie: powinien wykonywać wszystkie swoje stałe obowiązki tak samo jak zawsze, bo – jak mówiłam – w Ramadanie chodzi o wyrzeczenie, współodczuwanie z biednymi. Nie o pójście na łatwiznę, zmianę trybu życia na nocny albo (jeszcze gorzej) odpoczywanie cały dzień i jedzenie oraz dalsze odpoczywanie w nocy.


2. Facet jak głodny to zły? Powtórzę jeszcze raz: Ramadan to duchowe doświadczenie, którego elementem jest doświadczanie wyrzeczenia i ćwiczenie pokory oraz praktykowanie cnót duchowych, czyli np. powstrzymywania się od złości. Ogólnie należy panować nad swoimi emocjami, nie wściekać się i nie wyładowywać na otoczeniu, ale z pokorą przyjmować dyskomfort myśląc o biednych, którzy żyją tak cały czas i których nie czeka ich suta kolacja jak tylko zajdzie słońce.

To zrozumiałe, że głód nie jest przyjemny i że wpływa na nasze samopoczucie psychiczne. w końcu jesteśmy ludźmi. Natomiast post absolutnie nie powinien być stosowany jako wyjaśnienie/wymówka dla humorów, krzyków czy fochów.


3. Wspieranie go. Wiele kobiet chce wspierać swojego faceta w tych trudnych chwilach. Na przykład niektóre próbują również pościć albo nie jeść w jego towarzystwie. Tego pierwszego nie rozumiem, nie wiem po co pościć, skoro to nie nasza religia, no ale może brak mi empatii. Jeśli chodzi o to drugie owszem rozumiem. Dla mnie to coś takiego, jak nie zajadanie się lodami przy przyjaciółce na diecie. Natomiast mój Kolega Małżonek uparcie powtarza, że to absolutnie nie jest potrzebne, że post jest decyzją i zaangażowaniem poszczącego i widok innych osób jedzących nijak na to nie powinien wpływać. Potwierdza to moja szwagierka, która spokojnie była z nami nieraz w knajpie w porze lunchu (podczas wspólnego weekendu czy wakacji) w tym właśnie okresie i nawet nie mrugnęła okiem, kiedy my jedliśmy. Miała okazje nie siedzieć z nami, szczególnie podczas dnia w parku rozrywki, kiedy naszą przerwę na lunch mogła wykorzystać na jazdę na jakiejś atrakcji – a jednak nie miała najmniejszego problemu żeby to zrobić. Więc jeśli chcecie jeść w innym pomieszczeniu żeby mu nie pachniało, to ja nadal uważam, że jest to miły gest, ale absolutnie nikt nie powinien od Was tego oczekiwać.

Ramadan Kareem wszystkim obchodzącym i współobchodzącym.

Głowa sklepu

Jednym z moich ulubionych rzeczy w Maroku są souki, czyli bazary. Mogłabym chodzić po nich godzinami podziwiając ceramikę, wyroby skórzane, drewniane czy metalowe, kaftany, babouche, stosy daktyli i ciastek, czy kopczyki przypraw. O tych ostatnich chciałam dziś napisać. Wchodząc do sklepiku z przyprawami, można oczywiście kupić sobie dowolną z nich, ale jest też do wyboru wiele mieszanek. Jedną z nich, którą można znaleźć w prawie każdym sklepie i na każdym stoisku jest Ras Hamout (znane też jako Ras el-Hanout). Dosłownie znaczy to „głowa sklepu” i ma oznaczać miszankę najlepszych przypraw jakimi dysponuje sklepikarz. Ras Hamout jest w Maroku tym, czym garam masala w Indiach. Nie ma żadnego konkretnego składu, zazwyczaj składa się na niego kilkanaście lub wręcz kilkadziesiąt różnych przypraw, pośród których znajdziemy zapewne kardamon, kolendrę, kmin, cynamon, imbir, gałkę muszkatołową, paprykę, pieprz, ziele angielskie, goździki i wiele innych.