Wino, a dziedziczenie

Ten moment, kiedy siedzisz sobie spokojnie w pracy, podczas gdy twój mąż, ze swoim teściem, a twoim ojcem, jadą zakupić 60 butelek wina na Ślub 2.0.
Dwaj Najważniejsi Mężczyźni Mojego Życia niezwykle poważnie podchodzą do kwestii wina. Mój ojciec rozważa wyrzeczenie się mnie oraz wydziedziczenie, ponieważ to, które piję najchętniej, w nim budzi pogardę większą niż fani gry o tron żywią do producentów ostatniego sezonu. Mój małżonek wydziedziczać mnie nie chce (pewnie dlatego, że jako pracownik naukowy średnio miałby z czego), ale dziwnym zrządzeniem losu nie dopuścił mnie do wyboru trunków na Ślub 2.0.

Poza wódką. Wódkę mogę wybrać.

Dzięki mężu.
Proces doboru wina, szczególnie czerwonego, został potraktowany z pełna powagą i zaangażowaniem. Przejrzawszy ofertę licznych sklepów, Szalony Naukowiec wyselekcjonował 3 różne wina, z których następnie ja przygotowałam mu ślepą próbę aby mógł dokonać w pełni obiektywnego wyboru. Następnie butelki (coby trunek się nie zmarnował) trafiły do moich rodziców. Mimo, że połowa składu rodzicielskiego miała wyraźnie stronnicze nastawienie przeciwko akurat tej butelce, która Szalonemu Naukowcowi przypadła do gustu najbardziej, oboje wskazali…. to samo wino.
Już chyba wiem, czemu pałają do zięcia taką sympatią

#OnceHRalwaysHR

Mój mąż wymyślił, że podczas ślubu 2.0 wymienimy przysięgi (i kto tu ogląda dużo amerykańskich komedii romantycznych?). Zastanawiam się więc co mogłabym zawrzeć w swojej. Co myślicie o czymś takim?
– Mężu! Po pięciu latach stażu i półrocznym okresie próbnym, proponuję ci niniejszym umowę na czas nieokreślony – tu ściszonym głosem sugerującym dopisek drobnym drukiem – z zachowaniem standardowego okresu wypowiedzenia.

Jako potencjalna bohaterka z horroru mam totalnie przerąbane

Lubicie horrory? Ja bardzo.
Czasami się zastanawiam, jak mój mąż – Najbardziej Racjonalny Człowiek Świata – zachowałby się w scenariuszu rodem z horroru. No wiecie: Ona widzi jakieś ślady obecności ducha czy innego demona, a On w to nie wierzy i uważa że Ona zwariowała albo coś wymyśla. No ale on przecież mi ufa bezgranicznie, nie?
No więc myślę sobie o tym czasami, kiedy oglądam horror, a dziś miałam okazję to sprawdzić.
A było tak:
Obudziłam się nad ranem, bo kot po mnie chodził. Przekręciłam się na łóżku i nagle usłyszałam głos Szalonego Naukowca mówiący do mnie i to tuż koło mojego ucha. Od razu zauważyłam, że kot też to usłyszał. Sprawdziłam więc telefon (może dostałam wiadomość głosową, a kocia łapka ja uruchomiła jakoś?), ale nic podejrzanego nie znalazłam. Ostatecznie poszłam znowu spać.
A skoro już coś takiego miało miejsce postanowiłam wykorzystać okazję i przeprowadzić eksperyment… Poinformowałam Szalonego Naukowca o tym, co mi się przytrafiło. Z całym przekonaniem oświadczyłam, że słyszałam jego głos. Nie, nie był to telefon. Nie, komputer też nie. Tak, drzwi są zamknięte. Ale wiem co słyszałam.
Myślicie że uwierzył?
A gdzie tam.
„Wierzę, że tak ci się wydaje, ale nie że naprawdę tak było”, „mówiłaś, że byłaś na wpół obudzona, różne rzeczy nam się wydaje, że słyszymy we śnie”.
No więc jako potencjalna postać z horroru mam totalnie przerąbane i demon mnie zeżre zanim mój mąż w ogóle się zorientuje, że coś się dzieje.

Ach i naprawdę go słyszałam, chociaż zajęło mi chwilę dojście do tego jakim cudem: dawno temu dostałam od niego maskotkę, która – o czym totalnie zapomniałam, ba, nawet zdążyłam ją kilka razy uprać – w środku ma mechanizm z jego nagraniem.

Znęcanie się nad zwierzętami aka kąpiel

Ten niewinnie wyglądający różowy płyn, to narzędzie tortur czyli koci szampon.

Raz do roku zamieniamy się z Szalonym Naukowcem w oprawców, przygotowujemy narzędzia tortur (wspomniany niewinnie wyglądający różowy płyn z bąbelkami oraz wannę), a następnie dokonujemy rytualnych ablucji na przybrudzonej, zakurzonej kupce kłaków zwanej kotem.
Proces zajmuje jakieś 45 minut, wymaga dwóch szamponów i trzech rund szorowania i spłukiwania oraz jest wyczerpujący jak trening na siłowni. Kot dostaje siły konia, dodatkowych kilku par łap, nabiera poślizgu piskorza oraz głosu syreny alarmowej, a wszystkie te nowe supermoce wykorzystuje, żeby wydostać się z opresji.
Zawsze się zastanawiam kiedy sąsiedzi zadzwonią po policję, przekonani, że dręczymy jakieś dziecko.
W wyniku takiej kąpieli, Szalony Naukowiec, którego rolą jest wejście do wanny razem z kotem i utrzymanie go tam, kończy cały mokry i z paroma zadrapaniami. Ja kończę czerwona, zgrzana oraz – także – cała mokra. A kot z połączenia piskorza, konia i stonogi kończy w formie zmokłej kury z fochem.

Obowiązki domowe a sprawa kozia

Kiedy z Szalonym Naukowcem zdecydowaliśmy się zaangażować we wspólne mieszkanie, zrobiliśmy to, co moim zdaniem każda para zrobić powinna (chociaż z lektur grup dyskusyjnych w internecie wnoszę, że większość wcale tego nie robi): usiedliśmy z kartką i długopisem, spisaliśmy wszystkie obowiązki domowe i dokonaliśmy podziału. Kierowaliśmy się swoimi preferencjami (ja nie znoszę odkurzać, ale mogę sprzątać łazienkę), częstotliwością danych aktywności (okien nie myje się tak często jak toalety) i ogólnym poczuciem sprawiedliwości. System, który wypracowaliśmy sprawdzał się przez te wszystkie lata całkiem dobrze.

Tyle słowem wstępu, a teraz historia właściwa.
Dziś mąż mój obwieścił mi, że chciałby zaplanować nowy podział obowiązków domowych na moment, kiedy wreszcie nasz okres Trochę-Tu-Trochę-Tam się skończy. Co więcej, mój mąż chciałby wziąć tych obowiązków więcej.
Sam z siebie.
Chce wziąć więcej obowiązków domowych.
Jestem poważnie zaniepokojona i podejrzewam podstęp.
Już słyszę uszami wyobraźni to wielkie ALE, które nastąpi na koniec.
„Kochanie, wezmę na siebie dodatkowo to i to, ALE rzucam pracę i zostaję house husband”
„Kochanie, wezmę na siebie dodatkowo to i to, ALE ty zajmij się kozami które mam zamiar hodować w salonie”.
Niestety czeka go srogie rozczarowanie. Nigdy się nie zgodzę na hodowlę kóz w salonie, każdy wie, że łazienka jest lepszym miejscem.

Dzielenie się

Mówią, że w związku trzeba się dzielić. W sumie nie mam nic przeciwko. Mogę się z Szalonym Naukowcem dzielić sekretami, pomysłami na spędzanie wolnego czasu, swoimi przemyśleniami, a nawet miejscem w łóżku (chociaż on twierdzi, że wcale tak nie jest). Bardzo chętnie dzielę się z nim takimi rzeczami jak obowiązki domowe albo sprzątanie kuwety. Mniej chętnie swoim ulubionym jedzeniem (no ale się dzielę! czasami).
Mój mąż także się ze mną dzieli: na przykład emocjami gdy jego ulubiona Barca wygrywa albo przegrywa (tym akurat dzieli się chyba również ze wszystkimi sąsiadami), swoim ulubionym winem i śmierdzącym serem (ble). Chętnie dzieli się ze mną swoim pechem i przygodami wizowo-pobytowymi.
Jeśli jeszcze ktoś miałby wątpliwości, które z nas lepiej wychodzi na tym związku:
Kilka dni temu podzielił się ze mną… wirusem. I to jeszcze był tak hojny, że oddał mi go chyba w większości: on kichnął parę razy i jest świeży i rześki jak ogórek, podczas gdy ja… powiedzmy, że dmuchając nos odkryłam istnienie mięśni twarzoczaszki, o których istnieniu nie miałam pojęcia całe swoje życie.
Ale wiecie co? Jest takie powiedzenie, że kobieta oddaje dziesięciokrotność wszystkiego co jej się ofiarowało. Także ten.

Image may contain: 1 person

Z kociego pamiętnika

Kochany pamiętniczku, wczoraj był okropny dzień. Terytorium znowu najechał Wróg. Duża wydaje się w ogóle nie zdawać sobie sprawy z zagrożeń, jakie się z tym wiążą i nonszalancko pozwala Wrogowi się panoszyć, wtykać swoją długą szyję w najintymniejsze zakamarki jak szpara pod szafką na telewizor, gdzie lubię przechowywać czasem zabawki, a nawet ingerować w wystrój! Na szczęście ja jestem na posterunku. Przez ostatnie miesiące prowadziłam regularne obserwacje Wroga z ukrycia. Półka w szafie doskonale sprawdza się w tej roli, podobnie jak skrytka pod stołem. Po długim okresie osłabiania jego czujności, teraz mogę spokojnie rzucać na niego okiem z kanapy albo łóżka bez wzbudzania podejrzeń. Oczywiście nie pozwalam mu zbliżać się zanadto i gdy tylko jego szumiąca obecność staje się zbyt natarczywa oddalam się z godnością na z góry upatrzoną pozycję obserwacyjną. 
Ale wczoraj…! Ledwo opadł kurz po bitwie, ledwo zaczęłam dokonywać przeglądu strat, w biegu raportując Dużej, ledwo zaczęłam omawiać z nią plan działań naprawczych, ona bezceremonialnie wpakowała mnie do klatki! Do klatki!!!
Nie znoszę, gdy to robi i zawsze sprzeciwiam się głośno i wyraźnie komentuję w niewybrednych słowach takie zachowanie. Ale wczoraj nie tylko moja godność była na szali! Przecież szkody, które wyrządził Wróg trzeba naprawiać natychmiast! Wszystkie dekoracje z sierści i żwirku, którymi codziennie pieczołowicie ozdabiam Terytorium, zostały – jak zwykle – pożarte przez nienasyconą paszczę Wroga. Dywan nie pachnie tak jak powinien. To jest sytuacja alarmowa, nie możemy sobie pozwolić na jakieś ceregiele z klatką i podróżą w TAKIEJ SYTUACJI. Dałam oczywiście wyraz temu stanowisku w sposób dobitny. Ba, próbowałam nawet wydrapać dziurę w klatce. Zazwyczaj nie zniżam się do takich zachowań, pozostawiając je tak prostym i pozbawionym dumy stworzeniom jak psy – ale ekstremalne sytuacje wymagają ekstremalnych środków – niestety nic z tego. Zostałam uwięziona – czasem zastanawiam się, czy Duża nie jest czasem w zmowie z Wrogiem. Nie dość że wsadziła mnie do klatki, to jeszcze wyniosła z Terytorium, zmusiła do poniżającej konfrontacji z kimś, kogo nazywa „kierowca ubera”, który to uznał za stosowne skomentowanie mojego rozmiaru. ROZMIARU. Kobiecie nie wypomina się takich rzeczy. Ja nie jestem duża, ja jestem puszysta. I mam grube kości.
A na końcu tego wszystkiego czekało mnie Terytorium Większych, gdzie panują absurdalne zasady dotyczące wchodzenia do szafy (nie wolno), na stół (nie wolno) i na łóżko (na jedno wolno, a na drugie już nie – co za bezsens). Zgadzam się na te wszystkie elementy opresji i pozwalam im myśleć, że o czymś decydują, bo tak naprawdę Więksi bez problemu dają sobą rządzić w kwestiach tak kluczowych jak pory posiłków (przedśniadanie, śniadanie, przekąska, suta obiado-kolacja i jeszcze kilka przekąsek po drodze) i sprzątanie kuwety po każdym moim w niej grzebnięciu.
Ostatecznie więc dzień skończył się nie najgorzej, ale to co musiałam przejść woła o pomstę do bogów egipskich. A Duża ma przechlapane. Jak znowu ją zobaczę, dam jej wyraźnie do zrozumienia, co o niej myślę. Nawet na nią nie spojrzę, o odzywaniu się nie ma nawet mowy. Niech sobie siedzi z Wrogiem, z tym wstrętnym „odwkurzwaczem” czy jak go tam nazywa.

Kocie kolonie

Nie mam dzieci, więc nigdy nie wysyłałam ich na kolonie, do przedszkola ani nawet na plac zabaw, ale jestem przekonana, że wiem jakie to uczucie.
Skąd wiem? Właśnie podrzuciłam kota na kilka dni do rodziców i spędziłam wieczór ciesząc się tym, że mogę zjeść serek na kanapie nie opędzając się łokciami od ośmiu kilo futrzastego łakomczucha. Tym, że pilot do telewizora, myszka do komputera ani żaden inny przedmiot nie został kilkakrotnie zrzucony z hukiem na podłogę przez pewną wszędobylską łapkę. A także tym, że nie muszę zrywać się z łóżka, bo właśnie przypomniałam sobie, że zostawiłam na wierzchu słuchawki i jeśli natychmiast ich nie schowam, już nigdy ich nie zobaczę. Oraz tym, że idąc nad ranem po omacku do łazienki, nie potknę się o kogoś entuzjastycznie galopującego w stronę kuchni w nadziei, że pora na śniadanko (wewnętrznym zwierzęciem mojego kota bez wątpienia jest hobbit).

No photo description available.

My vs Pech

Szalony Naukowiec jest człowiekiem ściągającym pecha jak magnes. Jedyny w całym samolocie zagubiony bagaż (i to w kraju tak uporządkowanym jak Szwajcaria)? Ponad godzinny korek na zawsze pustej drodze na lotnisko, przez który prawie spóźniliśmy się na samolot? Samochód zepsuty na środku autostrady w Maroku? Gra w piłkę nożną zakończona laserowym łataniem siatkówki? Wypadek na sankach, który o włos skończyłby się zjazdem w dół gęsto porośniętego drzewami alpejskiego zbocza? Telefon zgubiony podczas przeprowadzki, wieczorem tuż przed wyjazdem za granicę na miesiąc? Dziwna reakcja alergiczna na oku, która kosztowała nas 90 euro i 3 stracone godziny w Paryżu? Och, chwila – to akurat byłam ja. Ale alergia mogła być na niego. Lista jest długa
Kolejny atak pecha był tylko kwestią czasu.
Niedawno moja mama miała okrągłe urodziny. W ramach prezentu postanowiliśmy razem z moim ojcem zabrać ją na wycieczkę w miejsce, które sobie wymarzyła. Jest to o tyle problematyczne, że jednym z licznych mankamentów związku na odległość jest to, że każdy dzień urlopu jest na wagę złota i trzeba dokonywać niezłych akrobacji logistycznych żeby zoptymalizować ilość czasu spędzonego razem.
Do tego wyjazd z rodzicami jest dla nas transakcją wiązaną wymagająca synchronizacji wielu kalendarzy i wielu połączeń, bo Szalony Naukowiec musi najpierw przyjechać tu ze swojego Wygnania, abyśmy mogli wspólnie ruszyć w dalszą drogę. I jeszcze dodajmy, że mowa o okolicach długiego weekendu, więc wszystko musi być też skoordynowane z planami współpracowników. Swoją drogą ludzie z pracy patrzyli na mnie jak na wariatkę, kiedy pod koniec grudnia miałam już rozpisany cały urlop na następny rok i pytałam o ich plany na drugi kwartał. 
No i w tej właśnie sytuacji, kiedy dni wolne rozplanowane są co do jednego, kiedy bilety już kupione, grafik nieobecności w pracy w wybranym okresie ustalony, i rezerwacje hotelowe potwierdzone… linie lotnicze wchodzą całe na biało. Jest im niezmiernie przykro, ale zmienili harmonogram i własnie nasz lot niestety nie będzie miał miejsca. Możemy więc albo wyjechać na dzień krócej (co nie wchodzi w grę w przypadku wycieczki-prezentu), albo na dłużej, albo w ogóle pocałować się w nos.
W tym momencie klepię się mentalnie po ramieniu i myślę sobie, że najlepsze co mogli mi przekazać rodzice w genach, to pesymizm, skłonność do czarnowidztwa i głęboka wiara w prawa Murphy’ego. Dzięki temu, może niektórzy mnie mają za control-freaka, bo bywa że planuję różne rzeczy absurdalnym wyprzedzeniem, ale moje plany zawsze mają marginesy bezpieczeństwa oraz wersje B, C i D.
I dzięki temu cała nasza wieloosoba, wielolotowa konstrukcja zaledwie odrobinę chwieje się w posadach, zamiast całkowicie runąć. 
My vs Pech 1:0.