Herbaciany bluźnierca i kubki

Wczoraj byli u nas znajomi i graliśmy sobie w gry. Granie w planszówki zawsze jest fajne, ale robi się jeszcze fajniejsze po tylu godzinach podbijania świata wirtualnego. Ewentualnie czekania aż ktoś inny podbije świat wirtualny.

Ale do brzegu: granie graniem, a rano trzeba było wstać do pracy. Siedzę więc sobie w swoim Home Office i ratuję świat korporacyjny, podczas gdy Szalony Naukowiec ogarnia mieszkanie. W pewnej chwili przychodzi dzierżąc w dłoni mój kubek z resztką wczorajszej herbaty
– Będziesz jeszcze to pić? – pytanie to nie jest aż tak dziwne, jak mogłoby się wydawać, gdyż jestem totalnym herbacianym bluźniercą: piję herbatę zimną, wczorajszą, drugą z tej samej torebki – lista moich grzechów jest długa. Mój mąż zwykł kwitować te ekscentryczne zwyczaje przewróceniem oczami i mentalnym (albo i nie) stukaniem się w czoło. Najwyraźniej przywykł.
– Nie będę już jej piła – opowiadam – ale będę potrzebowała kubka, bo inne są w zmywarce.
Pół minuty później Szalony Naukowiec wraca i wręcza mi pusty kubek po herbacie
– Mówiłaś, że go potrzebujesz?
Różnice kulturowe to nic w porównaniu z różnicami w myśleniu.

Skrupulatność, precyzja i gry strategiczne

Wspominałam już o tym, jak to Szalony Naukowiec jest bardzo dokładnym i skrupulatnym człowiekiem? Oprócz krojenia warzyw w idealne kostki i wycinania ciasteczek z laserową precyzją, ta cecha jego charakteru przejawia się w długotrwałym i dogłębnym przemyśliwaniu spraw.

A wiecie co jest ciekawego w graniu z moim mężem w gry strategiczne? To pytanie tylko pozornie nie ma związku z poprzednim akapitem. Otóż fajne – lub nie, jak kto woli – jest to, że można spokojnie nadrobić zaległości w lekturze czasopism, przeglądaniu fejsbuka, a nawet przeczytać książkę, a wszystko to w oczekiwaniu aż on przemyśli swój kolejny ruch.
Tak więc pozdrawiam jednym okiem prowadząc kampanię w Civilization VI, a drugim oddając się lekturze.

Mąż z Importu, a tradycja polska

Jestem dumna z tego jak Szalony Naukowiec chłonie tradycje świąteczne.
Kojarzycie ten moment, kiedy jest wieczór drugiego dnia Świąt i wróciło się wreszcie do domu, lodówka pęka w szwach, bo nawet jeśli rodzina mieszka w odległości 10 min samochodem po Świętach wszyscy jesteśmy słoikami; ten moment, kiedy siedzi się na kanapie (ewentualnie zasuwa na rowerku stacjonarnym w wersji dla szalonych) i planuje ścisły post już do końca świata, a przynajmniej do jutra?
No to właśnie ten moment mąż mój wybrał sobie na rozpakowanie wszystkich paczek, paczuszek i zawiniątek, które zapakowała kochająca teściowa, a następnie ukrojenie sobie soczystych plastrów absolutnie każdej szynki, polędwicy, kiełbasy i baleronu jakie tylko były.
Jak wspominałam: chłonie polskie tradycje pełnymi garściami (i żołądkiem). Szczególnie tę wymagającą osiągnięcia stanu śpiączki z obżarstwa przed północą 26 grudnia.

Z cyklu: różnice charakteru

Z racji tego, że od niedawna mamy na palcach pierścienie mocy, Szalony Naukowiec po raz pierwszy został dopuszczony do przygotowań swiatecznych w moim domu rodzinnym. Kroimy więc warzywa na odwieczną sałatkę zwaną czasem w Polsce sałatką włoską, a na zachodzie: rosyjską.

– Starczy tej pietruszki – mówię mu rzucając okiem na owoce (tfu: warzywa) naszej pracy spoczywające w formie zgrabnej kostki w garnku – teraz krój już tylko marchewkę
– Myślałem, że pokroimy wszystko – dziwi się Szalony N
– Nieee
– Ale muszą chyba być jakieś ustalone, konkretne proporcje? – pyta z nadzieją mój Człowiek o Umyśle Ścisłym
– No jasne – odpowiadam z przekonaniem w głosie i bez drgnienia powieki myśląc jednocześnie ‚za biała się zrobiła trzeba dodać pomarańczowego’
Prawa półkula vs lewa półkula 1:0

Kompromisy: koza czyli renifer

Wszyscy mówią, że małżeństwo to sztuka kompromisu. Nie lubię kompromisów. Kompromis jest wtedy, kiedy ona chce jechać nad morze, a on w góry i w rezultacie jadą na wakacje do łódzkiego. Dużo ważniejsza w związku jest współpraca. Na przykład taka, że gdy idziemy do Liroy Merlin po akcesoria potrzebne do wymiany drzwi łazienkowych, to Szalony Naukowiec idzie szukać śrubek, brzeszczotów i innych takich, a ja idę oglądać ozdoby choinkowe. I wychodzimy z torbą bombek oraz paczką śrubek. 

Albo kiedy ja wzbijam się na wyżyny, ba wręcz osiągam ośnieżone szczyty swoich możliwości artystycznych i ozdabiam dziesiątki ciasteczek, Szalony Naukowiec tworzy kozę… tzn tfu: renifera. I ten renifer trafia potem na honorowe miejsce na szczycie choinki.

Optymizacja Zagospodarowania Przestrzennego Rozwałkowanego Kawałka Ciasta.

Mąż mój, jak na Naukowca przystało – niezależnie od stopnia szaleństwa – jest człowiekiem bardzo precyzyjnym. Dokładnym. Skrupulatnym. Dbającym o szczegóły. Nigdy nie czyta niczego po łebkach, z obejrzanego filmu pamięta każdy szczegół, a także przejawia zamiłowanie do tworzenia różnego rodzaju tabelek.

Ta strona jego charakteru ujawnia się również w kuchni. Kiedy kroimy warzywa na sałatkę ja siekam je jak wpadną pod nóż, Szalony Naukowiec kroi swoje w idealnie równe sześcianiki o wymiarach 3mmx3mmx3mm. Natomiast podczas robienia ciasteczek… Cóż, ja biorę foremkę i wycinam kilka rządków tego sane kształtu pod rząd. Ewentualnie, jeśli znudzi mi się monotonia, układam kilka foremek koło siebie. Gdy ciasteczka wycina Szalony N sprawa ma się inaczej. Wykorzystane są absolutnie wszystkie foremki jakie są dostępne. Układane są pieczołowicie jedna przy drugiej dotykając się brzegami, a ich konfiguracja jest starannie przemyślana, a także czasem poddana próbom. A to wszystko w celu maksymalnej optymizacji zagospodarowania przestrzennego rozwałkowanego kawałka ciasta.
Ps.
Poszliśmy po choinkę nr 2. Dzisiejszy typ Pana od Choinek to Peru

Pan od Choinek – część pierwsza

Jak przystało na dwie osoby, które w pogardzie mając szpony mrozu tnące… Chwila, to nie ta bajka

Spróbujmy jeszcze raz:
Jak przystało na dwie osoby w pogardzie mające różnego typu obrzędy i religijne tradycje podreptaliśmy wczoraj z Szalonym Naukowcem zakupić choinkę.
Zlustrowaliśmy kilka stoisk i – jak co roku – trafiliśmy do tego samego. Pan od Choinek nas rozpoznał i na nowo podjął grę (mam wrażenie że to będzie taka nasza świecka tradycja) w A Skąd Ty Jesteś?
– Pan to chyba z Portugalii – zagadnął Szalonego Naukowca przebierającego w jodełkach.
– Nie – mówi Szalony N
– Aaaaa to na pewno Espanja – Pan od Choinek próbuje dalej. Po znajomości wyciąga choinkę z tyłu. Chyba nie jest to aż taka udana znajomość jak myślałam, bo proponowana choinka wygląda na ciut podeschniętą.
– Spain – wyjaśniam szeptem na stronie
– Nie! – doprawdy zasób słownictwa w języku polskim mojego męża czasami przypomina zasób słownictwa dwulatka.
– Hmmm no to do trzech razy sztuka, mogę jeszcze zgadywać? – Pan od Choinek podsuwa mi pod nos kolejne drzewko
– Pewnie – mówię obmacując gałązki. Kierunek pan wybrał dobry, tylko dystans nie taki.
– Ale jaki tam dystans!
– No odległość większa – wyjaśniam
– Ale bliżej to już tylko Francja została i Niemcy… To chyba nie! – Panu od Choinek pewnie koloryt nie pasuje. Chyba nie słyszał o tym, że Francja i Niemcy to już kompletnie skolonizowane przez Arabów, hyhy
– Dalej, nie bliżej – zachęcam
Pan od Choinek popadł w zadumę
– Wyspy Kanaryjskie?!

"Hydraulik"- dramat w czterech aktach. Kontynuacja niewykluczona

Prolog
Dogłębna inspekcja wykazała, że okazjonalnie podciekanie wody na podłogę pod umywalką nie pochodzi z dodatkowego kranika używanego tylko do czyszczenia wc (o którym wiemy ze trochę cieknie) ale z okolic zaworu przy wodomierzu.
Akt 1.
Dzwonię do hydraulika wspólnoty. Ten nie może, nie wie, zarobiony jest. Kolejnego dnia (wtorek) udaje się go namówić aby przyszedł na inspekcję (też we wtorek). Inspekcja wykazuje dziurę w kolanku koło wodomierza. Hydraulik zgadza się przyjść ze swoimi ludźmi już w środę. O 11. Po godzinach pracy oczywiście się nie da. Ale hej, przecież na miejscu jest Szalony Naukowiec, co z tego że po polsku to on może umie kupić kiełbasę, ale nie wymieniać się szczegółami technicznymi dotyczącymi zawiłości systemu doprowadzania wody.
Akt 2.
Środa.
Hydraulicy przychodzą, wymieniają kolanko, robią bałagan. Szalony Naukowiec sprząta. Ktoś mógłby pomyśleć,że skoro usterka przy wodomierzu, to naprawa w ramach umowy ze wspólnotą tak jak odpowietrzanie kaloryferów – naiwna by to była osoba!
Akt 3.
Czwartek.
Na podłodze w łazience woda. Może po prysznicach? W końcu mamy gościa, może zachlapał. Wieszam dywanik wannowy do wyschnięcia, wycieram podłogę. Zaczynamy śledztwo.
Wieczorem (późnym) znowu woda. No cieknie spod tego wodomierza. W piątek rano kolejny telefon do hydraulika.
Hydraulik nie ma czasu. Ewentualnie mógłby o 12.
Niestety oboje pracujemy w tym czasie.
Hydraulik proponuje żebyśmy sobie zakręcali wodę w mieszkaniu to nie będzie nam ciekło.
Pytam jak w takiej sytuacji korzystać z łazienki?
Hydraulik mnie ochrzania bo on jest zajęty i ma na dziś omówionych 20 osób do przeglądu.
Mówię mu żeby na mnie nie krzyczał.
Hydraulik proponuje godzinę 21.
Jesteśmy wieczorem umówieni. W zamian proponuję poranek (do 11).
Hydraulik o 11 nie może
Ponawiam propozycję aby pojawił się PRZED 11
Hydraulik spróbuje.
Antrakt, w którym idę do pracy.
Akt 4
Szalony Naukowiec donosi, że hydraulicy przybyli a z łazienki dobiegają wezwania ku czci najstarszego zawodu świata. Czyli chyba działają.
Niedługo potem kolejny raport: wyszli, on nie rozumie co dokładnie powiedzieli, ale wedle jego oceny nic nie zrobili. „Może lepiej zadzwoń do niego”.
Dzwonię.
Hydraulik nie widział żadnej wody, nie widział żeby coś ciekło, coś tam próbował dokręcić a w ogóle to jakiej wielkości była ta kałuża na podłodze? Może to była tylko kropla bo dla niego to bardzo dziwne że wszystkie inne wodomierze są ok a do tego jednego on musi przychodzić dwa razy.
Acha.
Wobec niniejszego dictum obiecuję hydraulikowi, że następnym razem zrobię kałuży zdjęcie zanim go wezwie.
Epilog
Mniej więcej co trzeci dzień na podłodze w łazience pojawia się woda. Podejrzewamy ze hydraulik ustawił jakiś timer, żeby ciekło raz na jakiś czas.

Miłe rzeczy

Czy ja już kiedyś wspominałam, że mam okropnie słabą pamięć? No to wspominam. Dlatego co jakiś czas myślę sobie, że powinnam regularniej zapisywać różne miłe rzeczy, które się wydarzyły: na wypadek gdyby umknęły mi z pamięci.

Na początek moje urodziny.
Świętowanie urodzin w mojej rodzinie i przyległościach czasami trwa kilka dni. Tak było i tym razem. Sam dzień U wypadł w czwartek, ale obchodziliśmy je z Mh aż do niedzieli, a potem jeszcze w kolejny weekend z rodzicami. No ale po kolei. W czwartek przykazano mi wyjść z pracy wcześniej, zostałam zabrana na lody Nicecream (mniam) a następnie zaprowadzona bardzo okrężną drogą do… Horror House’u. To było coś! niby tylko 15-20 minut ale jakie emocjonujące! Darłam się jak opętana, Mh z resztą też (chociaż twierdzi, że nie). Nie powiem dokładnie co się działo, na wypadek gdyby jednak ktoś tego bloga czytał i nie chciał spoilerów 😉 Powiem tylko, że kompletna ciemność, latarka o żarówce wielkości ziarenka piasku (i podobnej sile) i niesamowici aktorzy naprawdę odnoszą niesamowity efekt. Polecam ludziom o raczej mocnych nerwach. W teorii przyjmują grupy od 2 do 6 osób, ale moim zdaniem dwie-trzy to optymalna liczba, większa liczbą nie ma sensu bo nie będzie dość strasznie.

Z horror House wyszliśmy zlani potem (również dlatego, że było tak okropnie gorąco, a był to jeden z gorętszych dni tego lata). Poinformowano mnie, że wracamy do domu, żebym mogła się przebrać w jakieś przyzwoitsze ciuchy przed kolacją. No i poszliśmy, ja wielce ucieszona wizja prysznica. Gdy weszliśmy do domu, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to zamknięte drzwi do łazienki. Ci którzy mają kota i kuwetę w łazience wiedzą co to znaczy 😉 rzuciłam się je otworzyć i dopiero gdy to zrobiłam kątem oka zauważyłam ruch w salonie… pamiętacie że własnie wyszłam z Horror House’u? zawał serca murowany. A to byli goście z okrzykiem „happy birthday” na ustach. Niespodzianka była totalna: kompletnie, w najmniejszym stopniu się nie spodziewałam! Mh przygotował przekąski (chrupki, orzeszki, rollsy z Pizzy Hut) i jedzenie (hinduskie) oraz zaplecze do robienia drinków którego nie powstydziłby się bar… Był też tort. A raczej dwa :O

Mimo, że na przyjęciu zabrakło kilku osób, które chciałabym na nim widzieć, to były chyba najlepsze urodziny jakie miałam. Okazało się, że jednak to nie prezenty to sprawiają (niespodzianka).
Następnego dnia – nadal w ramach niespodziankowych knować Mh – wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy na wycieczkę. Mh co prawda proponował Kampinos, ale tam można dojechac autobusem więc zasugerowałam Kazimierz i tam się wybraliśmy. Był to kolejny upiornie gorący dzień ale niesamowicie przyjemny. Kazimierz jest znacznie przyjemniejszym miasteczkiem niż to zapamiętałam, a wąwóz korzenny jest niesamowity! W drodze powrotnej zajechaliśmy do Wilgi, gdzie spędzałam wakacje w dzieciństwie, próbując odnaleźć jakieś znajome mi miejsce. Bez skutku 😉 z pomocą internetu odnalazłam tylko miejsce, które – jak sądziłam od lat – było znajome, ale okazało się, że jednak nie. Najwyraźniej na początku lat 90 były tam dwie budki z frytkami.
Wróciliśmy i natychmiast poszliśmy spać, aby w sobotę wstać o 5 rano i złapać pociąg do Gdańska. Jednodniowe wycieczki do Gdańska zaczynają powoli stawać się tradycją i zaczynają też mieć swój stały przebieg: pociąg o 6.20, spacer przez starówkę do zielonej bramy celem zakupienia biletu na rejs do Sopotu, śniadanie w knajpce Kos na Piwnej, kolejny spacer, rejs – podczas którego niezależnie od tego jak jest gorąco, zawsze można zmarznąć na dziobie – spacer po plaży (opcjonalnie z kąpielą tego z nas które lubi się kąpać w morzu), spacer po Sopocie lub wzdłuż plaży, kolejka do Gdańska, obiad albo w Gdańsku albo jeszcze w Sopocie, kolejne spacery, zakupy bursztynowe, zwiedzanie bazaru dominikańskiego (bo jakoś ostatnio trafiamy w czasie jego trwania) i powrót pociągiem ok 19. Uwielbiam te wycieczki! A tym razem znalazłam na bazarze dominikańskim stoisko ze szklana biżuterią, którego szukałam od kiedy natknęłam się na nie przy okazji wystawy storczyków jakieś 5-6 late temu. 

Dwie wspaniałe wycieczki, było naprawdę super! A tydzień później poszliśmy z moimi rodzicami na urodzinową kolację, zaproponowaliśmy Trattoria Ruccola, którą bardzo lubimy i ku naszej radości i moi rodzice ją polubili 🙂 
A teraz niestety zostałam słomianą wdową, Mh wyjechał na prawie 3 tygodnie, które spędzę nadrabiając zaległości serialowe (a lista jest dłuuuga) i na planowaniu szczegółów naszej wycieczki do Portugalii, która już za niecały miesiąc!

Escape room

Mając w pamięci lekką klapę związaną z naszą pierwszą rocznicą, do drugiej lepiej się przygotowaliśmy. Postanowiliśmy, że warto z tej okazji zrobić razem coś fajnego i nowego. Wybór padł na escape room – to w końcu fajny sposób na uczczenie dwóch lat jako drużyna.
Wybraliśmy pokój rycerski (medieval) o stąd:
http://roomescape.pl/
Bardzo miła pani koordynująca pokoje w tej lokalizacji, trochę była zdziwiona, że jesteśmy tylko we 2 i wspomniała, że może być ciężko. Tym bardziej się cieszę bo wszystko rozwiązaliśmy, cale 4 sekundy przed końcem 🙂 I nie obyło się bez kilku wskazówek.
Nie będę dokładnie opisywać, na czym nasz escape room polegał, ci którzy znają gry z tej kategorii, wiedzą o co chodzi. Dla pozostałych w skrócie: trzeba wydostać się z pokoju wykorzystując różne poukrywane wskazówki. Czasami trzeba np. zebrać jakąś ilość przedmiotów danej kategorii aby potem coś z nimi zrobić i ostatecznie uzyskać kod/hasło/kluczyk do kłódki itp.
Naprawdę fajna zabawa no i trzeba dobrze grać drużynowo. A ten konkretny pokój (oferta tego typu rozrywek w W warszawie jest spora) był naprawdę świetnie i pomysłowo przygotowany.
Już planujemy kolejne wyprawy, ze względu na spory koszt: pewnie tym razem ze znajomymi.
I na koniec jeszcze jedna po-rocznicowa refleksja: wybierajcie fajne miejsca na pierwszą randkę. Zwłaszcza jeśli macie skłonności do sentymentalizmu (jak my), bo inaczej możecie utknąć na wszystkie rocznice i temu podobne okazje z miejscówką, któej AŻ TAK nie lubicie (też tak jak my).