1. Idź wziąć prysznic.
2. Skończ, i zakręć wodę.
3. Stojąc mokra w wannie przypomnij sobie, że chciałaś zmienić ręcznik.
4. Poproś męża, żeby przyniósł ci nowy, ale szybko bo jest ci zimno.
5. Zobacz, że przyniósł nowy w sensie ‚świeży’ a nie ‚nowy, który mamy od niedawna, jeszcze nieużywany’ – który chciałaś.
6. Nawrzeszcz na niego, że cie nie rozumie i jest głupi.
Na wesoło
Zmartwychwstanie
Żałoba
Od dwóch dni obchodzimy żałobę. Straciliśmy lojalnego, wiernego przyjaciela, dzielnego wojownika wspierającego nas w codziennych bojach rzeczywistością. Niewysychające źródło rozrywek, partnera w pracy, towarzysza wielu wypraw, najlepszego kompana. Słowa nie są w stanie wyrazić jak bardzo jego brak będzie (już jest!) odczuwany na każdym kroku, w każdej sekundzie naszej egzystencji. Koło życia musi się jednak toczyć, jak wiedzą wszyscy którzy oglądali Króla Lwa, więc mimo, że strata jest niepowetowana a Szalony Naukowiec nieutulony w swym żalu, trwają intensywne poszukiwania Następcy. Nie jest to proste zadanie, gdyż Następca musi swoimi zaletami ciała i ducha dorównywać poległemu poprzednikowi, a nawet go przewyższać swymi przymiotami, jednocześnie pozostając skromnym i nie ceniąc się nadmiernie wysoko. Walczymy z czasem, którego jest tak niewiele, zegar tyka nieubłaganie przesuwając wskazówki w stronę katastrofy… Nie wiem czy damy radę ale będziemy walczyć do ostatniej chwili.
Pierwszy Małżeński Sylwester czyli Krwawa Jatka
Podsumowanie dnia wczorajszego (i pierwszych godzin dzisiejszego):
Jeden kieliszek do szampana zbity, bo Hips Don’t Lie (Siekiera Siekiera)
Jedna lesson learned: zbyt łapczywe pożeranie tarty cytrynowej może się skończyć jej awaryjnym lądowaniem na podłodze
Jedna Krwawa Jatka aka Eksplozja Bomby Truskawkowej* w kuchni
Jeden bonus: Śniadanie, lunch i kolacja sponsorowane przez Kochanych Znajomych.
I wiecie co? To jest fajne. Nie dość, że świetnie wczoraj spędziłam czas, to wstałam bez bólu głowy, a przywitała mnie czyściutka kuchnia, a nie syf.
Jak na Szalonego Naukowca i fana Harry’ego Pottera przystało mój mąż lubi przygotowywać wywary i eliksiry (najchętniej takie zawierające %% – do tych zawierających wartości odżywcze i nadających się do jedzenia ma nieco mniejsze zamiłowanie). Niewiele ma ku temu okazji, dlatego swoje aspiracje w zakresie osiągnięcia mistrzostwa eliksirów realizuje gdy mamy gości. Wszystko zaczęło się jakieś 1,5 roku temu kiedy zorganizował dla mnie urodzinowe przyjęcie-niespodziankę (jakby ktoś chciał to przeczyta o tym TU). Spędził wtedy w kuchni na pół wieczoru w roli barmana: miksował owoce, kruszył lód, dolewał różnych alkoholi, mieszał, potrząsał… Z braku szejkera korzystał z termicznego kubka do kawy. Ostatnio dostał od teściów (swoich, nie moich) zestaw barmana, który miał swoją inaugurację wczoraj wieczorem. A teraz wyobraźmy sobie Szalonego Naukowca z ogniem w oku i procentami we krwi, energicznie potrząsającego nad głową nowiutkim szejkerem pełnym zmiksowanych truskawek i alkoholu.
Witamy w życiu małżeńskim?
Skrupulatność, precyzja i gry strategiczne
A wiecie co jest ciekawego w graniu z moim mężem w gry strategiczne? To pytanie tylko pozornie nie ma związku z poprzednim akapitem. Otóż fajne – lub nie, jak kto woli – jest to, że można spokojnie nadrobić zaległości w lekturze czasopism, przeglądaniu fejsbuka, a nawet przeczytać książkę, a wszystko to w oczekiwaniu aż on przemyśli swój kolejny ruch.
Tak więc pozdrawiam jednym okiem prowadząc kampanię w Civilization VI, a drugim oddając się lekturze.
Mąż z Importu, a tradycja polska
Jestem dumna z tego jak Szalony Naukowiec chłonie tradycje świąteczne.
Kojarzycie ten moment, kiedy jest wieczór drugiego dnia Świąt i wróciło się wreszcie do domu, lodówka pęka w szwach, bo nawet jeśli rodzina mieszka w odległości 10 min samochodem po Świętach wszyscy jesteśmy słoikami; ten moment, kiedy siedzi się na kanapie (ewentualnie zasuwa na rowerku stacjonarnym w wersji dla szalonych) i planuje ścisły post już do końca świata, a przynajmniej do jutra?
No to właśnie ten moment mąż mój wybrał sobie na rozpakowanie wszystkich paczek, paczuszek i zawiniątek, które zapakowała kochająca teściowa, a następnie ukrojenie sobie soczystych plastrów absolutnie każdej szynki, polędwicy, kiełbasy i baleronu jakie tylko były.
Jak wspominałam: chłonie polskie tradycje pełnymi garściami (i żołądkiem). Szczególnie tę wymagającą osiągnięcia stanu śpiączki z obżarstwa przed północą 26 grudnia.
Z cyklu: różnice charakteru
– Starczy tej pietruszki – mówię mu rzucając okiem na owoce (tfu: warzywa) naszej pracy spoczywające w formie zgrabnej kostki w garnku – teraz krój już tylko marchewkę
– Myślałem, że pokroimy wszystko – dziwi się Szalony N
– Nieee
– Ale muszą chyba być jakieś ustalone, konkretne proporcje? – pyta z nadzieją mój Człowiek o Umyśle Ścisłym
– No jasne – odpowiadam z przekonaniem w głosie i bez drgnienia powieki myśląc jednocześnie ‚za biała się zrobiła trzeba dodać pomarańczowego’
Prawa półkula vs lewa półkula 1:0
Kompromisy: koza czyli renifer
Albo kiedy ja wzbijam się na wyżyny, ba wręcz osiągam ośnieżone szczyty swoich możliwości artystycznych i ozdabiam dziesiątki ciasteczek, Szalony Naukowiec tworzy kozę… tzn tfu: renifera. I ten renifer trafia potem na honorowe miejsce na szczycie choinki.
Optymizacja Zagospodarowania Przestrzennego Rozwałkowanego Kawałka Ciasta.
Ta strona jego charakteru ujawnia się również w kuchni. Kiedy kroimy warzywa na sałatkę ja siekam je jak wpadną pod nóż, Szalony Naukowiec kroi swoje w idealnie równe sześcianiki o wymiarach 3mmx3mmx3mm. Natomiast podczas robienia ciasteczek… Cóż, ja biorę foremkę i wycinam kilka rządków tego sane kształtu pod rząd. Ewentualnie, jeśli znudzi mi się monotonia, układam kilka foremek koło siebie. Gdy ciasteczka wycina Szalony N sprawa ma się inaczej. Wykorzystane są absolutnie wszystkie foremki jakie są dostępne. Układane są pieczołowicie jedna przy drugiej dotykając się brzegami, a ich konfiguracja jest starannie przemyślana, a także czasem poddana próbom. A to wszystko w celu maksymalnej optymizacji zagospodarowania przestrzennego rozwałkowanego kawałka ciasta.
Ps.
Poszliśmy po choinkę nr 2. Dzisiejszy typ Pana od Choinek to Peru
Pan od Choinek – część pierwsza
Spróbujmy jeszcze raz:
Jak przystało na dwie osoby w pogardzie mające różnego typu obrzędy i religijne tradycje podreptaliśmy wczoraj z Szalonym Naukowcem zakupić choinkę.
Zlustrowaliśmy kilka stoisk i – jak co roku – trafiliśmy do tego samego. Pan od Choinek nas rozpoznał i na nowo podjął grę (mam wrażenie że to będzie taka nasza świecka tradycja) w A Skąd Ty Jesteś?
– Pan to chyba z Portugalii – zagadnął Szalonego Naukowca przebierającego w jodełkach.
– Nie – mówi Szalony N
– Aaaaa to na pewno Espanja – Pan od Choinek próbuje dalej. Po znajomości wyciąga choinkę z tyłu. Chyba nie jest to aż taka udana znajomość jak myślałam, bo proponowana choinka wygląda na ciut podeschniętą.
– Spain – wyjaśniam szeptem na stronie
– Nie! – doprawdy zasób słownictwa w języku polskim mojego męża czasami przypomina zasób słownictwa dwulatka.
– Hmmm no to do trzech razy sztuka, mogę jeszcze zgadywać? – Pan od Choinek podsuwa mi pod nos kolejne drzewko
– Pewnie – mówię obmacując gałązki. Kierunek pan wybrał dobry, tylko dystans nie taki.
– Ale jaki tam dystans!
– No odległość większa – wyjaśniam
– Ale bliżej to już tylko Francja została i Niemcy… To chyba nie! – Panu od Choinek pewnie koloryt nie pasuje. Chyba nie słyszał o tym, że Francja i Niemcy to już kompletnie skolonizowane przez Arabów, hyhy
– Dalej, nie bliżej – zachęcam
Pan od Choinek popadł w zadumę
– Wyspy Kanaryjskie?!

