Jak w 3 minuty zrobić awanturę z niczego? Prosty przepis.

1. Idź wziąć prysznic.
2. Skończ, i zakręć wodę.
3. Stojąc mokra w wannie przypomnij sobie, że chciałaś zmienić ręcznik.
4. Poproś męża, żeby przyniósł ci nowy, ale szybko bo jest ci zimno.
5. Zobacz, że przyniósł nowy w sensie ‚świeży’ a nie ‚nowy, który mamy od niedawna, jeszcze nieużywany’ – który chciałaś.
6. Nawrzeszcz na niego, że cie nie rozumie i jest głupi.

W razie potrzeby kontynuuj punkt 6 odwołując się do dowolnie wybranych wydarzeń z przeszłości. Jak dobrze pomyślisz na pewno przypomnisz sobie kilka sytuacji dowodzących jego głupoty i braku zrozumienia.
Chyba pozostaje mi tylko cieszyć się, że Szalony Naukowiec jest niezwykle cierpliwym człowiekiem i zaaplikować sobie kroplówkę z czekolady na osłodzenie charakteru.

Zmartwychwstanie

Pamiętacie komputerową żałobę z poprzedniego posta? Okazało się, że mamy do czynienia z istnym Jezusem wśród laptopów, bo wczoraj miało miejsce zmartwychwstanie. Niestety niedługo po nim nastąpiła kolejna śmierć kliniczna, a mąż mój – ten sam, który co drugi dzień narzeka, że za późno chodzimy spać i robi mi wykłady o korzyściach wynikających z wczesnego zasypiania – do 4 rano przeprowadzał operację na otwartym sercu (bądź też płycie głównej) przy pomocy zestawu śrubokrętów. 
Wynik rzeczonej operacji pozostaje mi nieznany, gdyż jak na arabską żonę przystało, posłuchałam mężowskiego nakazu co do pory capstrzyku.

Żałoba

Od dwóch dni obchodzimy żałobę. Straciliśmy lojalnego, wiernego przyjaciela, dzielnego wojownika wspierającego nas w codziennych bojach rzeczywistością. Niewysychające źródło rozrywek, partnera w pracy, towarzysza wielu wypraw, najlepszego kompana. Słowa nie są w stanie wyrazić jak bardzo jego brak będzie (już jest!) odczuwany na każdym kroku, w każdej sekundzie naszej egzystencji. Koło życia musi się jednak toczyć, jak wiedzą wszyscy którzy oglądali Króla Lwa, więc mimo, że strata jest niepowetowana a Szalony Naukowiec nieutulony w swym żalu, trwają intensywne poszukiwania Następcy. Nie jest to proste zadanie, gdyż Następca musi swoimi zaletami ciała i ducha dorównywać poległemu poprzednikowi, a nawet go przewyższać swymi przymiotami, jednocześnie pozostając skromnym i nie ceniąc się nadmiernie wysoko. Walczymy z czasem, którego jest tak niewiele, zegar tyka nieubłaganie przesuwając wskazówki w stronę katastrofy… Nie wiem czy damy radę ale będziemy walczyć do ostatniej chwili.

Innymi słowy: mojemu mężowi padł komputer.

Pierwszy Małżeński Sylwester czyli Krwawa Jatka

Podsumowanie dnia wczorajszego (i pierwszych godzin dzisiejszego):
Jeden kieliszek do szampana zbity, bo Hips Don’t Lie (Siekiera Siekiera)
Jedna lesson learned: zbyt łapczywe pożeranie tarty cytrynowej może się skończyć jej awaryjnym lądowaniem na podłodze
Jedna Krwawa Jatka aka Eksplozja Bomby Truskawkowej* w kuchni
Jeden bonus: Śniadanie, lunch i kolacja sponsorowane przez Kochanych Znajomych.

A w ogóle to starość (albo optymistycznej: dorosłość?) jest wtedy, kiedy impreza sylwestrowa kończy się wcześniej niż ostania sesja grania, a potem sprzątacie kuchnię zamiast paść pijani do łóżka.
I wiecie co? To jest fajne. Nie dość, że świetnie wczoraj spędziłam czas, to wstałam bez bólu głowy, a przywitała mnie czyściutka kuchnia, a nie syf. 
*Krwawa Jatka aka Eksplozja Bomby Truskawkowej
Jak na Szalonego Naukowca i fana Harry’ego Pottera przystało mój mąż lubi przygotowywać wywary i eliksiry (najchętniej takie zawierające %% – do tych zawierających wartości odżywcze i nadających się do jedzenia ma nieco mniejsze zamiłowanie). Niewiele ma ku temu okazji, dlatego swoje aspiracje w zakresie osiągnięcia mistrzostwa eliksirów realizuje gdy mamy gości. Wszystko zaczęło się jakieś 1,5 roku temu kiedy zorganizował dla mnie urodzinowe przyjęcie-niespodziankę (jakby ktoś chciał to przeczyta o tym TU). Spędził wtedy w kuchni na pół wieczoru w roli barmana: miksował owoce, kruszył lód, dolewał różnych alkoholi, mieszał, potrząsał… Z braku szejkera korzystał z termicznego kubka do kawy. Ostatnio dostał od teściów (swoich, nie moich) zestaw barmana, który miał swoją inaugurację wczoraj wieczorem. A teraz wyobraźmy sobie Szalonego Naukowca z ogniem w oku i procentami we krwi, energicznie potrząsającego nad głową nowiutkim szejkerem pełnym zmiksowanych truskawek i alkoholu. 
Macie to? 
To teraz wyobraźcie sobie, że nakrętka tego szejkera spada i cały ten miks truskawkowy rozbryzguje się elegancko po kuchni. Widok był doprawdy malowniczy. 
Mówią, że ‚Nowy Rok jaki, cały rok taki’. Czyli ten rok najwyraźniej upłynie nam pod znakiem ogarniania skutków bałaganu, jakiego narobiło jedno z nas…
Witamy w życiu małżeńskim?

Skrupulatność, precyzja i gry strategiczne

Wspominałam już o tym, jak to Szalony Naukowiec jest bardzo dokładnym i skrupulatnym człowiekiem? Oprócz krojenia warzyw w idealne kostki i wycinania ciasteczek z laserową precyzją, ta cecha jego charakteru przejawia się w długotrwałym i dogłębnym przemyśliwaniu spraw.

A wiecie co jest ciekawego w graniu z moim mężem w gry strategiczne? To pytanie tylko pozornie nie ma związku z poprzednim akapitem. Otóż fajne – lub nie, jak kto woli – jest to, że można spokojnie nadrobić zaległości w lekturze czasopism, przeglądaniu fejsbuka, a nawet przeczytać książkę, a wszystko to w oczekiwaniu aż on przemyśli swój kolejny ruch.
Tak więc pozdrawiam jednym okiem prowadząc kampanię w Civilization VI, a drugim oddając się lekturze.

Mąż z Importu, a tradycja polska

Jestem dumna z tego jak Szalony Naukowiec chłonie tradycje świąteczne.
Kojarzycie ten moment, kiedy jest wieczór drugiego dnia Świąt i wróciło się wreszcie do domu, lodówka pęka w szwach, bo nawet jeśli rodzina mieszka w odległości 10 min samochodem po Świętach wszyscy jesteśmy słoikami; ten moment, kiedy siedzi się na kanapie (ewentualnie zasuwa na rowerku stacjonarnym w wersji dla szalonych) i planuje ścisły post już do końca świata, a przynajmniej do jutra?
No to właśnie ten moment mąż mój wybrał sobie na rozpakowanie wszystkich paczek, paczuszek i zawiniątek, które zapakowała kochająca teściowa, a następnie ukrojenie sobie soczystych plastrów absolutnie każdej szynki, polędwicy, kiełbasy i baleronu jakie tylko były.
Jak wspominałam: chłonie polskie tradycje pełnymi garściami (i żołądkiem). Szczególnie tę wymagającą osiągnięcia stanu śpiączki z obżarstwa przed północą 26 grudnia.

Z cyklu: różnice charakteru

Z racji tego, że od niedawna mamy na palcach pierścienie mocy, Szalony Naukowiec po raz pierwszy został dopuszczony do przygotowań swiatecznych w moim domu rodzinnym. Kroimy więc warzywa na odwieczną sałatkę zwaną czasem w Polsce sałatką włoską, a na zachodzie: rosyjską.

– Starczy tej pietruszki – mówię mu rzucając okiem na owoce (tfu: warzywa) naszej pracy spoczywające w formie zgrabnej kostki w garnku – teraz krój już tylko marchewkę
– Myślałem, że pokroimy wszystko – dziwi się Szalony N
– Nieee
– Ale muszą chyba być jakieś ustalone, konkretne proporcje? – pyta z nadzieją mój Człowiek o Umyśle Ścisłym
– No jasne – odpowiadam z przekonaniem w głosie i bez drgnienia powieki myśląc jednocześnie ‚za biała się zrobiła trzeba dodać pomarańczowego’
Prawa półkula vs lewa półkula 1:0

Kompromisy: koza czyli renifer

Wszyscy mówią, że małżeństwo to sztuka kompromisu. Nie lubię kompromisów. Kompromis jest wtedy, kiedy ona chce jechać nad morze, a on w góry i w rezultacie jadą na wakacje do łódzkiego. Dużo ważniejsza w związku jest współpraca. Na przykład taka, że gdy idziemy do Liroy Merlin po akcesoria potrzebne do wymiany drzwi łazienkowych, to Szalony Naukowiec idzie szukać śrubek, brzeszczotów i innych takich, a ja idę oglądać ozdoby choinkowe. I wychodzimy z torbą bombek oraz paczką śrubek. 

Albo kiedy ja wzbijam się na wyżyny, ba wręcz osiągam ośnieżone szczyty swoich możliwości artystycznych i ozdabiam dziesiątki ciasteczek, Szalony Naukowiec tworzy kozę… tzn tfu: renifera. I ten renifer trafia potem na honorowe miejsce na szczycie choinki.

Optymizacja Zagospodarowania Przestrzennego Rozwałkowanego Kawałka Ciasta.

Mąż mój, jak na Naukowca przystało – niezależnie od stopnia szaleństwa – jest człowiekiem bardzo precyzyjnym. Dokładnym. Skrupulatnym. Dbającym o szczegóły. Nigdy nie czyta niczego po łebkach, z obejrzanego filmu pamięta każdy szczegół, a także przejawia zamiłowanie do tworzenia różnego rodzaju tabelek.

Ta strona jego charakteru ujawnia się również w kuchni. Kiedy kroimy warzywa na sałatkę ja siekam je jak wpadną pod nóż, Szalony Naukowiec kroi swoje w idealnie równe sześcianiki o wymiarach 3mmx3mmx3mm. Natomiast podczas robienia ciasteczek… Cóż, ja biorę foremkę i wycinam kilka rządków tego sane kształtu pod rząd. Ewentualnie, jeśli znudzi mi się monotonia, układam kilka foremek koło siebie. Gdy ciasteczka wycina Szalony N sprawa ma się inaczej. Wykorzystane są absolutnie wszystkie foremki jakie są dostępne. Układane są pieczołowicie jedna przy drugiej dotykając się brzegami, a ich konfiguracja jest starannie przemyślana, a także czasem poddana próbom. A to wszystko w celu maksymalnej optymizacji zagospodarowania przestrzennego rozwałkowanego kawałka ciasta.
Ps.
Poszliśmy po choinkę nr 2. Dzisiejszy typ Pana od Choinek to Peru

Pan od Choinek – część pierwsza

Jak przystało na dwie osoby, które w pogardzie mając szpony mrozu tnące… Chwila, to nie ta bajka

Spróbujmy jeszcze raz:
Jak przystało na dwie osoby w pogardzie mające różnego typu obrzędy i religijne tradycje podreptaliśmy wczoraj z Szalonym Naukowcem zakupić choinkę.
Zlustrowaliśmy kilka stoisk i – jak co roku – trafiliśmy do tego samego. Pan od Choinek nas rozpoznał i na nowo podjął grę (mam wrażenie że to będzie taka nasza świecka tradycja) w A Skąd Ty Jesteś?
– Pan to chyba z Portugalii – zagadnął Szalonego Naukowca przebierającego w jodełkach.
– Nie – mówi Szalony N
– Aaaaa to na pewno Espanja – Pan od Choinek próbuje dalej. Po znajomości wyciąga choinkę z tyłu. Chyba nie jest to aż taka udana znajomość jak myślałam, bo proponowana choinka wygląda na ciut podeschniętą.
– Spain – wyjaśniam szeptem na stronie
– Nie! – doprawdy zasób słownictwa w języku polskim mojego męża czasami przypomina zasób słownictwa dwulatka.
– Hmmm no to do trzech razy sztuka, mogę jeszcze zgadywać? – Pan od Choinek podsuwa mi pod nos kolejne drzewko
– Pewnie – mówię obmacując gałązki. Kierunek pan wybrał dobry, tylko dystans nie taki.
– Ale jaki tam dystans!
– No odległość większa – wyjaśniam
– Ale bliżej to już tylko Francja została i Niemcy… To chyba nie! – Panu od Choinek pewnie koloryt nie pasuje. Chyba nie słyszał o tym, że Francja i Niemcy to już kompletnie skolonizowane przez Arabów, hyhy
– Dalej, nie bliżej – zachęcam
Pan od Choinek popadł w zadumę
– Wyspy Kanaryjskie?!