Nazwisko a normy społeczne

Może cześć z was nie wie, że w krajach muzułmańskich (a przynajmniej tych z okolic basenu Morza Śródziemnego – nie wiem jak np. w Indonezji – kobieta nie zmienia nazwiska po ślubie (facet z resztą też). W islamie ważne jest zachowanie jasności w kwestii linii krwi, dlatego nawet adoptowane dzieci nie zmieniają nazwiska. Podobnie nikt nie zmienia nazwiska w Hiszpanii (i chyba krajach Ameryki Łacińskiej): tam ma się po dwa nazwiska – po każdym z rodziców (chociaż nie mam pojęcia jak to działa, skoro każde z rodziców też ma dwa). We Włoszech również nikt nazwiska nie zmienia*. Natomiast w Polsce (między innymi), jak zapewne wszyscy wiecie, wychodząc za mąż kobieta przyjmuje nazwisko męża. Jest to – w mojej skromnej opinii – tradycja zakorzeniona mocno w patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta była przekazywana spod opieki (władzy) ojca pod opiekę (władzę) męża, a nazwisko w pewnym sensie wskazywało na jej przynależność.
Jak może zdołaliście się zorientować, nie jestem wielką fanką tradycji dla samej tradycji („tradition – peer pressure from dead people” hehehe), jednak, kiedy musieliśmy z Szalonym Naukowcem zdecydować w temacie naszych przyszłych nazwisk, doszłam do wniosku, że podoba mi się idea posiadanie jednego, wspólnego. Widzę to jako symbol tego, że tworzymy teraz rodzinę, drużynę i że przynależymy do siebie. Z drugiej strony: pod czyim banerem to się odbędzie, nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jako, że zawsze byłam przywiązana do swojego (panieńskiego) nazwiska, naturalnie zaproponowałam jeszcze-wtedy-nie-mężowi, żeby je przejął -na co on chętnie by przystał – gdyby nie to, że w Maroku nie ma prawnej możliwości zmiany nazwiska, z powodów, które podałam wyżej. I tak oto dorobiłam się nazwiska podwójnego.

A teraz do rzeczy.
Jako dziecko social mediów, niedługo po tym jak się zaręczyliśmy, zapisałam się do dużej, popularnej grupy facebookowej o tematyce ślubno-weselnej. I na tej grupie wspomniałam, o pomyśle przyjęcia przez (jeszcze wtedy) przyszłego małżonka mojego nazwiska. Mało mnie tam kobiety nie zjadły żywcem. Padały argument o męskości, o kastrowaniu faceta, o demonstrowaniu na siłę swojej niezależności oraz o leczeniu kompleksów (moich rzecz jasna).
I tak sobie myślę: jakie to smutne, że kompletnie arbitralne normy kulturowe wsiąkają w ludzi tak głęboko. Pełno wszędzie zasad typu „kobieta powinna to i to”, „prawdziwy mężczyzna powinien być taki i taki”, jakby jakieś zachowania czy postawy były atrybutami danej płci niczym genitalia (które swoją drogą także niekoniecznie są). No wiecie: kobieta ma biust, waginę i zmienia nazwisko, a facet ma penisa, owłosienie na klatce piersiowej i nie płacze. A najgorsze, że zaczyna się to już od urodzenia: róż, księżniczki i „jestem śliczna” dla dziewczynki, niebieski, superbohaterowie i „jestem odważny” dla chłopca. Ostatnio widziałam gdzieś w internecie atak na kobietę, która zdecydowała się wykorzystać ciuszki po starszym dziecku siostry, dla swojego – odmiennej płci. Wyobrażacie sobie? Nie mówiąc już nawet o podziale zabawkach na te przeznaczone dla chłopców i dla dziewczynek.
Dopóki takie normy dotyczą rzeczy w sumie nieistotnych jak to, kto przejmuje czyje nazwisko, albo jaki kolor bodziaka zakładamy noworodkowi – nie jest jeszcze tak źle. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy uczymy dzieci, że dziewczynka ma być ładna, skromna i spolegliwa, a chłopiec silny, twardy i przebojowy. W ten sposób tworzymy kobiety, które boją się walczyć o swoje i mówić nie oraz mężczyzn, którzy popełniają samobójstwa wielokrotnie częściej niż kobiety, bo nie umieją sobie radzić z emocjami (tak, wiem, upraszczam).
A co z normami, które wymagają od kobiet zajmowania się domem i dziećmi, a od mężczyzny utrzymania tegoż domu; które wymagają od kobiet zakrywania ciała (żeby nie prowokowało), nie pozwalają im samodzielnie podróżować; które nakazują poślubić wybraną przez rodzinę (często obcą) osobę, stawiać wolę rodziców ponad własną; normami, które nakazują lub zakazują jedzenia konkretnych produktów albo narzucają picie alkoholu; albo normami, które wymagają okaleczania genitaliów dziewczynkom?
Nie wszystkie normy społeczne i uwarunkowania kulturowe są z gruntu złe. Wiele z nich natomiast ogranicza ludzi i narzuca im wzorce postępowania, które wcale nie są dla nich dobre. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma rozum, który pozwala na krytyczną analizę i świadome odrzucenie (bądź przyjęcie) zasad, które narzuca nam społeczeństwo. Warto z tego korzystać.
Dlatego następnym razem zrobisz coś „bo tak się robi”, zrezygnujesz z czegoś „bo kobiecie/mężczyźnie nie wypada”, albo osądzisz kogoś w internecie „bo powinno być inaczej” – pomyśl.
* A jak jest z nazwiskami w innych krajach, których tradycje znacie?
Nie wiem, skąd pochodzi ta ilustracja, ja pierwszy raz widziałam ją na Blog Ojciec​ choć nieco przerobiłam ją na potrzeby tego wpisu
Image may contain: text

Hintertux ponownie

Dziś dla odmiany od Maroka: Alpy. Góry jak to góry bywają humorzaste. Wczoraj było piękne słońce, dziś chmury, mgła, wicher i pozamykane wyciągi narciarskie.
W ogóle mieliśmy sporo szczęścia, że tu dotarliśmy, ponieważ podróżowaliśmy przez Monachium, do którego kilka godzin później odwołano wszystkie loty z Warszawy. Podobnie jak wiele innych lotów do Niemiec oraz wiele pociągów w Niemczech. Huragan Sabina pokrzyżował plany wielu Szalonym Naukowcom, których konferencja nas tutaj sprowadziła. Aż dziw, że nam nie, bo mój osobisty Szalony Naukowiec jest przecież magnesem na pecha wszelkiego rodzaju.
No ale nie chwalmy dnia przed zachodem, jeszcze trzeba stąd kiedyś wrócić.

Czy warto mieć gdzieś krytykę?

Ostatnio bardzo często obserwuję wśród ludzi postawę typu to moje życie i mam gdzieś, co inni myślą. Niby jest to fajna, wyzwalająca postawa, która pozwala zdystansować się od krępujących, bezsensownych norm społecznych i najróżniejszych „co ludzie powiedzą”. I to jest bardzo spoko, gdyż wiele z nich tak naprawdę nie daje jednostce niczego poza ograniczeniami.
Ta postawa zazwyczaj pociąga za sobą także stwierdzenia takie jak nie obchodzi mnie krytyka innych i ludzie krytykują, bo leczą swoje kompleksy. Wiele osób na pewno się zgodzi zwłaszcza z tym ostatnim stwierdzeniem. I w pewnym sensie to prawda, wypowiadanie negatywnych opinii na temat czyjegoś wyglądu czy poziomu inteligencji, często jest podyktowane kompleksami i niską samooceną.
Tylko czy to jest krytyka?
W potocznej polszczyźnie słowo „krytyka” i „krytykować” są używane w dwóch różnych znaczeniach, na które tak naprawdę mamy dwa różne terminy:
Krytyka (łac. criticus – osądzający) – analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia. /za wikipedią/
Krytykanctwo «niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania» /za SJP/
Także potoczne „krytykowanie kogoś” („ona mnie ciągle krytykuje”), niekoniecznie jest krytyką, a często krytykanctwem, które – pewnie wszyscy się zgodzimy – nie jest niczym dobrym.

A co z krytyką?
Człowiek przez całe swoje życie się zmienia. Nauka nowych rzeczy, naprawianie błędów, wychodzenie z nałogów i traum, zmienianie (nomen omen) sposobów funkcjonowania czy zachowania – to wszystko są zmiany. Zmiany są niezbędne, bez nich nie można mówić o rozwoju, dojrzewaniu, pracy nad sobą, postępach ani leczeniu czy terapii. Każdy z nas (mam nadzieję) chce się stawać lepszym człowiekiem – jakkolwiek by tego nie definiował – co jest przecież procesem nieustającej zmiany.
Czasami jest to prostu naturalne i przychodzi niejako „samo”, jak nauka chodzenia. Ale często wymaga świadomego, skoncentrowanego wysiłku. A jaki jest pierwszy krok do takiej intencjonalnej zmiany? Otóż: uświadomienie sobie, że jest ona potrzebna – co nie jest wcale takie proste.
Dlaczego o tym piszę w tym momencie? Dlatego, że tu właśnie pojawia się rola krytyki.
Bardzo często druga osoba, patrząca z zewnątrz widzi rzeczy, których sami w sobie nie dostrzegamy. Począwszy od sałaty między zębami, przez spodnie pogrubiające w tyłku, po zachowania, reakcje i wybory życiowe. Często działamy lub reagujemy w sposób, który z naszego punktu widzenia jest jak najbardziej uzasadniony i adekwatny do sytuacji, podczas gdy zewnętrzny obserwator ma zupełnie inne refleksje. Nierzadko druga osoba zauważa związki, połączenia, wzory zachowań, których w ogóle nie jesteśmy świadomi.
Osoba nadużywająca alkoholu; facet, który źle traktuje partnerkę; kobieta wykorzystywana przez ukochanego; dziewczyna, która ciągle przyciąga nieodpowiednich mężczyzn i nie wie dlaczego; ktoś komu ciągle nie udaje się dostać awansu – to przykłady sytuacji, w których może być ciężko dostrzec samemu istotę problemu. Zwłaszcza, że obraz własnej osoby bardzo zakłócają nam mechanizmy obronne, których (w uproszczeniu) rolą jest zapewnianie nam względnie dobrego samopoczucia psychicznego. Dlatego 5 piw dziennie w oczach tego, kto je pije to tylko „relaks do którego każdy ma prawo po ciężkim dniu w pracy”, a nie problem alkoholowy – czym zapewne jest dla otoczenia. Wyzywanie żony od idiotek to tylko reakcja na jej głupie (a jakże) zachowania, których nikt normalny by nie zniósł – a nie przemoc psychiczna. Nieodpowiedni faceci po prostu pojawiają się sami, zupełnie bez związku z lateksową mini i gorsetem w cętki prezentowanymi co piątek w klubie razem z 15cm szpilkami, wyzywającym makijażem i piciem bez kontroli. Brak awansu to skutek układu i faworyzowania innych osób, a nie godzinnych przerw na kawkę, spóźnień, czy braku zaangażowania.
W każdym z tych przypadków zapewne był w otoczeniu ktoś, kto – w przeciwieństwie do samego zainteresowanego – doskonale widział, co i/ lub dlaczego się dzieje. Z dystansu po prostu widać często lepiej.
Dlatego dobrze być otwartym na konstruktywną krytykę. Jeśli mamy w swoim otoczeniu osoby, których opinię i rozsądek cenimy, a dobrej woli ufamy, nie zaszkodzi posłuchać co mają do powiedzenia i przemyśleć ich uwagi w momencie (bolesnej) autorefleksji. Nie jest to proste, bo komunikaty tego typu w sposób naturalny budzą opór. Warto jednak odłożyć go na chwilę na półkę i zastanowić się, czy może jednak jest coś co w nas nie gra oczywistego dla wszystkich dookoła?

Ślub z cudzoziemcem w Polsce – Zrób To Sam

Przedstawiam Wam (nie taki) krótki, łatwy (mam nadzieję) i przyjemny poradnik jak ogarnąć formalności i papierologię związane z takim ślubem. Mam nadzieję, że komuś się przyda.

Jeśli chodzi o małżeństwo w mocy prawa, w Polsce możemy wziąć ślub cywilny lub konkordatowy. O tym drugim nie mam pojęcia, więc ten tekst będzie dotyczył tylko ślubu cywilnego. Taką ceremonię można przeprowadzić w dowolnym USC w kraju (o ile ma salę ślubów), a także (za dodatkową opłatą wysokości 1000zł): poza nim – o ile wybrane przez nas miejsce spełnia wymagania urzędnika dotyczące zachowania godności urzędu państwowego i symboli państwowych. W takiej sytuacji formalności będziemy załatwiać w USC właściwym dla wybranego miejsca.
Zgodnie z prawem, termin ślubu w USC można zarezerwować najwcześniej miesiąc przed wybraną datą (chociaż ten okres można skrócić pisząc pismo do kierownika USC). Nie można tego zrobić wcześniej niż 6 miesięcy przed (chociaż urzędnicy czasem zgadzają się „wpisać ołówkiem do kalendarza”) – to akurat przy ślubie z cudzoziemcem i tak ma raczej małe znaczenie. No ale o tym za chwilę.
W przypadku pary obywateli polskich na ogół wszystko sprowadza się do jednej, niewymagającej żadnych przygotowań, wizyty w USC (no i samego ślubu). W przypadku par mieszanych nie ma tak łatwo i trzeba przejść przez kilka etapów, zanim w końcu szczęśliwie dotrzemy do urzędu.
Zacznijmy od… końca, czyli od tego, co wymagane jest w USC.
Dokumenty dotyczące obojga:
– dowód opłaty skarbowej (zazwyczaj można dokonać jej w kasie na miejscu)
– dokumenty tożsamości
– akty urodzenia: w przypadku Polki/Polaka sprawa jest prosta: nasze USC przechodzą proces cyfryzacji, który polega na tym, że kiedy tylko potrzebny jest akt urodzenia (np do sporządzenia odpisu), który nadal ma formę papierową, urząd w którym złożyliśmy wniosek, kontaktuje się z tym konkretnym urzędem, w którym fizycznie przebywa nasz dokument – ten wprowadza go wtedy do systemu i voila: już zawsze można skorzystać z niego od ręki w dowolnym USC. Taki proces trwa kilka dni. Gdy nasz akt urodzenia już znajdzie się w systemie USC, nie trzeba przynosić żadnego odpisu, każdy urzędnik wyciągnie sobie sam, co trzeba.
Jeśli chodzi o cudzoziemca, to jego akt urodzenia naturalnie musi być przetłumaczony przysięgle.
Jest też kilka dokumentów warunkowych takich jak zgoda sądu (np. gdy jedno z partnerów jest nieletnie), odpis aktu małżeństwa z adnotacją o rozwodzie: dla rozwodnika (oczywiście przetłumaczony na polski w przypadku cudzoziemca).
– no i na koniec dokument, który sprawia zawsze największą trudność i jest tematem niekończących się dyskusji. Dokument, który musi złożyć tylko cudzoziemiec: Zaświadczenie o Zdolności Prawnej do Zawarcia Związku Małżeńskiego (przetłumaczone przysięgle na polski).
Kilka ważnych uwag:
1. To nie jest to samo co zaświadczenie o stanie cywilnym, ale zazwyczaj to drugie jest wymagane do wyrobienia tego pierwszego
2. Dokument załatwia się w ambasadzie (a czasem chyba w USC w kraju rodzimym)
3. Nie każdy kraj go wydaje. Np (o ile dobrze kojarzę) Indie, Pakistan, Meksyk nie uznają tego dokumentu więc również go nie wydają.

No dobrze, więc co trzeba zrobić zanim będzie można udać się do USC zaklepać datę?

Oprócz pozyskania i przetłumaczenia odpisu aktu urodzenia (i ew małżeństwa) cudzoziemca, trzeba albo wyrobić wspomniane zaświadczenie o zdolności prawnej (…), albo drogą sądową (Sąd Rodzinny) uzyskać zwolnienie z obowiązku przedstawiania go. Jeśli chodzi o tą drugą drogę – tu kończy się moja wiedza. Natomiast jeśli chodzi o pozyskiwanie naszego zaświadczenia: w tym celu cudzoziemiec musi udać się do swojej ambasady (zazwyczaj). Niestety znowu nie ot tak sobie: wcześniej należy przygotować kolejne dokumenty.
Każdy kraj pewnie ma swoje wymagania, więc polecam zacząć od kontaktu z ambasadą w celu ustalenia dokładnej listy. w 2018 roku ambasada Maroka w Warszawie wymagała odpisów aktu urodzenia (obojga) i zaświadczeń o stanie cywilnym (też obojga). Dokumenty mojego jeszcze-wtedy-nie-męża załatwialiśmy podczas wakacji w Maroku. Niestety nie pamiętam, czy konieczny był również mój dowód osobisty lub jego kopia. W każdym razie wymagane papiery należało złożyć w ambasadzie, a następnie poczekać na wezwanie do odbioru gotowego Zaświadczenia. Nie wiem, czy da się te sprawy załatwić przez kuriera.
Podsumowując: przygotowania (od strony papierologicznej) do ślubu najlepiej zacząć od zgromadzenia dokumentów wymaganych przez ambasadę (lub sąd). A także dokładnego przemyślenia kwestii dat, ponieważ wszystkie te dokumenty mają określone terminy ważności. Na przykład zaświadczenie o zdolności prawnej (blebleble) ma ważność 3 miesiące – musi ono być ważne zarówno w dniu składania dokumentów w USC jak i w dniu ślubu.
Mając wreszcie Zaświadczenie o Zdolności Prawnej możemy wybrać się do wybranego USC w celu ustalenia terminu i podpisania papierów – to w tym momencie będziemy decydować o przyszłych nazwiskach dla siebie i potencjalnych dzieci (nawet jeśli ktoś ich nie planuje). Podpiszemy też, że nie jesteśmy świadomi żadnych przeciwwskazań do zawarcia małżeństwa. To jest też moment żeby złożyć podanie o ślub w plenerze.
O ile nasz cudzoziemiec nie mówi płynnie po polsku (płynność jest tu terminem uznaniowym zależącym od oceny urzędnika USC) należy przyjść z tłumaczem. Nie ma wymagania aby był to tłumacz przysięgły*, nie musi też tłumaczyć na język ojczysty narzeczonego/narzeczonej, o ile mówi on/ona płynnie np. po angielsku. Nie może być to jednak przyszły małżonek. My skorzystaliśmy z pomocy zaprzyjaźnionej osoby z certyfikatem CEA z języka angielskiego. Certyfikat również nie jest wymagany, ale poprawił samopoczucie Pani Kierowniczki Urzędu.
Teraz już pozostaje tylko stawić się umówionego dnia o umówionej godzinie w umówionym miejscu z tłumaczem (nadal nie musi być przysięgły*) oraz świadkami – jeśli oboje narzeczeni mówią po polsku, ale któryś ze świadków nie: nadal konieczny będzie tłumacz.
Na koniec jedna uwaga do zagadnienia, które budzi wiele emocji i kontrowersji: kwestia legalności pobytu a ślub. Nie mylić z kwestią legalizacji pobytu po ślubie.
Polskie prawo nie wymaga, aby osoba wstępująca w związek małżeński przebywała na terenie kraju legalnie. Karta pobytu ani aktualna wiza nie są wymagane do zawarcia małżeństwa. Tak, mnie też to zdziwiło, ale jest to związane z prawem obywatela polskiego do nieograniczonej możliwości zawarcia małżeństwa, czy czymś tego typu.
Nie oznacza to jednak, że urzędnik przeglądając paszport nie zerknie na wizę i nie poinformuje o swoich obserwacjach Straży Granicznej. Dodatkowo, o ile mi wiadomo, urzędy stanu cywilnego wysyłają co jakiś czas (chyba kwartalnie) raporty dotyczące odbytych i zaplanowanych ślubów z udziałem cudzoziemców do Straży Granicznej. Słyszałam kilka razy o sytuacjach, w których nielegalny narzeczony został zgarnięty ze schodów urzędu przez SG.
Wnioski pozostawiam Wam.
_______
* Słyszałam o urzędnikach upierających się na tłumacza przysięgłego. Ogólnie niektórzy urzędnicy chyba boją się ślubów z cudzoziemcami: w jednym z urzędów na przykład powiedziano mi, że będą musieli zweryfikować dokumenty dostarczone przez jeszcze-wtedy-nie-męża z ambasadą i że zajmie im to ok miesiąca. Podobno mieli przypadek fałszerstwa. Są jednak urzędy, które takich problemów wcale nie mają. Dlatego na podstawie własnych doświadczeń polecam najpierw telefonicznie skontaktować się z wybranym urzędem i wybadać jakie jest podejście. A przy okazji spytać o dostępne daty, bo 3 miesiące wyprzedzenia (lub mniej) to bardzo mało. Mimo, że my pobieraliśmy się w listopadzie, czyli – wydawałoby się – mało atrakcyjnym miesiącu, niełatwo było znaleźć w Warszawie i okolicach urząd, który miałby wolne miejsce na wybraną przez nas sobotę.

fot. unsplash

Image may contain: ring and jewellery

"Mąż prawdę ci powie" – jednoaktówka

Zapraszamy na jednoaktówkę pod tytułem Mąż prawdę ci powie”, opublikowaną pod roboczym tytułem Niewdzięcznik.

Miejsce akcji: sypialnia.
Czas akcji: niedziela wieczór, pora zdecydowanie zbyt późna żeby się wyspać do pracy.
Didaskalia: Z głębi sceny dobiega dźwięk donośnie dmuchanego nosa. Na twarzy Bohatera maluje się wyraźna zaduma, wręcz wysiłek intelektualny. Nagle otwiera usta. Widownia zamiera w oczekiwaniu na zdrój mądrości, który zaraz z nich spłynie….
– Wiesz, twoim „spirit country” to jest Belgia. Bo wiesz: frytki i czekolada.
Kurtyna.

Dobra żonka

Kolega Małżonek wrócił przedwczoraj wyjazdu służbowego. Dzięki uprzejmości polskich linii lotniczych LOT z zaledwie dwugodzinnym opóźnieniem. Zamiast prezentu przywiózł koszmarne przeziębienie. Kojarzycie te żarty o tym jak chorują faceci? Szalony Naukowiec choruje bardzo rzadko, a jak już to raczej należy do tych, których jakieś drobne przeziębienie nie powstrzyma od realizacji planów.

Na przykład od grania w piłkę. 
Na zewnątrz. 
W szortach. 
Przy temperaturze ok 5 stopni. 
Tym razem jednak trafiło go konkretnie – jakby mnie kto pytał: nie bez związku ze wspomnianą piłką.
No więc co miałam zrobić? Trzeci dzień funkcjonuję w trybie „dobra żonka”: przyrządzam wywary z imbiru, poję rosołkiem i wymyślam w miarę zdrowe i możliwie smaczne posiłki. I tylko po cichu przewracam oczami (nie żeby dało się to zrobić głośno), kiedy on, poproszony o załadowanie naczyń do zmywarki, marudzi przecież jestem choryyyy.
Dzięki Ci Matko Naturo za jego dobry system odpornościowy, dzięki któremu stykam się z taką sytuacją średnio raz na 3 lata.
A że mój nie jest taki sprawny, pozostaje mi tylko czekać aż złapię tego jego wirusa i wtedy przekonamy się, kto jest lepszy w te klocki

(Nie)docenianie

Dwa dni temu wpadł mi w oko komentarz dość popularnego blogera wyjaśniający dlaczegóż to związki ludziom nie wychodzą. Ogólnie był to całkiem sensowny pod wieloma względami tekst (jeśli chcecie, mogę wrzucić linka do posta, pod którym go znajdziecie), ale między tymi trafnymi analizami pojawiło się takie oto stwierdzenie:
ludzie w związkach zwracają uwagę głównie na złe rzeczy i bardzo trudno jest to stłumić. Bo po pewnym czasie przyjmuje się, że normalnym jest, że ktoś upierze, ugotuje, załatwi lekarza dla dzieci, pójdzie do tego lekarza etc. To jest normalne. To jest standard. Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy ten standard zostanie naruszony. I wtedy jest darcie ryja. Czyli nie doceniamy kogoś za robienie dobrych rzeczy, bo przyjmujemy to za naturalne, a opierdalamy za najdrobniejsza pomyłkę.
Jestem jak najbardziej za cieszeniem się z drobiazgów i docenianiem małych rzeczy, zwłaszcza, że ewolucja sprawiła, że bardziej zauważamy i zapamiętujemy te złe.
No ale bez przesady.
Myślałam o tym z perspektywy ostatniego wpisu o obowiązkach domowych i doszłam do wniosku, że dla mnie tak naprawdę mycie garów, czyszczenie kibla i wyrzucanie śmieci (a także prowadzenie dzieci do lekarza – o ile ktoś je ma), to jest standard. Zajmowanie się własnym domem albo dziećmi to jest absolutnie podstawowy standard i naprawdę nie widzę tu pola do doceniania kogokolwiek.
Czy oczekujemy doceniania za to, że nie spóźniliśmy się do pracy, zapłaciliśmy rachunek za telefon albo wysłaliśmy PIT? Nie. Bo to są nasze obowiązki. Wypełnienie ich to (sorry za powtórzenia) standard, a niedociągnięcia grożą nieprzyjemnymi konsekwencjami (naganą, niższą oceną roczną, karą pieniężną itp.). Dlaczego z obowiązkami domowymi miałoby być inaczej?
I nie mówię tu, że należy „drzeć ryja” za każdym razem, kiedy partner nie umyje garów. Każdy ma prawo do słabszego dnia, wyrozumiałość to fajna cecha, którą warto w sobie rozwijać, a związek polega też na tym, żeby wspierać się w takich momentach i albo po prostu olać te gary, albo – jeśli się z jakiegoś powodu nie da – ogarnąć je za partnera.
Nie mówię też, że nie należy doceniać partnera – doceniajmy jak najbardziej. Doceniajmy cechy, które sprawiły, że to właśnie z tą osobą jesteśmy. Ja na przykład doceniam swojego za system wartości, dzięki któremu ten nasz podział obowiązków domowych jest możliwy i funkcjonuje. Doceniam go za charakter: to, że jest odpowiedzialny i obowiązkowy, dzięki czemu nie muszę w ogóle myśleć o jego części obowiązków, bo wiem, że wszystko będzie ogarnięte (i vice versa). Doceniam też wszystkie rzeczy „ekstra” (ponad standard): śniadanie do łóżka, ulubioną czekoladę kupioną przy okazji robienia zakupów na obiad, nadłożenie drogi, żeby odebrać moją paczkę, bo ja musiałam dłużej zostać w pracy. Ale czy muszę wychwalać go pod niebosa, bo odkurzył?
Jak myślicie? Jestem wredną zołzą o wygórowanych wymaganiach, czy też nie?

Za co Wy doceniacie swoje drugie połówki?

Mąż nie pomaga mi w domu

Od czasu do czasu napotykam w internecie na pytanie „czy mężowie pomagają wam w domu”. I za każdym razem odpowiadam: nie, mój mąż nie pomaga mi w domu. Obowiązki wynikające ze wspólnego prowadzenia naszego wspólnego domu dzielimy równo pomiędzy siebie. A część delegujemy.
Bardzo nie lubię tego określenia: „facet pomaga w domu” – sugeruje ono, że dom to z definicji odpowiedzialność kobiety, a mężczyzna może (jeśli ma taki kaprys) ewentualnie ruszyć palcem, żeby jej „pomóc”. Moim zdaniem, nasz dom to odpowiedzialność nas obojga – chyba, że umówimy się inaczej (jedno pracuje, drugie zajmuje się domem – chociaż zdecydowanie nie jestem fanką tego typu rozwiązań na dłuższą metę). Myślę, że nie zdecydowałabym się na relację z mężczyzną, który ma tzw tradycyjne podejście.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem, kiedy podjęliśmy decyzję o wspólnym mieszkaniu, było omówienie naszego podejścia do domowych obowiązków. Potem spisaliśmy je wszystkie na kartce, wraz z częstotliwością i podzieliliśmy sprawiedliwie pomiędzy nas dwoje. Nie jest tak, że wszystko działało bez zarzutu od pierwszego dnia. Sporo czasu się docieraliśmy, wiele razy spieraliśmy o sposób wykonania danych zadań. To chyba normalne, w końcu, każdy człowiek ma jakiś tam swój zbiór wyobrażeń, jak różne rzeczy powinny funkcjonować – co niekoniecznie (a w zasadzie prawie nigdy) pokrywa się z wizją drugiej osoby. Ale mimo dość długiego docierania się, podstawowy podział od samego początku był jasno zdefiniowany i respektowany.
Przeraża mnie jak wiele kobiet jest zaskoczonych takimi rzeczami jak brak zaangażowania męża w obowiązki domowe, czy opiekę nad dzieckiem. Męża – nie nowego chłopaka – człowieka, za którego zdecydowały się wyjść. Aż ciężko uwierzyć, jak wiele osób podejmuje decyzje o takiej wadze kompletnie nie omawiając z partnerem istotnych kwestii. Kiedyś myślałam, że nie jest to zjawisko aż tak częste, ale po prostu widoczne w tych częściach internetu, w których się obracam. A potem przeczytałam to:
Ludzie bardzo często wybierają święty spokój. Uważają że jak zdecydują się na udawanie, że czegoś nie ma, to ten święty spokój osiągną. O najważniejszych sprawach nie rozmawiają latami: o kwestiach systemu wartości, wyborów życiowych, sposobu wychowania dzieci, czy relacji z rodzicami [Danuta Golec w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim w ramach książki „Kochaj wystarczająco dobrze” – polecam].
Taka postawa kompletnie nie mieści mi się w głowie. Jak można w ogóle zdecydować się na spędzenie reszty życia z człowiekiem, którego systemu wartości i światopoglądu nie znamy? Jak można nie omówić takich rzeczy jak preferowany model rodziny, nasze w niej role, wychowanie dzieci, relacje z dalszą rodziną, styl życia, zarządzanie budżetem i wiele, wiele innych? Jak w takiej sytuacji można w ogóle czuć, że zna się drugą osobę? Kiedyś na jednej z grup padło pytanie o poglądy społeczno-ekonomiczne partnerów. Większość odpowiedzi brzmiała „nie rozmawiamy o polityce”, a ja przez kilka dni byłam w szoku, jak można nie wiedzieć, jakie poglądy ma nasz życiowy partner?
Co ciekawe, prawie za każdym razem, gdy w jakiejś internetowej dyskusji napiszę, że takie rzeczy trzeba omawiać przed ślubem (bądź też decyzją o wspólnym spędzeniu reszty życia), pojawia się odpowiedź w rodzaju „to tylko teoria”, „to tylko gadanie, życie i tak pokaże” albo wręcz „po co gadać, i tak powie ci to, co chcesz usłyszeć”. Tak – życie weryfikuje wszystko. Tak – czyny są ważniejsze niż słowa, to nie ulega wątpliwości.
Ale to nijak nie znaczy, że można po prostu NIE ROZMAWIAĆ. Przecież od rozmowy wszystko się zaczyna. Po co miałabym marnować czas na „życie pokaże” jeśli już w rozmowie wychodzi, że facet uważa, że – trzymając się przykładu z początku tekstu – obowiązki domowe to domena kobiety? Z rozmowy naprawdę dużo można się dowiedzieć: nie chodzi przecież o wymianę zdań typu: „jak się pobierzemy to będziesz sprzątał?” „oczywiście kochanie” „świetnie, to weźmy ślub”, ale o poznawanie siebie nawzajem przez dyskusje. Liczne dyskusje na wiele tematów. Kłamstwo w jednej najprawdopodobniej wyjdzie na jaw w jakiejś innej. A skoro mowa o kłamstwie: czy ktokolwiek rozważa decyzję o wspólnej przyszłości i ślubie z osobą, której słowom nie ufa („powie ci co chcesz usłyszeć”)? Wydaje mi się, że zastanawiając się nad takim krokiem, przynajmniej mamy pewność, że partner jest z nami szczery.
Oczywiście, nawet najszczersze intencje czasem rozjeżdżają się z rzeczywistością, dlatego warto nie tylko omówić różne rzeczy, ale przetestować je w praktyce (mieszkanie razem przed ślubem jest nie do przecenienia!). Ale gdy już się rozjadą, można powiedzieć „nie tak się umawialiśmy” i wyegzekwować uzgodniony wcześniej układ.
A jeśli wszystkie rozmowy jasno pokazują, że bardzo się różnimy pod względem ważnych wartości (co się przecież często zdarza, zwłaszcza w związkach mieszanych)- przynajmniej dają szansę podjąć świadomą decyzję co do następnych kroków i przyszłości związku.

Wyjdź za geeka

Chciałam napisać podsumowanie roku, ba, może nawet i całej dekady. Opisać jak bardzo zmieniło się moje życie w ciągu tych 10 lat i jak szalony był dla mnie rok 2019. Chciałam opowiedzieć, jak spędziłam Sylwestra i zakończyć refleksją, że jeśli to prawda co mówią „Nowy Rok jaki, cały rok taki” (lub w alternatywnej wersji, że nowy rok, będzie taki jak Sylwester) – to mój 2020 będzie pełny podróży, czasu z przyjaciółmi i pysznego jedzenia. 

Ale jedyne co jestem w stanie w tej chwili napisać to, że po prostu nie wierzę, że pierwszy film jaki obejrzę w tym roku, ba, w tej dekadzie, to będą Gwiezdne Wojny
Wyjdź za geeka, mówili. Bedzie fajnie, mówili.

Dobry kucharz, czyli jak wygrać z mężem

Jakieś dwa tygodnie temu, mój Kolega Małżonek poinformował mnie, że uważa się za dobrego kucharza. Zareagowałam na to dictum wybuchem szczerego śmiechu – no bo doprawdy, znamy się ponad 6 lat a ja jakoś tej cechy u niego nie zauważyłam. A jak już się pośmiałam pomyślałam sobie, że może by mu postawić jakieś wyzwanie kulinarne? W końcu dla mnie to idealna win-win situation: albo wyjdzie na moje, albo będzie dobre jedzenie. Ja tam nie mam złudzeń: kucharka ze mnie marna, za to uwielbiam mieć rację, więc kto na moim miejscu by nie skorzystał?
Zaczęłam delikatnie: w weekend byliśmy zaproszeni do koleżanki na składkowe spotkanie przedświąteczne, więc zasugerowałam, żeby to on przygotował nasz wkład (podczas gdy ja będę szykowała u rodziców świąteczny pasztet). W efekcie powstały świnki w kołderkach wzbogacone o ser (Szalony Naukowiec ze swoim zamiłowaniem do sera w każdej formie i postaci powinien był się urodzić w takiej na przykład Francji) oraz – przy mojej asyście – mousse au chocolat (no nie mówiłam?).
Wczoraj natomiast w naszej kuchni powstała cała masa ciasteczek (to już taka nasza tradycja świąteczna), a także – uwaga uwaga – sernik. Ja nigdy w życiu nie upiekłam żadnego ciasta więc jestem z nas dumna. Jak tak dalej pójdzie, może za rok Szalony Naukowiec wyczaruje mi pierogi z kapustą i grzybami?
Tym samym przygotowania gwiazdkowe wyszły u nas na ostatnią prostą, ale mimo tych wszystkich wypieków, ubranej choinki, a nawet nowych ślicznych dekoracji – ja jakoś wcale nie czuję Świąt. Bardzo bym chciała, żeby spadł śnieg, albo chociaż: temperatura, bo jak to tak szukać Pierwszej Gwiazdki przy +7 stopniach?
A Wy obchodzicie Święta? Jak u Was z przygotowaniami?