Walentynkowo i alpejsko

Lubicie Walentynki? Ja bardzo.
Co roku słyszę i czytam komentarze typu kochać należy każdego dnia a nie od święta raz do roku.

I wiecie co? Totalnie mnie nie przekonują. 
Pewnie, że kochać się należy codziennie. I miłość należy okazywać codziennie. Ale mówimy o świętowaniu, a tego z definicji nie da się robić codziennie („święto” – nadzwyczajne wydarzenie – za SJP). Tak samo jak jest się matką, ojcem, babcią, dziadkiem, nauczycielem itd. każdego innego dnia, a w niczym nie przeszkadza to nikomu w obchodzeniu odpowiedniego święta.
Uważam, że każdą dobrą rzecz warto celebrować i każda okazja ku temu jest dobra: Walentynki tak samo jak daty ważne tylko dla nas. A że w około pełno jest czekoladek, serduszek i czerwonych kwiatów? Jak dla mnie: fajnie.
No i każdy pretekst jest dobry żeby były prezenty.
W tym roku jednak, ja spędzę 14 lutego w towarzystwie Netflixa, podczas gdy moja gorsza połowa będzie dalej napawała się takimi oto krajobrazami:

Hintertux

Kariera naukowa ma wiele słabych stron. Problemy ze stabilnością zatrudnienia, przysłowiowo niskie płace na stanowiskach akademickich, konieczność uczenia, kilogramy papierologii związanej uzyskiwaniem grantów i tak dalej. Ale są też korzyści. Jedną z nich są konferencje. Naukowcy (Szaleni i nie) jeżdżą dzielić się swoimi naukowymi odkryciami z innymi naukowcami w różne naprawdę fajne miejsca. Mój mąż też jeździ. A ja czasami jeżdżę z nim.

Od kiedy jesteśmy ze sobą (a w sumie rok dłużej) regularnie każdego lutego, koledzy mojego męża urządzają konferencję w Austrii, w narciarskim kurorcie Hintertux położonym tuż koło lodowca. Już dwa razy miałam okazję tam być przy tej okazji i kocham to miejsce. Uwielbiam porośnięte lasem zbocza, zakończone skalistymi szczytami wzbijającymi się w niebo jak z pocztówki z Lazurowego Wybrzeża. Uwielbiam spacery po chrzęszczących od śniegu ścieżkach, których prawie spod niego nie widać. Uwielbiam absolutną ciemność jaka panuje tam w nocy. Uwielbiam to jak parę dróg wiodących zygzakiem wzdłuż zboczy na kilka godzin dziennie jest zamienianych na tory saneczkowe. Teraz żywię do tego miejsca jeszcze cieplejsze uczucia, gdyż właśnie tam się zaręczyliśmy.
Jestem okropnie rozczarowana, że w tym roku nie dałam rady pojechać (praca w korpo ma wiele plusów, ale ilość dni urlopowych nie za bardzo do nich należy) dlatego mam zamiar najbliższych 5 dni spędzić przeglądając zdjęcia z zeszłego roku.
Na początek widok na miasteczko i na jedną z takich ośnieżonych ścieżek wzdłuż strumienia.

Moja Marokańska Przygoda – odcinek 1: Początki

Wiecie, że z Szalonym Naukowcem praktycznie w ogóle nie przeszliśmy okresu randkowania?

Poznaliśmy się jakoś w maju albo czerwcu – żadne z nas nie pamięta za dobrze kiedy dokładnie. Był to dla mnie (jak się potem okazało: dla niego też) okres intensywnego życia towarzyskiego: sporo imprezowałam (podczas studiów jakoś nie miałam ku temu okazji) byłam zaangażowanym członkiem warszawskiego Couch Surfingu i współorganizowałam Tandem Evenings (wymiany językowe) – właśnie podczas jednej z takich wymian się poznaliśmy. Szalony Naukowiec przyszedł z kolegą z pracy i – co zabawne – z nich dwóch zapamiętałam jedną osobę: twarz jednego, a imię drugiego. Dość długo imię nie pasowało mi do człowieka z Maroka – nic dziwnego, było typowo włoskie.
Potem widywaliśmy się wielokrotnie na różnych takich grupowych spotkaniach, aż zbliżyliśmy się do siebie dopiero jakoś we wrześniu. W końcu zaprosił mnie na randkę, a ja się zgodziłam (nigdy nie byłam za bardzo asertywna – w tym wypadku na dobre mi to wyszło). Randka nie była za bardzo udana przez całą pierwszą połowę, dopiero potem jakoś się rozkręciła i zaczęło nam się fajnie gadać. Przez kolejne tygodnie utrzymywaliśmy dość intensywny kontakt głównie na komunikatorze (gadało się nadal fajnie), bo on akurat podróżował. Spotkaliśmy się raz czy dwa, kiedy był w Warszawie. A gdy wrócił i znowu się spotkaliśmy okazało się, że właśnie się przeprowadza. Pomiędzy końcem jednej umowy i początkiem kolejnej umowy miał dwa tygodnie przerwy. I wtedy wydarzyła się naprawdę dziwna rzecz: postąpiłam kompletnie nie w zgodzie ze swoją zachowawczą i ostrożną naturą i… Pomyślałam, że skoro oboje należymy do Couch Surfingu, to udostępnianie komuś kanapy jest tu kompletnie normalne. I zaproponowałam mu skorzystanie z mojej. Wymyśliłam sobie, że zwłaszcza, że to był akurat grudzień, Święta przecież miałam spędzać u rodziców, także nie byłoby mnie jakąś połowę tego czasu, więc nie byłoby dziwnie, prawda?

I w ten oto sposób w pewnym sensie po jakiś 5 randkach zamieszkaliśmy ze sobą. Powiedzmy.
Umówione dwa tygodnie minęły, a my nadal pomieszkiwaliśmy razem i naprawdę fajnie nam to wychodziło. Ale on wynajmował je jeszcze przez wiele miesięcy, żeby nie dokładać niepotrzebnej presji i żebyśmy oboje mieli wygodną i szybką drogę ewakuacyjną na wypadek, gdyby jednak ten pączkujący związek nie rozwinął się we właściwym kierunku.
A oto jedno z naszych pierwszych wspólnych arcydzieł kulinarnych. Odpowiedź na pytanie, kto odpowiadał za formę, a kto za treść pozostawiam domyślności czytelników.

Teoria Wielkiego Dopasowania

Trafiłam dziś na bardzo ciekawy artykuł. Autorka – terapeutka par – proponuje tematy na które należy porozmawiać, aby lepiej poznać (potencjalnego?) partnera, a także perspektywę jaką warto przyjąć poruszając te tematy i wyciągając wnioski. Wspomina zagadnienia od wyznawanych wartości przez relacje z rodziną, znajomymi i byłe związki, po preferowany styl życia i plany na przyszłość.
Jestem pełna zdziwienia, że takie rady są w ogóle potrzebne i jednocześnie, paradoksalnie, wcale mnie to nie zaskakuje.
Interesuję się psychologią, szczególnie psychologią związków. Kiedyś bardzo długo zastanawiałam się nad przepisem na udany związek. Im bardziej byłam nieszczęśliwa w pewnej relacji (kiedyś dawno, dawno temu) tym bardziej szukałam jakiegoś klucza, rozwiązania, które zapewniłoby jej sukces. Spoiler alert: nic z tego. Wreszcie, po bardzo długim czasie poszukiwań, lektur i rozmów doszłam do Wielkiego Odkrycia: nie ma recepty na udany związek.

Szokujące, prawda? 
Nie ma uniwersalnego przepisu który mówi, ile czasu należy ze sobą spędzać, ile seksu uprawiać i kiedy, ile smsów dziennie wysyłać, jaki podział ról zastosować żeby być szczęśliwym. Jedyna rzecz która ma znaczenie, jedyny klucz do dobrego szczęśliwego związku jest taki: 
Należy się DOPASOWAĆ
Nieważne czy nasz związek opiera się na symbiozie i spędzaniu ze sobą 95% wolnego czasu, czy może wolimy widywać się raz na tydzień, nieważne czy uprawiamy seks 3 razy dziennie czy 3 razy na kwartał, nieważne jak zarządzimy budżetem ani jak spędzamy wolny czas. Jedyne co się liczy, to żebyśmy się zgadzali w ważnych sprawach.
Dobranie się pod względem wyznawanych wartości, światopoglądu, preferowanego stylu życia, planów na przyszłość, posiadania dzieci, zarządzania budżetem i wszystkich innych ważnych spraw stanowi chyba najsolidniejszy fundament dla trwałego udanego związku, jaki może być. I przy okazji oszczędzi nam naprawdę wielu problemów i kryzysów w przyszłości. Oczywiście nie ma ludzi identycznych pod każdym względem, dlatego pewnie lepiej nie stawiać religii albo planów prokreacyjnych w tym samym rzędzie co skłonności do wrzucania skarpetek do kosza na pranie. Warto skupić się na sprawach najważniejszych (w pierwszej kolejności). 
A jeśli pod ich względem do siebie nie pasujemy to trzeba sobie zadać pytanie, czy warto się w ogóle w taką relację angażować? Czy jesteśmy gotowi iść na ustępstwa? Czy warto skazywać siebie i drugą osobę na ciągły brak zgody, spory i zgniłe kompromisy? Do podjęcia decyzji, że nie i odpuszczenia sobie takiej relacji potrzeba wiele siły, ale polecam takie rozwiązanie – na dłuższa metę bardzo ułatwia życie.
A wiecie co trzeba zrobić, żeby dobrać się z kimś dobrze? Trzeba go dobrze poznać. Nie tylko zauroczyć i zakochać, nie tylko gadać na messengerze, nie tylko miło spędzać czas na randkach czy imprezach, ale naprawdę dogłębnie poznać drugą osobę w bardzo wielu sytuacjach życiowych i poprzez wiele głębokich rozmów. Dlatego tak bardzo podoba mi się artykuł, o którym pisałam na początku.
O tym dlaczego tak naprawdę mnie nie zaskakuje, to że jest potrzebny napiszę następnym razem.
A tu artykuł znajdziecie TU:

Pech vs my 1:0

Siedzimy sobie wczoraj ok 17.30 i rozkładamy grę (znowu 7 Wonders Pojedynek jeśli kogoś to interesuje) i starając się wykorzystać na maksa ostatnie kilka godzin pozostałych do śmiesznej pory pobudki na samolot, kiedy rozbrzmiewa złowieszczy dzwonek telefonu. Oto linie lotnicze (inne niż poprzednio, dodajmy, że niemieckie) uprzejmie informują, że poranny lot Pechowego Naukowca został odwołany. Ale nie bój ziaby kochany pasażerze, zadzwoń do centrum obsługi, a ono rozwiąże twój problem.

Szkoda, że wspomniane centrum obsługi w niedziele działa do 17. Na szczęście niemieckie jest całodobowe, chociaż pewnie działałoby sprawniej gdyby odbierało telefony. Kolejne 2h upłynęły nam na próbach dodzwonienia się przeplatanych całkiem optymistyczną refleksją „no trudno, dzień w pracy i tak przepadł, przebukujmy zatem lot na wtorek rano i zyskamy wieczór dla siebie”. Kolejny sms od linii lotniczych rozwiał te nadzieje, informując, że Pechowy Naukowiec ma miejsce na kolejny lot. No trudno, papa wizjo gratisowego wieczoru, ale chociaż obędzie się bez pobudki o 4 nad ranem.
W sumie byłby prawie happy ending (pomijając pół straconego dnia w pracy), gdyby nie to, że ze względu na strajk, lot Pechowego Naukowca przekierowano na inne lotnisko w innym mieście.
Całe szczęście, że chociaż pracownicy Deutsche Bahn dochowują wiary stereotypom o niemieckiej solidności i punktualności.

Kot a drzwi

Kojarzycie tego mema o kocie i Brexicie?
Jest tak bardzo prawdziwy. Dziś rano zajmowałam się sobą w łazience. Drzwi były przymknięte, bo trochę wiało od otwartego w pokoju okna, ale niedomknięte. Mój kot zazwyczaj bez problemu w takiej sytuacji je sobie otwiera, toteż nie zdziwiłam się słysząc znajome gmeranie łapkami przy framudze. Tylko tym razem coś poszło nie tak i zamiast otworzyć, zamknęła. W tym momencie rozpoczął się koncert kociej muzyki ‚wpuść mnieeeeee’ muszę wejść do łazienki natentychmiast!!!’połączony z coraz bardziej gorączkowym przebieraniem pazurkami. Jako że Szalony Naukowiec odsypiał wczorajsze ekscesy, przerwałam zabiegi urodowe i poszłam otworzyć.
I co?
Nic.
Kot usiadł w drzwiach i popatrzył się na mnie z wyrazem ‚no ale o co ci chodzi’ na pyszczku. Złapałam ją wpół, wciągnęłam do łazienki i zamknęłam drzwi, a wtedy ona usiadła przed nimi i znowu rozdarła paszczę.
Jak to mówią Kot zawsze jest po niewłaściwej stronie zamkniętych drzwi.


No photo description available.

My vs Pech

Szalony Naukowiec jest człowiekiem ściągającym pecha jak magnes. Jedyny w całym samolocie zagubiony bagaż (i to w kraju tak uporządkowanym jak Szwajcaria)? Ponad godzinny korek na zawsze pustej drodze na lotnisko, przez który prawie spóźniliśmy się na samolot? Samochód zepsuty na środku autostrady w Maroku? Gra w piłkę nożną zakończona laserowym łataniem siatkówki? Wypadek na sankach, który o włos skończyłby się zjazdem w dół gęsto porośniętego drzewami alpejskiego zbocza? Telefon zgubiony podczas przeprowadzki, wieczorem tuż przed wyjazdem za granicę na miesiąc? Dziwna reakcja alergiczna na oku, która kosztowała nas 90 euro i 3 stracone godziny w Paryżu? Och, chwila – to akurat byłam ja. Ale alergia mogła być na niego. Lista jest długa
Kolejny atak pecha był tylko kwestią czasu.
Niedawno moja mama miała okrągłe urodziny. W ramach prezentu postanowiliśmy razem z moim ojcem zabrać ją na wycieczkę w miejsce, które sobie wymarzyła. Jest to o tyle problematyczne, że jednym z licznych mankamentów związku na odległość jest to, że każdy dzień urlopu jest na wagę złota i trzeba dokonywać niezłych akrobacji logistycznych żeby zoptymalizować ilość czasu spędzonego razem.
Do tego wyjazd z rodzicami jest dla nas transakcją wiązaną wymagająca synchronizacji wielu kalendarzy i wielu połączeń, bo Szalony Naukowiec musi najpierw przyjechać tu ze swojego Wygnania, abyśmy mogli wspólnie ruszyć w dalszą drogę. I jeszcze dodajmy, że mowa o okolicach długiego weekendu, więc wszystko musi być też skoordynowane z planami współpracowników. Swoją drogą ludzie z pracy patrzyli na mnie jak na wariatkę, kiedy pod koniec grudnia miałam już rozpisany cały urlop na następny rok i pytałam o ich plany na drugi kwartał. 
No i w tej właśnie sytuacji, kiedy dni wolne rozplanowane są co do jednego, kiedy bilety już kupione, grafik nieobecności w pracy w wybranym okresie ustalony, i rezerwacje hotelowe potwierdzone… linie lotnicze wchodzą całe na biało. Jest im niezmiernie przykro, ale zmienili harmonogram i własnie nasz lot niestety nie będzie miał miejsca. Możemy więc albo wyjechać na dzień krócej (co nie wchodzi w grę w przypadku wycieczki-prezentu), albo na dłużej, albo w ogóle pocałować się w nos.
W tym momencie klepię się mentalnie po ramieniu i myślę sobie, że najlepsze co mogli mi przekazać rodzice w genach, to pesymizm, skłonność do czarnowidztwa i głęboka wiara w prawa Murphy’ego. Dzięki temu, może niektórzy mnie mają za control-freaka, bo bywa że planuję różne rzeczy absurdalnym wyprzedzeniem, ale moje plany zawsze mają marginesy bezpieczeństwa oraz wersje B, C i D.
I dzięki temu cała nasza wieloosoba, wielolotowa konstrukcja zaledwie odrobinę chwieje się w posadach, zamiast całkowicie runąć. 
My vs Pech 1:0.

Powiedz mi gdzie chcesz jechać, a powiem ci kim jesteś

Dopiero co wróciliśmy z wyjazdu do Maroka i Barcelony z kompletem dokumentów i ogarnialiśmy w 7 tygodni listopadowy ślub cywilny, a tu już kończy się styczeń. A to oznacza, że już za 5 miesięcy z kawałkiem czeka nas ślub 2.0. Szczerze mówiąc w tej chwili nie mam ochoty o tym myśleć, jeden ślub stanowczo mi wystarczył. No ale skupmy się na pozytywach: ślub 2.0, czyli Ślub Główny, ślub totalnie po naszemu (a nie po urzędowemu albo marokańskiemu), charakteryzuje (miedzy innymi) mająca nastąpić zaraz po nim podróż poślubna. Więc zamiast myśleć o DJach, dekoracjach, zaproszeniach, butelkach wódki na głowę i czym tam jeszcze, myślę sobie o wymarzonych kierunkach.
To ciekawe, jak wymarzony kierunek podróży potrafi powiedzieć coś o człowieku. Jednych interesują wykwity cywilizacyjne jak Nowy Jork czy Singapur. Innych konkretne elementy historii czy kultury. Mnie najbardziej kręci natura. Na mojej podróżniczej bucket list znajdą się białe plaże z palmami i ośnieżone górskie szczyty, jaskinie, kaniony i wodospady. Norweskie fiordy, puszcza tropikalna w Amazonii, Sahara, solnisko na Atakamie, zorza polarna na Islandii, klifowe wybrzeża Irlandii, malediwskie atole i wielka rafa koralowa. A także safari fotograficzne w Kenii, parki małp, papug i słoni pływanie z delfinami, rezerwat tygrysów… i tak dalej.

A ponieważ kierunek naszej wyprawy jeszcze nie jest znany, a zima za oknem daje mi się trochę we znaki, wrzucam fotę z jednej z naszych pierwszych wspólnych podróży.
Oto Les Calanques: formacja geologiczna, którą można obejrzeć w południowej Francji, np w okolicach Marsylii (Park Narodowy Calanques). Niektórzy nazywają je śródziemnomorskimi fiordami: są to małe, trudno dostępne dolinki, wyszarpane w skałach tworzących linię brzegową i zalane wodą morską. Część z nich na końcu ma malutkie plaże, do których można dotrzeć wspinając się po wspomnianych skałach albo podpływając łódką.

Relacje z Rodziną z Importu

Wiecie co różni związek z facetem z importu od związku z facetem lokalnym?
Relacje z rodziną.
Fajnie jest nie mieć problemów „do kogo na święta” bo jedna para rodziców mieszka solidną ilość tysięcy kilometrów od nas. A może nawet nie obchodzi tych samych świąt. Nieco mniej fajnie, gdy z nowo nabytymi rodzicami ma się sporą barierę komunikacyjną. Staram się to potraktować jako inspirację do pracy nad swoim francuskim, ale póki co na staraniach się kończy. Z drugiej strony domyślam się, że niektórzy powiedzieliby że to i lepiej… hyhy. A jednak chciałabym móc z nimi normalnie rozmawiać.
Szalony Naukowiec – a więc tym samym i ja – oprócz rodziców ma jeszcze dwie siostry. One oczywiście płynnie mówią po angielsku, jedna z nich studiuje w Europe, a druga być może niedługo będzie tu pracować. No i mój mąż ostatnio zasugerował, że może mogłabym nawiązać z nimi nieco silniejszy kontakt. Znamy się już ponad trzy lata, dziewczyny są słodkie, urocze i bardzo życzliwe więc nic tylko nawiązywać, nie? Ale – jak zawsze – jest jedno „ale”. W tym wypadku: jak by to powiedzieć? Nie mamy za wielu punktów stycznych. Jasne, mamy pewnego mężczyznę, ale doprawdy ileż można gadać o jednym i tym samym facecie? Jeszcze żeby któraś z nas się w nim skrycie podkochiwała i próbowała go poderwać i miała 15 lat. Ale nie dość że ten konkretny egzemplarz dawno został poderwany i usidlony to jeszcze jest ich bratem – serio, nuda. Zainteresowań chyba podobnych za bardzo nie mamy (chociaż skąd miałabym to wiedzieć?), w dyskusje światopoglądowe (które uwielbiam) ciężko się wdać ot tak („hej, jak się masz, co u ciebie? Co myślisz o propozycji emerytur dla niepracujących matek 4 dzieci?”), plus to jednak siostry męża, lepiej by było uniknąć jakiś większych konfliktów ideologicznych. Do tego z powodów oczywistych nie możemy spędzać razem czasu. Więc co nam pozostaje?

Zastanawiając się nad możliwie najmniej niekomfortowym i niezręcznym sposobem spełnienia prośby małżonka, myślę sobie o tym, jak w ogóle budowałam ostatnio znajomości z koleżankami i wiecie co?
Wniosek jest jeden: potrzebujemy ludzi do obgadywania. 
Bo nic tak nie zbliża dziewczyn jak wspólne nielubienie innej dziewczyny (albo faceta – facet też da radę)