Z książki "Czując. Rozmowy o emocjach"

Czytam właśnie nową książkę i natrafiłam w niej na taką oto myśl:

„- … miłość w ogóle nie ma tak wiele wspólnego z uczuciami. Uczucia stanowią paliwo, są warunkiem koniecznym miłości (…) ale uczucia same w sobie nie wystarczą. Nie da się na nich zbudować czegoś trwałego. Mówi się, że faza zakochania, tego „porwania”, dzięki któremu wszystko jakby samo się dzieje, trwa od dwóch do czterech lat.
– To wiadomo, ale potem to uniesienie ustępuje miejsca chyba innym uczuciom – bliskości, przywiązaniu, przyjaźni, lojalności?
– Tylko żeby te inne uczucia „weszły” i dalej wiązały się z miłością, musi pani trochę popracować.
– Czyli pan uważa (…) że miłość to nie uczucie tylko działanie. Ale co to tak naprawdę znaczy?
– Ja to rozumiem tak, że zakochanie (…) to jest coś na kształt kredytu. Pewna szansa czy też okazja do tego, żeby zbudować coś solidniejszego. Zakochanie to nie jest miłość, to zaproszenie do niej.
W psychologii, to co się dzieje w psychice człowieka, dzieli się na dwa typy wydarzeń – „happenings”, czyli to co mu się przydarza, czego doznaje, czego jest obiektem i „doings”, czyli to, co robi, czemu może przypisać swoje sprawstwo i czego jest podmiotem. Patrząc z tej perspektywy zakochanie to jest czas dany ludziom po to, żeby kiedy ta relacja idzie łatwiej, nawzajem się siebie nauczyli i wypracowali pewne umiejętności, które pozwolą im przejść z „happenings” do „doings”, czyli do miłości, którą się czyni, którą się obdarowuje”. Jak się tego czasu nie wykorzysta, to on się w pewnym momencie skończy. Zazwyczaj bolesnym rozczarowaniem. (…)
jak ktoś rozumie, jaka jest natura zakochania i wykorzysta je, żeby zbudować relację opartą nie na chemicznym podrasowaniu, nie na paliwie uczuciowym, tylko na świadomych zobowiązaniach, to ma większą szansę stworzyć coś głębszego, trwalszego.”
„Czując. Rozmowy o emocjach”, Agnieszka Jucewicz

Obowiązki domowe a sprawa kozia

Kiedy z Szalonym Naukowcem zdecydowaliśmy się zaangażować we wspólne mieszkanie, zrobiliśmy to, co moim zdaniem każda para zrobić powinna (chociaż z lektur grup dyskusyjnych w internecie wnoszę, że większość wcale tego nie robi): usiedliśmy z kartką i długopisem, spisaliśmy wszystkie obowiązki domowe i dokonaliśmy podziału. Kierowaliśmy się swoimi preferencjami (ja nie znoszę odkurzać, ale mogę sprzątać łazienkę), częstotliwością danych aktywności (okien nie myje się tak często jak toalety) i ogólnym poczuciem sprawiedliwości. System, który wypracowaliśmy sprawdzał się przez te wszystkie lata całkiem dobrze.

Tyle słowem wstępu, a teraz historia właściwa.
Dziś mąż mój obwieścił mi, że chciałby zaplanować nowy podział obowiązków domowych na moment, kiedy wreszcie nasz okres Trochę-Tu-Trochę-Tam się skończy. Co więcej, mój mąż chciałby wziąć tych obowiązków więcej.
Sam z siebie.
Chce wziąć więcej obowiązków domowych.
Jestem poważnie zaniepokojona i podejrzewam podstęp.
Już słyszę uszami wyobraźni to wielkie ALE, które nastąpi na koniec.
„Kochanie, wezmę na siebie dodatkowo to i to, ALE rzucam pracę i zostaję house husband”
„Kochanie, wezmę na siebie dodatkowo to i to, ALE ty zajmij się kozami które mam zamiar hodować w salonie”.
Niestety czeka go srogie rozczarowanie. Nigdy się nie zgodzę na hodowlę kóz w salonie, każdy wie, że łazienka jest lepszym miejscem.

Dzielenie się

Mówią, że w związku trzeba się dzielić. W sumie nie mam nic przeciwko. Mogę się z Szalonym Naukowcem dzielić sekretami, pomysłami na spędzanie wolnego czasu, swoimi przemyśleniami, a nawet miejscem w łóżku (chociaż on twierdzi, że wcale tak nie jest). Bardzo chętnie dzielę się z nim takimi rzeczami jak obowiązki domowe albo sprzątanie kuwety. Mniej chętnie swoim ulubionym jedzeniem (no ale się dzielę! czasami).
Mój mąż także się ze mną dzieli: na przykład emocjami gdy jego ulubiona Barca wygrywa albo przegrywa (tym akurat dzieli się chyba również ze wszystkimi sąsiadami), swoim ulubionym winem i śmierdzącym serem (ble). Chętnie dzieli się ze mną swoim pechem i przygodami wizowo-pobytowymi.
Jeśli jeszcze ktoś miałby wątpliwości, które z nas lepiej wychodzi na tym związku:
Kilka dni temu podzielił się ze mną… wirusem. I to jeszcze był tak hojny, że oddał mi go chyba w większości: on kichnął parę razy i jest świeży i rześki jak ogórek, podczas gdy ja… powiedzmy, że dmuchając nos odkryłam istnienie mięśni twarzoczaszki, o których istnieniu nie miałam pojęcia całe swoje życie.
Ale wiecie co? Jest takie powiedzenie, że kobieta oddaje dziesięciokrotność wszystkiego co jej się ofiarowało. Także ten.

Image may contain: 1 person

O ślubie i małżeństwie

Dziś mija rok od kiedy z Szalonym Naukowcem się zaręczyliśmy. W scenerii, którą ostatnio pokazywałam na blogu, u stóp Tyrolskiego lodowca, pod lazurowym niebem, otoczeni śniegiem skrzącym się w promieniach słońca.
Jeszcze rok i jeden dzień temu nawet nie myślałam o ślubie, a dziś jesteśmy już ponad 3 miesiące po nim.
Jakie to wszystko dziwne.

Nigdy nie przykładałam zbyt dużej wagi do małżeństwa. Nie podzielam przekonania niektórych,że jest ono nadrzędną formą związku między kobietą, a mężczyzną, że jest celem, albo wartością samą w sobie. Uważam, że pewne poziomy rozwoju i związku emocjonalnego ludzie są w stanie osiągnąć tylko w stałym, długotrwałym związku. Wierzę, że stały (dobry) związek jest wartością w życiu człowieka. I uważam, że aby mógł się w pełni rozwinąć nie wystarczy samo bycie ze sobą, ale potrzebne jest zadeklarowane zaangażowanie.
To czy ta deklaracja będzie miała miejsce pod drzewem w lesie, w kościele, w urzędzie czy gdziekolwiek indziej ma mniejsze znaczenie. A przynajmniej tak myślałam jakiś czas temu. Potem doszłam do wniosku, że chyba nie każda deklaracja deklaracji równa. Że deklaracje publiczne, przy świadkach, mają często inny ciężar gatunkowy, niż te wyszeptane do ucha (choć na pewno nie w każdym przypadku).
No i zawsze wierzyłam w moc rytuałów przejścia. Nie jestem antropologiem, ale wydaje mi się, że nie ma cywilizacji, która nie wytworzyła jakiejś formy rytuałów zaznaczających koniec pewnego etapu i przenoszących człowieka do kolejnego. Postrzyżyny, koronacja, zaprzysiężenie, pasowanie na rycerza, pasowanie na pierwszaka, uroczyste zakończenie szkoły/studiów. No i ślub.
Moment w którym podejmujemy (chociaż tak naprawdę: deklarujemy, bo decyzja została podjęta wcześniej) decyzję, że chcemy spędzić resztę życia z tą drugą osobą to moment, kiedy związek przechodzi na kolejny, wyższy poziom. I jest to w pewnym sensie początek nowego etapu w życiu – bo mimo, że związek trwa już jakiś czas, decyzja o tym, że to już będzie NA ZAWSZE zmienia perspektywę.
Mimo najgorętszych uczuć inaczej funkcjonujemy w związku, w którym mamy otwarte drzwi, niż w związku, w którym takich drzwi nie ma. I nie mówię tu o tym, że łatwiej się rozstać niż rozwieźć, ale o nastawieniu do ślub z myślą „przecież zawsze można się rozwieść”, które psychologicznie w moich oczach bardzo niewiele się różni od związku bez żadnej deklaracji na przyszłość.
Dlatego doszłam do wniosku, że warto ten początek nowego etapu w związku i w życiu zaakcentować, zaznaczyć, dokonać tego symbolicznego przejścia, ubrać tę deklarację w formę obietnicy, złożyć ją przy świadkach (jednak obecność świadków zawsze zwiększa wiarygodność wszystkiego, czy w to w sądzie czy przy spisywaniu testamentu w kryminałach). A że żyjemy w konkretnym systemie prawnym, równie dobrze możemy zrobić to w sposób przez niego przewidziany. Gdybyśmy byli religijni, pewnie chcielibyśmy zrobić to w sposób przewidziany przez religię, no ale nie jesteśmy. Można to zrobić też całkowicie i zupełnie po swojemu bez urzędników i duchownych: i o to właśnie chodzi w Ślubie Numer Dwa.
Do tych wszystkich wniosków dochodziłam stopniowo. Był to raczej powolny proces, podczas którego wiele razy można było usłyszeć mnie mówiącą „pewnie nigdy nie wyjdę za mąż” albo „ślub mi do niczego nie potrzebny”. A potem przyszedł 24 lutego, Szalony Naukowiec zadał pytanie, na które ja – jak to ja – odpowiedziałam „myślę, że tak”.
W tej chwili nie pamiętam już, czy w tym momencie te wszystkie przemyślenia już były całkiem skrystalizowane, czy nabrały ostatecznego kształtu trochę później, ale wkładając po raz pierwszy na palec pierścionek z tanzanitem, wiedziałam, że właśnie uczyniliśmy pierwszy krok ku przejściu od „jesteśmy razem i jest fajnie” do „będziemy razem już na zawsze”.

Gierki w związku

Podsumowanie weekendu:


Jeden spóźniony wieczór walentynkowy, dwa spotkania ze znajomymi, jedno spotkanie z rodzicami, dwa seanse w kinie, dwa seanse planszówkowe, 3 kolacje na mieście i jeden brunch, morze wypitego alkoholu oraz jeden zestaw wstępnie zamówionych zaproszeń na Ślub Numer Dwa.
Tak to jest jak trzeba zmieścić dwa tygodnie w trzech dniach.
A z innej beczki:
Jestem wielką fanką grup dyskusyjnych. Kiedyś to były fora, teraz to grupy na fb: z zainteresowaniem śledzę najróżniejsze. Dziś przeczytałam posta dziewczyny, która opisała wymianę korespondencji smsowej ze swoim facetem, gdy ten odwołał randkę i zapytała jak odpisać i zareagować: czy wyrazić pretensje, czy może je odpuścić? Czy być chłodną? Czy ona w ogóle ma prawo w tej sytuacji mieć pretensje? Umówić się z nim w przyszłym tygodniu, czy właśnie nie?
Tak sobie myślę, że kilka lat temu (no, tak bardziej z 10-12) zadawałam dokładnie takie same pytania: czy mam prawo mieć pretensje, że on nie zadzwonił, skoro wiem, że był zmęczony po pracy a za kilka godzin miał kolejną zmianę? Czy powinnam powiedzieć, ze mi się nie podobało jego zachowanie, czy odpuścić żeby nie wyjść na upierdliwą marudę? I tak dalej.
Borze szumiący, ależ to było męczące!
Zajęło mi dużo czasu żeby dojść do tego, że w związku nie powinno być potrzeby uprawiania takich gierek. W dobrym związku możesz być sobą, mówisz o swoich uczuciach i potrzebach oraz przyjmujesz uczucia i potrzeby drugiej osoby. Nie stosujesz zagrywek i strategii żeby uzyskać jakiś efekt, bo jeśli czegoś chcesz możesz o tym po prostu powiedzieć a druga osoba da Ci to, jeśli tylko będzie w stanie, bo zależy jej na Twoim szczęściu.
Jeśli czasami wolisz spotkać się z koleżankami/on woli się spotkać z kolegami niż iść na randkę możecie to zrobić i nikt nie będzie strzelał fochów, bo i tak na koniec dnia opowiecie sobie o tym myjąc zęby przed spaniem. To znaczy: tak jest u nas, może u kogoś innego jakaś ona i jakiś on oboje wolą nie spotkać się ze znajomymi tylko razem oglądać serial – i to też jest fajne. 
Chodzi o to, że każdy może robić to co jest dla niego ważne bo na te ważne rzeczy w związku powinno być miejsce. Nikt nie musi przygotowywać strategii kar i nagród żeby on zaczął wykonywać swoją część domowych obowiązków, albo sprawdzać wyciągów z kart kredytowych bo ona po kryjomu wydaje za dużo na buty – bo jesteście dorosłymi ludźmi, którzy poradzą wspólne życie za które oboje są odpowiedzialni.
Jakie to wspaniałe uczucie!
I wiecie co? To się zaczyna już na etapie randkowania.
Pamiętacie jak przedstawiałam swoją Teorię Wielkiego Dopasowania? Dlatego nauczyłam się, że warto być sobą i od samego początku nic nie udawać. Jaki ma sens przestrzeganie tych wszystkich zasad, odczekiwanie przepisowej liczby minut/godzin/dni żeby przeczytać wiadomość/odpisać/zaproponować kolejne spotkanie? Pytanie oczywiście jest retoryczne: strategie te mają na celu „wygranie” pierwszych randek i wywołanie u drugiej osoby zaangażowania. Tylko jaki to ma sens jeśli tej osobie spodoba się ktoś kogo tylko udajemy?
Chcesz esemesować cały dzień? Rób to. Jeśli on należy do ludzi, którzy sprawdzają telefon raz na 3 dni: lepiej żebyście się dowiedzieli o tej niezgodności wcześniej. Jeśli on chce zadzwonić i usłyszeć twój głos to niech po prostu to zrobi zamiast czekać aż miną 3 dni od ostatniej randki. Tym sposobem, jeśli ty na dźwięk słów „chciałem cie tylko usłyszeć” w środku dnia pracy dostajesz gęsiej skórki – dostaniesz jej teraz, zanim się zaangażowałaś, a nie później.
Jak mówiłam, dużo czasu zajęło mi dojście do tych (i paru innych) wniosków. A jak już do nich doszłam, trafiłam na mężczyznę, który myślał tak samo i tak już zostało.

Walentynkowo i alpejsko

Lubicie Walentynki? Ja bardzo.
Co roku słyszę i czytam komentarze typu kochać należy każdego dnia a nie od święta raz do roku.

I wiecie co? Totalnie mnie nie przekonują. 
Pewnie, że kochać się należy codziennie. I miłość należy okazywać codziennie. Ale mówimy o świętowaniu, a tego z definicji nie da się robić codziennie („święto” – nadzwyczajne wydarzenie – za SJP). Tak samo jak jest się matką, ojcem, babcią, dziadkiem, nauczycielem itd. każdego innego dnia, a w niczym nie przeszkadza to nikomu w obchodzeniu odpowiedniego święta.
Uważam, że każdą dobrą rzecz warto celebrować i każda okazja ku temu jest dobra: Walentynki tak samo jak daty ważne tylko dla nas. A że w około pełno jest czekoladek, serduszek i czerwonych kwiatów? Jak dla mnie: fajnie.
No i każdy pretekst jest dobry żeby były prezenty.
W tym roku jednak, ja spędzę 14 lutego w towarzystwie Netflixa, podczas gdy moja gorsza połowa będzie dalej napawała się takimi oto krajobrazami:

Hintertux

Kariera naukowa ma wiele słabych stron. Problemy ze stabilnością zatrudnienia, przysłowiowo niskie płace na stanowiskach akademickich, konieczność uczenia, kilogramy papierologii związanej uzyskiwaniem grantów i tak dalej. Ale są też korzyści. Jedną z nich są konferencje. Naukowcy (Szaleni i nie) jeżdżą dzielić się swoimi naukowymi odkryciami z innymi naukowcami w różne naprawdę fajne miejsca. Mój mąż też jeździ. A ja czasami jeżdżę z nim.

Od kiedy jesteśmy ze sobą (a w sumie rok dłużej) regularnie każdego lutego, koledzy mojego męża urządzają konferencję w Austrii, w narciarskim kurorcie Hintertux położonym tuż koło lodowca. Już dwa razy miałam okazję tam być przy tej okazji i kocham to miejsce. Uwielbiam porośnięte lasem zbocza, zakończone skalistymi szczytami wzbijającymi się w niebo jak z pocztówki z Lazurowego Wybrzeża. Uwielbiam spacery po chrzęszczących od śniegu ścieżkach, których prawie spod niego nie widać. Uwielbiam absolutną ciemność jaka panuje tam w nocy. Uwielbiam to jak parę dróg wiodących zygzakiem wzdłuż zboczy na kilka godzin dziennie jest zamienianych na tory saneczkowe. Teraz żywię do tego miejsca jeszcze cieplejsze uczucia, gdyż właśnie tam się zaręczyliśmy.
Jestem okropnie rozczarowana, że w tym roku nie dałam rady pojechać (praca w korpo ma wiele plusów, ale ilość dni urlopowych nie za bardzo do nich należy) dlatego mam zamiar najbliższych 5 dni spędzić przeglądając zdjęcia z zeszłego roku.
Na początek widok na miasteczko i na jedną z takich ośnieżonych ścieżek wzdłuż strumienia.

Moja Marokańska Przygoda – odcinek 1: Początki

Wiecie, że z Szalonym Naukowcem praktycznie w ogóle nie przeszliśmy okresu randkowania?

Poznaliśmy się jakoś w maju albo czerwcu – żadne z nas nie pamięta za dobrze kiedy dokładnie. Był to dla mnie (jak się potem okazało: dla niego też) okres intensywnego życia towarzyskiego: sporo imprezowałam (podczas studiów jakoś nie miałam ku temu okazji) byłam zaangażowanym członkiem warszawskiego Couch Surfingu i współorganizowałam Tandem Evenings (wymiany językowe) – właśnie podczas jednej z takich wymian się poznaliśmy. Szalony Naukowiec przyszedł z kolegą z pracy i – co zabawne – z nich dwóch zapamiętałam jedną osobę: twarz jednego, a imię drugiego. Dość długo imię nie pasowało mi do człowieka z Maroka – nic dziwnego, było typowo włoskie.
Potem widywaliśmy się wielokrotnie na różnych takich grupowych spotkaniach, aż zbliżyliśmy się do siebie dopiero jakoś we wrześniu. W końcu zaprosił mnie na randkę, a ja się zgodziłam (nigdy nie byłam za bardzo asertywna – w tym wypadku na dobre mi to wyszło). Randka nie była za bardzo udana przez całą pierwszą połowę, dopiero potem jakoś się rozkręciła i zaczęło nam się fajnie gadać. Przez kolejne tygodnie utrzymywaliśmy dość intensywny kontakt głównie na komunikatorze (gadało się nadal fajnie), bo on akurat podróżował. Spotkaliśmy się raz czy dwa, kiedy był w Warszawie. A gdy wrócił i znowu się spotkaliśmy okazało się, że właśnie się przeprowadza. Pomiędzy końcem jednej umowy i początkiem kolejnej umowy miał dwa tygodnie przerwy. I wtedy wydarzyła się naprawdę dziwna rzecz: postąpiłam kompletnie nie w zgodzie ze swoją zachowawczą i ostrożną naturą i… Pomyślałam, że skoro oboje należymy do Couch Surfingu, to udostępnianie komuś kanapy jest tu kompletnie normalne. I zaproponowałam mu skorzystanie z mojej. Wymyśliłam sobie, że zwłaszcza, że to był akurat grudzień, Święta przecież miałam spędzać u rodziców, także nie byłoby mnie jakąś połowę tego czasu, więc nie byłoby dziwnie, prawda?

I w ten oto sposób w pewnym sensie po jakiś 5 randkach zamieszkaliśmy ze sobą. Powiedzmy.
Umówione dwa tygodnie minęły, a my nadal pomieszkiwaliśmy razem i naprawdę fajnie nam to wychodziło. Ale on wynajmował je jeszcze przez wiele miesięcy, żeby nie dokładać niepotrzebnej presji i żebyśmy oboje mieli wygodną i szybką drogę ewakuacyjną na wypadek, gdyby jednak ten pączkujący związek nie rozwinął się we właściwym kierunku.
A oto jedno z naszych pierwszych wspólnych arcydzieł kulinarnych. Odpowiedź na pytanie, kto odpowiadał za formę, a kto za treść pozostawiam domyślności czytelników.

Teoria Wielkiego Dopasowania

Trafiłam dziś na bardzo ciekawy artykuł. Autorka – terapeutka par – proponuje tematy na które należy porozmawiać, aby lepiej poznać (potencjalnego?) partnera, a także perspektywę jaką warto przyjąć poruszając te tematy i wyciągając wnioski. Wspomina zagadnienia od wyznawanych wartości przez relacje z rodziną, znajomymi i byłe związki, po preferowany styl życia i plany na przyszłość.
Jestem pełna zdziwienia, że takie rady są w ogóle potrzebne i jednocześnie, paradoksalnie, wcale mnie to nie zaskakuje.
Interesuję się psychologią, szczególnie psychologią związków. Kiedyś bardzo długo zastanawiałam się nad przepisem na udany związek. Im bardziej byłam nieszczęśliwa w pewnej relacji (kiedyś dawno, dawno temu) tym bardziej szukałam jakiegoś klucza, rozwiązania, które zapewniłoby jej sukces. Spoiler alert: nic z tego. Wreszcie, po bardzo długim czasie poszukiwań, lektur i rozmów doszłam do Wielkiego Odkrycia: nie ma recepty na udany związek.

Szokujące, prawda? 
Nie ma uniwersalnego przepisu który mówi, ile czasu należy ze sobą spędzać, ile seksu uprawiać i kiedy, ile smsów dziennie wysyłać, jaki podział ról zastosować żeby być szczęśliwym. Jedyna rzecz która ma znaczenie, jedyny klucz do dobrego szczęśliwego związku jest taki: 
Należy się DOPASOWAĆ
Nieważne czy nasz związek opiera się na symbiozie i spędzaniu ze sobą 95% wolnego czasu, czy może wolimy widywać się raz na tydzień, nieważne czy uprawiamy seks 3 razy dziennie czy 3 razy na kwartał, nieważne jak zarządzimy budżetem ani jak spędzamy wolny czas. Jedyne co się liczy, to żebyśmy się zgadzali w ważnych sprawach.
Dobranie się pod względem wyznawanych wartości, światopoglądu, preferowanego stylu życia, planów na przyszłość, posiadania dzieci, zarządzania budżetem i wszystkich innych ważnych spraw stanowi chyba najsolidniejszy fundament dla trwałego udanego związku, jaki może być. I przy okazji oszczędzi nam naprawdę wielu problemów i kryzysów w przyszłości. Oczywiście nie ma ludzi identycznych pod każdym względem, dlatego pewnie lepiej nie stawiać religii albo planów prokreacyjnych w tym samym rzędzie co skłonności do wrzucania skarpetek do kosza na pranie. Warto skupić się na sprawach najważniejszych (w pierwszej kolejności). 
A jeśli pod ich względem do siebie nie pasujemy to trzeba sobie zadać pytanie, czy warto się w ogóle w taką relację angażować? Czy jesteśmy gotowi iść na ustępstwa? Czy warto skazywać siebie i drugą osobę na ciągły brak zgody, spory i zgniłe kompromisy? Do podjęcia decyzji, że nie i odpuszczenia sobie takiej relacji potrzeba wiele siły, ale polecam takie rozwiązanie – na dłuższa metę bardzo ułatwia życie.
A wiecie co trzeba zrobić, żeby dobrać się z kimś dobrze? Trzeba go dobrze poznać. Nie tylko zauroczyć i zakochać, nie tylko gadać na messengerze, nie tylko miło spędzać czas na randkach czy imprezach, ale naprawdę dogłębnie poznać drugą osobę w bardzo wielu sytuacjach życiowych i poprzez wiele głębokich rozmów. Dlatego tak bardzo podoba mi się artykuł, o którym pisałam na początku.
O tym dlaczego tak naprawdę mnie nie zaskakuje, to że jest potrzebny napiszę następnym razem.
A tu artykuł znajdziecie TU: