Język w związkach mieszanych

Jeśli zapytać ludzi, co według nich jest najważniejsze dla dobrego funkcjonowania związku, pada wiele różnych odpowiedzi, ale jedną z najczęstszych jest komunikacja. I to jest prawda – skuteczna, konstruktywna komunikacja, która nie tylko pozwala nam poznać drugą osobę, ale także budować więź i rozwiązywać konflikty, to absolutna podstawa – nie tylko w związku, ale w ogóle w relacjach międzyludzkich.

Jest wiele błędów, które ludzie popełniają w procesie komunikacji i które powodują między nimi problemy. Żeby wymienić tylko kilka: brak skupienia na rozmówcy, nadmierne uogólnienia (zawsze, nigdy), komunikaty typu ty a nie typu ja (ty nigdy niczego nie proponujesz  zamiast chciałabym żebyś coś zaproponował), komunikacja ad personam zamiast skupiania się na zachowaniach, przerzucanie się winą, brak szacunku, niesłuchanie partnera, brak dbałości o precyzję wypowiedzi, oczekiwanie, że druga osoba sama się domyśli o co nam chodzi – lista jest długa.

To na czym ja chciałabym się dziś skupić to zupełnie inna sprawa. Komunikację można ćwiczyć i rozwijać, ale podstawowym warunkiem żeby w ogóle miała ona szansę zaistnieć na poziomie werbalnym jest wspólny język. Sprawa oczywista i naturalna dla większości, ale nie dla par mieszanych.

Jeśli by mnie ktoś spytał o zdanie (nikt nie pyta, ale to mój blog więc i tak się wypowiem), komunikacja jest jedną z największych pułapek jeśli chodzi o związki mieszane, w których przypadku zazwyczaj przynajmniej jedna strona nie korzysta z języka ojczystego. A często i obie. Nie musi to oczywiście z definicji oznaczać problemów, ale powiedzmy to wprost:

pewien  poziom znajomości wspólnego języka jest po prostu niezbędny aby móc nawiązać relację na głębszym, intelektualnym poziomie.

My z Szalonym Naukowcem od samego początku porozumiewamy się po angielsku. Stopniowo dochodzi coraz więcej polskiego, zbudowaliśmy też przez lata taki nasz własny język, ale jednak bazą jest angielski. Oboje także pracujemy w tym języku i znamy go na poziomie C1+, czyli można powiedzieć: płynnie. A jednak zdarzają się momenty, w których odczuwam dyskomfort wynikający z braku stuprocentowej swobody w oddawaniu pewnych subtelności i niuansów, które mogłabym bez kłopotu wyrazić po polsku. Oczywiście potrafię bez problemu przekazać to co chcę, ale czasem muszę zrobić to w inny (dłuższy, bardziej opisowy sposób) niż bym chciała. A to też wpływa na dynamikę interakcji – zwłaszcza kłótnia może stracić trochę na impecie. A kto by tego chciał, prawda?
I to mnie uwiera jak kamyk w bucie.

Czasem natykam się w internecie na fragmenty komunikacji po angielsku różnych par i szokuje mnie to co widzę. Nie będę tu przytaczała przykładów, ale

szczerze wątpię, że można dobrze i głęboko poznać drugą osobę razem z jej światopoglądem, opiniami i przemyśleniami posługując się językiem na poziomie średnio-zaawansowanym i mieszając podstawowe czasy, tryby i słówka.

Wiem, że niektórzy by się ze mną nie zgodzili. Wiem, że są osoby, które uważają, że gramatyka nie ma aż takiego znaczenia (nieważne czy powiem I love you very much czy I very love you – i tak wiadomo o co chodzi), że świetnie się dogadują pomimo mielizny językowej bo najważniejsza jest miłość albo on mnie rozumie bez słów. Ewentualnie przecież jest google translator. (Serio, próbowaliście kiedyś gadać z kimś, kto używa google translatora? Ja próbowałam i mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o rozumienie, co autor miał na myśli to jest to w sporym stopniu zgadywanka).

No ale nie. Dopóki gadamy o pierdołach, o tym kto lubi jakie danie albo jakie lody – spoko. Jeśli jednak rozważamy bycie z kimś i wspólną przyszłość, rozmowa w której czas przyszły miesza się z przeszłym a tryb przypuszczający z oznajmującym po prostu nie jest wystarczająca. Już nawet nie wspominając o tym jak zasób słownictwa na poziomie czterech czy pięciu tysięcy ma się do bogactwa i złożoności ludzkich myśli. Nie da się rozmawiać o wartościach i ideach mówiąc Kali jeść, Kali pić, a samo habibi ajlowju to jednak słaby fundament relacji na całe życie.

A gramatyka i słownictwo to przecież dopiero podstawa, język niesie ze sobą całą masę tonów, subtonów, kontekstów kulturowych, podtekstów i tak dalej. To samo zdanie (nawet poprawnie zrozumiane), może mieć całkiem inny wydźwięk w dwóch różnych językach. Takie subtelności są wystarczająco trudne i same w sobie wymagają pewnej ostrożności, szacunku, otwartości na drugą osobę i brania pod uwagę dość sporego marginesu błędu. Trzeba ciągle mieć na uwadze (jeszcze bardziej niż w języku ojczystym), że rozmówca może mieć na myśli co innego niż my, że jego interpretacja może być całkiem odmienna od naszej. Na przykład mój mąż uważa za niezwykle urocze nazywanie mnie My Little Pumpkin. A dla mnie Moja Mała Dyńko  nie brzmi ani trochę uroczo…
W każdym razie, to jest dość trudne samo w sobie, bez biegłości w narzędziach jakimi są słownictwo i gramatyka naprawdę za daleko się nie dojdzie.

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze tego wszystkiego nie wiedziałam, miałam chłopaka z innego kraju. Już parę razy na pewno czytaliście o tym toksycznym związku, chociażby tu. Poza wszystkim innym szwankował on dość mocno (związek, nie były, chociaż on też) na poziomie językowym. Podam Wam przykład do jakich absurdalnych sytuacji dochodziło z tego powodu:

On oczekiwał, że czegoś tam się domyślę. Ja się naturalnie nie domyśliłam i chciałam mu powiedzieć że przecież nie jestem wróżką żeby się domyślać. Nie znałam jednak/nie pamiętałam jak jest „wróżka” więc w ferworze sporu zastąpiłam to słowo pierwszym jakie mi przyszło do głowy czyli prophet. Dla mnie miało to sens, natomiast mój (muzułmański) chłopak potwornie się oburzył. Kłóciliśmy się dość długo zanim w ogóle zrozumiałam, że jemu chodzi o to, że powiedziałam coś negatywnego o Proroku…
Tak, to jest dobre miejsce na facepalm.

Podsumowując. Język jest superważny! Jasne, to rzecz nabyta, zawsze można się go nauczyć, douczyć, podszkolić i ogólnie rozwinąć (to świetnie, że nowa znajomość motywuje do rozwoju!). Ale podejmowanie decyzji o wymiarze życiowym (jak ślub) zanim to nastąpi naprawdę nie jest dobrym pomysłem.

Jędza-wariatka na skale

Czasami, kiedy myślę o sobie i swoim mężu mam taką wizję bardzo wzburzonego morza, gdzie wysokie fale, wręcz spienione bałwany, rozbijają się o pojedynczą niewzruszoną skałę.
Chcecie wiedzieć skąd ta wizja?
Czytajcie.

Może sobie pochlebiam, ale uważam się za osobę raczej racjonalną i ogólnie wykazującą się w życiu sporo rozsądku. Są jednak takie momenty, kiedy totalnie tracę te cechy i zmieniam się w jędzę-wariatkę. Zazwyczaj po fakcie, kiedy odzyskuję swój zwykły poziom funkcji intelektualnych, zastanawiam się jakim cudem Szalony Naukowiec ma wystarczające zasoby cierpliwości, żeby to wytrzymywać? Ja na pewno bym nie miała.

Jeden z takich momentów miał miejsce wczoraj.
Żebyście lepiej zrozumieli dynamikę wydarzeń zacznę od krótkiego wprowadzenia:

otrzymałam niedawno propozycję wystąpienia w pewnej telewizji śniadaniowej.

W ogóle się tego nie spodziewałam, nigdy nie brałam pod uwagę „kariery” telewizyjnej, moim medium zdecydowanie jest słowo pisane. Poza tym ni należę do osób dobrze funkcjonujących w stresie, a ten niewątpliwie powoduje u mnie kamera wycelowana w moją twarz.

Propozycja zaatakowała mnie zza węgła i od kiedy padła, w mojej głowie trwa gwałtowna i raczej chaotyczna debata, która chyba tymczasowo upośledziła moją możliwość podejmowania jakichkolwiek decyzji: od tego, co chcę na śniadanie, przez to w co się ubrać i czy iść do kina – po decyzję, czy zaszczycić wspomnianą śniadaniówkę swoją obecnością. Jest to stan, który wprawia mnie w silny niepokój i ogólne poczucie, że nie wiem czego chcę (którego bardzo nie lubię), a towarzyszy mu dodatkowo stres antycypacyjny związany z samą wizją pojawiania się na wizji (hyhy). Poza tym ogólnie czuję się zmęczona i sfrustrowana, brakuje mi życia towarzyskiego, podróży, wakacji. Więc sami rozumiecie, że moja forma psychiczna odbiega od szczytowej.
Tyle tytułem wstępu przejdźmy do historii właściwej.
Jakiś czas temu wymyśliliśmy z Szanownym Naukowcem, że fajnie byłoby znowu pochodzić na randki. Wczoraj właśnie miał być Ten Dzień, a mój mąż zarezerwował stolik w swojej absolutnie ukochanej restauracji oraz zaproponował żebyśmy po raz pierwszy od pandemii wybrali się też do kina. Zanim zapanował COVID byli z nas nieźli kinomani i obojgu nam brakuje tej rozrywki. Problem zaczął się już na tym etapie, ponieważ pozbawiona umiejętności podjęcia decyzji wersja mnie, nie potrafiła określić, czy chce, czy nie chce.
– Nie pytaj mnie o zdanie, przecież wiesz, że dziś nie potrafię nawet określić, co zjeść na śniadanie, ty zdecyduj – powiedziałam Szalonemu Naukowcowi gdy po raz piąty zapytał mnie o to samo.
No to zdecydował.
I wtedy się zaczęło.
Najpierw odpalił mi się skrypt Nie wiem co na siebie włożyć.
Na swoją obronę powiem tylko, że:
a. moja letnia szafa składa się w znacznej większości z trzech kategorii ciuchów: do pracy (czyli: niezbyt wygodne i nie lubię), na wakacje i „nadzieja na lepsze czasy lub naiwność”.
b. mówimy o dniu, w którym w Warszawie było jakieś 35 stopni w słońcu, w kinie zapewne 15 (zawsze przesadzają z klimatyzacją), a restauracja, którą wybrał mój mąż należy do tych, w których człowiek nie czuje się do końca komfortowo w szortach i kusej koszulce na ramiączkach.
Dylemat był oczywisty, wielki i zdecydowanie ponad moje możliwości: założyć wspomniane szorty i koszulkę i tym samym uniknąć upieczenia się na ulicy, ale narazić na zamarznięcie w kinie lub pod wpływem zimnych, krytycznych spojrzeń obsługi restauracji? Nosić ze sobą bluzę, która zabezpieczy przed pierwszym, ale nie przed drugim? Ubrać się przyzwoiciej (czytaj: mniej przewiewnie i mniej wygodnie)?
Do tego doszło jeszcze rozszerzenie skryptu zatytułowane: w niczym dobrze nie wyglądam, powinnam chodzić w worku na kartofle
W tym momencie doszłam do wniosku, że w sumie to po co my właściwie idziemy do tego głupiego kina i jeszcze głupszej restauracji, skoro moglibyśmy zostać w domu w domowych ciuchach i z netflixem i UberEatsem?
– Po cholerę w ogóle mnie ciągniesz do tego kina, przecież ty nawet nie chcesz oglądać tego filmu*?? Potem będziesz mi miesiącami wypominał, że masz po nim traumę!** – zakrzyknęłam więc do męża, kiedy już – po dość długiej dyskusji – byłam mniej więcej wyszykowana do wyjścia.
– Ok, nie musimy iść do kina, jeśli nie chcesz. Chodźmy na spacer – odparł on.
– No chyba oszalałeś, nie będziesz mi teraz robił wody z mózgu!!! – zgarnęłam bluzę i wypadłam z mieszkania trzaskając drzwiami.
Mąż podążył za mną.
Ruszyliśmy w stronę przystanku.
– Ojej zapomniałam bransoletki. Muszę po nią wrócić. Ale jak wrócę o już na pewno nie zdążymy. W ogóle i tak już jest za późno i nie zdążymy.
– Powinniśmy zdążyć, będą reklamy na początku
– A co jeśli mają jakieś dodatkowe procedury bezpieczeństwa? Już za późno!
– No to nie idźmy do kina tylko na spacer.
– Ale ja chciałam iść do kinaaaa – najwyraźniej doznałam olśnienia, gdy tylko okazało się, że na pewno jest za późno.
– Jest jeszcze kilka seansów w ten weekend, możemy pójść jutro albo wieczorem.
– Sama nie wiem… Może wieczorem…. – odrzekłam rozczarowana, bo przecież właśnie mnie olśniło, że chcę iść do kina teraz
– Na razie chodźmy na spacer
– Ale ja nie chcę iść na spacer – logiczne, przecież chciałam iść do kina.
– Jak to nie chcesz, przecież ty zawsze chcesz iść na spacer?
– Ale dziś nie chcę!!! I te buty się nie nadają – miałam na sobie sandałki, które na dłuższych dystansach potrafią mi obetrzeć stopy.
– To chodź, wrócimy do domu, zmienisz buty, zostawisz bluzę, zabierzesz te bransoletkę i pójdziemy.
– Ale ja nie chcę iść na spacer!
– To ja nie wiem czego ty chcesz.
– Ja też nie wiem!!!!

Jakim cudem wtedy mnie nie zabił albo nie zostawił na tej ulicy – nie mam pojęcia.

Zamiast tego oświadczył, że chwilowo odbiera mi prawo głosu i pociągnął z powrotem do domu (taki dyktator) żebym zmieniła te nieszczęsne sandałki.

Wtedy rozpoczęła się faza druga.
– A wrócimy tu przed kolacją? A potem przed kinem?
– Eeeee nie wiem jeszcze, a co?
– No bo ja nie wiem jak się ubrać!!!
– Dobra, to możemy wrócić przed kolacją, nie będzie już tak gorąco, będziesz się mogła przebrać.
– To po co my w ogóle wychodzimy jeśli mamy zaraz wrócić?
– Idziemy na SPACER.O to w tym chodzi.
– A dokąd?
– Może do Łazienek?
– Nie chcę do Łazienek, mogłeś wybrać jeszcze bardziej zatłoczone miejsce??
– No to możemy iść gdzie indziej – tu podał parę opcji.
– Czyli chcesz żebyśmy poszli gdzieś, niemal dosłownie minęli restaurację, potem wrócili do domu znowu ją mijając i potem znowu wyszli z domu i do niej wrócili? Przecież to nie ma sensu. W ogóle nigdzie nie idźmy!
– No dobra, ale wtedy pójdziemy na spacer po kolacji – zaczął negocjować małżonek. Bez sensu, przecież mieliśmy wieczorem iść do kina. W odpowiedzi zaczęłam zakładać buty.
– To jednak teraz idziemy?
– Przecież mówiłeś, że chcesz iść na spacer? Jednak nie chcesz?? Dobra!! – wydarłam się i dramatycznym gestem rzuciłam buty i skarpetki na podłogę.
– Nie, jak tylko….
– Wiesz co?? Ty to sam nie wiesz czego chcesz!!!
Tak, właśnie do takiego wniosku doszłam.
Mniej więcej wtedy mój mąż sobie chyba uświadomił, że już jest zdecydowanie pora lunchu, a ja wciąż nie zjadłam śniadania (no przecież nie mogłam się zdecydować) i zaproponował żebyśmy chociaż wyszli coś zjeść. Tej propozycji ciężko mi było odmówić, bo może nie ja wiedziałam czego chcę, ale mój żołądek owszem.
Wiecie jak to mówią głodny facet to zły facet? Niewykluczone, że jestem kryptomężczyzną, bo porcja hummusu z pitą i kieliszek Aperola całkowicie odmieniły mój nastrój, ukoiły nerwy i zesłały spokój na umęczoną głowę.
Reszta dnia minęła nam w zaskakująco dobrej atmosferze.
Pozostaje mi tylko zapewnić czytelników, że mój mąż, moja skała w centrum wzburzonego oceanu, nie musi znosić tego typu zachowań bardzo często. Czemu znosi je w ogóle: nie mam pojęcia, ale bardzo się z tego cieszę.
*Wybieraliśmy się na film pt. Polowanie bo rzuciłam jakiś czas wcześniej, że chętnie bym go obejrzała (myślałam, że to będzie horror), a w sumie niewielki jest w tej chwili w kinach wybór.
** Mój mąż nie znosi horrorów i do dziś mi wypomina że nie może zapomnieć twarzy tytułowej bohaterki filmu Zakonnica
photo_2020-08-17_16-40-45

Podwójne standardy

Wiecie czego nie lubię najbardziej na świecie? Jajecznicy na pomidorach. A zaraz po niej wielu innych rzeczy, między innymi: podwójnych standardów.

Podwójne standardy są wtedy, gdy stosujemy różne zasady (dla różnych osób lub grup), w identycznych sytuacjach. Czyli, że pewne zachowania/postawy są akceptowane lub oczekiwane u niektórych grup społecznych (lub osób), ale nie u innych.

Na przykład:
kiedy kobieta musi w mniejszym lub większym stopniu zakrywać swoje ciało, a facet może spacerować w szortach i t-shircie, a nawet bez tego ostatniego (ten przykład sobie zapamiętajcie, jeszcze do niego wrócimy);
kiedy para hetero może sobie na ulicy okazywać uczucia, a para homo: nie;
kiedy mężczyzna z bogatym życiem seksualnym jest męski maczo, podczas gdy kobieta to puszczalska i się nie szanuje;
kiedy kobieta zostająca w domu z dzieckiem jest spoko (poza mamusiowymi grupami na fejsie, ale to jest w ogóle inny temat), a robiący to mężczyzna jest niemęski; 
kiedy kobiece nieogolone nogi to okropność, a męskie: norma;
kiedy płacenie przez mężczyznę na randce to coś naturalnego i oczekiwanego, a odwrotnie: skandal i brak szacunku.
I tak dalej, listę można by ciągnąć w nieskończoność. A to dopiero przykłady podwójnych standardów na poziomie społeczeństwa. Z tym samym mamy do czynienia w związkach, kiedy na przykład:
on nie może mieć koleżanek, a ona ma kolegów (lub odwrotnie);
On flirtuje przy każdej okazji, a jej nie wolno;
jej rodziców odwiedzają regularnie, jego wcale;
on wychodzi wieczorami, ona nie może;
ona decyduje się zostać w domu z dziećmi, on nie może bo obowiązkiem mężczyzny jest zapewnić byt rodzinie (nie mówię tu o sytuacjach, kiedy para rozważyła obie opcje i po prostu ta obojgu bardziej pasuje).
Stosowanie innych standardów wobec siebie, a innych (sztywniejszych) wobec drugiej osoby bywa też nazywane hipokryzją 😉

Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że ludzie co do zasady są równi i albo coś wolno każdemu, albo nikomu (co do zasady, wiadomo, że są wyjątki, jak karetka na sygnale).

Z podwójnymi standardami jest jak z resztką jajecznicy na brodzie – niekoniecznie sobie zdajemy sprawę z tego, że je mamy.
Nie zastanawiamy się nad tym za często. Albo gorzej: uzasadniamy różnice w traktowaniu ludzi na rozmaite dziwne i pokrętne sposoby. Często – zwłaszcza jeśli nierówno traktowane są płcie – odnosząc się do biologii. Tak, kobiety i mężczyźni różnią się genitaliami, gospodarką hormonalną, a nawet – odrobinę – budową mózgu. Ale co z tego? Czy to sprawia, że nie są równi jako członkowie społeczeństwa albo jako partnerzy w związku?
Innym „argumentem”, za podwójnymi standardami, który często się pojawia to: przecież tak po prostu jest, zawsze tak było, to jest normalne albo odwrotnie: przecież to nienormalne/nienaturalne. Tylko problem w tym, że to że jakoś „zawsze” było, nie znaczy że jest to dobre i właściwe. Normy społeczne – nie mówiąc już o zasadach funkcjonowania związku dwóch osób – tworzą i zmieniają ludzie. To nie jest coś stałego, niezmiennego, wykutego w kamieniu. Jakiś czas temu normalne było niewolnictwo, segregacja rasowa albo to, że kobiety nie mogły głosować albo studiować na uniwersytetach. Czy nadal jest? No właśnie.
W ogóle normalność jest pojęciem bardzo względnym. To co w jednym społeczeństwie w danym czasie jest uznawane za normalne, w innym (społeczeństwie lub czasie) nie jest – już to dowodzi, że brak tu jakiejkolwiek obiektywności. A jeśli nie ma normalności obiektywnej, jaki jest sens odnosić się do niej i na jej podstawie ustalać jakiekolwiek standardy zachowań i to różne dla różnych grup? Z jakiej chociażby racji nazywamy jedną miłość normalną, a inną nienormalną? Jedyną obiektywną granicą jest krzywda drugiej osoby i do póki ona nie ma miejsca, żadna ocena pod względem normalności, nie powinna mieć w ogóle żadnego znaczenia jeśli chodzi o regulację życia społecznego albo o prawo.

Na szczęście z podwójnymi standardami we własnej głowie (podobnie jak z różnymi krzywdzącymi normami społecznymi, ale to inny temat) można walczyć. A pierwszym krokiem powinno być uświadomienie sobie ich obecności w nas samych.
Dlatego myślę, że niezwykle ważna jest autorefleksja i to, żeby zadawać sobie pytanie Dlaczego? Dlaczego uważam, że tak powinno być? Czy są jakieś racjonalne powody dla których kobieta powinna golić nogi i nie powinna mieć za wielu partnerów seksualnych, a facet powinien płacić za randki i nie powinien iść na urlop wychowawczy? Nie mówię tu o indywidualnych preferencjach, mówię o ogólnie panujących zasadach.

To nie zawsze jest proste.
Dla mnie jakoś łatwiej jest na poziomie jednostkowym. Zawsze, kiedy odkrywam w sobie jakieś oczekiwania względem męża zadaję sobie pytanie, czy sama jestem w stanie to samo zrealizować? Kiedy na przykład oczekiwałam, że zaakceptuje on moich kolegów, przemyślałam gruntownie, czy będę w stanie zaakceptować jego koleżanki. Gdybym nie była, wymaganie tego od niego byłoby czystą hipokryzją.
Nieco gorzej mi idzie na poziomie norm społecznych. Wracając do przykładu z zakrywaniem ciała: kilka lat temu Szalony Naukowiec zapytał mnie, czy w Polsce kobiety mogą chodzić po ulicach topless, a jeśli nie, to dlaczego faceci mogą. Zaskoczył mnie mocno tym pytaniem. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, przecież to takie oczywiste, że kobiety nie powinny pokazywać cycków. Przecież piersi to intymna część ciała, wzbudzająca pożądanie… A potem dowiedziałam się więcej o muzułmanach i usłyszałam od kilku osób, że kobieta powinna być skromna, unikać eksponowania wszystkiego co atrakcyjne, bo wtedy nie prowokuje mężczyzn*. Zdałam sobie sprawę, że w wielu krajach kobiety zakrywają znacznie więcej niż biusty – chociażby coś tak dla nas neutralnego jak włosy – a faceci wcale nie. I to mi uświadomiło, totalny relatywizm i uznaniowość takich norm. I wtedy doszłam do wniosku, że oczekiwanie od kobiet, że będą zakrywały włosy, ramiona czy łydki nie różni się NICZYM od oczekiwania, że zakryją biusty.
Jeśli macie jakieś wątpliwości w tym zakresie,  zajrzyjcie na zapisane story TOPLESS u @Segritta, ona świetnie wyjaśni Wam ten temat.

*Uwaga: nie mówię, że takie jest stanowisko islamu albo, że wszyscy muzułmanie tak uważają. Mówię tylko o argumencie, który usłyszałam kilkakrotnie i który dał mi do myślenia.

Z czasem jest trochę łatwiej. Krytyka (nie krytykanctwo!) zastanych norm i konwenansów wchodzi w krew. Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie dlaczego tak ma być i niezadowalanie się byle jakim wyjaśnieniem (bo taka jest rola kobiety/mężczyzny, bo to jest kobiece/męskie, bo zawsze tak było, bo nie wypada) staje się nawykiem. Ale wymaga to stałej pracy nad sobą , pewnej dyscypliny umysłowej i wiecznego rzucania samemu sobie wyzwań. Czy warto podejmować ten wysiłek? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami.

Chwila sławy czyli udzieliłam wywiadu

W zeszłym tygodniu miałam przyjemność udzielić wywiadu dla portalu Ofeminin.

Wbrew temu, co sugeruje tytuł nie dotyczył on tylko sukienek!

Rozmawiałyśmy o tym jak to się stało, że nie chciałam wiązać się z cudzoziemcem, a skończyłam z mężem z Maroka, o tym czego się obawiałam przed pierwszą wizytą w jego kraju i czy te obawy się sprawdziły. Było trochę o związkach mieszanych, trochę o moim blogowaniu i o mojej małej misji. No i trochę o kieckach też.
Wyjaśniłam w nim również skąd wzięła się ksywka „Szalony Naukowiec” i czy to prawda, że zamieszkaliśmy razem po pięciu randkach!

Wywiad znajduje się tutaj:
https://www.ofeminin.pl/milosc/rozmawiam-z-basia-zona-marokanskiego-szalonego-naukowca/13te6h1

Czym związki mieszane różnią się od niemieszanych?

Tyle czasu już piszę o związkach mieszanych na wszelkie możliwe sposoby i od każdej możliwej strony – dziś pora na refleksję na temat tego czym związek mieszany różni się od niemieszanego?

Zauważyłam, że wiele osób wyobraża sobie tego typu relacje jako z definicji bardzo trudne, wymagające ciężkiej pracy, poświęceń, wyrzeczeń, rezygnacji z siebie, pełne problemów, konfliktów i zgniłych kompromisów. Nie zrozumcie mnie źle, faktycznie może tak być – ale po pierwsze nie musi, a po drugie, tak samo może być w każdej innej relacji. Bo związek mieszany to taki sam związek jak każdy inny. Może być szczęśliwy i nieszczęśliwy; udany i nieudany; rozwijający i podcinający skrzydła; spokojny i pełen konfliktów. Budują go dwie różne osoby, o różnych charakterach, doświadczeniach, z różnym bagażem. Mogą do siebie pasować, mogą się bardzo różnić – i tyle. Wszystko zależy od tego, czy dobrze się dobrały, czy nie – i jak z ewentualnym niedopasowaniem sobie radzą. I to jest cała filozofia.

Każdy człowiek ma swoje tradycje, przyzwyczajenia, sposoby funkcjonowania, nastawienia, opinie, wartości, światopogląd. Czasami trafiamy na osoby kompatybilne pod tymi względami, a czasami nie. Z pozoru wydaje się, że łatwiej o poznanie kogoś podobnego w ramach tego samego kraju, czy kręgu kulturowego – i pewnie na poziomie globalnym, uśredniając, nie jest to całkiem błędne założenie. Ale pamiętajmy o tym, że prawidłowości obserwowanych w skali makro, w skali grup, społeczności czy społeczeństw, nie należy przenosić na poziom jednostkowy.
Chociażby my: ja wychowałam się w Polsce, mój mąż w Maroku, a naszą kompatybilność oceniam na jakieś 90%. Wyznajemy te same wartości, mamy zbliżony światopogląd, dzielimy opinie na wiele ważnych tematów. Dla porównania: wcześniej miałam dwóch chłopaków z Polski i jednego z innego kraju i z każdym z nich więcej mnie dzieliło niż łączyło.
Naprawdę wierzę, że dobre dobranie się z partnerem to już połowa sukcesu jeśli chodzi o szczęśliwy związek. Dużo przecież łatwiej żyć wegance z wegetarianinem, niż z facetem, który nie wyobraża sobie posiłku bez mięsa, a w wolnych chwilach lubi polować, prawda? To samo dotyczy innych istotnych wartości czy stylu życia. Ja na przykład nie mogłabym żyć z człowiekiem o silnie konserwatywnych przekonaniach, przywiązanym do tradycyjnego modelu rodziny: niezależnie od tego czy pochodziłby z Polski, Francji czy Maroka. Jest wiele kobiet, które właśnie takie wartości cenią, ale ja do nich nie należę i nie widzę powodu żeby się zmuszać i dopasowywać na siłę. I wiecie co? W ogóle nie interesowałyby mnie argumenty „u mnie w kraju tak jest” (względnie „u mnie w rodzinie zawsze tak było”) ani żadne teksty o różnicach kulturowych, które trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Nie trzeba. Jeśli coś nam nie pasuje, to wcale nie trzeba tego przyjmować tylko dlatego, że gdzieś indziej „tak jest”. W związku mamy się czuć dobrze i móc być sobą, a nie zmieniać się i dopasowywać na siłę do czyichś oczekiwań.
Życie ze źle dobranym partnerem może być ciężkie, pełne dramatów, konfliktów, trudnych wyborów i rezygnacji z ważnych rzeczy niezależnie od tego, czy pochodzimy z różnych krajów, czy sąsiednich ulic. Podobnie – a raczej odwrotnie – z dobrze dopasowaną drugą połówką.
Na to czy dwie osoby okażą się dobrze dopasowane, czy też nie, wpływa cała masa rzeczy: od sławetnych różnic kulturowych, przez  religię, wychowanie, wykształcenie, własny światopogląd i system wartości, po cechy osobowości i temperamentu. Naturalnie poznając osobę z całkiem innego kręgu kulturowego musimy się liczyć z większym prawdopodobieństwem wystąpienia poważnych różnic. Jednak to, czy staną się one problematyczne dla przyszłego związku, będzie zależało od wielu czynników wpływających na to jak dwie osoby sobie radzą z różnicami, czyli od takich rzeczy jak na przykład szacunek, otwartość, elastyczność, akceptacja inności, gotowość do współpracy, przywiązanie do tradycji, norm i schematów, czy potrzeba kontroli.
Im bardziej człowiek przywiązany do swoich utartych, stałych sposobów funkcjonowania i im sztywniejsze one są, tym bardziej prawdopodobne jest, że taka osoba będzie chciała je egzekwować w związku i narzucać partnerowi. Tym bardziej, jeśli charakteryzuje się ona wysoką potrzebą kontroli. I nieważne, czy mówimy tu o tradycjach w podstawowym znaczeniu tego słowa (obyczaje, sposoby myślenia i zachowania, normy społeczne itd przekazywane z pokolenia na pokolenie), czy o sposobie ubierania choinki, pakowania walizki albo ładowania naczyń do zmywarki. Im większa elastyczność, akceptacja i otwartość na inne, nowe rzeczy, tym większa szansa na to, że związek dwóch nawet różniących się osób będzie fajnie funkcjonował.

Wracając jeszcze na chwilę do dobrego dopasowania się – to w ogóle nie jest łatwa sprawa, bo żeby się dobrze dopasować, to trzeba się dobrze poznać. Zjeść razem beczkę soli. Przedyskutować tysiące godzin i setki tematów, często wielokrotnie, z różnych stron i w różnych ujęciach – tematów głębokich, ważnych, dotykających najgłębszych, podstawowych wartości, rdzenia konstrukcji umysłowej i duchowej;nie tylko kręcących się dookoła spraw życia codziennego, czyichś pięknych oczu i w ogóle habibi ajlowju. Przeżyć razem różne rzeczy; poobserwować człowieka z którym jesteśmy w różnych sytuacjach codziennych i niecodziennych, łatwych i trudnych, w obliczu różnych wyzwań,triumfów i porażek.
Nawiasem mówiąc, nigdy nie zapomnę, jak kiedyś na pewnej grupie multi-kulti przeczytałam, jak to wiele uczestniczek nie rozmawia z mężami na takie tematy jak polityka czy ekonomia. Naprawdę nie mieści mi się w głowie, że można wyjść za faceta, którego poglądów się nie zna. Zawsze gdy coś takiego słyszę, zastanawiam się, czy ta sama osoba wyszłaby za mąż za Polaka nie wiedząc, czy głosuje on na Razem, czy na Konfederację?
No ale wracając do rzeczy: może właśnie w tym poznawaniu się tkwi pewna pułapka dla par z różnych krajów. A konkretnie mam na myśli znajomość powszechnych kodów kulturowych. Bo jednak nie ma co ukrywać: wychowanie w jednej kulturze i jednym języku dużo upraszcza. Na przykład widząc osobę z napisem „nie czytam Gazety Wyborczej” albo „piekło kobiet” na koszulce od razu mamy pewne wyobrażenie na temat ideałów z którymi ona sympatyzuje, prawda? Tak samo wiele jesteśmy w stanie wyczytać ze słownictwa, jakim ktoś się posługuje, tego jak pisze itd. W przypadku relacji z cudzoziemcem nie dysponujemy takimi wskazówkami i nie mamy żadnych dróg na skróty. A nasz umysł bardzo drogi na skróty lubi – dlatego tak chętnie operuje stereotypami, uproszczeniami i heurystykami. Nie lubi natomiast pustki i w razie braku informacji bardzo chętnie uzupełnia puste pola niemalże czymkolwiek (co tłumaczy, czemu większość ludzi chcąc nie chcąc czerpie „wiedzę” na temat rzeczy kompletnie sobie obcych z filmów). I dlatego łatwo jest przeoczyć, że tak naprawdę wcale czegoś o drugiej osobie nie wiemy. Łatwo zinterpretować zachowanie w znany nam sposób i wysnuć wniosek: sensowny i uzasadniony dla nas i naszego tła kulturowego – kompletnie nieadekwatny w innym. Choćby zarzucenie marynarki na odkryte ramiona ukochanej w Polsce może być romantycznym gestem związanym z ochroną jej przed chłodem, a w kraju arabskim: próbą zakrycia jej przed wzrokiem innych mężczyzn.
Ale żeby wziąć pod uwagę alternatywną interpretację trzeba wiedzieć, że ona istnieje, prawda? Dlatego wiążąc się z człowiekiem z importu – poza absolutnie kluczową sprawą jaką jest dobre poznanie się – nie można zapomnieć o roli poznania kultury, religii, historii kraju jego pochodzenia.

Zaczęłam ten artykuł od stwierdzenia, że związki mieszane nie różnią się znacząco od innych i tym samym chciałabym go zakończyć. W ostatecznym rozrachunku wszystko przecież sprowadza się do dwóch chcących być ze sobą osób, które mniej czy bardziej się od siebie różnią i lepiej lub gorzej umieją sobie z tymi różnicami poradzić. I do pracy, którą chcą (lub nie) wykonać żeby zrozumieć to pierwsze i osiągnąć to drugie.

Tylko tyle i aż tyle.

Zagadka trzech ślubów

Zgodnie z obietnicą dziś przedstawiam kulisy wydarzeń, które doprowadziły nas do posiadania trzech rocznic ślubu.

Za górami, za lasami…
Wszystko zaczęło się na początku 2018 roku, kiedy po ponad 4 latach bycia i mieszkania ze sobą zaczęliśmy nowy rozdział, czyli związek na odległość. Wynikło to z – dawno przewidywanego i nieuniknionego – etapu kariery Szalonego Naukowca.
Niedługo po tym jak wyjechał i urządził się w nowym miejscu, gdzie miał spędzić na pewno 10 miesięcy, a prawdopodobnie 1,5 roku (co będzie ważne w dalszej części historii) spotkaliśmy się w jednych z naszych najukochańszych miejsc czyli w tyrolskiej miejscowości Hintertux położonej u stóp lodowca o tej samej nazwie. On oddawał się tam rozrywkom zawodowo-intelektualnym, a ja kontemplacji miejsca nagrania klipu do jednej z moich ulubionych piosenek Eda Sherana. W przerwach natomiast chodziliśmy na wycieczki. Podczas jednej z nich, w sobotę 24 lutego, pojechaliśmy kolejką na lodowiec aby następnie z niego zejść ścieżką, która zapewnia zapierające dech w piersiach widoki:

Było pięknie: lazurowe niebo, śnieg skrzący w słońcu jak pole diamentów (tak, wiem, że diamenty nie rosną na polach, ale gdyby rosły, skrzyłyby się w słońcu właśnie tak). No i w tej scenerii, w okolicach małego mostku (acz przezornie nie na nim – licho nie śpi) Szalony Naukowiec zadał swoje Wielkie Pytanie, na które ja odrzekłam tak romantycznie jak rezolutnie myślę, że tak. Może dlatego, że nie padł na kolano.

TEN mostek, zdjęcie zrobione rok później
Myślę, że tak najwyraźniej wystarczyło, żeby dostać pierścionek

Miłe złego początki
Nawiasem mówiąc, dla tych, którzy jeszcze tego nie wiedzą:  ja nie chciałam w ogóle wesela. Ba, bardzo długo nie interesował mnie nawet ślub, a nawet gdy zmieniłam w tym temacie zdanie dość niedługo przed opisanymi wyżej wydarzeniami (dla ciekawych, refleksje na ten temat znajdziecie tutaj), nadal uważałam wydawanie grubych pieniędzy na – bądź co bądź – po prostu imprezę, za średnio interesujący pomysł. Wolałam te fundusze przeznaczyć na długą podróż. Fakt, że w ogóle zdecydowaliśmy się na coś więcej niż ceremonię we dwoje na tropikalnej plaży (wersja idealna acz nierealna) czy podpisanie papierów w urzędzie w dżinsach (równie kusząca i bardziej realistyczna opcja) to wyłącznie robota (wina? zasługa?) mojego męża. To on nalegał żebyśmy ten Ważny Dzień celebrowali z bliskimi nam ludźmi i to on argumentował, że ściąganie rodziny i przyjaciół z 4 kontynentów i kilku-kilkunastu krajów tylko na uroczystość w USC to absurd. Z tym ostatnim nie mogłam się oczywiście nie zgodzić, a to pierwsze po prostu przyjęłam, bo w końcu jeśli coś jest takie ważne dla osoby, którą kocham, to dla mnie też nabiera znaczenia. Ustaliliśmy więc ogólne ramy (ślub cywilny, ceremonia w plenerze, skromnie, na luzie, bez powozów, koni, dronów, gołębi, oczepin i białych księżniczkowatych kiecek itd) i klamka zapadła.
Tym sposobem w ogóle doszło do planu pod tytułem Ślub i Wesele
Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Podzieliliśmy się dobrą nowiną z rodziną i przyjaciółmi – a ci naturalnie zaczęli pytać o datę. Zaczęliśmy więc – w naszym pojęciu było to logiczne – od próby wybrania tejże. Celowaliśmy w rok 2019. Cały proces był niełatwy z racji wielu koniecznych do uwzględnienia aspektów, począwszy od zwykłych preferencji temperaturowo-estetyczno-pogodowych (ślub zimowy jakoś nas nie interesował, upałów nie znoszę, a jeszcze marzył nam się ogród więc jesień i przedwiośnie też raczej odpadały), przez zagadnienia takie jak logistyka wizowa, ramadan (o ile pamiętam wypadał w maju), a także to, że połowa planowanych gości pracuje za granicą i z racji wykonywanego zawodu ma raczej sztywne kalendarze uniemożliwiające podróże w pewnych okresach roku.

Przyszłe miejsce akcji

W tym momencie do akcji wkroczyły moje niezastąpione koleżanki uświadamiając mnie, nie tylko, że data nie zależy bynajmniej tylko od takich błahostek jak nasze preferencje, a od dostępności pożądanej miejscówki, fotografa, zespołu i całej masy tego typu czynników, ale też, że załatwianie tego wszystkiego z rocznym wyprzedzeniem to bardzo PÓŹNO.
Szybko przystąpiliśmy więc do rzeczy i zaczęliśmy poszukiwania najważniejszego, czyli sali. Dość sprawnie udało nam się znaleźć fajne miejsce, nie salę – jakże sztywno to brzmi – ale mały dworek w stylu lekko staropolskim (z polecenia) i umówić datę (czerwiec 2019), a nawet wstępnie ją zarezerwować w urzędzie. To ostatnie nie jest takie oczywiste jak mogłoby się wydawać, bo formalnie termin w USC można zaklepać maksymalnie z półrocznym wyprzedzeniem, a w naszym przypadku: z trzymiesięcznym (co wynika z ważności dokumentów). 
W tym momencie mogliśmy wysłać Save The Dates – wszyscy goście z wymagającymi kalendarzami zostali poinformowani ze stosownym wyprzedzeniem, a my mogliśmy odetchnąć. Siłą rozpędu znaleźliśmy jeszcze fotografa (też z polecenia) i w tym momencie nasz zapał lekko osłabł. W końcu mieliśmy sporo ponad rok na ogarnięcie wszystkiego.

Biurokracyjno-administracyjne tło nadchodzących wydarzeń
W ramach wyjaśnienia dla tych, którzy nie mieli przyjemności związać życia z cudzoziemcem i to takim z poza EU: Jeśli ktoś nie jest obywatelem EU, potrzebuje podstawy żeby przebywać w danym kraju członkowskim. W przypadku mojego jeszcze-wtedy-nie-męża taką podstawą była praca, chociaż w tej roli sprawdza się również małżeństwo (z obywatelem danego kraju), studia i parę innych rzeczy. Bez podstawy pobytu nie ma pozwolenia. Jak pamiętacie, Szalony Naukowiec w tamtym okresie przebywał w Niemczech i stan ten miał się utrzymywać przynajmniej do końca listopada, a tak naprawdę to do okolic marca. Cały nasz plan opierał się na następujących założeniach:
– projekt, to którego jest zatrudniony do końca listopada zostanie (zgodnie z zapowiedzią) przedłużony o kilka miesięcy, o które mój przyszły mąż wydłuży sobie kartę pobytu w Niemczech;
– te same kilka miesięcy później ruszy inny projekt, w Warszawie, w ramach którego zostanie on zatrudniony jak tylko zakończy projekt niemiecki.
W takiej sytuacji Szalony Naukowiec miał wrócić do Warszawy kilka miesięcy przed naszą czerwcową datą i wyrobić kartę pobytu na podstawie pracy (jak robił to dotąd).
Nadążacie?
To idźmy dalej.

Komplikacje
Kolejne miesiące po dogadaniu naszego dworku i fotografa spędziliśmy skupiając się na innych sprawach – aż w końcu zaczęliśmy sobie zauważać chmury zbierające się na horyzoncie. Coraz bardziej zaczęliśmy sobie uświadamiać, że kombinacja narodowości Szalonego N i idącego za tym uciążliwego obowiązku legalizowania pobytu z pracą zawodową w trybie projektowym nie jest najlepszym życiowo połączeniem.
Przedłużenie projektu w Niemczech się opóźniało, podobnie jak decyzja o momencie startu projektu w Polsce – jego karta pobytu natomiast wygasała niezmiennie z końcem listopada.
Wreszcie zdaliśmy sobie sprawę, że być może będziemy musieli zmienić plany. No bo wiecie: bez podstawy pobytu nie ma pobytu. O ile projekt w Polsce prędzej czy później i tak by się zaczął (pytanie tylko kiedy), o tyle bez czegoś na pokrycie miesięcy dzielących nas od jego rozpoczęcia, mój jeszcze-wtedy-nie-mąż musiałby wrócić do Maroka. Nie żebyśmy się bali o jego kolejny wjazd do Polski – tu nie byłoby problemu. Ale nie chcieliśmy się rozstawać i to na cholera-wie-jak-długo. Niemcy odległe o 1,5h lotu to wystarczająco daleko.
Zaczęliśmy więc – bardzo niechętnie – brać pod rozwagę inną datę ślubu – tak żeby zdążyć z nim przed końcem ważności tej nieszczęsnej karty i zdążyć aplikować o nową – w Polsce na podstawie małżeństwa. Potem odkryliśmy, że taka opcja w ogóle ma więcej sensu, ze względu na okres na jaki wydawane są karty „na pracę” i „na ślub”. Ale to już inny temat.
Nazwaliśmy to planem „C” (planem A i B pozostawały różne opcje planów zawodowych, których detale już Wam tu odpuszczę) i od początku podchodziliśmy do tego jak do jeża. Zwłaszcza on. No przecież już wysłaliśmy StD, mamy super miejsce z pięknym ogrodem idealnym na ślub plenerowy w czerwcu i w ogóle!
Na szczęście jestem jeszcze ja z moimi control issues i zamiłowaniem do planowania. Uznałam, że potrzebujemy zabezpieczenia, i wymusiłam przygotowanie się na wszelki wypadek na opcję C, przynajmniej od strony papierologicznej, która – niezaplanowana odpowiednio wcześnie – mogłaby być tzw show stopperem i przysporzyć nam sporo problemów. Nie brzmi to może, jak coś wymagającego wielkiego wysiłku organizacyjnego, ale jednak ślub z cudzoziemcem wymaga nieco papierkowej gimnastyki i dobrego rozegrania w czasie. Jeśli kogoś interesują detale tego procesu, znajdziecie je TU.
Wtedy to jeszcze cały czas było tylko dmuchanie na zimne. Przecież Niemcy to Niemcy, jeśli ma być przedłużenie projektu to będzie, prawda? Ostatecznych wieści w tej sprawie spodziewaliśmy się teraz na przełomie września i października. Ale jako, że we wrześniu i tak mieliśmy zaplanowany wyjazd do Maroka, z odpowiednim wyprzedzeniem pobrałam wszystkie potrzebne papiery z urzędu i wyrobiłam na wszelki wypadek zaproszenia, na podstawie których rodzina narzeczonego mogłaby aplikować o wizę, gdyby zaszła taka potrzeba. Potem do grafiku na ten tydzień obok pustyni i Menara Garden dodaliśmy przebieżkę po urzędach celem zebrania potrzebnych dokumentów.
Tak na wszelki wypadek, bo przezorny zawsze ubezpieczony.
Wróciliśmy z wakacji w okolicach 6 października. Wieści o przedłużeniu projektu nadal nie było, a czas tak jakby się kończył. Trzeba było puścić w ruch plan C, gdyż datę ślubu w polskim USC należy zaklepać z min. miesięcznym wyprzedzeniem – są od tego jakieś wyjątki, ale nie mieliśmy ochoty sprawdzać, czy zostaniemy potraktowani jako jeden z nich. Nie mówiąc już nawet o czasie potrzebnym na wydanie wiz dla rodziny Pana Młodego.
W ciągu kilku dni od powrotu Szalony Naukowiec biegał więc do ambasady i tłumacza, a ja obdzwaniałam urzędy celem zidentyfikowania takiego, który dysponowałby wolnym terminem w pasującej nam dacie (a w grę wchodziły w tym momencie już tylko 2 soboty listopada). Jeśli myślicie sobie teraz kto bierze ślub w listopadzie, na pewno było pełno miejsc w urzędach to jesteście w błędzie. To było kilka bardzo stresujących dni.
W końcu udało nam się to wszystko dopiąć od strony organizacyjnej, pozostało tylko pojechać do wstępnie już umówionego UC w Serocku i podpisać dokumenty.
Tylko co z tego? To była połowa października, termin za jakieś 5 tygodni, a my mieliśmy przygotowane kompletnie NIC. Co więcej, nasi znajomi (przypominam: rozsiani po świecie i dysponujący sztywnymi kalendarzami) na pewno nie dadzą rady dotrzeć, a jeszcze przecież miał być ogród, wesele… Ogarniając wszystkie formalności ciągle łudziliśmy się że tylko zabezpieczamy sobie tyły i że będzie nam dane wrócić do planu A.
Przygotowywanie się do tak ważnego dnia na wszelki wypadek ze świadomością, że nie do końca chcemy żeby się odbył, były szczerze mówiąc dość obciążające psychicznie. Dlatego w dniu podpisywania dokumentów w urzędzie podjęliśmy ostateczną decyzję że pobieramy się w listopadzie niezależnie od wszystkiego.
Jednocześnie (pomimo moich sugestii) zdecydowaliśmy się nie odwoływać daty czerwcowej, ale w ustalonym od pół roku terminie zorganizować ślub humanistyczny, dokładnie po naszemu, z własnymi przysięgami w ogrodzie, wszystkimi gośćmi i weselem – tak jak od początku planowaliśmy.
Tak właśnie z jednego ślubu zrobiły się dwa.
A potem nastąpił ironiczny chichot losu:  piątek tydzień przed ślubem Szalony Naukowiec dostał propozycję przedłużenia kontraktu w Niemczech na kolejny rok. Gdyby ta propozycja pojawiła się 1,5 miesiąca wcześniej (wtedy kiedy powinna) nadal na tapecie byłby tylko jeden ślub.

Ten (Pierwszy) Dzień

Pan Młody przyjechał do Warszawy 4 dni przed Dniem Ś, a jego przyjaciele i rodzina już następnego dnia. Całe trzy dni były szalone: mieliśmy bardzo dużo ostatnich drobiazgów do ogarnięcia: plus opiekę nad jego rodziną, obiady z obiema rodzinami, mini panieński i mini kawalerski. Nie mieliśmy więc za wiele czasu dla siebie, zwłaszcza, że wymyśliłam sobie, że ostatnią noc spędzimy oddzielnie, więc Szalony Naukowiec wybrał się do airbnb swoich przyjaciół.
W samym Dniu Ś on z kolegami ogarniał swoją rodzinę, transporty i wszystko, podczas gdy ja skupiłam się na wcielaniu się w rolę anielsko pięknej Panny Młodej przy pomocy fryzjera i niezwykle utalentowanej makijażowo koleżanki D*. 
Godziny mijały błyskawicznie. W końcu wszyscy, którzy przyjechali ze mną wcześniej do hotelu (tak, wynajęliśmy pokój w okolicznym hotelu na tę okazję), ruszyli do USC, a ja zostałam czekać na Prawie Męża. Zaplanowaliśmy bowiem, że on po mnie przyjedzie, zobaczymy się po raz pierwszy tego dnia bez świadków (wiecie, taka intymna chwila w całym tym szaleństwie) i razem dotrzemy na miejsce przeznaczenia (na zdjęciu poniżej). Tak też się stało i to był bardzo fajny pomysł. 
USC w Serocku

Sama uroczystość cywilna była śmieszna, bo mój Już Niemal Mąż składał przysięgę po polsku. O ile normalnie jest on się w stanie – zwłaszcza przygotowany – wysłowić się w miarę normalnie, o tyle wtedy, mimo, że moja koleżanka T* spędziła całą godzinę w samochodzie ucząc go odpowiednich formułek, język plątał mu się na co drugim słowie. Czasami w dość zabawny sposób.

Po ceremonii wszyscy przejechaliśmy do restauracji, gdzie spędziliśmy kolejnych kilka godzin świętując. I to było świetne.
Jak mówiłam wcześniej, w ogóle nie chciałam wesela więc tym bardziej nie chciałam dwóch wesel ani nawet 1,5. Próbowałam (bez większej nadziei na powodzenie) namówić Szalonego Naukowca na rezygnację z planów czerwcowych, ale skoro to się nie udało – proponowałam żebyśmy ślub cywilny w potraktowali tylko jako formalność i nic poza tym. To też się nie udało, mój przyszły mąż znowu zrobił to co umie robić najlepiej, czyli odwołał się do logiki i zaapelował o chociaż obiad dla rodziny i kilkorga najbliższych przyjaciół (którzy w jego przypadku przyjechali z dość daleka). Pokonana zdroworozsądkowym podejściem uległam, a temat oczywiście ewoluował i ostatecznie obiad rozrósł się do jakiś 20-kilku osób.
Teraz mogę powiedzieć, bardzo się cieszę, że dałam się przekonać.

Mimo że mieliśmy miesiąc na ogarnięcie wszystkiego od menu, przez fotografa po usadzenie gości, ubrania oraz fryzurę i makijaż: wszystko się udało (choć stresu było sporo, a ze zdjęć nie jestem dziś zbyt zadowolona. Nie macie pojęcia ile czasu zajęło mi wyselekcjonowanie akceptowalnej fotki żeby pokazać Wam moją kieckę).
Byłam natomiast – i jestem nadal – zachwycona tym, jak bardzo wspierających ludzi oboje mamy dookoła: przyjaciele Szalonego Naukowca T&F* byli fantastyczni, a moje koleżanki były cudowne. Świadkowa D*, która pomagała koncepcyjnie na każdym kroku i której zawdzięczamy menu/winietki oraz ogarnięcie wszystkiego łącznie z fotografem w Dniu Ś. Moja koleżanka T*, która mimo, że nie była świadkową zachowywała się tak, jakby nią była, wspierając mocno w wyborze kiecki, butów, ozdób do włosów, makijażu i pomagając ogarniać różne drobiazgi i pożyczając połowę kosmetyków. Druga D*, która mnie umalowała (a nie jest to łatwe zadanie). Kolega F*, który sam z siebie nagrał całą ceremonię, za co będę mu wdzięczna do końca życia bo nie zdawałam sobie nawet sprawy jak będę się cieszyć, że mam takie nagranie. Wszystkie osoby, które natychmiast zadeklarowały gotowość jechania ponad godzinę w jedną stronę w listopadowy wieczór aby być z nami w tym dniu. Nie mówiąc nawet o rodzinie, która była gotowa rzucić wszystko aby stawić się na miejscu i pomagać w czym tylko było trzeba. Jedyne czego żałuję, to to, że w czasie, kiedy rozgrywały się wszystkie przygotowania, byłam w stanie jakiegoś głupiego focha nawet-nie-pamiętam-o-co z jedną z koleżanek, której obecności tego dnia mi zabrakło.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów. Ktoś nie pojawił się na spotkaniu „girls only” 2 dni przed ślubem  i było mi trochę przykro. W dzień ślubu niektórzy byli łaskawi się spóźnić na grupowy transport (ogólnie marokański duecik G&H* to historia na inny wpis zawierający wiele, wiele bardzo interesujących szczegółów łącznie z wycofaniem zaproszenia na ślub 2.0). Wybór sukienki to w ogóle było szaleństwo (ja i sukienki….).
Ale w ostatecznym rozrachunku, te detale nie miały znaczenia: wszystko się udało, a goście chyba fajnie się bawili i całkiem nieźle zintegrowali. Nam nie pozostało nic innego, jak zapewnić im zabawę na jeszcze lepszym poziomie w czerwcu.

* Jak może zauważyliście, staram się zachować minimum anonimowości i prywatności, więc nie będzie imion. Inicjały muszą wystarczyć.

Ten (Drugi) Dzień
Na przygotowania do Ślubu 2.0 mieliśmy znacznie więcej czasu, ale i skala przedsięwzięcia była większa. Niby ludzi nie było aż tak dużo (ok 60 osób), ale geograficzna (i dietetyczna) różnorodność zapewniła nam wiele dodatkowych wyzwań. To nie jest ani blog o tematyce ślubnej, ani post na temat przygotowań do Wielkiego Dnia więc oszczędzę Wam tu opisu szczegółów, wystarczy powiedzieć, że pierwsze półrocze roku 2019 upłynęło nam (nadal na odległość) na tematach takich jak: zaproszenia, winietki, serpentyny, kwiaty, obrusy, autokary, prezenty dla gości, hotele, airbnb, plany usadzania przy stole, muzyka, teksty przysięgi, przystawki, zupy, desery, torty, sukienki, mejkap, manikiur, budżet i wielu wielu innych.

Niby tylko trochę ozdób a zeszło się dobrych kilka godzin

Efekt tych wszystkich wysiłków był naprawdę fajny. Pomimo upału, który bardziej pasowałby do Maroka niż do Warszawy ceremonia humanistyczna odbyła się w ogrodzie, a kolega Szalonego Naukowca: F cudownie wypadł w roli Mistrza Ceremonii. Oprawa muzyczna co prawda dostała lekkiej czkawki w kluczowym momencie, ale nikt poza nami tego nie zauważył. Toast T czyli świadka był fantastyczny  rozbawił wszystkich. Strasznie żałuję, że nie mam z niego nagrania. Reszta wieczoru upłynęła na jedzeniu, piciu, tańcach, dyskusjach, ognisku i opędzaniu się od komarów. Zgodnie z moim życzeniem nie było ani jednej zabawy oczepinowej a naszych uszu nie skalał nawet jeden kawałek disco-polo.

Przy okazji Ślubu 2.0 znowu mieliśmy możliwość się przekonać jakich cudownych mamy przyjaciół. Dużo osób pomagało nam na różnych etapach: od rodziców wożących niezmotoryzowaną mnie w masę różnych miejsc i rodzinę Szalonego Naukowca, która przygotowała milion prezencików dla gości przez niekończące się wielostronne debaty w zakresie wyboru i przeróbek sukienki z nieocenionymi D, T i A,  doprowadzenie mojej twarzy do akceptowalnego stanu (pomimo tego koszmarnego upału) poprzedzone wieczorami z sushi i mejkapem kiedy z T i drugą D to testowałyśmy kolejne opcje, ogarnianie autokaru wraz z jego liczną, bardzo międzynarodową i wątpliwie punktualną zawartością przez G, produkcję winietek, planów dnia, numerków i wszelkich innych papierowych akcesoriów przez D, aż po godziny, które T&F i D spędzili z nami na dekorowaniu sali oraz oczywiście wieczór panieński i kawalerski.
…. I jeszcze trzeci

O ile mnóstwo osób udzielało nam wsparcia na najróżniejsze sposoby, Teściowa zapewniała mi także emocje zgoła innej natury. Pomijając detale takie jak spory na temat marokańskich ciasteczek (które wystąpiły w roli prezentów dla gości), padłam ofiarą poważnych różnic kulturowych w zakresie podejścia do planowania wesel.
W jakimś momencie mianowicie Teściowa zapytała, czy może zaprosić kilka najbliższych osób z rodziny. Naturalnie się zgodziliśmy, ale nie spodziewaliśmy, że coś z tego wyniknie. Zgodnie z przewidywaniami, większość zaproszonych osób odmówiła, a temat ucichł. 

Nie przyszło mi do głowy (bo i skąd?) ani nie przyszło do głowy Szalonemu Naukowcowi (który najwyraźniej tymczasowo stracił zdolność myślenia), że to nie koniec.
I tak sobie mijał czas, plany nabierały kształtów i wypełniały się detalami, termin podania ostatecznej liczby gości managerowi sali zbliżał się wielkimi krokami (co nie było problemem, bo mieliśmy ją potwierdzoną już od marca), kiedy nagle okazało się, że moja teściowa była uprzejma nie wspomnieć, że spodziewa się jeszcze tak z 8 osób. Ale w sumie to jeszcze nie wie, bo te osoby nie potwierdziły, ale tez nie odmówiły więc ona myśli, że może przyjadą.
Na 6 tygodniu przed weselem.
Na tydzień przed ostatecznym deadlinem na podanie liczby gości.
Przy kilku tygodniach czekania na spotkanie żeby aplikować o wizę i 2 tygodniach czekania na decyzję.
Ona myśli, że może OSIEM osób jeszcze dojdzie.
I w taki własnie sposób dowiedziałam się, że w Maroku nikt nie prowadzi listy gości. W Maroku dania na weselu serwowane są na wielkich półmiskach czy też w wielkich tajinach i każdy sobie nakłada ile chce. W Maroku jedzenia jest zawsze dużo za dużo, miejsce i talerz zawsze się znajdzie więc w sumie: o, poznałam fajnych ludzi na ulicy, chodźcie, wpadnijcie jutro na moje wesele, i zabierzcie znajomych.
Tak własnie wyglądają różnice kulturowe.
I tak własnie giną nierozważni mężowie, którzy nie biorą pod uwagę, że zderzenie marokańskiego luzu i polskiego został-tylko-rok-to-już-niemal-za-późno-żeby-to-ogarnąć oraz mojego niemal obsesyjnego zamiłowania do planowania z wyprzedzeniem, to przepis na katastrofę.

(Jeśli jesteście ciekawi jak skończył się ten dramat, ostatni akt znajdziecie tutaj).

Ale na tym się nie skończyło. Gdzieś w środku tych wszystkich przygotowań, jeszcze zanim zaprosiła tych nieszczęsnych członków rodziny (tak, zanim, nie po tym jak rozczarowała się ich odmową) Teściowa zaczęła bowiem przebąkiwać coś o tym, że ona to by w sumie chciała wyprawić nam takie tradycyjne, marokańskie wesele w Maroku….
Z początku zbyliśmy to krótkim mowy nie ma.
Jednak wiele burzliwych dyskusji później mój mąż wyznał, że on mimo wszystko chciałby spełnić marzenie mamusi. Bo przecież rodzina za bardzo nie bierze udziału w jego życiu już od lat, a on chciałby w ten sposób im to niejako wynagrodzić spełniając jej marzenie. W końcu to tylko jeden dzień…
I tak właśnie narodził się plan Mojego Wielkiego Marokańskiego Wesela, zwanego dla uproszczenia (choć nieco myląco) Ślubem 3.0.

Ciekawostki na koniec

  • Trzeci ślub tak naprawdę wcale nie był ślubem: w Maroku mieliśmy tylko i wyłącznie wesele. W ogóle w całym tym procesie jak ognia unikaliśmy wątków religijnych. Przyzwyczailiśmy się go nazywać ślubem, bo wygodniej było mówić „wedding” niż „wedding reception”
  • Mój mąż chciał przyjąć moje nazwisko – podczas podpisywania papierów przed ślubem cywilnym należało określić przyszłe nazwiska obojga małżonków i potencjalnych dzieci. Ja do swojego nazwiska zawsze byłam bardzo przywiązana, jednocześnie chcieliśmy mieć chociaż jakiś element wspólny, skoro mamy stworzyć oficjalnie rodzinę – tak powstał pomysł przyjęcia przez Szalonego Naukowca mojego nazwiska. Niestety w Maroku zmiana nazwiska jest niemożliwa (nawet w przypadku adoptowanych dzieci), dlatego stanęło na tym, że zdecydowałam się na nazwisko podwójne. Razem z łącznikiem ma ono 23 znaki i jest niezwykle fajne do wpisywania w różne rubryczki.
  • Mimo trzech ślubów (no dobra: dwóch i pół) i niezliczonych kompromisów na które musiałam pójść – zwłaszcza z okazji tego ostatniego, na żadnym nie miałam białej, księżniczkowatej sukienki. Na pewno umieracie z ciekawości, co w takim razie miałam na sobie. Bez dalszych ceregieli, moje kreacje ze Ślubu 1.0 i 2.0 możecie sobie obejrzeć poniżej. Stroje z Mojego Wielkiego Marokańskiego Wesela już są gdzieś w czeluściach bloga, ale jeśli nie chce się Wam szukać to nic straconego, może niedługo odświeżę temat.

Podróże a zwierzęta czyli ethical travel

W ostatnim poście opowiadałam o małpkach i wężach na placu Jamaa El Fna, wspomniałam też o jeździe na wielbłądzie. Może jeszcze tego o mnie nie wiecie, ale kocham zwierzęta (jasne, że nie wszystkie, komarów np. w ogóle) i takie poczucie „kontaktu” z nimi. Jako dziecko chciałam głaskać wszystkie możliwe pieski w parku, ratowałam biedronki i ślimaki, kiedyś chciałam nawet hodować… muchę. Uwielbiałam też jazdę wozem do Morskiego Oka (zanim mnie ochrzanicie: to było 25 lat temu). Do dziś ciągnie mnie wszędzie, gdzie są zwierzaki: sanktuarium żółwi morskich, rafa koralowa, małpia dżungla na Zanzibarze, park motyli, ośrodek bocianów w Alzacji, oceanarium w Barcelonie, ogrody zoologiczne itd. itd – tylko od cyrków trzymam się z daleka.
(Nie)stety z wiekiem stałam się bardziej świadoma, że biznes turystyczny – tak ekscytujący dla mnie – dla zwierząt wiąże się ze zgoła innymi odczuciami.
Dlatego próbuję dokonywać właściwych wyborów: nie popłynęliśmy na oglądanie delfinów na Zanzibarze, po przeczytaniu na czym ono dokładnie polega; trzymam się z dala od  wszystkich zaklinaczy węży i opiekunów małp (poza pierwszym razem, kiedy jeszcze brakowało mi świadomości zarówno przyrodniczej jak i dotyczącej marketingowych strategii Marokańczyków); dążę do odwiedzania ośrodków, które pomagają zwierzętom zamiast na nich żerować (jak kilka wspomnianych wyżej); chętnie pacę za wstęp do parków narodowych. No i już nigdy nie pojadę wozem do Morskiego Oka. W ogóle jeśli już wchodzę w jakiś kontakt z naturą – dbam o to żeby jej nie szkodzić ani bezpośrednio (niszcząc, krzywdząc osobiście), ani pośrednio (finansowo zachęcając do tego innych).
A jednak nie potrafiłam sobie odmówić przejażdżki na wielbłądzie na pustyni. Na swoją obronę dodam, że wielbłądy – w przeciwieństwie do takich np. słoni – należą do zwierząt udomowionych, a więc są przystosowane do życia i pracy z ludźmi, a te na których jechaliśmy nie wyglądały na głodne chore ani zmęczone.

Niektórzy w ogóle mówią że ze zwierzęta w ten sposób zarabiają na swoja opiekę i wyżywienie. Bez tego miałyby o wiele gorsze warunki i nie wiadomo jak by skończyły. Na pewno jest to argument, który ma sens w przypadku konkretnych zwierząt (i raczej tylko z tych udomowionych i hodowanych przez człowieka, dzikie miałyby dużo lepiej pozostając tam, gdzie przynależą) – w sensie: one zarabiają na swoje utrzymanie i możne dzięki temu nie maja źle, ale może gdyby w ogóle nie było atrakcji tego typu, nie byłoby też tej opcji „gorzej”?

Nie wiem.
Może zawsze by była. Bo jak pisałam – wielbłąd jest gatunkiem udomowionym, praca czy przebywanie z człowiekiem jest dla niego właściwie naturalna – w przeciwieństwie do słoni, dzikich kotów w klatkach i całej reszty. Wiec może akurat w przypadku wielbłądów, koni, osiołków tak naprawdę liczy się własnie to: żeby swoim wyborem wspierać etycznych opiekunów, którzy dobrze traktują zwierzęta i wyznaczać jakiś taki standard „usług”. Mam nadzieję, że tak jest i ze coraz więcej tak będzie do tego podchodzić

A skoro już mowa o etyce w turystyce, chciałabym Wam opowiedzieć o pewnym wspaniałym miejscu. Chumbe Island Coral Park to malutka wyspa po zachodniej stronie Zanzibaru i prywatny rezerwat przyrody. Na rezerwat składa się Sanktuarium Rafy Koralowej i Rezerwat Przyrody, który obejmuje porastający 90% wyspy ostatni nienaruszony zanzibarski suchy las tropikalny. Podłoże jest tu zbudowane jest z wapienia koralowego, więc rośliny, które tu rosną są bardzo wyjątkowe bo musiały się wyspecjalizować tak aby żyć właściwie bez dostępu do wód gruntowych – samą deszczówką lub wodą morską!

Namorzyny, czyli drzewa, które rosną w słonej wodzie
Krab pustelnik, czyli jeden z powodów, dla których z Zanzibaru nie wolno wywozić muszli

to są właściwie skamieliny

jak się bliżej przyjrzeć, można wypatrzeć takie cuda

Całość tworzy nienaruszający równowagi ekologicznej park, którego celem jest konserwacja przyrody (w tym rafy koralowej), badania i edukacja zarówno turystów jak i lokalnej społeczności. Na Chumbe można przyjechać tylko w ramach zorganizowanej wycieczki (bardzo ograniczona liczba miejsc) lub jako gość hoteliku, który widzicie na zdjęciu wyżej: składa się na niego kilka bungalowów, które są CAŁKOWICIE EKO: od zasilania energią słoneczną, przez zbiórkę deszczówki, naturalne jej oczyszczanie i wykorzystywanie np. w prysznicach po kompostowe toalety.

Jednodniowa wycieczka obejmuje wyprawę po wspomnianym wcześniej lesie z bardzo fajnym przewodnikiem, wejście na latarnię moską (fenomenalne widoki), snorkeling i pyszny obiad na tarasie przyrządzony z lokalnych produktów pochodzących z ekologicznie świadomych źródeł. Całość nie jest tania, ale myślę, że warto.

To ta latarnia, a niżej widzicie widoki rozciągające się z jej szczytu

Pyszności

Chumbe Island nie jest jedyną ciekawą, pro-przyrodniczą inicjatywą na Zanzibarze.
Na północy wyspy, czyli w okolicach miejscowości Nungwi można znaleźć Mnarani Marine Turtles Conservation Pond, czyli ośrodek ochrony żółwi morskich, które niestety w tej okolicy są tu celem polowań ze względu na swoje skorupy (żółwie szylkretowe) i mięso (żółwie zielone). Ośrodek zajmuje się ochroną żółwi, organizuje akcje czyszczenia i patrolowania plaży i prowadzi działania edukacyjne dla turystów i lokalnej społeczności. Na miejscu można poczytać całkiem sporo o gatunkach żółwi, ich anatomii, rozróżnianiu gatunków itd. Zobaczycie tam też szkielet humbaka.
Jeśli chodzi o żółwie i ich ochronę, to pracownicy ośrodka zbierają żółwie jaja złożone na niedalekiej wyspie (na plaży w Nungwi żółwie już ich nie składają), zwożą je do ośrodka, aby małe żółwiki mogły się w spokoju i bezpiecznie wykluć – są tu specjalne skrzynie z piaskiem, przeznaczone do tego celu. Następnie pracownicy i wolontariusze niańczą je w zasłoniętych siatką przed ptakami baliach z wodą – co stanowi przeuroczy widok –  a gdy skończą rok: w naturalnej lagunie.

Młode żółwie przypłynęły sprawdzić, czy to pora karmienia
Kiedy żółwie już podrosną na tle, że ich szanse na samodzielne przeżycie są naprawdę duże: są wypuszczane do Oceanu Indyjskiego. Ośrodek zajmuje się też zbieraniem rannych i chorych żółwi od okolicznych rybaków i leczeniem ich. One też ostatecznie są wypuszczane do oceanu.
Co ważne, niedaleko jest jeszcze drugi, pozornie podobny ośrodek, który jednak nie zajmuje się ono ochroną żółwi, ale zamiast tego po prostu trzyma je w naturalnej lagunie i oferuje możliwość pływania z nimi. Nie sądzę, żeby towarzystwo hałaśliwych, wysmarowanych kremami z filtrem ludzi było miłe tym sympatycznym stworzeniom, więc zdecydowanie polecam to pierwsze miejsce, jeśli kiedyś znajdziecie się na Zanzibarze.

Gwiazdka z nieba – wersja naukowa

Co jest na tym zdjęciu?

Odpowiedź znajdziecie na końcu⬇️⬇️

Od kilku dni jestem sama w domu, podczas gdy Szalony Naukowiec, nadal spędza wesoło czas w podróży. Wczoraj na Insta opublikowałam zagadkę dotyczącą tego czym to on dokładnie się zajmuje w czasie, gdy wszyscy krewni i znajomi królika, których odwiedza są w pracy. Na kolejnych zdjęciach możecie zobaczyć wyniki ankiety (zaskakujące jak Instagram dobrze zna mojego męża. Ja jednak jestem wdzięczna tym, którzy pomyśleli o prezencie dla mnie).


A jeśli interesują Was antyczne sitka, proponuję mały Tour de Louvre z Szalonym Naukowcem.

Ale wracając do tematu: nie narzekam. Cieszę się, ze wreszcie po tak długim czasie(spowodowanym 👑) ma okazję spotkać się z przyjaciółmi i rodziną, których większość jest rozsiana po świecie. Doceniam bardzo, ze znaleźliśmy się wśród tych szczęśliwców, którym #lockdown nie zniszczył wielu ważnych planów, nie rozdzielił z ukochanymi i nie odebrał pracy.

W ogole, biorąc pod uwagę, że ostatnie 4 miesiące spędziliśmy non-stop pod jednym dachem (choć często w oddzielnych pokojach), czasem doprowadzając się do szału, można by pomyśleć, że z radością powitam okres #homealone – i tak było. Naprawdę. Lubię czas dla siebie. Ale ten weekend to inna sprawa bo… Pomijając korporacyjną ekwilibrystykę związaną z planowaniem urlopów, wróciłam wcześniej, żeby właśnie w tej chwili wyjeżdżać z koleżankami na #babskiweekend. Miałyśmy pić #prosecco 🥂 robić grilla, chodzić nad jezioro i w ogóle świetnie się bawić. Niestety tak się jednak składa, że z dziewczynami dzielimy nie tylko zamiłowanie do trunków z bąbelkami ale i pracodawcę. A ten, oczekuje 2 tygodni izolacji od współpracowników po pobycie za granicą – ze względu na 👑. Także dziewczyny pojechały, a ja zostałam w domu z kotem.

➡️ Wracając do zdjęcia wyżej.
Żeby pomyśleć o czymś miłym i trochę rozproszyć mój mały #smuteczek chciałam się z Wami dziś podzielić czymś, co ostatnio przypomniało mi się dzięki Facebookowi, czyli jednym z najbardziej niezwykłych prezentów 🎁 jaki kiedykolwiek dostałam. Moja własna, osobista gwiazdka 🌟 z nieba – w naukowej postaci oczywiście – czyli wisiorek z pyłem księżycowym!
Mój mały 🌙 pochodzi z księżycowego meteorytu NWA 3136, który został kupiony (nomen omen) w Maroku.

A jakie są najbardziej romantycznie/niezwykłe czy po prostu najlepsze prezenty jakie Wy dostałyście?

Jacy są Arabowie?

Ostatnio natknęłam się w internetach na dyskusję na remat reakcji zazdrosnego Męża z Importu na facebookowych kolegów Polskiej Żony – jak łatwo można się domyślić, reakcja ta nie była pozytywna (no bo gdyby była nie byłoby o czym dyskutować). Co ciekawe, rozmowę prowadziły wyłącznie panie w związkach mieszanych, a mimo to w komentarzach pojawiły się stwierdzenia takie jak Arabowie są zazdrośni, czy oni tak mają. Podobnie na grupach poświęconych związkom multi-kulti regularnie pojawiają się pytania Jacy są panowie z kraju X? Jak poradzić sobie z Arabem? Czy wszyscy faceci z kraju Y są leniwi/mamisynkami/robią to i to i jak sprawić żeby przestali?

To jest zjawisko z którym spotykam się niestety bardzo często: posługiwanie się stereotypami i wrzucanie wszystkich facetów z danego kraju/muzułmanów/Arabów (a do nich jeszcze często na dokładkę Turków czy Pakistańczyków, bo kto by sobie zawracał głowę szczegółami) do jednego worka. I o tym chciałabym dziś napisać.

Kącik psychologiczny

Zacznijmy od odrobiny teorii.

Stereotypy to ogólne, uproszczone, pre-definiowane konstrukcje myślowe, które zawierają zbiór przekonań na temat jakiejś grupy – mogą dotyczyć wyglądu, zachowań, preferencji a nawet cech osobowości. W skrócie chodzi o przypisywanie jakiś konkretnych cech czy charakterystyk danym osobom wyłącznie z racji ich przynależności do pewnej grupy.

Rolą stereotypów jest ułatwianie funkcjonowania w świecie: pozwalają bardzo szybko upraszczać, strukturyzować i kategoryzować dostępne informacje, co umożliwia błyskawiczną reakcję, zwłaszcza w sytuacji gdy dostęp do wiedzy/informacji jest ograniczony. To oczywiście ma sens biologiczny i swego czasu ułatwiało przetrwanie – prehistoryczny człowiek spotykając niespodziewanie coś ruszającego się w jaskini musiał być w stanie w ułamku sekundy ocenić czy ma do czynienia z „wrogiem” czy „przyjacielem”. Naturalnie celem było tu ratowanie życia, więc bardziej „opłacało się” błędnie uznać kogoś za wroga niż za przyjaciela.
Niestety funkcjonowanie naszego umysłu nie zmieniło się za bardzo od tamtych czasów.
Zazwyczaj działa to w uproszczeniu tak: określamy jakąś dostrzegalną i łatwą w identyfikacji cechę charakterystyczną dla danej grupy (powiedzmy: pewien styl ubioru albo kolor skóry – jak już pisałam, stereotypy działają w oparciu o uproszczenia, generalizacje i niewystarczającą wiedzę). Na tej podstawie nasz umysł błyskawicznie decyduje, czy napotkana osoba do niej pasuje. Jeśli tak: automatycznie przypisane jej zostaną wszystkie cechy, które w naszym uproszczonym, ogólnym konstrukcie umysłowym charakteryzują tę grupę.
Dodajmy do tego jeszcze błędy poznawcze np błąd konfirmacji, który polega na tym, że nasz umysł automatycznie preferuje informacje, które potwierdzają to co już wcześniej myśleliśmy – zwłaszcza jeśli chodzi o ugruntowane poglądy lub tematy wzbudzające emocje – niezależnie od tego czy te informacje są prawdziwe. I mamy kłopot.
Co bardzo ważne: te wszystkie procesy bardzo często zachodzą w sposób kompletnie nieświadomy.

Stereotypy razem z mechanizmami ich powstawania i uprzedzeniami do których prowadzą to w ogóle bardzo szeroki i ciekawy temat, ale trochę wykracza poza cel tego artykułu, dlatego tutaj się zatrzymam dodając tylko na koniec: na szczęście stereotypom można przeciwdziałać. Najlepszym sposobem jest zwiększanie w sobie świadomości ich istnienia (poprzez pogłębioną autorefleksję, analizę automatycznych myśli i reakcji itd) no i poszerzanie wiedzy.

A teraz do rzeczy

Wszyscy chyba znamy te teksty:
(Wszyscy) Arabowie są zazdrośni, kontrolujący, leniwi, traktują kobiety źle lub przedmiotowo albo jak maszynki do robienia dzieci, lubią się targować, nie dbają o higienę, zawsze słuchają matki, są terrorystami itd itd.

Uwaga, uwaga breaking news: Arabowie są różni. W ogóle ludzie są rożni.

Zastanówcie się, czy jesteście w stanie powiedzieć Europejczycy są tacy i tacy; Europejczycy zachowują się tak i tak?
Ja nie jestem. To czemu z Arabami miałoby być inaczej?
Świat Arabski to jakieś 400 milionów ludzi, którzy mieszkają w 22 różnych krajach (i nie, to nie wszystko to samo, tak jak Europa to nie wszystko to samo), które mają różną historię, kulturę, posługują się różnymi dialektami itd. Czy naprawdę jesteśmy wstanie zidentyfikować chociaż jedną uniwersalną cechę, którą reprezentują wszyscy Arabowie? Chociaż jedno zachowanie?
No to może przynajmniej wszyscy Marokańczycy/Tunezyjczycy/Egipcjanie/Pakistańczycy są jacyś?
A czy potrafimy coś takiego powiedzieć o Polakach? Wskazać jakąś jedną uniwersalną cechę wspólną dla wszystkich Polaków?
Widzicie jak to działa? Jako Polka mam o Polakach znacznie większą wiedzę niż o innych narodach i dzięki temu wiem, że nie da się tak uogólnić – nawet mi to nie przychodzi do głowy. Natomiast w sytuacji braku wiedzy, pojawia się pewna skłonność do uzupełniania pustych miejsc stereotypami i uproszczeniami opartymi o jakiś pojedynczy przykład, albo coś co się gdzieś wyczytało. Stąd te wszystkie Arabowie są zazdrośni (wiem, bo mój były taki był); Indusi robią co im każą rodzice (wiem, bo miałam kolegę, który się tak zachowywał) itd.
Warto o tym pamiętać i w odniesieniu do siebie samego i tego, co mówią nam inni.

Zanim zaczniecie protestować: jestem świadoma istnienia czegoś takiego jak kultura, normy społeczne, standardy zachowań itd. Wiadomo, że pewne zachowania i postawy, a nawet cechy charakteru są w społeczeństwie promowane i wzmacniane, a inne: ograniczane i wyciszane, a przynajmniej spychane w ukrycie.
Zapewne dałoby się przeprowadzić jakieś badania z pogranicza socjologii i psychologii społecznej i określić pewne najpowszechniejsze postawy, preferowane społecznie, wręcz typowe zachowania, czy może nawet średni poziom reprezentacji jakiejś cechy charakteru w danej społeczności czy grupie. Ba, nawet to wszystko porównać między krajami/regionami/grupami etnicznymi.  Wyobrażam sobie, na przykład, że średnie wyniki Finów na skali intro-ekstrawersji będą bliższe biegunowi introwersji niż średnie wyniki Włochów.
Jak najbardziej można prowadzić takie badania, statystyki porównawcze i wyciągać wnioski o charakterze ogólnym. Tylko nie można takich wniosków przenosić na poziom jednostkowy.

Przenoszenie obserwacji na poziomie grupy czy społeczeństwa na poziom indywidualny nazywamy ekologicznym błędem rozumowania w interpretacji danych.

A jeśli to kogoś nie przekonuje proponuję prosty eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie ile możliwych kombinacji wyników na dziesięciostopniowej skali zaledwie 10 osób może dać daną średnią? Tę samą średnią (powiedzmy 5) da nam dziesięć osób o wyniku 5 jak i pięć osób o wyniku 9 + pięć o wyniku 1. Co więc taka średnia wartość tak naprawdę mówi nam o poszczególnych osobach?

To do czego zmierzam, to w sumie taki truizm: ludzie są różni. Na to jaka jest dana osoba wpływa kultura kraju pochodzenia, panujące w nim normy społeczne, zwyczaje, religia, ale też wychowanie, wzorce wyniesione z domu, wykształcenie, cechy osobowości i temperamentu, oraz własne krytyczne myślenie danej osoby.
Poznając faceta z innego kraju na pewno trzeba zapoznać się z lokalną kulturą, zwyczajami, religią, obowiązującymi normami itd., bo te czynniki mogą mieć na niego istotny wpływ. Natomiast patrzenie na (potencjalnego) partnera tylko przez pryzmat kultury jego kraju do niczego dobrego nie prowadzi – dużo lepiej jest podejść do niego indywidualnie: dowiedzieć się jakim jest człowiekiem, co ma w głowie, co sobą reprezentuje, jakie wartości wyznaje, jaki ma światopogląd. Może ten nowy egzotyczny ukochany okaże się najbardziej typowym przedstawicielem swojej nacji, jaki istnieje – takim wzorcem z Sevres. Może odwrotnie: okaże się totalnym przeciwieństwem, antymaterią wręcz (taki przypadek ja mam w domu). A może będzie gdzieś po środku. Bo „ludzi nie tną od metra”. W żadnym kraju.

Alzacja

Dziś,  dla odmiany od Maroka: Alzacja.
Przyjechaliśmy tu w piątek spotkać się z siostrami Kolegi Małżonka i przy okazji z potencjalnym szwagrem. Liczyłam trochę na to, że jako żonie Starszego Brata skapnie mi choć odrobina autorytetu i szansy dania (lub nie) aprobaty wybrankowi, ale Szalony Naukowiec ani myśli akceptować (lub nie)* ukochanego siostry albo w jakiś sposób odnosić się do jej decyzji. Więc niestety.
* Dopisuję wyjasnienie, bo wyglada na to, ze nie wyraziłam się jasno: nie chodzi o to, że Małżonek nie zaakceptował chlopaka siostry, a o to, ze nie mysli w tych kategoriach i nie ma zamiaru występować w pozycji osoby, której rolą jest dawanie (albo odnawianie) aprobaty w tej sprawie.
Alzacja to region na północnym wschodzie Francji, który przechodził wielokrotnie z rąk francuskich w niemieckie i odwrotnie. W związku z tym wystepuje tu specyficzny dialekt, a w nazewnictwie miast widać wyraznie silne wpływy języka niemieckiego i francuskiego. Mamy tu na przykład miasteczko Ribeauville a tuz obok Kayserberg. 
Produkowane tu są świetne lekkie biale wina (o podobnie zróżnicowanych nazwach: np. muscat, pinot gris, pinot noir, riesling, gewurztraminer). W wielu tutejszych miasteczkach jak i przy słynnej i popularnej  wsrod turystów Route des Vins jest wiele miejsc, gdzie można zajrzeć na degustację i zakupy. Poruszając się po okolicy samochodem warto pamiętać, że we Francji dopuszczalne stężenie alkoholu we krwi to 0,5 promila. Piwnice i winnice oczywiście zapewniają spluwaczki do degustowanego wina, ale nie zapominajmy, że alkohol jest trawiony już w jamie ustnej. 
Na zdjeciach poniżej miasteczka Riquewihr i Ribeauville. Prawda że sliczne? Te belkowane fasady (mur pruski) to typowa konstrukcja w tym regionie.
Riquewihr:
W ogóle to jest tutaj sklep, który caly rok sprzedaje dekoracje Świąteczne! Ma dwa poziomy, a na środku stoi wysoka na oba piętra choinka! Cały rok można tu kupić absolutnie każdą dekorację Świąteczną jaką sobie wymyslicie 😍 niestety w  środku nie wolno robić zdjęć, ale z zewnątrz wygląda tak:
Ribeauville:
Alzackie bociany.
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam bociany i uważam je wręcz za symbol Polski. Podobnie są odbierane w Alzacji. Tutaj także uważa się,  że przynoszą szczęście domowi, na którego dachu uwiły gniazdo. Podobnie jak w Polsce są też  „odpowiedz” za przynoszenie dzieci – chociaż używają innej techniki niż te nasze – w Alzacji bociek nie trzyma w dziobie becika z niemowlakiem: tu dziecko podróżuje na bocianim grzbiecie 🙂 do tego mają chronić przed piorunami i zapewniać rychłe zaręczyny dziewczynie, ktora zobaczy bociana zmierzającego w jej stronę.
 Alzackie bociany także zimują w Afryce (z czym wiąże się sporo problemów), a ich powrót w marcu jest ważnym zwiastujem wiosny.
W latach 60 i 70 bociany niemal kompletnie wyginely w Alzacji. W latach 80 stały się  gatunkiem chronionym i zaczęto prace nad przywróceniem ich obecności na alzackich dachach. Z zaledwie 148 par w roku 1960, w 2017 populacja rozrosła się aż do 850 par czyli osiągnęła rozmiar z XIX wieku. Hura! Oficjalna akcja odnawiania gatunku została zakończona, ale w Alzacji nadal funkcjonuje przynajmniej jeden bociani park, który zajmuje się ich rozmnażaniem i leczeniem, choć dziś jest raczej głównie atrakcją turystyczną i edukacyjną. Tym razem nie udało nam się  tam dotrzeć, ale byłam tam kilka lat temu i była to bardzo ciekawa wycieczka.
W tej chwili bardzo latwo wypatrzeć bociany (lub chociaż ich gniazdo) na jakimś dachu lub spacerujące po lące. 
Ponadto są jednym z głównych motywów przemysłu pamiątkowego: w prawie każdym lokalnym sklepiku z suwenirami można kupić breloczki, maskotki, magnesiki, pocztówki,  a nawet znajdzie sie zastawa stolowa udekorowana wizerunkiem tego sympatycznego ptaka.