Jędza-wariatka na skale

Czasami, kiedy myślę o sobie i swoim mężu mam taką wizję bardzo wzburzonego morza, gdzie wysokie fale, wręcz spienione bałwany, rozbijają się o pojedynczą niewzruszoną skałę.
Chcecie wiedzieć skąd ta wizja?
Czytajcie.

Może sobie pochlebiam, ale uważam się za osobę raczej racjonalną i ogólnie wykazującą się w życiu sporo rozsądku. Są jednak takie momenty, kiedy totalnie tracę te cechy i zmieniam się w jędzę-wariatkę. Zazwyczaj po fakcie, kiedy odzyskuję swój zwykły poziom funkcji intelektualnych, zastanawiam się jakim cudem Szalony Naukowiec ma wystarczające zasoby cierpliwości, żeby to wytrzymywać? Ja na pewno bym nie miała.

Jeden z takich momentów miał miejsce wczoraj.
Żebyście lepiej zrozumieli dynamikę wydarzeń zacznę od krótkiego wprowadzenia:

otrzymałam niedawno propozycję wystąpienia w pewnej telewizji śniadaniowej.

W ogóle się tego nie spodziewałam, nigdy nie brałam pod uwagę „kariery” telewizyjnej, moim medium zdecydowanie jest słowo pisane. Poza tym ni należę do osób dobrze funkcjonujących w stresie, a ten niewątpliwie powoduje u mnie kamera wycelowana w moją twarz.

Propozycja zaatakowała mnie zza węgła i od kiedy padła, w mojej głowie trwa gwałtowna i raczej chaotyczna debata, która chyba tymczasowo upośledziła moją możliwość podejmowania jakichkolwiek decyzji: od tego, co chcę na śniadanie, przez to w co się ubrać i czy iść do kina – po decyzję, czy zaszczycić wspomnianą śniadaniówkę swoją obecnością. Jest to stan, który wprawia mnie w silny niepokój i ogólne poczucie, że nie wiem czego chcę (którego bardzo nie lubię), a towarzyszy mu dodatkowo stres antycypacyjny związany z samą wizją pojawiania się na wizji (hyhy). Poza tym ogólnie czuję się zmęczona i sfrustrowana, brakuje mi życia towarzyskiego, podróży, wakacji. Więc sami rozumiecie, że moja forma psychiczna odbiega od szczytowej.
Tyle tytułem wstępu przejdźmy do historii właściwej.
Jakiś czas temu wymyśliliśmy z Szanownym Naukowcem, że fajnie byłoby znowu pochodzić na randki. Wczoraj właśnie miał być Ten Dzień, a mój mąż zarezerwował stolik w swojej absolutnie ukochanej restauracji oraz zaproponował żebyśmy po raz pierwszy od pandemii wybrali się też do kina. Zanim zapanował COVID byli z nas nieźli kinomani i obojgu nam brakuje tej rozrywki. Problem zaczął się już na tym etapie, ponieważ pozbawiona umiejętności podjęcia decyzji wersja mnie, nie potrafiła określić, czy chce, czy nie chce.
– Nie pytaj mnie o zdanie, przecież wiesz, że dziś nie potrafię nawet określić, co zjeść na śniadanie, ty zdecyduj – powiedziałam Szalonemu Naukowcowi gdy po raz piąty zapytał mnie o to samo.
No to zdecydował.
I wtedy się zaczęło.
Najpierw odpalił mi się skrypt Nie wiem co na siebie włożyć.
Na swoją obronę powiem tylko, że:
a. moja letnia szafa składa się w znacznej większości z trzech kategorii ciuchów: do pracy (czyli: niezbyt wygodne i nie lubię), na wakacje i „nadzieja na lepsze czasy lub naiwność”.
b. mówimy o dniu, w którym w Warszawie było jakieś 35 stopni w słońcu, w kinie zapewne 15 (zawsze przesadzają z klimatyzacją), a restauracja, którą wybrał mój mąż należy do tych, w których człowiek nie czuje się do końca komfortowo w szortach i kusej koszulce na ramiączkach.
Dylemat był oczywisty, wielki i zdecydowanie ponad moje możliwości: założyć wspomniane szorty i koszulkę i tym samym uniknąć upieczenia się na ulicy, ale narazić na zamarznięcie w kinie lub pod wpływem zimnych, krytycznych spojrzeń obsługi restauracji? Nosić ze sobą bluzę, która zabezpieczy przed pierwszym, ale nie przed drugim? Ubrać się przyzwoiciej (czytaj: mniej przewiewnie i mniej wygodnie)?
Do tego doszło jeszcze rozszerzenie skryptu zatytułowane: w niczym dobrze nie wyglądam, powinnam chodzić w worku na kartofle
W tym momencie doszłam do wniosku, że w sumie to po co my właściwie idziemy do tego głupiego kina i jeszcze głupszej restauracji, skoro moglibyśmy zostać w domu w domowych ciuchach i z netflixem i UberEatsem?
– Po cholerę w ogóle mnie ciągniesz do tego kina, przecież ty nawet nie chcesz oglądać tego filmu*?? Potem będziesz mi miesiącami wypominał, że masz po nim traumę!** – zakrzyknęłam więc do męża, kiedy już – po dość długiej dyskusji – byłam mniej więcej wyszykowana do wyjścia.
– Ok, nie musimy iść do kina, jeśli nie chcesz. Chodźmy na spacer – odparł on.
– No chyba oszalałeś, nie będziesz mi teraz robił wody z mózgu!!! – zgarnęłam bluzę i wypadłam z mieszkania trzaskając drzwiami.
Mąż podążył za mną.
Ruszyliśmy w stronę przystanku.
– Ojej zapomniałam bransoletki. Muszę po nią wrócić. Ale jak wrócę o już na pewno nie zdążymy. W ogóle i tak już jest za późno i nie zdążymy.
– Powinniśmy zdążyć, będą reklamy na początku
– A co jeśli mają jakieś dodatkowe procedury bezpieczeństwa? Już za późno!
– No to nie idźmy do kina tylko na spacer.
– Ale ja chciałam iść do kinaaaa – najwyraźniej doznałam olśnienia, gdy tylko okazało się, że na pewno jest za późno.
– Jest jeszcze kilka seansów w ten weekend, możemy pójść jutro albo wieczorem.
– Sama nie wiem… Może wieczorem…. – odrzekłam rozczarowana, bo przecież właśnie mnie olśniło, że chcę iść do kina teraz
– Na razie chodźmy na spacer
– Ale ja nie chcę iść na spacer – logiczne, przecież chciałam iść do kina.
– Jak to nie chcesz, przecież ty zawsze chcesz iść na spacer?
– Ale dziś nie chcę!!! I te buty się nie nadają – miałam na sobie sandałki, które na dłuższych dystansach potrafią mi obetrzeć stopy.
– To chodź, wrócimy do domu, zmienisz buty, zostawisz bluzę, zabierzesz te bransoletkę i pójdziemy.
– Ale ja nie chcę iść na spacer!
– To ja nie wiem czego ty chcesz.
– Ja też nie wiem!!!!

Jakim cudem wtedy mnie nie zabił albo nie zostawił na tej ulicy – nie mam pojęcia.

Zamiast tego oświadczył, że chwilowo odbiera mi prawo głosu i pociągnął z powrotem do domu (taki dyktator) żebym zmieniła te nieszczęsne sandałki.

Wtedy rozpoczęła się faza druga.
– A wrócimy tu przed kolacją? A potem przed kinem?
– Eeeee nie wiem jeszcze, a co?
– No bo ja nie wiem jak się ubrać!!!
– Dobra, to możemy wrócić przed kolacją, nie będzie już tak gorąco, będziesz się mogła przebrać.
– To po co my w ogóle wychodzimy jeśli mamy zaraz wrócić?
– Idziemy na SPACER.O to w tym chodzi.
– A dokąd?
– Może do Łazienek?
– Nie chcę do Łazienek, mogłeś wybrać jeszcze bardziej zatłoczone miejsce??
– No to możemy iść gdzie indziej – tu podał parę opcji.
– Czyli chcesz żebyśmy poszli gdzieś, niemal dosłownie minęli restaurację, potem wrócili do domu znowu ją mijając i potem znowu wyszli z domu i do niej wrócili? Przecież to nie ma sensu. W ogóle nigdzie nie idźmy!
– No dobra, ale wtedy pójdziemy na spacer po kolacji – zaczął negocjować małżonek. Bez sensu, przecież mieliśmy wieczorem iść do kina. W odpowiedzi zaczęłam zakładać buty.
– To jednak teraz idziemy?
– Przecież mówiłeś, że chcesz iść na spacer? Jednak nie chcesz?? Dobra!! – wydarłam się i dramatycznym gestem rzuciłam buty i skarpetki na podłogę.
– Nie, jak tylko….
– Wiesz co?? Ty to sam nie wiesz czego chcesz!!!
Tak, właśnie do takiego wniosku doszłam.
Mniej więcej wtedy mój mąż sobie chyba uświadomił, że już jest zdecydowanie pora lunchu, a ja wciąż nie zjadłam śniadania (no przecież nie mogłam się zdecydować) i zaproponował żebyśmy chociaż wyszli coś zjeść. Tej propozycji ciężko mi było odmówić, bo może nie ja wiedziałam czego chcę, ale mój żołądek owszem.
Wiecie jak to mówią głodny facet to zły facet? Niewykluczone, że jestem kryptomężczyzną, bo porcja hummusu z pitą i kieliszek Aperola całkowicie odmieniły mój nastrój, ukoiły nerwy i zesłały spokój na umęczoną głowę.
Reszta dnia minęła nam w zaskakująco dobrej atmosferze.
Pozostaje mi tylko zapewnić czytelników, że mój mąż, moja skała w centrum wzburzonego oceanu, nie musi znosić tego typu zachowań bardzo często. Czemu znosi je w ogóle: nie mam pojęcia, ale bardzo się z tego cieszę.
*Wybieraliśmy się na film pt. Polowanie bo rzuciłam jakiś czas wcześniej, że chętnie bym go obejrzała (myślałam, że to będzie horror), a w sumie niewielki jest w tej chwili w kinach wybór.
** Mój mąż nie znosi horrorów i do dziś mi wypomina że nie może zapomnieć twarzy tytułowej bohaterki filmu Zakonnica
photo_2020-08-17_16-40-45

7 myśli w temacie “Jędza-wariatka na skale

  1. Anonimowy 16 sierpnia 2020 / 16:07

    to wszystko przez pogodę �� szczerze to bałam się…czy sprawy nie przybiorą innej formy, ale w duchu czułam,że wszystko dobrze się skończy �� Na szczęście mąż potrafi przegonić ciemne chmury swoją wyrozumiałością.

    Polubienie

  2. Jedno Oko Na Maroko 16 sierpnia 2020 / 22:12

    Muszę przyznać, że naprawdę doceniam jego wczorajszą postawę! Ja bym z samą sobą nie wytrzymała nawet połowy tego czasu co on.

    Polubienie

  3. Ela 3 września 2020 / 14:19

    Haha, czytalam i czulam sie jakbym o sobie czytała. Też tak czasem mam… nie wiem zupełnie skąd to się bierze, ale mężowi mówię, że to nie moja wina, bo to hormony 🤷‍♀️
    Myślę, że gdyby kiedyś on odstawił taką scenę, to byłabym w stanie absolutnego osłupienia:)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s