O niezależności (i zależności) od partnera. I o paru innych rzeczach

Wzięłam ostatnio udział w kilku rozmowach o niezależności (i zależności) od partnera, o zdradach, o odchodzeniu od żony i małych dzieci, o tym jak zabezpieczać się (głównie w sensie ekonomicznym) na przyszłość, na wypadek gdyby facet odszedł lub stało się coś innego. Wszystko to w kontekście tego, czy można drugiemu człowiekowi (facetowi?) ufać w 100% czy też lepiej jednak być nieufną.
Omówiłyśmy model związku w którym kobieta pozostaje całkiem na utrzymaniu męża i jak to się może dla niej skończyć, jeśli on znajdzie sobie inną. Omówiłyśmy różne sytuacje: mąż, który po uzyskaniu dokumentów, sprowadził do domu pierwszą żonę z dziećmi, albo jakąś rzekomą „kuzynkę” (sic); mąż, który któregoś dnia wybrał z konta wszystkie wspólne oszczędności i wyjechał. Oczywiście nie obyło się bez wspomnienia o wizowcach, którzy znikają, jak tylko dostana papiery zostawiając kochająca ich kobietę na lodzie. Wizowcy to niestety wielki problem związków mieszanych a im dłużej należę do różnych grup, tym więcej go widzę.

Ale do rzeczy.
Myślę sobie, że niezależnie od wszystkiego, każdy człowiek, niezależnie od płci, powinien być samodzielny, niezależny i w miarę samowystarczalny, albo przynajmniej mieć realną możliwość takim być. W życiu dzieją się różne rzeczy, zdarzają się wypadki i choroby, rozstania, kryzysy i bankructwa. Trzeba być w stanie zadbać o siebie (a może i o inne osoby). Po prostu. To jest podstawa i w ogóle nie ma związku z zaufaniem do partnera. Natomiast jeśli o zaufanie chodzi: czy bezpiecznie jest ufać w 100%? Czy można być pewnym, że człowiek, którego kochamy nie porzuci nas w chorobie, nie zdradzi, nie rozpłynie się w powietrzu (po uzyskaniu papierów albo ot tak po prostu, ze wspólnymi oszczędnościami lub bez) albo nie ma w swoim kraju innej kobiety?
Wydaje mi się, że najważniejsze to dobrze poznać z kim się jest.
Tak, trzeba się liczyć z tym, że ludzie robią głupoty. Doznają kryzysu wieku średniego, kupują czerwone kabriolety ze skórzanymi siedzeniami i odjeżdżają w siną dal. Albo rzucają wszystko i jadą w Bieszczady hodować alpaki – i tam może poznają innego, przystojnego, hodowcę alpak. Nie wiadomo, co życie przyniesie.
Ludzie robią głupoty, ale wiecie co? Ludzie nie zmieniają się w sposób fundamentalny. Porządny i uczciwy człowiek, kierujący się w życiu zasadami, nie zmieni się nagle w złodzieja i oszusta, nawet jeśli dotknie go kryzys wieku średniego. O ile to są jego własne zasady, a nie narzucone z zewnątrz, jak dziecku, które tylko czeka jak je ominąć, gdy nikt nie patrzy. To oczywiście nie daje gwarancji, że nie związek nie przejdzie kryzysu, a nawet, że się nie zakończy. To się zdarza. Ale rozstanie może przebiec na poziomie lub poniżej wszelkiego poziomu.
Ten przykładowy facet, który miał jakąś inną żonę/kobietę na boku albo w swoim kraju – on przecież od początku był nieuczciwy, wcale się nie zmienił. I jestem przekonana, że były sygnały, że jest z nim coś nie tak. Problem w tym, że bardzo łatwo przymknąć oczy je przegapić. Zwłaszcza jak motyle w brzuchu szaleją, a egzotyczny (lub rodzimy) amant tak cudownie zawraca w głowie.
Ach jak łatwo wziąć coś za dobrą monetę! Naciska na szybki ślub? Czyli tak bardzo mnie kocha. Naciska na ślub religijny (nikah)? Przecież to dobrze o nim świadczy, bo to znaczy, że jest wierny swoim religijnym przekonaniom. Rozwalił ekran w nowym telefonie, ale zna kogoś, kto pracuje w sklepie operatora, więc po cichu sobie załatwił antydatowane ubezpieczenie? Taki zaradny! Nie lubi jak noszę mini spódniczki i dekolty? Super, zależy mu na mnie i nie chce żeby inni faceci się gapili. Denerwuje się jak nie odpisuję szybko na smsy? Zależy mu na mnie i tęskni. Proponuje żebym nie pracowała bo to facet powinien się opiekować kobietą? Ach jaki opiekuńczy, prawdziwy mężczyzna! Nie chce żebym pojechała na wyjazd integracyjny bo nie ufa moim kolegom z pracy? Dba o mnie, odrobina zazdrości dodaje pikanterii związkowi (co z tego, że sam na takie wyjazdy jeździ). Nie pozwala dotknąć swojego telefonu? Każdy ma prawo do prywatności. Pojechał w odwiedziny do rodziny i prawie wcale nie dzwoni, nie pisze? Ach, na pewno jest zajęty bo dawno ich nie widział. I tak dalej.
Trzeba nauczyć się rozpoznawać sygnały. Nauczyć się rozróżniać krętaczy, oszustów, wizowców, drobnych cwaniaczków, facetów o tendencjach do dominacji, kontroli i autorytaryzmu od porządnych, uczciwych ludzi. Trzeba nauczyć się rozpoznawać jakimi zasadami kieruje się drugi człowiek (w sumie dotyczy to tak samo kobiet jak i mężczyzn) i jakie wartości nim kierują. Bez tego bardzo łatwo o nieprzyjemności takie jak kłamstwa, zdrady, manipulacje, wpędzanie w poczucie winy, obsesyjna zazdrość, próby dominacji, zakazy, pretensje. Albo po prostu związek nieudany ze względu na różnice nie do przeskoczenia.
Wiem co mówię, bo sama dawno, dawno temu też się tak wpakowałam – dałam się zwieść pozorom, brałam różne rzeczy za dobrą monetę. Nie potrafiłam przeniknąć przez pozory i zobaczyć jasno co sobą reprezentował tamten człowiek (możecie w to nie wierzyć ale przynajmniej jeden z przykładów wyżej zaczerpnęłam z własnego życia). Całe szczęście, że człowiek umie się uczyć na błędach.
Dlatego poznajcie dobrze swoją drugą połówkę. Niezależnie od tego, czy pochodzi ona z drugiego końca świata, czy z tego samego miasta. Pewnie się powtarzam, ale dobre poznanie się i dobre dobranie się to naprawdę klucz do sukcesu.

Zaufanie

Czym jest dla Was zaufanie?
Ja sobie myślę, że zaufanie jest wieloma rzeczami. Albo raczej: że jest wiele różnych rodzajów zaufania. Jest zaufanie, że druga osoba będzie nam wierna (jakkolwiek byśmy tego nie definiowali) – ze nas nie zdradzi. Jest zaufanie, które pozwala nam powierzać komuś sekrety – wiara, że ta osoba ich komuś nie powtórzy, albo nie wykorzysta przeciwko nam w kłótni – nie zdradzi naszego zaufania. Zaufanie oznacza też, że wierzymy, że czyjeś słowa to prawda.
Ale jest też rodzaj zaufania: zaufanie do czyjejś oceny sytuacji i przekonanie, że ta osoba poradzi sobie z tą sytuacją dobrze (skutecznie).
Z tym rodzajem zaufania mam lekki problem. Należę do osób, które mają raczej silną potrzebę kontroli i równie silne przekonanie o słuszności swoich opinii. Dlatego ciężko mi czasem przyjąć, że ocena sytuacji mojego męża – gdy różnie się od mojej – może być trafna. Oraz że jego plan działania – inny niż mój – może być skuteczny. Często się o to sprzeczamy.

Ostatnio na przykład posprzeczaliśmy się o to, kto i jak powinien się zająć pewną dość istotną sprawą. Ja mam swoją wizję załatwienia jej, on ma swoją (zupełnie inną). Sprawa jest bardziej jego, ale w sumie dotyczy nas obojga. Plus wymaga trochę znajomości języka polskiego – który u Szalonego Naukowca jest na poziomie średnim. Kłóciliśmy się przez godzinę: ja próbowałam przeforsować swoją wizję (w której JA załatwiam temat, bo lepiej wiem jak), on upierał się, że sam potrafi to ogarnąć, a moje późniejsze marudzenie, że wszystko jest zawsze na mojej głowie, nie jest mu do niczego potrzebne.

Tak, jestem świadoma, że przekonania „ja zrobię to lepiej” i „wszystko zawsze na mojej głowie” tworzą razem błędne koło. I że jest to konflikt typowy dla kobiet, zwłaszcza w kontekście obowiązków domowych – na tym polu staram się nad tym zapanować. Powoli uczę się, że po pierwsze moje sposoby nie zawsze są najlepsze. A jeśli już są najlepsze: inne też mogą być ok.
Czytałam ostatnio, że jednym z najczęstszych powodów kłótni w związku są kłótnie o „oczywistości”. Oczywistości to przekonania/wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać wspólne życie. To może być wszystko od tego co jadamy na obiad, kiedy zmywamy (zaraz po zakończeniu gotowania/jedzenia, czy może jak zlew się przepełni), jak często zmieniamy pościel, kto płaci rachunki, robi zakupy, kiedy należy kupić kończący się produkt itd. Każdy wchodzi w związek z zestawem własnych (wyniesionych pewnie w większości z domu rodzinnego), a ponieważ to oczywistości – jakoś się o nich nie rozmawia. Bo to przecież takie oczywiste. Jasne, że oczywiste skoro w domu rodzinnym robiło się tak od zawsze. Problem w tym, że w domu rodzinnym partnera robiło sie inaczej.
Takie różnice pojawiają się zawsze, chociaż pewnie w związkach mieszanych jest ich więcej i bardziej rzucają się w oczy, bo też zwyczaje i życie codzienne w odległych i odmiennych kulturowo krajach mogą znacząco od siebie odbiegać (chociaż czy zwyczaje na tradycyjnej śląskiej wsi i w Warszawie są podobne?). Oczywiście to nie jest nic z czym nie da się sobie poradzić przy chęci z obu stron. Ba, może to być nawet ciekawe i rozwijające – pozwala na przykład poznać nową kuchnię, albo nieznane pomysły na wystrój wnętrz.
Ważne jest żeby zachować krytycyzm względem swoich oczywistości i otwartość na oczywistości drugiej osoby.
W przypadku związków mieszanych często spotykam się z założeniem, że różnice kulturowe, to coś nie do przeskoczenia i sprawiają, że wiele rzeczy, które nam nie pasują trzeba zaakceptować „bo tak już jest”. Wcale tak nie. Tworzymy nowe, wspólne życie i ono ma byc komfortowe dla obojga partnerów. Nie jest fair żeby jedna osoba narzucała swoje zwyczaje, a druga musiała zrezygnować ze swoich. Pewnie, drobne ustępstwa i kompromisy są konieczne, ale w każdy ma się w związku czuć jak w domu. I to dotyczy nie tylko detali życia codziennego, ale też poważniejszych spraw jak choćby model rodziny albo wspólne finanse – ale o tym innym razem.
A wracając do naszej sprzeczki z Szalonym Naukowcem: przynajmniej mam tu win-win situation. Albo on wszystko załatwi i będzie z głowy, albo nie i wtedy wyjdzie na to, że miałam rację.
Ha.

Notre Dame

Wczoraj wieczorem z wielkim smutkiem oglądałam doniesienia z Paryża. Podczas każdego z moich sześciu wizyt w tym mieście odwiedzałam katedrę Notre Dame, chociaż w środku byłam pewnie tylko dwa razy – później już nie chciało mi się stać w kolejce bo „może przy następnej okazji”.
A dziś rano z przerażeniem czytałam publiczne komentarze gwiazd naszej sceny politycznej i publicystycznej na temat znaków, symboli upadku chrześcijaństwa, płonącej Europy, końca cywilizacji, burzenia kościołów i budowania meczetów i braku uczciwego śledztwa co do przyczyn pożaru.
I myślę sobie, że katedrę może uda się odbudować, podobno zebrano już na ten cel 600 milionów euro, ale jak komuś obsesja wypaliła mózg, to chyba już nie ma nadziei.
#throwback #NotreDame

No photo description available.

Ślub 2.0: Cake Tasting

Do Ślubu 2.0 zostały dwa miesiące, więc ostatni weekend spędziliśmy raczej pracowicie. Jesteśmy z Szalonym Naukowcem dobrym zespołem i dobrze się uzupełniamy więc wszystko posuwa się do przodu całkiem sprawnie.
Jak może niektórzy już się zorientowali, nie jestem jedną z tych dziewczyn, które ekscytują się organizacją wesela. Nie zaplanowałam motywu przewodniego, nie zapisałam się na kurs tańca, nie mam wysadzanej kryształkami biżuterii pasującej do butów a dwa miesiące przed dniem zero na pytanie ‚jaką będziesz miała sukienkę’ odpowiadam ‚jeszcze nie wiem’. Swoją drogą to pytanie pada w ostatnich miesiącach niezwykle często.

Jest jednak kilka rzeczy, które mnie kręcą. Na przykład słodycze.

No i w związku z tym, śpieszę powiadomić wszystkich, którzy tez się nad tym zastanawiali: idea cake tastingu nie jest tylko wytworem Hollywood lub też wyłącznie amerykańskim zwyczajem odwzorowanym w komediach romantycznych. Degustacja tortów weselnych funkcjonuje również nad Wisłą. I właśnie w taki słodki sposób z Szalonym Naukowcem spędziliśmy wczorajsze popołudnie.
A poniżej mały sneak peak

#OnceHRalwaysHR

Mój mąż wymyślił, że podczas ślubu 2.0 wymienimy przysięgi (i kto tu ogląda dużo amerykańskich komedii romantycznych?). Zastanawiam się więc co mogłabym zawrzeć w swojej. Co myślicie o czymś takim?
– Mężu! Po pięciu latach stażu i półrocznym okresie próbnym, proponuję ci niniejszym umowę na czas nieokreślony – tu ściszonym głosem sugerującym dopisek drobnym drukiem – z zachowaniem standardowego okresu wypowiedzenia.

Jako potencjalna bohaterka z horroru mam totalnie przerąbane

Lubicie horrory? Ja bardzo.
Czasami się zastanawiam, jak mój mąż – Najbardziej Racjonalny Człowiek Świata – zachowałby się w scenariuszu rodem z horroru. No wiecie: Ona widzi jakieś ślady obecności ducha czy innego demona, a On w to nie wierzy i uważa że Ona zwariowała albo coś wymyśla. No ale on przecież mi ufa bezgranicznie, nie?
No więc myślę sobie o tym czasami, kiedy oglądam horror, a dziś miałam okazję to sprawdzić.
A było tak:
Obudziłam się nad ranem, bo kot po mnie chodził. Przekręciłam się na łóżku i nagle usłyszałam głos Szalonego Naukowca mówiący do mnie i to tuż koło mojego ucha. Od razu zauważyłam, że kot też to usłyszał. Sprawdziłam więc telefon (może dostałam wiadomość głosową, a kocia łapka ja uruchomiła jakoś?), ale nic podejrzanego nie znalazłam. Ostatecznie poszłam znowu spać.
A skoro już coś takiego miało miejsce postanowiłam wykorzystać okazję i przeprowadzić eksperyment… Poinformowałam Szalonego Naukowca o tym, co mi się przytrafiło. Z całym przekonaniem oświadczyłam, że słyszałam jego głos. Nie, nie był to telefon. Nie, komputer też nie. Tak, drzwi są zamknięte. Ale wiem co słyszałam.
Myślicie że uwierzył?
A gdzie tam.
„Wierzę, że tak ci się wydaje, ale nie że naprawdę tak było”, „mówiłaś, że byłaś na wpół obudzona, różne rzeczy nam się wydaje, że słyszymy we śnie”.
No więc jako potencjalna postać z horroru mam totalnie przerąbane i demon mnie zeżre zanim mój mąż w ogóle się zorientuje, że coś się dzieje.

Ach i naprawdę go słyszałam, chociaż zajęło mi chwilę dojście do tego jakim cudem: dawno temu dostałam od niego maskotkę, która – o czym totalnie zapomniałam, ba, nawet zdążyłam ją kilka razy uprać – w środku ma mechanizm z jego nagraniem.

Stereotypy ślubne i nieślubne

Jak może wiecie, szykujemy się z Szalonym Naukowcem do Ślubu 2.0 i Ślubu 3.0. O ile Ślub 2.0 w pewnym sensie będzie ślubem (humanistycznym), o tyle 3.0 to tak naprawdę będzie Moje Wielkie Marokańskie Wesele, a nie ślub. No ale do tego tematu pewnie jeszcze wrócimy.

Pierwszy Ślub (ten cywilny) z całą papierkową robotą, obiadem, transportem, noclegami itd itd zorganizowaliśmy w 6 tygodni. Teraz jednak mamy do czynienia z impreza większego kalibru… A tym co najbardziej mnie kręci – jak wiecie – jest podróż poślubna. No i własnie o niej chciałam dziś napisać.
Ciągle nie mamy konkretnego planu, aczkolwiek lista rozważanych kierunków powoli się zawęża. I nagle okazało się, że myśląc o tym, gdzie moglibyśmy jechać w tę właśnie podróż, zawsze zakładam, że miejsce docelowe musi posiadać tropikalną plażę. W sumie nigdy się nad tym jakoś głębiej nie zastanawiałam, po prostu za każdym razem, każda rozmowa o konkretnych planach wyjazdu prowadziła mnie do miejsc z tropikalną plażą. Bali, Malediwy, Zanzibar, Dominikana…. I dopiero niedawno pomyślałam sobie, że chyba ta plaża tropikalna jest jakimś takim moim poślubnym stereotypem – zapewne rodem z amerykańskich komedii romantycznych. Jakimś takim odpowiednikiem zaręczynowego pierścionka z diamentem.
Kącik psychologiczny
Stereotypy są trochę jak heurystyki. Czyli takie uproszczenia, skróty w myśleniu i wnioskowaniu, które są dalekie od optymalności, racjonalności i logiki, ale są szybkie i wygodne, bo nasz umysł nie jest w stanie przerobić poznawczo absolutnie wszystkich danych jakie do niego napływają. Efekt nie zawsze jest idealny, ale – w sensie ewolucyjnym czyli z punktu widzenia przetrwania i przekazania genów – zazwyczaj wystarczająco dobry.
Mamy więc na przykład heurystykę dostępności kiedy przypisujemy wyższe prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzeniom, które łatwiej przywołać z pamięci i które są bardziej nacechowane emocjonalnie. Na tej zasadzie po każdej katastrofie lotniczej nagle rośnie postrzegane prawdopodobieństwo wystąpienia kolejnej, albo ludzie bardziej obawiają się takich przyczyn śmierci jak atak terrorystyczny (silnie nacechowany emocjonalnie) mimo, że tak naprawdę prawdopodobieństwo, że tak się stanie jest znikome. No ale dla człowieka jaskiniowego przecenianie szansy ataku tygrysa przy tym wodopoju, przy którym zabił wcześniej sąsiada, raczej było korzystne, prawda?
Stereotypy to też uproszczenia myślowe, kiedy całej grupie przypisujemy jakieś cechy, które ma część jej przedstawicieli. Niektórzy pewnie powiedzą, że stereotypy – jak heurystyki – do pewnego stopnia są dla nas korzystne, bo może i nie wszyscy reprezentanci danej grupy wykazują tę cechę, ale jej występowanie musi być częste, skoro taki stereotyp powstał, a więc jednak mamy szansę, że napotkany reprezentant będzie tę cechę wykazywał. I tym samym zachowanie się w oparciu o stereotyp może być korzystne. Np jeśli mamy stereotyp, że Polacy kradną, lepiej nie zatrudniać polskiej pani do sprzątania – chociażby.
No pewnie może to bywać korzystne (czy ktoś kiedyś sprawdził czy ta korzyść nie ma rozkładu całkiem przypadkowego?), ale ja jednak jestem zwolenniczką wyrabiania sobie opinii o człowieku w oparciu o to co sobą reprezentuje on, a nie ktoś inny.
/Koniec kącika psychologicznego
No ale do rzeczy: wracając do stereotypów ślubnych, przedślubnych i poślubnych.
Chociaż cały świat wydaje się kochać pierścionki z diamentami, ja takiego nigdy nie chciałam, bo bardziej lubię niebieskie kamienie. A jednak jakimś cudem ta tropikalna plaża siedzi mi w głowie i nie odpuszcza.
Co w tym złego? – Można zapytać – co złego w wycieczce na Malediwy? Śpieszmy się je oglądać bo szybko zatoną.
No problem w tym, że ja w sumie nie lubię plaży. To znaczy: lubię widoki. Lubię rajskie obrazki białego piasku, szmaragdowego morza, tropikalnych palm i domków z wyjściem na plażę. Ale przebywanie na plaży, jakby się nad tym lepiej zastanowić, mnie na dłuższa metę nudzi. No, chyba że mam książkę, wtedy mogę na niej siedzieć cały dzień – tak jak na fotelu w domu. Do tego nie przepadam za wodą morska na twarzy, bo bardzo wysusza mi skórę, a problemów z cerą mi starczy.
Ale plaża (tropikalna) jest mi absolutnie niezbędnym elementem wyjazdu.
I tak własnie możemy zaobserwować, jak nawet podczas tak – zdawałoby się – prostej aktywności jaką jest wybór kierunku na podróż poślubną, człowiek uczy się nowych rzeczy.
O sobie.

Zazdrość

Wzięłam dziś udział w dyskusji na temat zazdrości. Padło w niej stwierdzenie, że wszyscy Arabowie są okropnie zazdrośni. Że mają to we krwi. Że to taka kultura. Że inna mentalność.

I pomyślałam sobie, że zapiszę swoje refleksje na ten temat.
Zazdrość to poczucie, że możemy stracić obiekt miłości, albo wyłączność na niego. W zazdrości patologicznej mamy do czynienia z dwoma elementami: bardzo obniżonym poczuciem własnej wartości i nienawiścią do partnera, który „zdradza” lub do „tej trzeciej” osoby, która go „odciąga”. Zazdrość jest uczuciem uniwersalnym, uwarunkowanym ewolucyjnie (bo pomagała przekazać geny). Nie zależy od narodowości, koloru skóry ani przynależności kulturowej. Kształtuje się we wczesnym dzieciństwie, kiedy dziecko odkrywa, że musi się z kimś podzielić mamą, później w tzw okresie edypalnym, kiedy buduje specjalną więź z rodzicem przeciwnej płci i jednocześnie uczy się, że rodzice zawsze będą mieli swoją więź do której ono nie ma dostępu, a także w relacjach z rodzeństwem. Oczywiście parę rzeczy może po drodze pójść nie tak i w efekcie człowiek może nie nauczyć się radzić sobie z zazdrością.
Naturalnie zachowania wynikające z zazdrości mogą być różne. Różnie można sobie z nią radzić, różnie ją przeżywać i różnie ją wyrażać. Można w sposób patologiczny i obsesyjny: sprawdzać partnerowi telefon, śledzić, zakazywać wychodzenia z domu, atakować osoby, które na niego patrzą lub do niego się odzywają. Można konstruktywniej: rozmawiać o swoich uczuciach, dbać o wysokie poczucie własnej wartości, dbać o to, aby potrzeby własne i partnera były zaspokojone (nie, nie mówię tu o spełnianiu małżeńskich obowiązków bo inaczej on pójdzie do innej), można w ogóle porozmawiać z samym sobą i zastanowić się nad swoją interpretacją sytuacji, które wywołują zazdrość i tak dalej.
Oczywiście są różne kultury, ludzie wywodzą się z różnych środowisk, gdzie różne formy zachowań są przyjęte/nieprzyjęte, akceptowane/nieakceptowane. To do pewnego stopnia kształtuje to w jaki sposób wyrażamy uczucia. Ale człowiek, który nie jest chory, ma nad swoimi zachowaniami kontrolę, a to jak się zachowuje jest jego decyzją. Pewnych zachowań i norm uczymy się dorastając w danym środowisku, ale gdy już dorośniemy nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przemyśleć nasz sposób funkcjonowania i zdecydować, czy dalej chcemy się zachowywać w wyuczony sposób, czy może lepiej by było jednak inaczej?
Myślę, że taka refleksja jest przydatna zawsze, bo modele zachowań wyuczone w dzieciństwie często wcale nie są takie dobre. Ekstremalny przykład: pamiętacie tę antyprzemocową kampanię społeczną, gdzie w spocie rodzice krzyczeli na dziecko, a ono krzyczało na misia? No właśnie. A taka krytyczna rewizja jest szczególnie ważna gdy wchodzimy w związek z osobą wychowaną w innej kulturze. Bo związek tworzą dwie równoprawne osoby. I obie mają prawo czuć się w nim dobrze i być sobą, a to oznacza, że wiele zachowań, reakcji, tradycji i zasad, jakie dla jednej osoby mogą być naturalne i oczywiste, wcale niekoniecznie musi być akceptowalnych dla drugiej osoby. I wtedy trzeba usiąść, odrzucić to, co wyuczone i wypracować takie rozwiązania, które usatysfakcjonują obie strony. Jeśli ktoś nie jest na to gotowy, to raczej powinien poszukać osoby, która będzie dzieliła jego przekonania/tradycje/wartości zamiast je narzucać i oczekiwać dostosowania się w imię „tolerancji dla różnic kulturowych”.
I jeszcze jedno. Arabów jest 450 milionów i wbrew pozorom, jest to tak samo zróżnicowana kulturowo grupa, jak Europejczycy, więc stwierdzenie zaczynające się od „wszyscy Arabowie…” ma sens tylko jeśli kończy się czymś w rodzaju „… oddychają tlenem”.

A Szalony Naukowiec, mimo, że krwi arabskiej (w połowie) jako ten kary rumak, zazdrosny nie jest wcale. I bardzo dobrze, bo ja również nie i bardzo wątpię, że potrafiłabym być z kimś kto jest, zwłaszcza silnie, zazdrosny. No i bez zaufania ciężko o dobry związek.

"Czując. Rozmowy o emocjach" vol. 2

Naprawdę polecam książkę „Czując. Rozmowy o emocjach” Agnieszki Jucewicz. Patrzcie jakie perełki można tam znaleźć:

„- Lęk często jest maskowany agresją?
– Często, ale ostrzegam, że prowadzi pani naszą rozmowę w stronę polityki. (…) Gniew organizuje człowieka. To po pierwsze. Po drugie, łatwiej jest powiedzieć sobie na przykład: „Jestem patriotą, a moja złość jest uzasadniona, bo inni nas poniżają, zagrażają nam”, niż powiedzieć sobie: „Boję się” albo „Czuję się niepewnie”. Wyobraźmy to sobie przestrzennie: pod spodem jest lęk, niepewność, poczucie gorszości, na wierzchu jest przekonanie „jestem silny, dobry, szlachetny”, a na zewnątrz znajdują się ci źli, których trzeba pokonać. Tak na przykład może się kształtować postawa nacjonalistyczna albo teza, że walka o „dobrą Polskę” polega na atakowaniu innych. Pod tą postawą wyższościową („Polska jest nadzwyczajna”) kryć się może osobista nieuświadomiona słabość. (…)
Źródeł agresji może być wiele. Nastolatek często wchodzi w rywalizację ze swoim ojcem. Jeśli nie jest to konstruktywnie rozwiązane, łatwo o przekierowanie gniewu z ojca, którego – świadomie lub nieświadomie – ten młody człowiek sie boi, na kogoś innego, na przykład kogoś o innym kolorze skóry, innej orientacji seksualnej, czy innym wyznaniu. Ale wszystko to w przekonaniu, że jest się bohaterskim patriotą, a przynajmniej dzielnym obrońcą honoru jakiejś drużyny piłkarskiej. (…) Przyjaźnię się z Syryjczykiem, który od trzydziestu lat mieszka w Polsce. I on, przemiły człowiek, wykładowca na jednej z wyższych uczelni, mówił mi, że w pewnym mieście w Polsce w czasie spotkania z mieszkańcami wstała starsza pani i powiedziała: „Przez takich jak pan musiałam zmienić zamek w drzwiach, bo wy mordujecie, gwałcicie, rabujecie!”. On ją zapytał: „Skąd pani to wie?”, ona na to: „Ksiądz na kazaniu powiedział”. „A ilu mieszka w pani mieście Syryjczyków?” – zapytał ją, no i okazało się, że nie ma ani jednego. Z takimi lękami ludzie rzadko trafiają do terapeuty. Raczej będą zwolennikami partii, która najpierw wskazuje, że „jest się czego i kogo bać”, więc wzbudza lęk albo go wzmacnia, a potem mówi: „Przyłącz się do nas, my cię ochronimy”.
– Dlaczego ten lęk jest tak łatwo wzbudzić?
– Bo lęk przed innym jest lękiem pierwotnym, czymś ewolucyjnie ugruntowanym. Inny to zagrożenie, a kogoś takiego jak ja nie będę się obawiał. Wzmacnianie tego lęku i używanie go do walki politycznej wydaje mi się czymś etycznie niegodziwym i emocjonalnie głęboko szkodliwym.”.