Zazdrość

Wzięłam dziś udział w dyskusji na temat zazdrości. Padło w niej stwierdzenie, że wszyscy Arabowie są okropnie zazdrośni. Że mają to we krwi. Że to taka kultura. Że inna mentalność.

I pomyślałam sobie, że zapiszę swoje refleksje na ten temat.
Zazdrość to poczucie, że możemy stracić obiekt miłości, albo wyłączność na niego. W zazdrości patologicznej mamy do czynienia z dwoma elementami: bardzo obniżonym poczuciem własnej wartości i nienawiścią do partnera, który „zdradza” lub do „tej trzeciej” osoby, która go „odciąga”. Zazdrość jest uczuciem uniwersalnym, uwarunkowanym ewolucyjnie (bo pomagała przekazać geny). Nie zależy od narodowości, koloru skóry ani przynależności kulturowej. Kształtuje się we wczesnym dzieciństwie, kiedy dziecko odkrywa, że musi się z kimś podzielić mamą, później w tzw okresie edypalnym, kiedy buduje specjalną więź z rodzicem przeciwnej płci i jednocześnie uczy się, że rodzice zawsze będą mieli swoją więź do której ono nie ma dostępu, a także w relacjach z rodzeństwem. Oczywiście parę rzeczy może po drodze pójść nie tak i w efekcie człowiek może nie nauczyć się radzić sobie z zazdrością.
Naturalnie zachowania wynikające z zazdrości mogą być różne. Różnie można sobie z nią radzić, różnie ją przeżywać i różnie ją wyrażać. Można w sposób patologiczny i obsesyjny: sprawdzać partnerowi telefon, śledzić, zakazywać wychodzenia z domu, atakować osoby, które na niego patrzą lub do niego się odzywają. Można konstruktywniej: rozmawiać o swoich uczuciach, dbać o wysokie poczucie własnej wartości, dbać o to, aby potrzeby własne i partnera były zaspokojone (nie, nie mówię tu o spełnianiu małżeńskich obowiązków bo inaczej on pójdzie do innej), można w ogóle porozmawiać z samym sobą i zastanowić się nad swoją interpretacją sytuacji, które wywołują zazdrość i tak dalej.
Oczywiście są różne kultury, ludzie wywodzą się z różnych środowisk, gdzie różne formy zachowań są przyjęte/nieprzyjęte, akceptowane/nieakceptowane. To do pewnego stopnia kształtuje to w jaki sposób wyrażamy uczucia. Ale człowiek, który nie jest chory, ma nad swoimi zachowaniami kontrolę, a to jak się zachowuje jest jego decyzją. Pewnych zachowań i norm uczymy się dorastając w danym środowisku, ale gdy już dorośniemy nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przemyśleć nasz sposób funkcjonowania i zdecydować, czy dalej chcemy się zachowywać w wyuczony sposób, czy może lepiej by było jednak inaczej?
Myślę, że taka refleksja jest przydatna zawsze, bo modele zachowań wyuczone w dzieciństwie często wcale nie są takie dobre. Ekstremalny przykład: pamiętacie tę antyprzemocową kampanię społeczną, gdzie w spocie rodzice krzyczeli na dziecko, a ono krzyczało na misia? No właśnie. A taka krytyczna rewizja jest szczególnie ważna gdy wchodzimy w związek z osobą wychowaną w innej kulturze. Bo związek tworzą dwie równoprawne osoby. I obie mają prawo czuć się w nim dobrze i być sobą, a to oznacza, że wiele zachowań, reakcji, tradycji i zasad, jakie dla jednej osoby mogą być naturalne i oczywiste, wcale niekoniecznie musi być akceptowalnych dla drugiej osoby. I wtedy trzeba usiąść, odrzucić to, co wyuczone i wypracować takie rozwiązania, które usatysfakcjonują obie strony. Jeśli ktoś nie jest na to gotowy, to raczej powinien poszukać osoby, która będzie dzieliła jego przekonania/tradycje/wartości zamiast je narzucać i oczekiwać dostosowania się w imię „tolerancji dla różnic kulturowych”.
I jeszcze jedno. Arabów jest 450 milionów i wbrew pozorom, jest to tak samo zróżnicowana kulturowo grupa, jak Europejczycy, więc stwierdzenie zaczynające się od „wszyscy Arabowie…” ma sens tylko jeśli kończy się czymś w rodzaju „… oddychają tlenem”.

A Szalony Naukowiec, mimo, że krwi arabskiej (w połowie) jako ten kary rumak, zazdrosny nie jest wcale. I bardzo dobrze, bo ja również nie i bardzo wątpię, że potrafiłabym być z kimś kto jest, zwłaszcza silnie, zazdrosny. No i bez zaufania ciężko o dobry związek.

"Czując. Rozmowy o emocjach" vol. 2

Naprawdę polecam książkę „Czując. Rozmowy o emocjach” Agnieszki Jucewicz. Patrzcie jakie perełki można tam znaleźć:

„- Lęk często jest maskowany agresją?
– Często, ale ostrzegam, że prowadzi pani naszą rozmowę w stronę polityki. (…) Gniew organizuje człowieka. To po pierwsze. Po drugie, łatwiej jest powiedzieć sobie na przykład: „Jestem patriotą, a moja złość jest uzasadniona, bo inni nas poniżają, zagrażają nam”, niż powiedzieć sobie: „Boję się” albo „Czuję się niepewnie”. Wyobraźmy to sobie przestrzennie: pod spodem jest lęk, niepewność, poczucie gorszości, na wierzchu jest przekonanie „jestem silny, dobry, szlachetny”, a na zewnątrz znajdują się ci źli, których trzeba pokonać. Tak na przykład może się kształtować postawa nacjonalistyczna albo teza, że walka o „dobrą Polskę” polega na atakowaniu innych. Pod tą postawą wyższościową („Polska jest nadzwyczajna”) kryć się może osobista nieuświadomiona słabość. (…)
Źródeł agresji może być wiele. Nastolatek często wchodzi w rywalizację ze swoim ojcem. Jeśli nie jest to konstruktywnie rozwiązane, łatwo o przekierowanie gniewu z ojca, którego – świadomie lub nieświadomie – ten młody człowiek sie boi, na kogoś innego, na przykład kogoś o innym kolorze skóry, innej orientacji seksualnej, czy innym wyznaniu. Ale wszystko to w przekonaniu, że jest się bohaterskim patriotą, a przynajmniej dzielnym obrońcą honoru jakiejś drużyny piłkarskiej. (…) Przyjaźnię się z Syryjczykiem, który od trzydziestu lat mieszka w Polsce. I on, przemiły człowiek, wykładowca na jednej z wyższych uczelni, mówił mi, że w pewnym mieście w Polsce w czasie spotkania z mieszkańcami wstała starsza pani i powiedziała: „Przez takich jak pan musiałam zmienić zamek w drzwiach, bo wy mordujecie, gwałcicie, rabujecie!”. On ją zapytał: „Skąd pani to wie?”, ona na to: „Ksiądz na kazaniu powiedział”. „A ilu mieszka w pani mieście Syryjczyków?” – zapytał ją, no i okazało się, że nie ma ani jednego. Z takimi lękami ludzie rzadko trafiają do terapeuty. Raczej będą zwolennikami partii, która najpierw wskazuje, że „jest się czego i kogo bać”, więc wzbudza lęk albo go wzmacnia, a potem mówi: „Przyłącz się do nas, my cię ochronimy”.
– Dlaczego ten lęk jest tak łatwo wzbudzić?
– Bo lęk przed innym jest lękiem pierwotnym, czymś ewolucyjnie ugruntowanym. Inny to zagrożenie, a kogoś takiego jak ja nie będę się obawiał. Wzmacnianie tego lęku i używanie go do walki politycznej wydaje mi się czymś etycznie niegodziwym i emocjonalnie głęboko szkodliwym.”.

Z książki "Czując. Rozmowy o emocjach"

Czytam właśnie nową książkę i natrafiłam w niej na taką oto myśl:

„- … miłość w ogóle nie ma tak wiele wspólnego z uczuciami. Uczucia stanowią paliwo, są warunkiem koniecznym miłości (…) ale uczucia same w sobie nie wystarczą. Nie da się na nich zbudować czegoś trwałego. Mówi się, że faza zakochania, tego „porwania”, dzięki któremu wszystko jakby samo się dzieje, trwa od dwóch do czterech lat.
– To wiadomo, ale potem to uniesienie ustępuje miejsca chyba innym uczuciom – bliskości, przywiązaniu, przyjaźni, lojalności?
– Tylko żeby te inne uczucia „weszły” i dalej wiązały się z miłością, musi pani trochę popracować.
– Czyli pan uważa (…) że miłość to nie uczucie tylko działanie. Ale co to tak naprawdę znaczy?
– Ja to rozumiem tak, że zakochanie (…) to jest coś na kształt kredytu. Pewna szansa czy też okazja do tego, żeby zbudować coś solidniejszego. Zakochanie to nie jest miłość, to zaproszenie do niej.
W psychologii, to co się dzieje w psychice człowieka, dzieli się na dwa typy wydarzeń – „happenings”, czyli to co mu się przydarza, czego doznaje, czego jest obiektem i „doings”, czyli to, co robi, czemu może przypisać swoje sprawstwo i czego jest podmiotem. Patrząc z tej perspektywy zakochanie to jest czas dany ludziom po to, żeby kiedy ta relacja idzie łatwiej, nawzajem się siebie nauczyli i wypracowali pewne umiejętności, które pozwolą im przejść z „happenings” do „doings”, czyli do miłości, którą się czyni, którą się obdarowuje”. Jak się tego czasu nie wykorzysta, to on się w pewnym momencie skończy. Zazwyczaj bolesnym rozczarowaniem. (…)
jak ktoś rozumie, jaka jest natura zakochania i wykorzysta je, żeby zbudować relację opartą nie na chemicznym podrasowaniu, nie na paliwie uczuciowym, tylko na świadomych zobowiązaniach, to ma większą szansę stworzyć coś głębszego, trwalszego.”
„Czując. Rozmowy o emocjach”, Agnieszka Jucewicz

O ślubie i małżeństwie

Dziś mija rok od kiedy z Szalonym Naukowcem się zaręczyliśmy. W scenerii, którą ostatnio pokazywałam na blogu, u stóp Tyrolskiego lodowca, pod lazurowym niebem, otoczeni śniegiem skrzącym się w promieniach słońca.
Jeszcze rok i jeden dzień temu nawet nie myślałam o ślubie, a dziś jesteśmy już ponad 3 miesiące po nim.
Jakie to wszystko dziwne.

Nigdy nie przykładałam zbyt dużej wagi do małżeństwa. Nie podzielam przekonania niektórych,że jest ono nadrzędną formą związku między kobietą, a mężczyzną, że jest celem, albo wartością samą w sobie. Uważam, że pewne poziomy rozwoju i związku emocjonalnego ludzie są w stanie osiągnąć tylko w stałym, długotrwałym związku. Wierzę, że stały (dobry) związek jest wartością w życiu człowieka. I uważam, że aby mógł się w pełni rozwinąć nie wystarczy samo bycie ze sobą, ale potrzebne jest zadeklarowane zaangażowanie.
To czy ta deklaracja będzie miała miejsce pod drzewem w lesie, w kościele, w urzędzie czy gdziekolwiek indziej ma mniejsze znaczenie. A przynajmniej tak myślałam jakiś czas temu. Potem doszłam do wniosku, że chyba nie każda deklaracja deklaracji równa. Że deklaracje publiczne, przy świadkach, mają często inny ciężar gatunkowy, niż te wyszeptane do ucha (choć na pewno nie w każdym przypadku).
No i zawsze wierzyłam w moc rytuałów przejścia. Nie jestem antropologiem, ale wydaje mi się, że nie ma cywilizacji, która nie wytworzyła jakiejś formy rytuałów zaznaczających koniec pewnego etapu i przenoszących człowieka do kolejnego. Postrzyżyny, koronacja, zaprzysiężenie, pasowanie na rycerza, pasowanie na pierwszaka, uroczyste zakończenie szkoły/studiów. No i ślub.
Moment w którym podejmujemy (chociaż tak naprawdę: deklarujemy, bo decyzja została podjęta wcześniej) decyzję, że chcemy spędzić resztę życia z tą drugą osobą to moment, kiedy związek przechodzi na kolejny, wyższy poziom. I jest to w pewnym sensie początek nowego etapu w życiu – bo mimo, że związek trwa już jakiś czas, decyzja o tym, że to już będzie NA ZAWSZE zmienia perspektywę.
Mimo najgorętszych uczuć inaczej funkcjonujemy w związku, w którym mamy otwarte drzwi, niż w związku, w którym takich drzwi nie ma. I nie mówię tu o tym, że łatwiej się rozstać niż rozwieźć, ale o nastawieniu do ślub z myślą „przecież zawsze można się rozwieść”, które psychologicznie w moich oczach bardzo niewiele się różni od związku bez żadnej deklaracji na przyszłość.
Dlatego doszłam do wniosku, że warto ten początek nowego etapu w związku i w życiu zaakcentować, zaznaczyć, dokonać tego symbolicznego przejścia, ubrać tę deklarację w formę obietnicy, złożyć ją przy świadkach (jednak obecność świadków zawsze zwiększa wiarygodność wszystkiego, czy w to w sądzie czy przy spisywaniu testamentu w kryminałach). A że żyjemy w konkretnym systemie prawnym, równie dobrze możemy zrobić to w sposób przez niego przewidziany. Gdybyśmy byli religijni, pewnie chcielibyśmy zrobić to w sposób przewidziany przez religię, no ale nie jesteśmy. Można to zrobić też całkowicie i zupełnie po swojemu bez urzędników i duchownych: i o to właśnie chodzi w Ślubie Numer Dwa.
Do tych wszystkich wniosków dochodziłam stopniowo. Był to raczej powolny proces, podczas którego wiele razy można było usłyszeć mnie mówiącą „pewnie nigdy nie wyjdę za mąż” albo „ślub mi do niczego nie potrzebny”. A potem przyszedł 24 lutego, Szalony Naukowiec zadał pytanie, na które ja – jak to ja – odpowiedziałam „myślę, że tak”.
W tej chwili nie pamiętam już, czy w tym momencie te wszystkie przemyślenia już były całkiem skrystalizowane, czy nabrały ostatecznego kształtu trochę później, ale wkładając po raz pierwszy na palec pierścionek z tanzanitem, wiedziałam, że właśnie uczyniliśmy pierwszy krok ku przejściu od „jesteśmy razem i jest fajnie” do „będziemy razem już na zawsze”.

Gierki w związku

Podsumowanie weekendu:


Jeden spóźniony wieczór walentynkowy, dwa spotkania ze znajomymi, jedno spotkanie z rodzicami, dwa seanse w kinie, dwa seanse planszówkowe, 3 kolacje na mieście i jeden brunch, morze wypitego alkoholu oraz jeden zestaw wstępnie zamówionych zaproszeń na Ślub Numer Dwa.
Tak to jest jak trzeba zmieścić dwa tygodnie w trzech dniach.
A z innej beczki:
Jestem wielką fanką grup dyskusyjnych. Kiedyś to były fora, teraz to grupy na fb: z zainteresowaniem śledzę najróżniejsze. Dziś przeczytałam posta dziewczyny, która opisała wymianę korespondencji smsowej ze swoim facetem, gdy ten odwołał randkę i zapytała jak odpisać i zareagować: czy wyrazić pretensje, czy może je odpuścić? Czy być chłodną? Czy ona w ogóle ma prawo w tej sytuacji mieć pretensje? Umówić się z nim w przyszłym tygodniu, czy właśnie nie?
Tak sobie myślę, że kilka lat temu (no, tak bardziej z 10-12) zadawałam dokładnie takie same pytania: czy mam prawo mieć pretensje, że on nie zadzwonił, skoro wiem, że był zmęczony po pracy a za kilka godzin miał kolejną zmianę? Czy powinnam powiedzieć, ze mi się nie podobało jego zachowanie, czy odpuścić żeby nie wyjść na upierdliwą marudę? I tak dalej.
Borze szumiący, ależ to było męczące!
Zajęło mi dużo czasu żeby dojść do tego, że w związku nie powinno być potrzeby uprawiania takich gierek. W dobrym związku możesz być sobą, mówisz o swoich uczuciach i potrzebach oraz przyjmujesz uczucia i potrzeby drugiej osoby. Nie stosujesz zagrywek i strategii żeby uzyskać jakiś efekt, bo jeśli czegoś chcesz możesz o tym po prostu powiedzieć a druga osoba da Ci to, jeśli tylko będzie w stanie, bo zależy jej na Twoim szczęściu.
Jeśli czasami wolisz spotkać się z koleżankami/on woli się spotkać z kolegami niż iść na randkę możecie to zrobić i nikt nie będzie strzelał fochów, bo i tak na koniec dnia opowiecie sobie o tym myjąc zęby przed spaniem. To znaczy: tak jest u nas, może u kogoś innego jakaś ona i jakiś on oboje wolą nie spotkać się ze znajomymi tylko razem oglądać serial – i to też jest fajne. 
Chodzi o to, że każdy może robić to co jest dla niego ważne bo na te ważne rzeczy w związku powinno być miejsce. Nikt nie musi przygotowywać strategii kar i nagród żeby on zaczął wykonywać swoją część domowych obowiązków, albo sprawdzać wyciągów z kart kredytowych bo ona po kryjomu wydaje za dużo na buty – bo jesteście dorosłymi ludźmi, którzy poradzą wspólne życie za które oboje są odpowiedzialni.
Jakie to wspaniałe uczucie!
I wiecie co? To się zaczyna już na etapie randkowania.
Pamiętacie jak przedstawiałam swoją Teorię Wielkiego Dopasowania? Dlatego nauczyłam się, że warto być sobą i od samego początku nic nie udawać. Jaki ma sens przestrzeganie tych wszystkich zasad, odczekiwanie przepisowej liczby minut/godzin/dni żeby przeczytać wiadomość/odpisać/zaproponować kolejne spotkanie? Pytanie oczywiście jest retoryczne: strategie te mają na celu „wygranie” pierwszych randek i wywołanie u drugiej osoby zaangażowania. Tylko jaki to ma sens jeśli tej osobie spodoba się ktoś kogo tylko udajemy?
Chcesz esemesować cały dzień? Rób to. Jeśli on należy do ludzi, którzy sprawdzają telefon raz na 3 dni: lepiej żebyście się dowiedzieli o tej niezgodności wcześniej. Jeśli on chce zadzwonić i usłyszeć twój głos to niech po prostu to zrobi zamiast czekać aż miną 3 dni od ostatniej randki. Tym sposobem, jeśli ty na dźwięk słów „chciałem cie tylko usłyszeć” w środku dnia pracy dostajesz gęsiej skórki – dostaniesz jej teraz, zanim się zaangażowałaś, a nie później.
Jak mówiłam, dużo czasu zajęło mi dojście do tych (i paru innych) wniosków. A jak już do nich doszłam, trafiłam na mężczyznę, który myślał tak samo i tak już zostało.

Teoria Wielkiego Dopasowania

Trafiłam dziś na bardzo ciekawy artykuł. Autorka – terapeutka par – proponuje tematy na które należy porozmawiać, aby lepiej poznać (potencjalnego?) partnera, a także perspektywę jaką warto przyjąć poruszając te tematy i wyciągając wnioski. Wspomina zagadnienia od wyznawanych wartości przez relacje z rodziną, znajomymi i byłe związki, po preferowany styl życia i plany na przyszłość.
Jestem pełna zdziwienia, że takie rady są w ogóle potrzebne i jednocześnie, paradoksalnie, wcale mnie to nie zaskakuje.
Interesuję się psychologią, szczególnie psychologią związków. Kiedyś bardzo długo zastanawiałam się nad przepisem na udany związek. Im bardziej byłam nieszczęśliwa w pewnej relacji (kiedyś dawno, dawno temu) tym bardziej szukałam jakiegoś klucza, rozwiązania, które zapewniłoby jej sukces. Spoiler alert: nic z tego. Wreszcie, po bardzo długim czasie poszukiwań, lektur i rozmów doszłam do Wielkiego Odkrycia: nie ma recepty na udany związek.

Szokujące, prawda? 
Nie ma uniwersalnego przepisu który mówi, ile czasu należy ze sobą spędzać, ile seksu uprawiać i kiedy, ile smsów dziennie wysyłać, jaki podział ról zastosować żeby być szczęśliwym. Jedyna rzecz która ma znaczenie, jedyny klucz do dobrego szczęśliwego związku jest taki: 
Należy się DOPASOWAĆ
Nieważne czy nasz związek opiera się na symbiozie i spędzaniu ze sobą 95% wolnego czasu, czy może wolimy widywać się raz na tydzień, nieważne czy uprawiamy seks 3 razy dziennie czy 3 razy na kwartał, nieważne jak zarządzimy budżetem ani jak spędzamy wolny czas. Jedyne co się liczy, to żebyśmy się zgadzali w ważnych sprawach.
Dobranie się pod względem wyznawanych wartości, światopoglądu, preferowanego stylu życia, planów na przyszłość, posiadania dzieci, zarządzania budżetem i wszystkich innych ważnych spraw stanowi chyba najsolidniejszy fundament dla trwałego udanego związku, jaki może być. I przy okazji oszczędzi nam naprawdę wielu problemów i kryzysów w przyszłości. Oczywiście nie ma ludzi identycznych pod każdym względem, dlatego pewnie lepiej nie stawiać religii albo planów prokreacyjnych w tym samym rzędzie co skłonności do wrzucania skarpetek do kosza na pranie. Warto skupić się na sprawach najważniejszych (w pierwszej kolejności). 
A jeśli pod ich względem do siebie nie pasujemy to trzeba sobie zadać pytanie, czy warto się w ogóle w taką relację angażować? Czy jesteśmy gotowi iść na ustępstwa? Czy warto skazywać siebie i drugą osobę na ciągły brak zgody, spory i zgniłe kompromisy? Do podjęcia decyzji, że nie i odpuszczenia sobie takiej relacji potrzeba wiele siły, ale polecam takie rozwiązanie – na dłuższa metę bardzo ułatwia życie.
A wiecie co trzeba zrobić, żeby dobrać się z kimś dobrze? Trzeba go dobrze poznać. Nie tylko zauroczyć i zakochać, nie tylko gadać na messengerze, nie tylko miło spędzać czas na randkach czy imprezach, ale naprawdę dogłębnie poznać drugą osobę w bardzo wielu sytuacjach życiowych i poprzez wiele głębokich rozmów. Dlatego tak bardzo podoba mi się artykuł, o którym pisałam na początku.
O tym dlaczego tak naprawdę mnie nie zaskakuje, to że jest potrzebny napiszę następnym razem.
A tu artykuł znajdziecie TU: