Związek (mieszany) a rodzina

Na jakiejś grupie multi-kulti rozgorzała dyskusja dookoła tematu: czy wasi mężowie też ciągle wiszą na telefonie z rodziną? 

Mąż autorki pytania akurat rozmawia ze swoją z dużą intensywnością i częstotliwością, podczas gdy ona wolałaby aby poświęcał czas jej, albo takim rzeczom jak nauka języka i budowanie ich wspólnego życia. Posypały się odpowiedzi, ile czyj facet ma kontaktu z rodziną, ile mają go dziewczyny, które mieszkają za granicą, czy lepiej jak jest dużo czy mało i czy można komuś takie kontakty ograniczać.
I tak sobie myślę, że decydując się na stały związek (albo małżeństwo jeśli ktoś woli) z kimś, tworzymy z tą osobą nową rodzinę (tak, wiem, ktoś mnie zaraz poprawi, że aby mówić o zakładaniu rodziny, trzeba zrobić dziecko. Ja tak jednak tak nie uważam). Ta nowa rodzina powinna być przynajmniej tak samo ważna, jak rodzina urodzenia – a tak naprawdę to według mnie nawet ważniejsza. Uważam, że relacje z rodzicami czy rodzeństwem – chociaż ważne – powinny mieć pewne granice i być utrzymywane w taki sposób, aby nie oddziaływały negatywnie na inne aspekty życia (np związek, albo sytuację finansową). A jeśli partnerka czuje się samotna i zaniedbana to ten negatywny wpływ niewątpliwie ma miejsce.
No ale to tylko moja opinia. Wiem, że są na świecie osoby, dla których rodzina urodzenia na zawsze pozostanie najważniejsza (żona/mąż dziś jest, jutro nie ma, a matkę i ojca masz jednych). Mówi się, że jest to podejście szczególnie częste w pewnych kulturach, ale spotkałam się z nim także w Polsce. Nie zgadzam się, no ale każdy ma swój system wartości, prawda?
Problem pojawia się gdy w związku następuje konflikt systemów wartości. Jak to rozwiązać? Czyje podejście jest lepsze? Jedno tęskni za rodziną, drugie za wspólnie spędzonym czasem; dla jednego najważniejsi są rodzice, dla drugiego: małżonek i ewentualnie dzieci.
Jak rozsądzić kto ma rację? Nie da się.
Czy można ograniczać partnerowi kontakty z rodziną albo w ogóle kimkolwiek? No nie można.
Czy można się czuć odrzuconym jedząc samotnie kolejną kolację, czekając aż partner skończy rozmawiać? Można.
Mój eks miał w zwyczaju większość czasu wolnego od pracy wisieć na telefonie – nawet w okresie, kiedy ja do niego przyjeżdżałam w odwiedziny. Było mi bardzo przykro, czułam się nieważna i w sumie trochę lekceważona. Dlatego wiem, że taki stopień zaangażowania partnera w relacje rodzinne nie za bardzo mi pasuje. Jestem zadowolona, że mój Szanowny Małżonek rozmawia z rodziną średnio raz na tydzień – no i oczywiście spędza z nią większość czasu podczas wizyt w Maroku. Ja także nie gadam z rodzicami codziennie.
Dlatego powtórzę to po raz kolejny niczym mantrę: wszystko sprowadza się do dobrania sobie jak najlepiej pasującego elementu z puzzli naszego życia.
A jak jest u was? Pasujecie do siebie pod tym względem, czy nie za bardzo?

/fot. unsplash

Image may contain: plant and outdoor

Na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?

Często spotykam się z pytaniem: na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?
Postanowiłam zebrać tu swoje (subiektywne) przemyślenia na ten temat.

Po pierwsze – i jest to najważniejsza zasada, z której wynika wszystko inne – nie zgadzaj się na coś, z czym nie czujesz się komfortowo, albo na co byś się nie zgodziła z Polakiem, w imię różnic kulturowych i tego że potencjalny ukochany jest w innym kraju.
Postukałabyś się w głowę, gdyby poznany na fejsie Grzesiek po 2 tygodniach pisania, oświadczył, że cię kocha i żyć bez ciebie nie może? No to się postukaj, jak mówi Ci to Mohamed. Wyszłabyś za Tomka po kilku(nastu) miesiącach pisania i kilku spotkaniach, bo bez ślubu nie możecie być razem? Zgodziłabyś się na seks, na który nie jesteś gotowa, bo Krzysiek (lat 30+) nigdy jeszcze tego nie robił i tak bardzo tego pragnie? Zgodziłabyś się zmienić sposób ubierania albo krąg znajomych, bo Andrzejowi nie podoba się, że masz kolegów albo, że obcy mężczyźni widzą Twoje nogi?
No właśnie.
Druga rzecz, ważna zwłaszcza przy znajomościach zawieranych przez internet (ale nie tylko!): nie ma co ukrywać, jest wiele osób, które chcą przenieść się do Europy i wydaje im się, że małżeństwo jest na to najlepszym sposobem. Nie jest to rozumowanie pozbawione racji, bo o wizę w ten sposób łatwiej – o karcie pobytu nie wspominając. Dlatego, gdy zagaduje cię nieznajomy z kraju, w którym konieczna jest wiza do Europy, poza standardową ostrożnością, miej na uwadze również, że możesz być celem zakusów wizowca*. Albo: oszusta-naciągacza, bo oprócz panów, którzy marzą o przeniesieniu się do Europy, są też tacy, którym wystarczy wsparcie finansowe na odległość. Chora matka, utrata pracy (albo w ogóle jej brak), kosztowne studia brata, ślub siostry – jeśli takie wątki przewijają się w rozmowach z egzotycznym ukochanym, lepiej mieć się na baczności. O „amerykańskich” żołnierzach w Iraku/Afganistanie, spadkach i tajemniczych funduszach, wysyłanych przesyłką, za której odbiór trzeba pilnie zapłacić, nawet nie będę wspominała.

Skoro już mowa o wizowcach, zatrzymajmy się na chwilę przy kwestiach formalnych, bez których ten gatunek w ogóle by nie istniał. Jeśli Twój wybranek pochodzi spoza UE, prędzej czy później zapewne zetkniesz się z zagadnieniami wjazdowo-pobytowymi. Warto pamiętać o kilku sprawach:
– Wiza to dokument umożliwiający wjazd do danego kraju. Można na jej podstawie w nim przebywać przez okres jej ważności i tyle. Jeśli ktoś chce przebywać w danym kraju na dłużej, konieczne jest wyrobienie pozwolenia na pobyt.
– Jeśli twój luby przebywa poza UE, a wasza znajomość się rozwija, pewnie będziecie chcieli się spotkać. To może oznaczać, że on będzie potrzebował wizy: jeśli ma stałą pracę, środki na koncie itd, nie powinien mieć z tym większych problemów. Natomiast jeśli nie ma, lub też żeby zmniejszyć szansę odmowy, możesz chcieć wystawić mu zaproszenie. Zaproszenie to dokument wydawany (i rejestrowany) w Urzędzie Wojewódzkim. Nie jest on zamiennikiem wizy, ale może być częścią aplikacji o nią. Zanim jednak pobiegniesz go załatwiać, weź pod uwagę, że czyni cię on osobą odpowiedzialną za swojego gościa. Także finansowo, co może wiązać się z pokrywaniem kosztów jego deportacji, gdyby zdecydował się nie wracać zanim wygaśnie mu wiza. Zastanów się trzy razy, zanim weźmiesz na sobie odpowiedzialność za obcą osobę.
– Jeśli twój chłopak już był w Europie, kiedy się poznaliście, to niekoniecznie znaczy, że jego sytuacja jest uregulowana, a ty nie masz się czym martwić. Dlatego w twoim interesie będzie dowiedzieć się, na jakiej dokładnie podstawie przebywa (nielegalnie, wiza, pozwolenie na pobyt czasowy, pozwolenie na pobyt stały). Dopóki cudzoziemiec nie posiada pozwolenia na pobyt stały, będzie musiał co jakiś czas aplikować o kolejne pozwolenia, a tym samym – mieć ku nim podstawy. Trzeba pamiętać, że uzyskanie karty pobytu na podstawie małżeństwa jest stosunkowo łatwe i niektórym jawi się jako najlepsza droga do załatwienia tego problemu. W związku z tym warto mieć oczy (i zdrowy rozsądek) otwarte i dobrze orientować się w sytuacji. A jeśli kręci, ściemnia albo unika konkretów w rozmowie na te tematy: mieć się na baczności.
I tak jak mówiłam: nie musisz godzić się na coś, na co inaczej byś się nie zgodziła (np szybki ślub) dlatego, że ukochany nie może inaczej przyjechać/pozostać w Europie.

No i trzecia sprawa: różnice kulturowe. Już wspominałam, że nie musisz w ich imię robić nic, na co nie masz ochoty, niemniej warto mieć na uwadze, że one pewnie będą występować. I wziąć je na poważnie. Oczywiście to nie jest tak, że są one z góry złe: nowa kuchnia, muzyka, kino, moda, sposoby spędzania czasu, inne relacje rodzinne, inny stosunek do starszych osób itd – wiele rzeczy, które on wniesie do twojego życia może być ciekawych i wartościowych. Do tego dochodzą różnice indywidualne, które mogą sporo neutralizować (lub odwrotnie: zaostrzać).
Jednak to jak to wszystko wpłynie na was i wasz związek, najbardziej zależy od sposobu myślenia, systemu wartości i przekonań każdego z was. Prawda jest taka, że jeden Marokańczyk/Pakistanczyk/Turek drugiemu nierówny (tak samo jak Polak). Z czasem poznasz swojego wybranka lepiej i sama się przekonasz jaki jest. Ale zanim to nastąpi, nie zakładaj, że wiesz co on myśli. Weź pod uwagę, że może mieć zupełnie inne wyobrażenia dotyczące wszystkiego począwszy od modelu rodziny, przez pracę zawodową kobiet, twój styl ubierania się, stosunek do seksu, czy alkoholu, a nawet tego, czy danie sobie buziaka na ulicy jest ok czy nie. Może okaże się, że nie różnicie się tak bardzo (to nasz przypadek), może różnice będą wyraźne, ale dacie radę się jakoś dogadać, każde ustępując po trochu (w końcu każdy związek, to sztuka kompromisu). Może nigdy się nie dogadacie. A może w okienku komunikatora wszystko będzie wyglądało ok, a gdy on już dołączy do ciebie w Polsce (czy gdziekolwiek mieszkasz) okaże się, że czeka was bardzo ciężki okres adaptacji. Zupełnie inny tryb życia, inna mentalność ludzi dookoła, nawet inny klimat, tęsknota za rodziną, stres związany z papierami i z brakiem pracy przez pierwszy okres ich wyrabiania – to wszystko może być poważna próba dla świeżego związku. Nie każdy facet z importu jest w stanie przystosować się do stylu życia w Europie i do europejskiej żony. A ty – powtarzam – nie musisz iść na kompromisy, które kosztują cię za dużo. Jesteście w tym oboje, a różnice kulturowe działają w obie strony bi nie ma żadnego powodu, żeby tylko jedna osoba szła na ustępstwa.

*Wizowiec – potoczna określenie faceta, który wiąże się z kobietą po to aby uzyskać możliwość wjazdu do Europy i zalegalizowania pobytu (na podstawie małżeństwa).

/Fot. Unsplash
Image may contain: outdoor

5 języków milości

Wspominałam już kiedyś o teorii Pięciu Języków Miłości Gary’ego Chapmana? Opiera się ona na tezie, że ludzie różnie wyrażają uczucia, co brzmi jak coś bardzo oczywistego, ale wcale do końca takie nie jest. Autor wyróżnił pięć sposobów na jakie wyrażamy miłość i nazwał je językami. Są to: Physical Touch, Gifts, Quality Time, Acts of Service albo Words of Affirmation, czyli w moim wolnym tłumaczeniu: kontakt fizyczny, prezenty, spędzanie razem czasu, przysługi i deklaracje uczuć (wyznania). Każdy człowiek ma swój wiodący język i nieświadomie zakłada, że to właśnie jest uniwersalny sposób wyrażania uczuć. I wszystko jest fajnie, jeżeli akurat on i ona korzystają z tego języka. Gorzej jeśli ona marzy o kwiatach i czekoladkach albo romantycznej randce we dwoje, a on myje jej samochód, albo chce się poprzytulać. Nic dziwnego, że może dochodzić do nieporozumień.
Jeśli ktoś ma ochotę poznać swój język miłości, darmowy test (po angielsku) jest tutaj: https://www.5lovelanguages.com/ Myślę, że fajnie zrobić go razem z partnerem i porównać wyniki – mogą one być początkiem ciekawej rozmowy.
Akurat niedawno rozmawiałam o książce na ten temat z parą znajomych, która dostała ją przed ślubem od księdza i przypomniało mi się, że kiedyś przywiązywałam strasznie dużą wagę do prezentów (zwłaszcza od chłopaka). Niektórzy by powiedzieli, że miałam na ich punkcie wręcz obsesję. Na swoją obronę dodam, że nie chodziło bynajmniej o jakieś wielkie i kosztowne rzeczy: raczej o takie, w które włożone by było więcej serca, myśli i wysiłku niż pieniędzy. Uszczęśliwiłaby mnie książka ulubionego autora, maskotka z serii, którą lubiłam albo srebrny wisiorek. Czasami jednak czułam się okropną materialistką skupiającą się na przedmiotach, a nie na tym, co w życiu – i związku – ważne.
Ale wiecie co? Wcale nie byłam okropną materialistką. Myślę, że przykrywałam w ten sposób niezaspokojone pragnienie bycia kochaną, ważną i sądziłam (nieświadomie), że prezent je jakoś zmniejszy, jakoś pomoże.
Spoiler alert: w żadnym przypadku to nie zadziałało.
Teraz już wiem, że zadziałać nie miało prawa, bo to w ogóle nie o to w tym wszystkim chodzi.
Szalony Naukowiec jest mistrzem prezentów, chociaż jemu samemu są one prawie obojętne (nie bez powodu z pięciu języków miłości, ten dostał u niego najmniej punktów). Nie żałuje jednak wysiłku, słucha uważnie, a z milionów rzeczy, o których mu opowiadam jakoś potrafi wyłuskać te najważniejsze, które później przekuwa w coś co sprawia mi radość. Swoją drogą większość jego najbardziej udanych pomysłów to wcale nie przedmioty. Na przykład wyprawa do Energylandii, albo przyjęcie-niespodzianka.
A ja? Ja w międzyczasie zgubiłam gdzieś swoją obsesję. Nadal lubię prezenty, ale na luzie i bez spiny.
I tak sobie myślę, że to dlatego, że wreszcie czuję się w 100% kochana i bezdyskusyjnie najważniejsza. I nie potrzebuję przedmiotów, żeby mi to udowadniały, albo żeby maskowały, że tak nie jest.
a Wy lubicie dostawać prezenty?

Tęczowo, ale bardzo poważnie

Nie planowałam wypowiadać się na ten temat, ale na fali dyskusji, które widzę w internetach po wydarzeniach z Białegostoku postanowiłam podzielić się jednak refleksją.
Mianowicie: mam alergię na tekst jestem tolerancyjny, ale… albo: nie mam nic do , ale…
Jak to powiedział któryś bohater Gry o Tron: wszystko przed „ale” to horseshit. A jak powiedziała postać w jakimś filmie „Every but has an asshole in the middle” (mam nadzieję, że wszyscy znają angielski, bo ciężko mi przetłumaczyć tę grę słów).

Serio, dostaję wysypki czytając takie rzeczy jak:
Jestem tolerancyjna, ale to to już przesada
Jestem tolerancyjna, ale to co się dzieje na tych paradach jest nienormalne
Jestem tolerancyjna i nie zaglądam nikomu do sypialni, jednakże takie przemarsze wprawiają mnie w obrzydzenie
Nie mam nic do homoseksualistów, ale niech nie wyciągają swojej orientacji publicznie
Nie mam nic do tych ludzi, niech robią w łóżku co chcą ale nie epatują tym publicznie
Dlaczego ludzie heteroseksualni jakoś nie demonstrują swojej orientacji na ulicach?
Każdy ma prawo żyć jak chce ale nie ma prawa wpychać tego innym w oczy.

Nie wiem jak wy, ale ja swoją orientację demonstruję na ulicy. Za każdym razem jak idę ulicą z mężem: trzymamy się za ręce, idziemy objęci, całujemy się. Często widzę pary zachowujące się podobnie. Nigdy jeszcze nie widziałam pary facetów trzymających się za ręce na ulicy – poza paradą równości. Mogę zliczyć na palcach jednej ręki, ile razy widziałam dwie dziewczyny trzymające się za ręce. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego i jaki to ma związek z paradami?
Parady równości to (jak sama nazwa wskazuje) parady, które promują równość i akceptację i prawa (np do zawierania małżeństw) osób LGBT, ogólnie prawa mniejszości, a także wyrażają sprzeciw przeciwko dyskryminacji. Pojawiają się postulaty takie jak: ochrona przed przestępstwami z nienawiści, edukacja seksualna, otwartość względem uchodźców i obcokrajowców, zaostrzenie kar za przemoc wobec zwierząt. Parady równości odbywają się najczęściej w czerwcu, na pamiątkę wydarzeń w nowojorskim klubie Stonewall z 1969 roku, które dały początek Gay Liberation Movement – ruchowi społecznemu na rzecz praw i równości LGBT.
Co się dzieje na paradzie? Z moich obserwacji wynika, że gra głośna muzyka, a poubierani kolorowo ludzie idą ulicami, skandują różne hasła, śpiewają. Wszyscy się śmieją i dobrze bawią. Z tego, co czytam w internecie uczestnicy stoją z pół gołymi tyłkami, piją, liżą się, ocierają o siebie, niemalże bzykając. Nie zauważyłam, ale w końcu widziałam tylko dwie czy trzy parady w Warszawie, może gdzie indziej dzieją się i takie rzeczy. Internet równie chętnie pokazuje jak gorszące i niestosowne – obok zachowań – są stroje uczestników. Wczoraj na przykład widziałam zdjęcia przedstawiające mężczyzn w szpilkach/kozaczkach na szpilkach, kabaretkach i mini albo różowo-czarnym body (coś w stylu strojów w teledysku do piosenki Lady Marmalade – nic szokującego w popkulturze), albo szpilkach i jednoczęściowym kostiumie kąpielowym. W obu przypadkach z masą kolorowych baloników przypiętych do pleców.
Doprawdy nie rozumiem zgorszenia. Latem zaobserwowanie „pół gołego tyłka” na ulicy dużego miasta (nie mówiąc o kurorcie nadmorskim) nie jest problemem: pełno dookoła dziewczyn w mini i szortach z których wystają pośladki. Widok osoby pijącej alkohol albo całującej się pary także nie jest niczym rzadkim. Nie wspominając o tym, że kobieta w mini, kabaretkach i szpikach kompletnie nikogo nie gorszy, a w wielu wywołuje zgoła odwrotne reakcje. No ale przecież po co starać się zachować obiektywizm i mierzyć ludzi równą miarą?
Nie wiem czym te skandaliczne przebrania z Parady tak naprawdę się różnią od strojów na karnawale w Rio, gdzie kobiety w ozdobnych bikini lub body, chodzą na szpilkach z pióropuszami przyczepionymi do pleców/tyłków.
A tak naprawdę to wiem: na wpół goła kobieta to widok kompletnie akceptowany społecznie, zwłaszcza jeśli jest ładna i zgrabna. Na wpół goły facet, dodatkowo jeszcze w stroju typowym dla płci przeciwnej, najwyraźniej budzi zgorszenie. A tak naprawdę różnica jest wyłącznie estetyczna.
Ale spoko, każdy ma prawo mieć swój gust i nie wszystko wszystkim musi się podobać. Mnie też nie zawsze podobają się ubrania osób, które widuję na ulicy. Na przykład opięta na wielkim, piwnym brzuchu bokserka aka (koszulka na Ferdka Kiepskiego) spod której wystaje busz wilgotnych od potu włosów. Wiecie co wtedy robię? Patrzę w inna stronę. Nie idę do internetu pisać nie mam nic przeciwko Januszom ubranym tak i tak, ale niech nie epatują swoim mięśniem piwnym na ulicach. Gdyby Janusze od mięśni piwnych zorganizowali sobie demonstrację, po prostu bym na nią nie poszła.
Ten cały przydługi tekst w zasadzie zmierza do tego:
Nie muszą Ci się podobać parady. Nie musisz w nich uczestniczyć. Ale wypowiadając się na ich temat nie trać z oczu tego o co naprawdę chodzi. Środki wyrazu – czasem źle dobrane, czasem specjalnie przesadzone żeby zwrócić uwagę, czasem po prostu niesmaczne – to tylko środki wyrazu. To co się liczy tak naprawdę to przesłanie, które mają wyrażać. Ta równość której nie ma: ani w świetle prawa ani w postawach ludzi. I to żeby mój albo twój kolega, brat albo syn mógł iść ulicą za rękę z osobą, którą kocha, tak jak Ty możesz – bez obawy że zaraz ktoś go zaatakuje słownie albo fizycznie.
PS. Ktoś mógłby zapytać dlaczego w ogóle tak się angażuję w ten temat. Odpowiedzi są dwie:
1. Bo uważam że to właściwe.
2. Bo posiadając męża imigranta i Araba* rozumiem, co to znaczy czuć sie niepewnie trzymając partnera za rękę na ulicy. Wiem jak to jest czekać na swój przystanek, żeby wysiąść z tego autobusu, gdzie pijane Sebki szukają zaczepki i kwestią czasu jest, kiedy ich uwaga skupi się na nas. I wiem, że być może jestem następna w kolejce. I że jak nie powstrzymamy tej fali nietolerancji i nienawiści, pewnie kiedyś sama usłyszę „Nie mam nic przeciwko związkom mieszanym, ale niech zachowają to do sypialni a nie pokazują się publicznie”.
* no, nie do końca, ale zaokrąglę go do Araba na potrzeby retoryki.

Związki internetowe

Wracałam sobie właśnie z przedłużonego weekendu z mężem, kiedy naszła mnie refleksja, że nie ufam związkom internetowym. I mówię to z pełną świadomością, że w najbliższym otoczeniu mam dwie pary, które tak zaczynały, a teraz są szczęśliwe (lub dobrze udają) w RL. 

Nie mam tu bynajmniej na myśli samego poznania się przez internet – internet jest tak samo dobrym miejscem do nawiązywania znajomości, jak cokolwiek innego. Mówię o budowaniu związku przez internet, planowaniu wspólnej przyszłości, a nawet planach matrymonialnych na tej podstawie.
Pominę tu najbardziej oczywisty argument czyli oszustwa internetowe, bo to chyba oczywiste. 
Tak naprawdę nie ufam związkom internetowym, bo łatwo można się oszukać samemu. Łatwo paść ofiarą myślenia życzeniowego, zebrać okruchy informacji i ułożyć w obraz, który się nam podoba i przegapić fakt, że rzeczywistość jest trochę inna. Wynika to z tego, że przez internet poznajemy tylko wycinek pewnej osoby: to co ona nam o sobie powie, to co zechce nam pokazać, to co my z tego zrozumiemy. Nie ma za bardzo możliwości zweryfikowania tego obrazu z rzeczywistością, co jest naturalnym procesem zachodzącym non-stop w znajomościach toczących się w RL. Bo do tego jest potrzebna obserwacja człowieka w codziennym życiu. Tak po prostu. Czy kasuje bilet w autobusie, czy mówi ‚dzień dobry’ wchodząc do sklepu, czy daje napiwek, czy odpisuje na smsy będąc na randce, jak odnosi się do innych ludzi, jak traktuje koleżanki, kolegów, czy ogląda się za ładnymi kobietami na ulicy, czy ma pedantyczny porządek, czy może poza zasięgiem kamery nowa cywilizacja rozwija kolonie na starych talerzach… I tak dalej, wiadomo o co chodzi. I o ile rozmowy są bardzo ważne, pozwalają poznać czyjeś wnętrze, jego przekonania, ideały, wartości, marzenia, cele, plany to jednak (powtórzmy wszyscy razem): czyny znaczą więcej niż słowa. Już o tym pisałam poprzednio: co komu po najpiękniejszych słowach, jeśli nie mają odzwierciedlenia w czynach?
Ale do rzeczy. Jak to się wszystko ma do mojego weekendu? Ano tak, że związek przez internet, to raczej związek na odległość. Oczywiście są spotkania, jedno jeździ do drugiego na weekendy lub urlopy. „Przecież poznałam go osobiście, byłam u niego 3 razy, wiem jaki jest” można często usłyszeć. I wiecie co? No nie.
Z Szalonym Naukowcem byliśmy ze sobą ponad 4 lata, a mieszkaliśmy razem niecałe 4, kiedy dostał postdoc za granicą i zaczął spędzać tam nieprzyjemnie dużo czasu. Teraz, kiedy jesteśmy razem głównie w weekendy (na szczęście już niedługo), widzę, jak to się różni, od wspólnego spędzania czasu wcześniej. Jakbyśmy wpadali w specjalny tryb randkowy: mieszkanie jest posprzątane przed moim albo jego przyjazdem, zakupy zrobione, a my skupiamy się na nadrabianiu zaległości kinowych albo w życiu towarzyskim, chodzimy na długie spacery, oddajemy się różnym rozrywkom jadamy na mieście. Staramy się zmieścić w ciągu weekendu wszystkie fajne rzeczy, które miałyby miejsce w ciągu „straconych dni”. Siłą rzeczy nie da się wcisnąć wszystkiego. Dlatego nie robimy tego, co zwykle robimy sami ze sobą w wolnym czasie – co na dłuższą metę by na pewno nie zadziałało, bo każde z nas potrzebuje przestrzeni dla siebie. Nie ma złych humorów, nie ma kłótni o to kto pozmywa gary. Nikogo nie interesuje pranie, sprzątanie ani w ogóle jakiekolwiek obowiązki. Nie mówiąc o ich podziale A większość bardziej problematycznych, nieprzyjemnych albo po prostu nudnych spraw czeka na koniec weekendu.
A normalne życie przecież tak nie wygląda.
Kryzysy w pracy, stresy, problemy finansowe, awarie, choroby, wypadki, rodzina albo znajomi potrzebujący pomocy, sprawy urzędowe, wizyty lekarskie, organizacja domu, imprez, remontów i przemeblowań i cała masa innych rzeczy różnego kalibru dzieje się pomiędzy spotkaniami. I oczywiście można być w tym razem, wspierać się (na odległość), ale spontaniczne reakcje drugiej osoby na to wszystko (które mówią o człowieku tak wiele) często odbywają się gdzieś poza naszym zasięgiem. Jak można poznać się bez tego?
Ona może nigdy się nie dowiedzieć, że on w stresie rzuca przedmiotami o ścianę albo nigdy nie sprząta, nie robi prania ani nie gotuje, bo to domena kobiety.
On może nie odkryć, ze ona każdy problem lubi przegadać z siostrą przez telefon i że te rozmowy odbywają się codziennie i trwają godzinę, a w jej szafie kryją się dziesiątki ubrań kupionych na poprawę samopoczucia i nigdy nie noszonych. I tak dalej.
Większość przykładów jakie tu podaję to proste sprawy, z którymi większość par świetnie sobie radzi. Brudne naczynia, różnice zdań w kwestii napiwku – no jakie to ma znaczenie, gdy ludzie się kochają? Pewnie niewielkie. To tylko przykłady, które – podobnie jak wiele innych rzeczy, także tych ważniejszych, które podlegają temu mechanizmowi – sumują się w bogaty, pełen szczegółów i różnych odcieni, obraz człowieka. Oczywiście nie trzeba jakości 4k żeby rozpoznać twarz. Pewnie wystarczy XGA (jakby ktoś nie wiedział XGA to rozdzielczość 1024×768, podczas gdy 4k to: 4096×3112 – dowiedziałam się tego dzisiaj). Ale czy budowanie planów na przyszłość w oparciu o obraz XGA, zamiast 4k jest rozsądne? Jak wiecie gorąco wierzę w teorię, że kluczem do dobrego związku jest dobre dobranie partnera, a to oparte jest na jego dogłębnym poznaniu. Dlatego zdecydowanie opowiadam się za 4k
PS. Nie mówię, że naprawdę dobre poznanie kogoś w jakości 4k przez internet jest niemożliwe. Nie jest. Ale jest niezwykle trudne i – moim zdaniem – po prostu bardzo rzadkie.

Czyny mówią więcej niż słowa

„Mówił, że zrobi dla mnie wszystko, choć nie zrobił nawet kawy rano” przeczytałam w zajawce artykułu Wysokich Obcasów na temat rozstań i przypomniało mi się moje ulubione powiedzenie „czyny znaczą więcej niż słowa”.
Słowa są fajne. Można dzięki nie mu przekazać swoje myśli, swój stan ducha, poglądy, przekonania innej osobę. Dokładnie się wyrazić. Słowami można też powołać do życia całe nowe światy, tworzyć historie. Niekoniecznie istniejące w rzeczywistości.
Dawno, dawno temu miałam chłopaka. Nazwijmy go eS (jak eks). S miał gadane. Potrafił świetnie wykręcić kota ogonem i przegadać mnie na wszystkie strony i zawsze znaleźć dla wszystkiego jakieś pokręcone uzasadnienie. Ach jak on mnie kochał, jak mu zależało, jak planował ze mną wspólną przyszłość, jaki był wspaniały: pracowity, otwarty*, tolerancyjny, godny zaufania… w gębie. A ja wierzyłam. Sporo czasu zajęło mi dojście do wniosku, że dopóki nie idą za nimi czyny, słowa pozostają tylko… pustymi słowami i niczym więcej. I że mam prawo oczekiwać czynów, a nie tylko gadania. Oraz, że człowiek potrafi powiedzieć na swój temat naprawdę różne rzeczy, aby przedstawić się w pożądanym świetle, a obraz, który kreuje może bardzo różnić sie od rzeczywistości. I to nawet nie zawsze musi być celowe kłamstwo, ale zwykłe koloryzowanie żeby przedstawić się w lepszym świetle (typowe na początku romantycznej znajomości) albo przedstawianie mylnego wyobrażenia na swój temat. Chyba żaden człowiek nie widzi siebie w sposób obiektywny, ale niektórzy wykazują się naprawdę silnym myśleniem życzeniowym – ale to już temat na inny post. Do rzeczy.
Co z tego, że mówi, że jest tolerancyjny i ma otwarty umysł*, jeśli przeszkadzają mu twoje szorty albo bluzka na ramiączkach?
Co z tego, że mówi, że jest gotów ciężko pracować na waszą wspólną przyszłość, jeśli nic nie robi, bo żadna praca nie jest dla niego dość dobra?
Co z tego, że mówi, że jesteście partnerami, jeśli po pracy zasiada na kanapie a ty ogarniasz sama wasz wspolny dom?
Co z tego, że mówi, jak bardzo cię szanuje, jeśli spóźnia się na umówione spotkania i nie dzwoni wtedy, kiedy obiecał?
Co z tego, że mówi, że chce się tobą opiekować i o ciebie dbać, jeśli nawet nie przychodzi mu do głowy zaproponować, że odprowadzi cię wieczorem do domu, albo zrobić ci zakupy, gdy jesteś chora?
Co z tego, że mówi, że cię wspiera, jeśli jednocześnie oczekuje, że porzucisz pracę, która jest dla ciebie ważna i zajmiesz się domem?
Co z tego, że mówi, że ci ufa, jeśli nie chce żebyś wychodziła wieczorem z koleżankami?
Co z tego, że mówi, że chce spędzać z tobą czas, jeśli jednocześnie nie podejmuje wysiłku ani inicjatywy żeby się z tobą spotkać albo porozmawiać przez telefon?
Co z tego, że mówi, że mu na tobie zależy jeśli nie dba o zaspokojenie twoich potrzeb?
Co z tego, że mówi, że możesz na nim polegać jeśli nie dotrzymuje słowa?
Co z tego, że mówi, że uwielbia z tobą rozmawiać, jeśli jego inicjatywa w rozmowie ogranicza się do „jak minął ci dzień”?
Co z tego, że mówi, że możesz na niego liczyć, jeśli nie ma go przy tobie, gdy go potrzebujesz?
Co z tego, że mówi, że zrobiłby dla ciebie wszystko, jeśli nie robi nawet kawy?
* nie wiem jak wy, ale ja nie znoszę określenia „open-minded”. Kiedy słyszę, jak ktoś mówi o sobie „I’m open-minded” dostaję reakcji alergicznej. Może dlatego, że jeszcze nigdy nie spotkałam osoby, która by faktycznie była „open-minded” i użyła tego określenia pod swoim adresem.

Jakie tematy poruszać z ukochanym zanim podejmie się decyzję na temat wspólnej przyszłości

Na jednej z grup o związkach multi-kulti padło ostatnio pytanie, o to jakie tematy poruszać z ukochanym zanim podejmie się decyzję na temat wspólnej przyszłości. Pytanie zadała dziewczyna, będąca w internetowym związku na odległość z Algierczykiem. Uważam, że to świetne pytanie, którego chyba nie zadaje sobie wystarczająca ilość osób w związkach, zwłaszcza mieszanych i ZWŁASZCZA nawiązanych przez internet.

W ogóle nie wierzę w związki przez internet. Uważam, że jako narzędzie do nawiązania znajomości internet jest tak samo dobry jak klub, speed dating czy biblioteka (chociaż dla mnie osobiście to w ogóle nie działa), ale należy znajomość błyskawicznie przenieść do realnego świata i tam kontynuować. Uważam, że prawie niemożliwe jest poznać człowieka naprawdę, ale tak naprawdę dobrze przez internet (mam w najbliższym otoczeniu taki przypadek, ale bardzo specyficzny i tylko utwierdzający mnie w przekonaniu, że jest to niezwykle trudne i tak rzadkie, że nieistotne statystycznie).

No ale to temat na inny post, nie o tym chciałam dziś pisać.
Jak już może wiecie, uważam, że kluczem do udanego związku jest dobre dobranie się, a ono wymaga naprawdę dobrego poznania drugiej osoby. Jest to ważne w każdym związku, ale być może w związkach mieszanych: jeszcze ważniejsze. Po pierwsze dlatego, że potencjalnie możemy mieć do czynienia z naprawdę poważnymi różnicami kulturowymi – a te sięgają znacznie, znacznie głębiej niż kuchnia, muzyka i styl ubierania się i często nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Po drugie dlatego, że funkcjonując w obrębie tych samych kodów kulturowych łatwiej jest pewne rzeczy wyłapać. Np. jeśli ktoś ma koszulkę z napisem „nie czytam Gazety Wyborczej” albo napis „piekło kobiet” w profilówce, to od razu wiemy – ze sporą dozą uproszczenia, ale zawsze – z jakimi poglądami mamy do czynienia. W przypadku człowieka z innego kraju nie ma takich dróg na skróty.

Długo o tym myślałam i w efekcie poniżej znajdziecie moją niezwykle subiektywną listę spraw (kolejność przypadkowa), których trzeba się koniecznie dowiedzieć o partnerze i z nim omówić zanim zdecydujemy się na wspólną przyszłość. Pomijam tu cechy temperamentu i osobowości.

  • Zasady i wartości, czyli jakimi zasadami on się kieruje w życiu i skąd te zasady się wzięły – czy są religijne, czy oparte na tradycji, na utartych społecznych schematach typu „kobieta powinna dobrze gotować, „prawdziwy facet nie okazuje emocji”, na własnej analizie i refleksji, czy jeszcze na czymś innym;
  • Religia. Po pierwsze: jaką wyznaje i jaki ma do niej stosunek, na ile przestrzega jej zasad oraz jaki ma stosunek do innych i tego jak oni ich przestrzegają, a także jaki ma stosunek do religii swojej partnerki, jakie ma oczekiwania w kontekście religii potencjalnych dzieci.
    Warto też poruszyć temat obchodzenia świąt: jeśli planujecie życie w twoim kraju, a jesteście różnego wyznania, warto omówić udział partnera w obchodzeniu świąt z twoją rodziną (czy przyjdzie na kolację wigilijną, czy weźmie udział w komunii kuzynki), ale też: czy on będzie chciał obchodzić swoje święta i w jaki sposób. Jeśli jesteście jednego wyznania wcale nie będzie łatwiej, bo czekają Was spory o to z czyimi rodzicami spędzić święta.
  • Preferowany model rodziny, rola mężczyzny i kobiety w związku i w świecie. Czasy się zmieniają w jednych miejscach szybciej niż w innych. Dla niektórych partnerski model rodziny jest czymś oczywistym, dla innych oczywistością jest model tradycyjny. Różnice na tym polu wcale nie się specyficzne dla związków mieszanych, ale w nich potrafią być jeszcze bardziej widoczne. Dlatego warto zwrócić uwagę na jego stosunek do obowiązków domowych: czy wg niego to domena kobieca? Czy sam z siebie ogarnia zmywanie, zakupy itp czy czeka aż ty to zrobisz lub wydasz mu instrukcję?
    A jak funkcjonuje jego rodzina? To jest ważny punkt odniesienia, bo ludzie często traktują funkcjonowanie domu rodzinnego, jako coś oczywistego i przenoszą to potem do swojego związku. Oczywiście nie jest tak, że nie da się nad tym pracować, ale to już zupełnie inna sprawa. A jak on podchodzi do twojej pracy? Czy wspiera twój rozwój zawodowy, czy też może uważa, że powinnaś zajmować się domem i dziećmi?
  • Zarządzanie budżetem i stosunek do pieniędzy. Po pierwsze kto wg niego powinien zarabiać na dom, a kto zarządzać pieniędzmi. Po drugie jaki jest jego stosunek do pieniędzy (oszczędny? wydaje lekką ręką? ma długi? jest sknerą?) I po trzecie: jak wyobraża sobie, że będzie planowany i kontrolowany wasz przyszły wspólny budżet?
  • Relacje z rodziną. Jakie są jego relacje z rodziną, czy ma ona na niego duży wpływ, jaki on ma stosunek do mieszkania z rodziną, do ich wizyt (zwłaszcza jeśli będziecie mieszkać w innych krajach i nie będą to wizyty na herbatkę), wysyłania prezentów i kasy oraz do ingerencji rodziny w wasze przyszłe życie.
    Rola rodziny w innych kulturach może różnić się od tej, którą znamy i często kobiety są zaskoczone tym, jak duży ma ona wpływ na różne rzeczy (bywa, że związki się rozpadają, bo rodzina chce ożenić syna z kobietą z jego kraju albo nie akceptuje jego wybranki) albo tym, że facet wysyła regularnie wysokie kwoty nawet kosztem żony i dzieci.
  • Plany na przyszłość, preferowany styl życia. Gdzie chce mieszkać? Jakie są jego plany zawodowe, jego stosunek do pracy w ogóle i do ewentualnej pracy nie w zawodzie, a nawet pracy fizycznej? Jakie ma ambicje zawodowe i pomysły biznesowe? Wielu imigrantów po przyjeździe do Europy ma problem ze znalezieniem pracy w zawodzie. W Polsce trzeba się liczyć z długim okresem, kiedy on nie będzie mógł pracować czekając na kartę pobytu i z tym, że będzie musiał zaczynać karierę od nowa, a może i pracować np w kebabie albo restauracji. Nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, wiele osób widzi Europę jako krainę mlekiem, miodem i pracą płynącą.
    Warto też wrócić uwagę na to jaki tryb życia chcecie prowadzić (wielkomiejski, pełny imprez, a może spokojny w domku z ogródkiem), jak ważne dla obojga jest życie towarzyskie, na jakiej stopie finansowej chcielibyście żyć (skromnie czy rozrzutnie), jak chcecie spędzać wspólny czas (na kanapie oglądając telewizję, czy może biegając od spotkania do imprezy i od hobby do hobby) i ile każde z was potrzebuje czasu dla siebie i czasu razem – niedopasowanie pod tym względem może być bardzo męczące. 
  • Potencjalne dzieci. Czy i ile miałoby ich być, a także ich wychowanie na różnych etapach. Wiele różnic kulturowych daje o sobie znać w momencie, kiedy na świecie pojawia się dziecko. Nawet tylko polski internet pokazuje jak bardzo różnią się opinie na wszystkie dzieciowe tematy – a w innych krajach mogą być one jeszcze inne.
    Warto się dowiedzieć co on myśli o np diecie matki karmiącej piersią, zwłaszcza jeśli jest muzułmaninem: niektórzy mężczyźni naciskają, żeby kobieta karmiąca ich dziecko nie jadła wieprzowiny, o swojej roli w opiece nad niemowlakiem (niektórzy mężczyźni i to nie tylko z innych kultur, nie wyobrażają sobie zmieniania pieluch), przedszkolakiem itd; czy uważa, że dziecko powinno iść do żłobka i przedszkola czy siedzieć w domu z matką; jak chce je wychowywać, na co kłaść nacisk, jakie normy wpajać; kiedy by pozwolił dziecku samemu chodzić do szkoły, co myśli o chodzeniu potencjalnej córki na randki. Tak, to wiele lat do przodu, ale opinie na takie tematy dają niesamowicie dużo informacji o człowieku. 
  • Stosunek do samostanowienia. Innymi słowy: do twoich relacji z innymi ludźmi, do prywatności i do takich rzeczy jak strój. Warto zobaczyć jak on reaguje na twoje koleżanki i kolegów, na wyjścia bez niego, na to że masz swoje sprawy. Czy on ma koleżanki, lubi wychodzić bez ciebie i ma dużo swoich spraw? Co myśli o twoim samodzielnym podróżowaniu, jak podchodzi do twoich strojów (czy krytykuje krótkie spódniczki i dekolty, bo nie podoba mu się, że inni faceci się gapią?), czy chce znać twoje hasła do telefonu, fb i mieć wgląd w Twoje wiadomości?
  • No i wreszcie, chociaż to chyba przychodzi naturalnie: omówcie poglądy na wszystkie tematy, które są dla obojga ważne: od globalnego ocieplenia przez segregację śmieci czy szczepionki po aborcję – bardzo ciężko na dłuższą metę jest żyć z kimś kto ma całkiem inne poglądy na sprawy dla nas istotne. 

I na koniec bardzo ważna uwaga: komunikacja w związku to podstawa. Rozmowa jest niesamowicie ważna i nie rozumiem, jak można wchodzić w związki nie omawiając wielokrotnie i na rożne strony wszystkich ważnych tematów. Ale nie zapominajmy, że są ludzie, którzy powiedzą nam wszystko co chcemy usłyszeć (zwłaszcza jeśli nie mają do końca czystych intencji, ale też po prostu żeby zrobić dobre wrażenie). Jestem co prawda przekonana, że nikt nie potrafi ściemniać na temat swoich opinii, wartości i poglądów non stop. Jeśli rozmawiamy ze sobą dużo i na wiele tematów w końcu jednak wyjdzie szydło z worka – jeśli nie w bezpośrednim komunikacie (np „uważam że zajmowanie się domem to domeną kobiety”), to pośrednio: w tym jak mówi o innych rzeczach, innych osobach itd.
Ale po co ograniczać się do jednego źródła przekazu? Konfrontujmy to co słyszymy z tym co możemy zaobserwować „w praniu”.

O niezależności (i zależności) od partnera. I o paru innych rzeczach

Wzięłam ostatnio udział w kilku rozmowach o niezależności (i zależności) od partnera, o zdradach, o odchodzeniu od żony i małych dzieci, o tym jak zabezpieczać się (głównie w sensie ekonomicznym) na przyszłość, na wypadek gdyby facet odszedł lub stało się coś innego. Wszystko to w kontekście tego, czy można drugiemu człowiekowi (facetowi?) ufać w 100% czy też lepiej jednak być nieufną.
Omówiłyśmy model związku w którym kobieta pozostaje całkiem na utrzymaniu męża i jak to się może dla niej skończyć, jeśli on znajdzie sobie inną. Omówiłyśmy różne sytuacje: mąż, który po uzyskaniu dokumentów, sprowadził do domu pierwszą żonę z dziećmi, albo jakąś rzekomą „kuzynkę” (sic); mąż, który któregoś dnia wybrał z konta wszystkie wspólne oszczędności i wyjechał. Oczywiście nie obyło się bez wspomnienia o wizowcach, którzy znikają, jak tylko dostana papiery zostawiając kochająca ich kobietę na lodzie. Wizowcy to niestety wielki problem związków mieszanych a im dłużej należę do różnych grup, tym więcej go widzę.

Ale do rzeczy.
Myślę sobie, że niezależnie od wszystkiego, każdy człowiek, niezależnie od płci, powinien być samodzielny, niezależny i w miarę samowystarczalny, albo przynajmniej mieć realną możliwość takim być. W życiu dzieją się różne rzeczy, zdarzają się wypadki i choroby, rozstania, kryzysy i bankructwa. Trzeba być w stanie zadbać o siebie (a może i o inne osoby). Po prostu. To jest podstawa i w ogóle nie ma związku z zaufaniem do partnera. Natomiast jeśli o zaufanie chodzi: czy bezpiecznie jest ufać w 100%? Czy można być pewnym, że człowiek, którego kochamy nie porzuci nas w chorobie, nie zdradzi, nie rozpłynie się w powietrzu (po uzyskaniu papierów albo ot tak po prostu, ze wspólnymi oszczędnościami lub bez) albo nie ma w swoim kraju innej kobiety?
Wydaje mi się, że najważniejsze to dobrze poznać z kim się jest.
Tak, trzeba się liczyć z tym, że ludzie robią głupoty. Doznają kryzysu wieku średniego, kupują czerwone kabriolety ze skórzanymi siedzeniami i odjeżdżają w siną dal. Albo rzucają wszystko i jadą w Bieszczady hodować alpaki – i tam może poznają innego, przystojnego, hodowcę alpak. Nie wiadomo, co życie przyniesie.
Ludzie robią głupoty, ale wiecie co? Ludzie nie zmieniają się w sposób fundamentalny. Porządny i uczciwy człowiek, kierujący się w życiu zasadami, nie zmieni się nagle w złodzieja i oszusta, nawet jeśli dotknie go kryzys wieku średniego. O ile to są jego własne zasady, a nie narzucone z zewnątrz, jak dziecku, które tylko czeka jak je ominąć, gdy nikt nie patrzy. To oczywiście nie daje gwarancji, że nie związek nie przejdzie kryzysu, a nawet, że się nie zakończy. To się zdarza. Ale rozstanie może przebiec na poziomie lub poniżej wszelkiego poziomu.
Ten przykładowy facet, który miał jakąś inną żonę/kobietę na boku albo w swoim kraju – on przecież od początku był nieuczciwy, wcale się nie zmienił. I jestem przekonana, że były sygnały, że jest z nim coś nie tak. Problem w tym, że bardzo łatwo przymknąć oczy je przegapić. Zwłaszcza jak motyle w brzuchu szaleją, a egzotyczny (lub rodzimy) amant tak cudownie zawraca w głowie.
Ach jak łatwo wziąć coś za dobrą monetę! Naciska na szybki ślub? Czyli tak bardzo mnie kocha. Naciska na ślub religijny (nikah)? Przecież to dobrze o nim świadczy, bo to znaczy, że jest wierny swoim religijnym przekonaniom. Rozwalił ekran w nowym telefonie, ale zna kogoś, kto pracuje w sklepie operatora, więc po cichu sobie załatwił antydatowane ubezpieczenie? Taki zaradny! Nie lubi jak noszę mini spódniczki i dekolty? Super, zależy mu na mnie i nie chce żeby inni faceci się gapili. Denerwuje się jak nie odpisuję szybko na smsy? Zależy mu na mnie i tęskni. Proponuje żebym nie pracowała bo to facet powinien się opiekować kobietą? Ach jaki opiekuńczy, prawdziwy mężczyzna! Nie chce żebym pojechała na wyjazd integracyjny bo nie ufa moim kolegom z pracy? Dba o mnie, odrobina zazdrości dodaje pikanterii związkowi (co z tego, że sam na takie wyjazdy jeździ). Nie pozwala dotknąć swojego telefonu? Każdy ma prawo do prywatności. Pojechał w odwiedziny do rodziny i prawie wcale nie dzwoni, nie pisze? Ach, na pewno jest zajęty bo dawno ich nie widział. I tak dalej.
Trzeba nauczyć się rozpoznawać sygnały. Nauczyć się rozróżniać krętaczy, oszustów, wizowców, drobnych cwaniaczków, facetów o tendencjach do dominacji, kontroli i autorytaryzmu od porządnych, uczciwych ludzi. Trzeba nauczyć się rozpoznawać jakimi zasadami kieruje się drugi człowiek (w sumie dotyczy to tak samo kobiet jak i mężczyzn) i jakie wartości nim kierują. Bez tego bardzo łatwo o nieprzyjemności takie jak kłamstwa, zdrady, manipulacje, wpędzanie w poczucie winy, obsesyjna zazdrość, próby dominacji, zakazy, pretensje. Albo po prostu związek nieudany ze względu na różnice nie do przeskoczenia.
Wiem co mówię, bo sama dawno, dawno temu też się tak wpakowałam – dałam się zwieść pozorom, brałam różne rzeczy za dobrą monetę. Nie potrafiłam przeniknąć przez pozory i zobaczyć jasno co sobą reprezentował tamten człowiek (możecie w to nie wierzyć ale przynajmniej jeden z przykładów wyżej zaczerpnęłam z własnego życia). Całe szczęście, że człowiek umie się uczyć na błędach.
Dlatego poznajcie dobrze swoją drugą połówkę. Niezależnie od tego, czy pochodzi ona z drugiego końca świata, czy z tego samego miasta. Pewnie się powtarzam, ale dobre poznanie się i dobre dobranie się to naprawdę klucz do sukcesu.

Zaufanie

Czym jest dla Was zaufanie?
Ja sobie myślę, że zaufanie jest wieloma rzeczami. Albo raczej: że jest wiele różnych rodzajów zaufania. Jest zaufanie, że druga osoba będzie nam wierna (jakkolwiek byśmy tego nie definiowali) – ze nas nie zdradzi. Jest zaufanie, które pozwala nam powierzać komuś sekrety – wiara, że ta osoba ich komuś nie powtórzy, albo nie wykorzysta przeciwko nam w kłótni – nie zdradzi naszego zaufania. Zaufanie oznacza też, że wierzymy, że czyjeś słowa to prawda.
Ale jest też rodzaj zaufania: zaufanie do czyjejś oceny sytuacji i przekonanie, że ta osoba poradzi sobie z tą sytuacją dobrze (skutecznie).
Z tym rodzajem zaufania mam lekki problem. Należę do osób, które mają raczej silną potrzebę kontroli i równie silne przekonanie o słuszności swoich opinii. Dlatego ciężko mi czasem przyjąć, że ocena sytuacji mojego męża – gdy różnie się od mojej – może być trafna. Oraz że jego plan działania – inny niż mój – może być skuteczny. Często się o to sprzeczamy.

Ostatnio na przykład posprzeczaliśmy się o to, kto i jak powinien się zająć pewną dość istotną sprawą. Ja mam swoją wizję załatwienia jej, on ma swoją (zupełnie inną). Sprawa jest bardziej jego, ale w sumie dotyczy nas obojga. Plus wymaga trochę znajomości języka polskiego – który u Szalonego Naukowca jest na poziomie średnim. Kłóciliśmy się przez godzinę: ja próbowałam przeforsować swoją wizję (w której JA załatwiam temat, bo lepiej wiem jak), on upierał się, że sam potrafi to ogarnąć, a moje późniejsze marudzenie, że wszystko jest zawsze na mojej głowie, nie jest mu do niczego potrzebne.

Tak, jestem świadoma, że przekonania „ja zrobię to lepiej” i „wszystko zawsze na mojej głowie” tworzą razem błędne koło. I że jest to konflikt typowy dla kobiet, zwłaszcza w kontekście obowiązków domowych – na tym polu staram się nad tym zapanować. Powoli uczę się, że po pierwsze moje sposoby nie zawsze są najlepsze. A jeśli już są najlepsze: inne też mogą być ok.
Czytałam ostatnio, że jednym z najczęstszych powodów kłótni w związku są kłótnie o „oczywistości”. Oczywistości to przekonania/wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać wspólne życie. To może być wszystko od tego co jadamy na obiad, kiedy zmywamy (zaraz po zakończeniu gotowania/jedzenia, czy może jak zlew się przepełni), jak często zmieniamy pościel, kto płaci rachunki, robi zakupy, kiedy należy kupić kończący się produkt itd. Każdy wchodzi w związek z zestawem własnych (wyniesionych pewnie w większości z domu rodzinnego), a ponieważ to oczywistości – jakoś się o nich nie rozmawia. Bo to przecież takie oczywiste. Jasne, że oczywiste skoro w domu rodzinnym robiło się tak od zawsze. Problem w tym, że w domu rodzinnym partnera robiło sie inaczej.
Takie różnice pojawiają się zawsze, chociaż pewnie w związkach mieszanych jest ich więcej i bardziej rzucają się w oczy, bo też zwyczaje i życie codzienne w odległych i odmiennych kulturowo krajach mogą znacząco od siebie odbiegać (chociaż czy zwyczaje na tradycyjnej śląskiej wsi i w Warszawie są podobne?). Oczywiście to nie jest nic z czym nie da się sobie poradzić przy chęci z obu stron. Ba, może to być nawet ciekawe i rozwijające – pozwala na przykład poznać nową kuchnię, albo nieznane pomysły na wystrój wnętrz.
Ważne jest żeby zachować krytycyzm względem swoich oczywistości i otwartość na oczywistości drugiej osoby.
W przypadku związków mieszanych często spotykam się z założeniem, że różnice kulturowe, to coś nie do przeskoczenia i sprawiają, że wiele rzeczy, które nam nie pasują trzeba zaakceptować „bo tak już jest”. Wcale tak nie. Tworzymy nowe, wspólne życie i ono ma byc komfortowe dla obojga partnerów. Nie jest fair żeby jedna osoba narzucała swoje zwyczaje, a druga musiała zrezygnować ze swoich. Pewnie, drobne ustępstwa i kompromisy są konieczne, ale w każdy ma się w związku czuć jak w domu. I to dotyczy nie tylko detali życia codziennego, ale też poważniejszych spraw jak choćby model rodziny albo wspólne finanse – ale o tym innym razem.
A wracając do naszej sprzeczki z Szalonym Naukowcem: przynajmniej mam tu win-win situation. Albo on wszystko załatwi i będzie z głowy, albo nie i wtedy wyjdzie na to, że miałam rację.
Ha.

Notre Dame

Wczoraj wieczorem z wielkim smutkiem oglądałam doniesienia z Paryża. Podczas każdego z moich sześciu wizyt w tym mieście odwiedzałam katedrę Notre Dame, chociaż w środku byłam pewnie tylko dwa razy – później już nie chciało mi się stać w kolejce bo „może przy następnej okazji”.
A dziś rano z przerażeniem czytałam publiczne komentarze gwiazd naszej sceny politycznej i publicystycznej na temat znaków, symboli upadku chrześcijaństwa, płonącej Europy, końca cywilizacji, burzenia kościołów i budowania meczetów i braku uczciwego śledztwa co do przyczyn pożaru.
I myślę sobie, że katedrę może uda się odbudować, podobno zebrano już na ten cel 600 milionów euro, ale jak komuś obsesja wypaliła mózg, to chyba już nie ma nadziei.
#throwback #NotreDame

No photo description available.