Okołoślubnego zderzenia kulturowego ciąg dalszy

Pamiętacie nadprogramowe 8 osób, które objawiły się niespodziewanie jakieś 6 tygodni przed ślubem? O te.
W ciągu kolejnych kilku dni, po wnikliwej weryfikacji okazało się, że liczba 8 była bardziej wyobrażeniem lub myśleniem życzeniowym mojej teściowej niż rzeczywistością. Ostatecznie stanęło na trzech. Hurra.
Dodaliśmy więc te trzy osoby do listy i – zgodnie z umową, jaką mamy z salą – podaliśmy ostateczną liczbę gości plus rozbicie na opcje jedzeniowe (a mamy trzy różne opcje ze względu na różne ograniczenia dietetyczne gości) miesiąc przed ślubem. Sala pozwala na zmiany w liczbie gości do 14 dni przed imprezą – czyli do jutra.
W związku z tym dwa dni temu kazało się, że z nadprogramowych trzech osób dwie jednak nie przyjadą….
A dziś rano okazało się, że za to jakaś inna osoba chce przyjechać. Ale jeszcze nie wie, czy będzie mogła, bo w sumie to ma inne plany też i będzie aplikować o wizę do Tajlandii i nie wie czy odbierze paszport na czas. Ale spoko, da znać przed ślubem.
Moja potrzeba kontroli wzięła się pod rękę z moim OCD i poszły planować zemstę. Tylko nie wiem jaką, skoro zrobienie tego samego przed Ślubem 3.0 na nikim nie zrobi wrażenia, bo tam to tzw business aa usual
Na szczęście są koleżanki i wiedzą jak poprawić człowiekowi humor

Image may contain: shoes

O tym jak omal nie zostałam wdową przed Ślubem 2.0 czyli: różnice kulturowe są groźne dla życia i zdrowia (psychicznego).

Tytułem wstępu: Wiecie jak organizuje się ślub i wesele w Polsce? Zajrzałam ostatnio na forum ślubne i pierwsza dyskusja, która mi się rzuciła w oczy była poświęcona temu czy już zaczynać wszystko załatwiać na ślub w roku 2021, czy może zaczekać do po wakacjach? Zdecydowana większość komentarzy sugerowała że jest niemal za późno.

 Więc jakby ktoś się zastanawiał: ślub i wesele w Polsce to duża operacja logistyczna. Najlepsze (choć nie wiem w jaki sposób to jest definiowane) sale, fotografowie i zespoły prowadzą kalendarz na 2-3 lata w przód. Serio. Suknie ślubne zamawia się z wyprzedzeniem ok 8-10 miesięcy albo i większym, pół roku to już bardzo krótki termin. Kobiety na forach dyskutują o winietkach, prezentach dla gości, makijażach, fryzurach i milionie innych detali na wiele, wiele miesięcy przed dniem Ś. 
Pierwsza rzecz, która usłyszałam od doświadczonych w temacie koleżanek na wieść o naszych zaręczynach – zaraz po „Gratulacje, to kiedy ten ślub?” było „Już za rok?? to musicie NATYCHMIAST zacząć załatwiać salę!”. Cóż, tak też zrobiliśmy. Załatwiliśmy salę, wysłaliśmy save-the-dates (zwłaszcza, że nasi goście rozsiani są po całym świecie i wielu potrzebowało sporego wyprzedzenia) i umówiliśmy fotografa. Potem trochę nam przeszło. Nawet jak dla mnie – maniaczki planowania, organizacji, tabelek w Excelu i robienia planów B, C i D – to było za duże wyprzedzenie. Niemniej pod koniec marca mieliśmy potwierdzonych prawie całą listę gości, wybrane menu w trzech wersjach i dość konkretną wizję całości.
W jakimś momencie teściowa zapytała, czy może zaprosić kilka najbliższych osób z rodziny. Zgodziliśmy się, ale nie spodziewaliśmy, że coś z tego wyniknie (bo komu się będzie chciało tyle wydawać i tak daleko jechać skoro za kilka miesięcy będzie Ślub 3.0 czyli Nasze Wielkie Marokańskie Wesele?). Zgodnie z przewidywaniami, większość zaproszonych osób odmówiła. Temat ucichł. 
Nie przyszło mi do głowy (bo i skąd?) ani nie przyszło do głowy Szalonemu Naukowcowi (który najwyraźniej tymczasowo stracił zdolność myślenia), że to nie koniec.
I tak sobie mijał czas, plany nabierały kształtów i wypełniały się detalami, termin podania ostatecznej liczby gości managerowi sali zbliżał się wielkimi krokami, kiedy nagle okazało się, że moja teściowa była uprzejma nie wspomnieć, że spodziewa się jeszcze tak z 8 osób. Ale w sumie to jeszcze nie wie, bo te osoby nie potwierdziły, ale tez nie odmówiły więc ona myśli, że może przyjadą.
Na 6 tygodniu przed weselem. 
Na tydzień przed ostatecznym deadlinem na podanie liczby gości. 
Przy kilku tygodniach czekania na spotkanie żeby aplikować o wizę i 2 tygodniach czekania na decyzję. 
Ona myśli, że może OSIEM osób jeszcze dojdzie.
I w taki własnie sposób dowiedziałam się, że w Maroku nikt nie prowadzi listy gości. W Maroku dania na weselu serwowane są na wielkich półmiskach czy też w wielkich tajinach i każdy sobie nakłada ile chce. W Maroku jedzenia jest zawsze dużo za dużo, miejsce i talerz zawsze się znajdzie więc w sumie: o, poznałam fajnych ludzi na ulicy, chodźcie, wpadnijcie jutro na moje wesele, i zabierzcie znajomych.
Tak własnie wyglądają różnice kulturowe.
I tak własnie giną nierozważni mężowie, którzy nie biorą pod uwagę, że zderzenie marokańskiego luzu i polskiego zostały-tylko-dwa-lata-już-niemal-za-późno-żeby-to-ogarnąć oraz mojego niemal obsesyjnego zamiłowania do planowania z wyprzedzeniem, to przepis na katastrofę.

Wino, a dziedziczenie

Ten moment, kiedy siedzisz sobie spokojnie w pracy, podczas gdy twój mąż, ze swoim teściem, a twoim ojcem, jadą zakupić 60 butelek wina na Ślub 2.0.
Dwaj Najważniejsi Mężczyźni Mojego Życia niezwykle poważnie podchodzą do kwestii wina. Mój ojciec rozważa wyrzeczenie się mnie oraz wydziedziczenie, ponieważ to, które piję najchętniej, w nim budzi pogardę większą niż fani gry o tron żywią do producentów ostatniego sezonu. Mój małżonek wydziedziczać mnie nie chce (pewnie dlatego, że jako pracownik naukowy średnio miałby z czego), ale dziwnym zrządzeniem losu nie dopuścił mnie do wyboru trunków na Ślub 2.0.

Poza wódką. Wódkę mogę wybrać.

Dzięki mężu.
Proces doboru wina, szczególnie czerwonego, został potraktowany z pełna powagą i zaangażowaniem. Przejrzawszy ofertę licznych sklepów, Szalony Naukowiec wyselekcjonował 3 różne wina, z których następnie ja przygotowałam mu ślepą próbę aby mógł dokonać w pełni obiektywnego wyboru. Następnie butelki (coby trunek się nie zmarnował) trafiły do moich rodziców. Mimo, że połowa składu rodzicielskiego miała wyraźnie stronnicze nastawienie przeciwko akurat tej butelce, która Szalonemu Naukowcowi przypadła do gustu najbardziej, oboje wskazali…. to samo wino.
Już chyba wiem, czemu pałają do zięcia taką sympatią

Ślub 2.0: Cake Tasting

Do Ślubu 2.0 zostały dwa miesiące, więc ostatni weekend spędziliśmy raczej pracowicie. Jesteśmy z Szalonym Naukowcem dobrym zespołem i dobrze się uzupełniamy więc wszystko posuwa się do przodu całkiem sprawnie.
Jak może niektórzy już się zorientowali, nie jestem jedną z tych dziewczyn, które ekscytują się organizacją wesela. Nie zaplanowałam motywu przewodniego, nie zapisałam się na kurs tańca, nie mam wysadzanej kryształkami biżuterii pasującej do butów a dwa miesiące przed dniem zero na pytanie ‚jaką będziesz miała sukienkę’ odpowiadam ‚jeszcze nie wiem’. Swoją drogą to pytanie pada w ostatnich miesiącach niezwykle często.

Jest jednak kilka rzeczy, które mnie kręcą. Na przykład słodycze.

No i w związku z tym, śpieszę powiadomić wszystkich, którzy tez się nad tym zastanawiali: idea cake tastingu nie jest tylko wytworem Hollywood lub też wyłącznie amerykańskim zwyczajem odwzorowanym w komediach romantycznych. Degustacja tortów weselnych funkcjonuje również nad Wisłą. I właśnie w taki słodki sposób z Szalonym Naukowcem spędziliśmy wczorajsze popołudnie.
A poniżej mały sneak peak

#OnceHRalwaysHR

Mój mąż wymyślił, że podczas ślubu 2.0 wymienimy przysięgi (i kto tu ogląda dużo amerykańskich komedii romantycznych?). Zastanawiam się więc co mogłabym zawrzeć w swojej. Co myślicie o czymś takim?
– Mężu! Po pięciu latach stażu i półrocznym okresie próbnym, proponuję ci niniejszym umowę na czas nieokreślony – tu ściszonym głosem sugerującym dopisek drobnym drukiem – z zachowaniem standardowego okresu wypowiedzenia.

Stereotypy ślubne i nieślubne

Jak może wiecie, szykujemy się z Szalonym Naukowcem do Ślubu 2.0 i Ślubu 3.0. O ile Ślub 2.0 w pewnym sensie będzie ślubem (humanistycznym), o tyle 3.0 to tak naprawdę będzie Moje Wielkie Marokańskie Wesele, a nie ślub. No ale do tego tematu pewnie jeszcze wrócimy.

Pierwszy Ślub (ten cywilny) z całą papierkową robotą, obiadem, transportem, noclegami itd itd zorganizowaliśmy w 6 tygodni. Teraz jednak mamy do czynienia z impreza większego kalibru… A tym co najbardziej mnie kręci – jak wiecie – jest podróż poślubna. No i własnie o niej chciałam dziś napisać.
Ciągle nie mamy konkretnego planu, aczkolwiek lista rozważanych kierunków powoli się zawęża. I nagle okazało się, że myśląc o tym, gdzie moglibyśmy jechać w tę właśnie podróż, zawsze zakładam, że miejsce docelowe musi posiadać tropikalną plażę. W sumie nigdy się nad tym jakoś głębiej nie zastanawiałam, po prostu za każdym razem, każda rozmowa o konkretnych planach wyjazdu prowadziła mnie do miejsc z tropikalną plażą. Bali, Malediwy, Zanzibar, Dominikana…. I dopiero niedawno pomyślałam sobie, że chyba ta plaża tropikalna jest jakimś takim moim poślubnym stereotypem – zapewne rodem z amerykańskich komedii romantycznych. Jakimś takim odpowiednikiem zaręczynowego pierścionka z diamentem.
Kącik psychologiczny
Stereotypy są trochę jak heurystyki. Czyli takie uproszczenia, skróty w myśleniu i wnioskowaniu, które są dalekie od optymalności, racjonalności i logiki, ale są szybkie i wygodne, bo nasz umysł nie jest w stanie przerobić poznawczo absolutnie wszystkich danych jakie do niego napływają. Efekt nie zawsze jest idealny, ale – w sensie ewolucyjnym czyli z punktu widzenia przetrwania i przekazania genów – zazwyczaj wystarczająco dobry.
Mamy więc na przykład heurystykę dostępności kiedy przypisujemy wyższe prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzeniom, które łatwiej przywołać z pamięci i które są bardziej nacechowane emocjonalnie. Na tej zasadzie po każdej katastrofie lotniczej nagle rośnie postrzegane prawdopodobieństwo wystąpienia kolejnej, albo ludzie bardziej obawiają się takich przyczyn śmierci jak atak terrorystyczny (silnie nacechowany emocjonalnie) mimo, że tak naprawdę prawdopodobieństwo, że tak się stanie jest znikome. No ale dla człowieka jaskiniowego przecenianie szansy ataku tygrysa przy tym wodopoju, przy którym zabił wcześniej sąsiada, raczej było korzystne, prawda?
Stereotypy to też uproszczenia myślowe, kiedy całej grupie przypisujemy jakieś cechy, które ma część jej przedstawicieli. Niektórzy pewnie powiedzą, że stereotypy – jak heurystyki – do pewnego stopnia są dla nas korzystne, bo może i nie wszyscy reprezentanci danej grupy wykazują tę cechę, ale jej występowanie musi być częste, skoro taki stereotyp powstał, a więc jednak mamy szansę, że napotkany reprezentant będzie tę cechę wykazywał. I tym samym zachowanie się w oparciu o stereotyp może być korzystne. Np jeśli mamy stereotyp, że Polacy kradną, lepiej nie zatrudniać polskiej pani do sprzątania – chociażby.
No pewnie może to bywać korzystne (czy ktoś kiedyś sprawdził czy ta korzyść nie ma rozkładu całkiem przypadkowego?), ale ja jednak jestem zwolenniczką wyrabiania sobie opinii o człowieku w oparciu o to co sobą reprezentuje on, a nie ktoś inny.
/Koniec kącika psychologicznego
No ale do rzeczy: wracając do stereotypów ślubnych, przedślubnych i poślubnych.
Chociaż cały świat wydaje się kochać pierścionki z diamentami, ja takiego nigdy nie chciałam, bo bardziej lubię niebieskie kamienie. A jednak jakimś cudem ta tropikalna plaża siedzi mi w głowie i nie odpuszcza.
Co w tym złego? – Można zapytać – co złego w wycieczce na Malediwy? Śpieszmy się je oglądać bo szybko zatoną.
No problem w tym, że ja w sumie nie lubię plaży. To znaczy: lubię widoki. Lubię rajskie obrazki białego piasku, szmaragdowego morza, tropikalnych palm i domków z wyjściem na plażę. Ale przebywanie na plaży, jakby się nad tym lepiej zastanowić, mnie na dłuższa metę nudzi. No, chyba że mam książkę, wtedy mogę na niej siedzieć cały dzień – tak jak na fotelu w domu. Do tego nie przepadam za wodą morska na twarzy, bo bardzo wysusza mi skórę, a problemów z cerą mi starczy.
Ale plaża (tropikalna) jest mi absolutnie niezbędnym elementem wyjazdu.
I tak własnie możemy zaobserwować, jak nawet podczas tak – zdawałoby się – prostej aktywności jaką jest wybór kierunku na podróż poślubną, człowiek uczy się nowych rzeczy.
O sobie.

O ślubie i małżeństwie

Dziś mija rok od kiedy z Szalonym Naukowcem się zaręczyliśmy. W scenerii, którą ostatnio pokazywałam na blogu, u stóp Tyrolskiego lodowca, pod lazurowym niebem, otoczeni śniegiem skrzącym się w promieniach słońca.
Jeszcze rok i jeden dzień temu nawet nie myślałam o ślubie, a dziś jesteśmy już ponad 3 miesiące po nim.
Jakie to wszystko dziwne.

Nigdy nie przykładałam zbyt dużej wagi do małżeństwa. Nie podzielam przekonania niektórych,że jest ono nadrzędną formą związku między kobietą, a mężczyzną, że jest celem, albo wartością samą w sobie. Uważam, że pewne poziomy rozwoju i związku emocjonalnego ludzie są w stanie osiągnąć tylko w stałym, długotrwałym związku. Wierzę, że stały (dobry) związek jest wartością w życiu człowieka. I uważam, że aby mógł się w pełni rozwinąć nie wystarczy samo bycie ze sobą, ale potrzebne jest zadeklarowane zaangażowanie.
To czy ta deklaracja będzie miała miejsce pod drzewem w lesie, w kościele, w urzędzie czy gdziekolwiek indziej ma mniejsze znaczenie. A przynajmniej tak myślałam jakiś czas temu. Potem doszłam do wniosku, że chyba nie każda deklaracja deklaracji równa. Że deklaracje publiczne, przy świadkach, mają często inny ciężar gatunkowy, niż te wyszeptane do ucha (choć na pewno nie w każdym przypadku).
No i zawsze wierzyłam w moc rytuałów przejścia. Nie jestem antropologiem, ale wydaje mi się, że nie ma cywilizacji, która nie wytworzyła jakiejś formy rytuałów zaznaczających koniec pewnego etapu i przenoszących człowieka do kolejnego. Postrzyżyny, koronacja, zaprzysiężenie, pasowanie na rycerza, pasowanie na pierwszaka, uroczyste zakończenie szkoły/studiów. No i ślub.
Moment w którym podejmujemy (chociaż tak naprawdę: deklarujemy, bo decyzja została podjęta wcześniej) decyzję, że chcemy spędzić resztę życia z tą drugą osobą to moment, kiedy związek przechodzi na kolejny, wyższy poziom. I jest to w pewnym sensie początek nowego etapu w życiu – bo mimo, że związek trwa już jakiś czas, decyzja o tym, że to już będzie NA ZAWSZE zmienia perspektywę.
Mimo najgorętszych uczuć inaczej funkcjonujemy w związku, w którym mamy otwarte drzwi, niż w związku, w którym takich drzwi nie ma. I nie mówię tu o tym, że łatwiej się rozstać niż rozwieźć, ale o nastawieniu do ślub z myślą „przecież zawsze można się rozwieść”, które psychologicznie w moich oczach bardzo niewiele się różni od związku bez żadnej deklaracji na przyszłość.
Dlatego doszłam do wniosku, że warto ten początek nowego etapu w związku i w życiu zaakcentować, zaznaczyć, dokonać tego symbolicznego przejścia, ubrać tę deklarację w formę obietnicy, złożyć ją przy świadkach (jednak obecność świadków zawsze zwiększa wiarygodność wszystkiego, czy w to w sądzie czy przy spisywaniu testamentu w kryminałach). A że żyjemy w konkretnym systemie prawnym, równie dobrze możemy zrobić to w sposób przez niego przewidziany. Gdybyśmy byli religijni, pewnie chcielibyśmy zrobić to w sposób przewidziany przez religię, no ale nie jesteśmy. Można to zrobić też całkowicie i zupełnie po swojemu bez urzędników i duchownych: i o to właśnie chodzi w Ślubie Numer Dwa.
Do tych wszystkich wniosków dochodziłam stopniowo. Był to raczej powolny proces, podczas którego wiele razy można było usłyszeć mnie mówiącą „pewnie nigdy nie wyjdę za mąż” albo „ślub mi do niczego nie potrzebny”. A potem przyszedł 24 lutego, Szalony Naukowiec zadał pytanie, na które ja – jak to ja – odpowiedziałam „myślę, że tak”.
W tej chwili nie pamiętam już, czy w tym momencie te wszystkie przemyślenia już były całkiem skrystalizowane, czy nabrały ostatecznego kształtu trochę później, ale wkładając po raz pierwszy na palec pierścionek z tanzanitem, wiedziałam, że właśnie uczyniliśmy pierwszy krok ku przejściu od „jesteśmy razem i jest fajnie” do „będziemy razem już na zawsze”.

Powiedz mi gdzie chcesz jechać, a powiem ci kim jesteś

Dopiero co wróciliśmy z wyjazdu do Maroka i Barcelony z kompletem dokumentów i ogarnialiśmy w 7 tygodni listopadowy ślub cywilny, a tu już kończy się styczeń. A to oznacza, że już za 5 miesięcy z kawałkiem czeka nas ślub 2.0. Szczerze mówiąc w tej chwili nie mam ochoty o tym myśleć, jeden ślub stanowczo mi wystarczył. No ale skupmy się na pozytywach: ślub 2.0, czyli Ślub Główny, ślub totalnie po naszemu (a nie po urzędowemu albo marokańskiemu), charakteryzuje (miedzy innymi) mająca nastąpić zaraz po nim podróż poślubna. Więc zamiast myśleć o DJach, dekoracjach, zaproszeniach, butelkach wódki na głowę i czym tam jeszcze, myślę sobie o wymarzonych kierunkach.
To ciekawe, jak wymarzony kierunek podróży potrafi powiedzieć coś o człowieku. Jednych interesują wykwity cywilizacyjne jak Nowy Jork czy Singapur. Innych konkretne elementy historii czy kultury. Mnie najbardziej kręci natura. Na mojej podróżniczej bucket list znajdą się białe plaże z palmami i ośnieżone górskie szczyty, jaskinie, kaniony i wodospady. Norweskie fiordy, puszcza tropikalna w Amazonii, Sahara, solnisko na Atakamie, zorza polarna na Islandii, klifowe wybrzeża Irlandii, malediwskie atole i wielka rafa koralowa. A także safari fotograficzne w Kenii, parki małp, papug i słoni pływanie z delfinami, rezerwat tygrysów… i tak dalej.

A ponieważ kierunek naszej wyprawy jeszcze nie jest znany, a zima za oknem daje mi się trochę we znaki, wrzucam fotę z jednej z naszych pierwszych wspólnych podróży.
Oto Les Calanques: formacja geologiczna, którą można obejrzeć w południowej Francji, np w okolicach Marsylii (Park Narodowy Calanques). Niektórzy nazywają je śródziemnomorskimi fiordami: są to małe, trudno dostępne dolinki, wyszarpane w skałach tworzących linię brzegową i zalane wodą morską. Część z nich na końcu ma malutkie plaże, do których można dotrzeć wspinając się po wspomnianych skałach albo podpływając łódką.