Nasz miesiąc miodowy dobiegł końca. Było fantastycznie! Może czasami planuję nieco nadmiernie albo za bardzo przejmuję się szczegółami, ale co z tego, jeśli dzięki temu wyjazd udał nam sie w 100%? Hotele, które wybraliśmy w pełni zaspokoiły nasze potrzeby, spędzaliśmy czas ciekawie i przyjemnie, ani przez chwilę nie robiliśmy czegoś co by się nam nie podobało, nawet przez chwilę się nie nudziliśmy. I tak sobie teraz siedzę i myślę, że planowanie planowaniem, ale chyba najważniejszą rzeczą w udanym wyjeździe jest właściwe towarzystwo: osoba, która interesują podobne rzeczy, która podobnie odbiera świat i podobnie lubi spędzać czas.
Ludzie bardzo różnie podchodzą do podróży. Jednych interesują wykwity najnowszej cywilizacji, wielkie, tętniące życiem metropolie, które nigdy nie śpią. Innych ślady zamierzchłych kultur i cywilizacji. Jeszcze innych sztuka, jedzenie, lokalna ludność wraz z jej kulturą i trybem życia, albo przyroda. Fajnie podróżować z kimś, z kim dzielimy te preferencje. Ja na przykład chyba bym sie zanudziła na wakacjach z kimś, kto cały czas najchętniej spędziłby nad basenem. Albo chodząc po galeriach sztuki. Bądź też handlowych.
Chyba jeszcze ważniejsze od zbieżnych zainteresowań jest to, aby towarzysz podróży był osobą na której można polegać. Kimś kto wróci po ciebie, gdy fale zniosły cię daleko od łódki albo zamieni się z Tobą maską do snoreklingu, bo Twoja przecieka. Kimś kto poniesie dodatkowo twój plecak, kiedy oparzysz sobie ramiona i kto odprawi tubylca zagadującego cię o zmierzchu w pustej uliczce. Kimś kto mimo zmęczenia wstanie w nocy i zasłoni zapomnianą moskitierę dookoła łóżka, bo wie, że nie możesz spać kiedy niedaleko bzyka komar i zadba i poda ci lekarstwo jeśli się rozchorujesz. Kimś kto znajdzie drogę, gdy zgubicie się na jakimś pustkowiu, albo zachowa zimną krew, kiedy ty spanikujesz i kto (w przeciwieństwie do ciebie) nie da się podpuścić i naciągnąć na kasę.
W podróży poznajemy drugiego człowieka na zupełnie innym poziomie i w zupełnie inny sposób niż spotykając się z nim, a nawet mieszkając razem. Można odkryć wiele nowych rzeczy na temat partnera spędzając ze sobą non stop mnóstwo czasu, często na ograniczonej powierzchni i w warunkach innych, niż te do których przywykliśmy, znajdując się w zupełnie nowych sytuacjach stresowych i daleko poza strefą komfortu. Odkrywamy, czy partner jest otwarty na nowe kultury, ludzi i świat, czy niekoniecznie. Odkrywamy, czy w sytuacji stresowej i niekomfortowej reaguje konstruktywnie, czy też może zaczyna się denerwować i wyładowywać na otoczeniu? A może zamyka się w sobie, wycofuje? Czy jest elastyczny, gotowy łatwo zmieniać plany i dostosowywać się do preferencji drugiej osoby, czy wymusza robienie wszystkiego po swojemu? Czy ciągle cos mu sie nie podoba i narzeka na wszystko od zachowania lokalnej ludności względem turystów przez pogodę po jedzenie, czy pozytywnie podchodzi nawet do lekkich niedogodności?
Wspólna podróż potrafi niesamowicie zbliżać. Nowe przeżycia, doświadczenia, piękne miejsca, pyszne jedzenie są po prostu lepsze razem ale także zbliżają. Ale równie dobrze wspólna podróż może obnażyć problemy w związku. Bo jest ona takim trochę zawołaniem „sprawdzam!” – weryfikuje, czy to co nam się wydawało, albo co druga osoba nam o sobie mówiła, jest prawdą, czy może iluzją?
Podróże
Zanzibar 3
Zanzibar 2 – dziwne dialogi
Podczas spaceru po Zanzibar City zaczepił nas dziś kolejny tubylec.
– Jambo! – zakrzyknął, jak oni wszyscy. W Swahili znaczy to „cześć”.
– Jambo – odpowiedzieliśmy.
Następnie nastąpiła standardowa wymiana zdań a propos tego, czy szukamy taksówki (nie, jesteśmy na spacerze), to może później (nie, mamy wynajęty samochód), wycieczki do Prison Island (nie, już byliśmy) albo przewodnika (nie, dziękujemy). Potem tubylec przystąpił do wypytywania o nasze plany na wieczór, bo on może nam polecić świetną knajpę. Fakt, ze już mamy plany go wcale nie zniechęcił: przeszedł do kolejnego standardowego punktu rozmowy, mianowicie zapytał skąd przyjechaliśmy. Jak zawsze odpowiedzieliśmy, że z Polski. Większość w tym momencie prezentuje znajomość kilku polskich słów (Zanzibar najwyraźniej zrobił się popularnym kierunkiem wakacyjnym) albo dzieli się uwagami o tym, jacy Polacy są fajni (jakby pozytywna ocena mojego narodu miała mnie zachęcić do oferowanych usług). Ten pan jednak był z tych bardziej dociekliwych. Obrzucił wnikliwym spojrzeniem twarz Szalonego Naukowca i zapytał skąd on oryginalnie pochodzi. Na wieść, ze z Maroka, najpierw wygłosił kilka zwrotów w dialekcie egipskim, a następnie przyjrzał się mi i zapytał: czy w Polsce kobietom wolno się mieszać z mężczyznami innych narodowości.
#wtf
Podróż poślubna – Zanzibar
Zanzibar, w przeciwieństwie do Tanzanii, jest w większości muzułmański. Chodząc po uliczkach można usłyszeć muezina nawołującego do modlitwy – chociaż nie widziałam żeby ktokolwiek na to wezwanie reagował, jak to jest w Maroku. Wiele kobiet chodzi mniej czy bardziej zakrytych (chociaż tzw kobiet-ninja nie ma zbyt wiele, przynajmniej nie w Zanzibar City). Spacerując w okolicach zachodu słońca nadbrzeżem lub plażą, widać cale mnóstwo młodych chłopców grających w piłkę, ćwiczących (tak, biegają, przetaczają oponę, robią pompki, przysiady itp), albo zabawiających się w skoki do wody – i ani jednej dziewczyny. Zastanawiam się co one robią w tym czasie?
Lokalna ludność, żyjąca z turystów uprawia skrajnie bezpośredni marketing: turysta non-stop jest zaczepiany przez kolejnych tubylców zachęcających, czasem w bardzo nachalny sposób do skorzystania z ich usług w zakresie organizacji wycieczek, przejazdu taksówką, zakupu pamiątek itd. Na dłuższą metę jest to dla mnie raczej męczące. Ale wiecie co? Ze względu na to,ze jest to społeczność muzułmańska, zaczepiają wyłącznie mojego małżonka, który w ciągu dwóch dni został bratem i przyjacielem polowy mieszkańców miasta, podczas gdy ja wędruję sobie dalej prawie bez zakłóceń. #tyleWygrac
Stereotypy ślubne i nieślubne
Jak może wiecie, szykujemy się z Szalonym Naukowcem do Ślubu 2.0 i Ślubu 3.0. O ile Ślub 2.0 w pewnym sensie będzie ślubem (humanistycznym), o tyle 3.0 to tak naprawdę będzie Moje Wielkie Marokańskie Wesele, a nie ślub. No ale do tego tematu pewnie jeszcze wrócimy.
Ciągle nie mamy konkretnego planu, aczkolwiek lista rozważanych kierunków powoli się zawęża. I nagle okazało się, że myśląc o tym, gdzie moglibyśmy jechać w tę właśnie podróż, zawsze zakładam, że miejsce docelowe musi posiadać tropikalną plażę. W sumie nigdy się nad tym jakoś głębiej nie zastanawiałam, po prostu za każdym razem, każda rozmowa o konkretnych planach wyjazdu prowadziła mnie do miejsc z tropikalną plażą. Bali, Malediwy, Zanzibar, Dominikana…. I dopiero niedawno pomyślałam sobie, że chyba ta plaża tropikalna jest jakimś takim moim poślubnym stereotypem – zapewne rodem z amerykańskich komedii romantycznych. Jakimś takim odpowiednikiem zaręczynowego pierścionka z diamentem.
Stereotypy są trochę jak heurystyki. Czyli takie uproszczenia, skróty w myśleniu i wnioskowaniu, które są dalekie od optymalności, racjonalności i logiki, ale są szybkie i wygodne, bo nasz umysł nie jest w stanie przerobić poznawczo absolutnie wszystkich danych jakie do niego napływają. Efekt nie zawsze jest idealny, ale – w sensie ewolucyjnym czyli z punktu widzenia przetrwania i przekazania genów – zazwyczaj wystarczająco dobry.
Mamy więc na przykład heurystykę dostępności kiedy przypisujemy wyższe prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzeniom, które łatwiej przywołać z pamięci i które są bardziej nacechowane emocjonalnie. Na tej zasadzie po każdej katastrofie lotniczej nagle rośnie postrzegane prawdopodobieństwo wystąpienia kolejnej, albo ludzie bardziej obawiają się takich przyczyn śmierci jak atak terrorystyczny (silnie nacechowany emocjonalnie) mimo, że tak naprawdę prawdopodobieństwo, że tak się stanie jest znikome. No ale dla człowieka jaskiniowego przecenianie szansy ataku tygrysa przy tym wodopoju, przy którym zabił wcześniej sąsiada, raczej było korzystne, prawda?
Stereotypy to też uproszczenia myślowe, kiedy całej grupie przypisujemy jakieś cechy, które ma część jej przedstawicieli. Niektórzy pewnie powiedzą, że stereotypy – jak heurystyki – do pewnego stopnia są dla nas korzystne, bo może i nie wszyscy reprezentanci danej grupy wykazują tę cechę, ale jej występowanie musi być częste, skoro taki stereotyp powstał, a więc jednak mamy szansę, że napotkany reprezentant będzie tę cechę wykazywał. I tym samym zachowanie się w oparciu o stereotyp może być korzystne. Np jeśli mamy stereotyp, że Polacy kradną, lepiej nie zatrudniać polskiej pani do sprzątania – chociażby.
No pewnie może to bywać korzystne (czy ktoś kiedyś sprawdził czy ta korzyść nie ma rozkładu całkiem przypadkowego?), ale ja jednak jestem zwolenniczką wyrabiania sobie opinii o człowieku w oparciu o to co sobą reprezentuje on, a nie ktoś inny.
/Koniec kącika psychologicznego
Chociaż cały świat wydaje się kochać pierścionki z diamentami, ja takiego nigdy nie chciałam, bo bardziej lubię niebieskie kamienie. A jednak jakimś cudem ta tropikalna plaża siedzi mi w głowie i nie odpuszcza.
Co w tym złego? – Można zapytać – co złego w wycieczce na Malediwy? Śpieszmy się je oglądać bo szybko zatoną.
No problem w tym, że ja w sumie nie lubię plaży. To znaczy: lubię widoki. Lubię rajskie obrazki białego piasku, szmaragdowego morza, tropikalnych palm i domków z wyjściem na plażę. Ale przebywanie na plaży, jakby się nad tym lepiej zastanowić, mnie na dłuższa metę nudzi. No, chyba że mam książkę, wtedy mogę na niej siedzieć cały dzień – tak jak na fotelu w domu. Do tego nie przepadam za wodą morska na twarzy, bo bardzo wysusza mi skórę, a problemów z cerą mi starczy.

Walentynkowo i alpejsko
Lubicie Walentynki? Ja bardzo.
Co roku słyszę i czytam komentarze typu kochać należy każdego dnia a nie od święta raz do roku.
Uważam, że każdą dobrą rzecz warto celebrować i każda okazja ku temu jest dobra: Walentynki tak samo jak daty ważne tylko dla nas. A że w około pełno jest czekoladek, serduszek i czerwonych kwiatów? Jak dla mnie: fajnie.
No i każdy pretekst jest dobry żeby były prezenty.
Hintertux
Kariera naukowa ma wiele słabych stron. Problemy ze stabilnością zatrudnienia, przysłowiowo niskie płace na stanowiskach akademickich, konieczność uczenia, kilogramy papierologii związanej uzyskiwaniem grantów i tak dalej. Ale są też korzyści. Jedną z nich są konferencje. Naukowcy (Szaleni i nie) jeżdżą dzielić się swoimi naukowymi odkryciami z innymi naukowcami w różne naprawdę fajne miejsca. Mój mąż też jeździ. A ja czasami jeżdżę z nim.
Jestem okropnie rozczarowana, że w tym roku nie dałam rady pojechać (praca w korpo ma wiele plusów, ale ilość dni urlopowych nie za bardzo do nich należy) dlatego mam zamiar najbliższych 5 dni spędzić przeglądając zdjęcia z zeszłego roku.
Na początek widok na miasteczko i na jedną z takich ośnieżonych ścieżek wzdłuż strumienia.
Powiedz mi gdzie chcesz jechać, a powiem ci kim jesteś
Dopiero co wróciliśmy z wyjazdu do Maroka i Barcelony z kompletem dokumentów i ogarnialiśmy w 7 tygodni listopadowy ślub cywilny, a tu już kończy się styczeń. A to oznacza, że już za 5 miesięcy z kawałkiem czeka nas ślub 2.0. Szczerze mówiąc w tej chwili nie mam ochoty o tym myśleć, jeden ślub stanowczo mi wystarczył. No ale skupmy się na pozytywach: ślub 2.0, czyli Ślub Główny, ślub totalnie po naszemu (a nie po urzędowemu albo marokańskiemu), charakteryzuje (miedzy innymi) mająca nastąpić zaraz po nim podróż poślubna. Więc zamiast myśleć o DJach, dekoracjach, zaproszeniach, butelkach wódki na głowę i czym tam jeszcze, myślę sobie o wymarzonych kierunkach.
To ciekawe, jak wymarzony kierunek podróży potrafi powiedzieć coś o człowieku. Jednych interesują wykwity cywilizacyjne jak Nowy Jork czy Singapur. Innych konkretne elementy historii czy kultury. Mnie najbardziej kręci natura. Na mojej podróżniczej bucket list znajdą się białe plaże z palmami i ośnieżone górskie szczyty, jaskinie, kaniony i wodospady. Norweskie fiordy, puszcza tropikalna w Amazonii, Sahara, solnisko na Atakamie, zorza polarna na Islandii, klifowe wybrzeża Irlandii, malediwskie atole i wielka rafa koralowa. A także safari fotograficzne w Kenii, parki małp, papug i słoni pływanie z delfinami, rezerwat tygrysów… i tak dalej.
Oto Les Calanques: formacja geologiczna, którą można obejrzeć w południowej Francji, np w okolicach Marsylii (Park Narodowy Calanques). Niektórzy nazywają je śródziemnomorskimi fiordami: są to małe, trudno dostępne dolinki, wyszarpane w skałach tworzących linię brzegową i zalane wodą morską. Część z nich na końcu ma malutkie plaże, do których można dotrzeć wspinając się po wspomnianych skałach albo podpływając łódką.








